28 lutego 2015

ROZDZIAŁ 8. „Coś jest nie tak, jak być powinno”

[Klemens]
Przyglądam się jak siedzi, oplatając pękaty kubek z herbatą obiema dłońmi i wygląda przez duże okno, przy którym usytuowany jest nasz stolik. Mankiety swetra w norweski wzorek ma naciągnięte prawie po same czubki palców i z półprzymkniętymi oczami wygląda jak grzejący się przy kominku kocur. Mógłbym tak patrzeć na nią przez całą wieczność.
Gdyby tylko było mi wolno…
- Klemens…? – odrywa wzrok od okna, odsuwa kubek od ust i w końcu na mnie spogląda.
- Tak?
- Cieszę się, że znów tu jestem – mówi po prostu i uśmiecha się do mnie lekko.
- Mogę mieć pytanie…?
Jedynie mrugnięciem oczu mówi mi, że mam pytać. Wciąż jestem w stanie bezbłędnie odczytać te mikrogesty, ledwo zauważalne drgnięcia mięśni twarzy, które jednak niosą ze sobą ogrom emocji.
- W sumie nigdy nie zapytałem o to… Jesteś jedyną osobą, która zawsze mówi do mnie pełnym imieniem… - Nigdy, przenigdy nie zwróciła się do mnie per „Klimek”. Zawsze Klemens. Tylko w jej ustach moje pełne imię potrafi brzmieć tak delikatnie i łagodnie. Może dlatego przyjmowałem ten fakt bez zdziwienia, ledwie go zauważając.
- To stwierdzenie, nie pytanie.
- Więc powiedz mi dlaczego?
Bierze łyk herbaty i uśmiecha się do mnie kącikiem ust. Kolejny mikrogest, dostrzegalny jedynie przez nielicznych.
- Bo Klimek marzył o medalach, zwycięstwach i dalekich lotach – wyjaśnia cicho. – A Klemens nie musi marzyć.
Po jej twarzy błąka się uśmiech, kiedy próbuję zrozumieć jej słowa. I chyba w końcu dociera do mnie ich sens, a Alicja nadal uśmiecha się tajemniczo. Zastanawiam się czy wie, że gdyby nie ona, to nadal byłbym Klimkiem, nadal byłbym na etapie marzeń. Że to ona daje mi siłę do walki.
Otwieram usta by jej o tym powiedzieć, ale nie jest mi to dane. Może to i dobrze…? Może to kolejna rzecz, która sprawia, że przywiązuję się do niej bardziej niż powinienem…? Bo czymże jest to co nas łączy, jeżeli nie silnym przywiązaniem…?
…pożądaniem?
Nie, to zbyt płytkie określenie naszej relacji. Po głowie snuje mi się inne, ale odtrącam je szybko, bo już raz popełniłem podobny błąd. Pewne rzeczy trzeba po prostu od siebie odepchnąć, dla własnego dobra.
Tylko, że to rzadko bywa łatwe.
Żadna z tych myśli jednak nie zostaje przeze mnie wyrażona w sposób werbalny, bo Alicja zerka nagle na zegarek i wzdycha ciężko.
- Muszę się zbierać. O dwudziestej pierwszej mam odprawę… - widzę, że podnosi się z żalem, dopiwszy ostatni łyk herbaty. Zaczyna pakować swoje rzeczy, wrzucając je do torby i odgarnia za ucho niesforne kosmyki włosów, które wpadają jej do oczu gdy się pochyla.
- Masz przecież jeszcze dużo czasu… - ja również zerkam na zegarek.
- Muszę jeszcze porozmawiać z Hvalą… - wzdycha. - A raczej wytłuc mu do głowy takie oczywiste oczywistości, jak to, że na rozbiegu się nie myśli, na rozbiegu działa się instynktownie. Przekombinował dziś po prostu…
Chłodny profesjonalizm, z którym mówi o Słoweńcu napawa mnie dziwnym optymizmem. Może dlatego, że liczę, że nikt nie zajmie w jej sercu naszego miejsca? A tym bardziej mojego…?
Wyrzucam ostatnią myśl z głowy akurat, gdy Alicja jest gotowa do wyjścia. Widzę jak otwiera usta by się pożegnać, więc uprzedzam ją szybką propozycją, powstałą bez udziału rozumu:
- Poczekaj chwilę, odprowadzę cię – zrywam się i szybko zakładam kurtkę. – Ciemno już się zrobiło, jeszcze się zgubisz czy coś… - dodaje obudzony nagle rozsądek.
Alicja wywraca oczami na podejrzenie, że mogłaby się zgubić. Każdy, tylko nie ona. Pod tym względem nie jest stereotypową kobietą. Pod innymi też zazwyczaj nie…
- Pośpiesz się, nie mam całego wieczora… - ponagla mnie, już w drzwiach. 
Daję sobie spokój z zapinaniem kurtki i wychodzę za nią. Alicja widząc moje rozchełstane ubranie wzdycha z politowaniem i swoim zwyczajem próbuje uchronić mnie przed przeziębieniem. Jest w jej ruchach tyle czułości i troski, że przez moment rzeczywiście czuję się jak mały Klimek, którym ponoć przestałem już być. Przestałem marzyć, a zacząłem zdobywać tytuły, które zawsze były moim celem. Ostatnio jednak nie marzyłem z innych powodów. Bo przestałem widzieć cel. On jednak objawił mi się teraz z powrotem, co oznaczało rychły powrót na szczyt, mam nadzieję.
On…? A może raczej ona…?
Alicja idzie obok mnie z rękami wbitymi w kieszenie, co oznacza, że znów nie wzięła rękawiczek. Za nic jednak się do tego nie przyzna, bo wie, że wtedy oddam jej swoje. A ja przecież, w przeciwieństwie do niej, nie mam najmniejszego prawa się przeziębić, jak mówi.
Idziemy więc w milczeniu przez śnieżne wieczorne Klingenthal, a ja czuję się tak dobrze, jak nie czułem się od roku.

[Alicja]
Trzymam ręce w kieszeniach mając nadzieję, że Klemens nie zauważył, że jak zwykle zapomniałam rękawiczek. Był czas, kiedy nosił przy sobie dwie pary, bo przyjmowania jego własnych kategorycznie odmawiałam. Nigdy nie pozwalał mi się zanadto o siebie troszczyć. A ja odpłacałam się mu pięknym za nadobne, co zazwyczaj kończyło się długim przekomarzaniem, a któreś z nas w końcu lądowało w zaspie, zazwyczaj pociągając za sobą to drugie. Uśmiecham się na tę myśl. To były bardzo miłe momenty. Momenty, w których nie wszystkie gesty i słowa były niebezpieczne. Choć zdarzały się i takie…
Czasami myślę, co by było, gdybym choć raz w takich momentach nie zaciągnęła w ostatnim momencie hamulca. Lub gdyby Klemens tego nie zrobił, bo to nie zawsze ja byłam tą rozsądniejszą stroną. Choć bywałam nią częściej. Szybko jednak porzucam takie gdybanie, bo wiem, jak by się to skończyło.
Źle. Bardzo źle.
Żeby nie powiedzieć – cholernie źle.
- Alicja? – głos Klemensa wyrywa mnie z zamyślenia. Patrzę na niego nieco nieprzytomnie, a moje spojrzenie pada na trzymaną przez niego śnieżkę…
- O, nie! – przytomnieję natychmiast. – To niesprawiedliwe, nie mam rękawiczek…! – mój sekret się wydaje, ale cel zostaje osiągnięty. Klemens odrzuca od siebie wodonośny pocisk i podaje mi swoje rękawiczki. Kręcę głową, ale nie ma dyskusji.
- No, rękawiczki już masz… - mówi, kiedy z niezadowoloną miną je zakładam. – Teraz jeszcze czapka…
Na mojej głowie ląduje wielokolorowa, uwielbiana przeze mnie ciepła, wełniana czapka, którą Klemens zdejmuje ze swojej głowy, bez litości traktując swoją fryzurę. Parskam śmiechem na ten widok, a skoczek nie pozostaje mi dłużny, naciągając mi czapkę na oczy. Śmiejemy się z siebie nawzajem, zataczając się z chodnika na trawnik pokryty grubą warstwą śniegu. Chwila nieuwagi z mojej strony jest jednak brzemienna w skutki – na wysokości mojego ramienia rozpryskuje się sporych rozmiarów śnieżka, której resztki wpadają mi za kołnierz.
- Ej! – krzyczę oburzona, a Klemens zaczyna chichotać jak szalony.
- Immunitet ci się skończył – wskazuje rękawiczki. – Teraz się broń! – w moim kierunku leci kolejna śnieżka. Uchylam się, ale za wolno i część śniegu zostaje na czapce.
- O ty… - zbieram śnieg i bez litości zaczynam się odgryzać.
Z moją celnością, raczej nie zostałabym strzelcem, ale Klemens też nie zawraca sobie głowy robieniem uników, zajęty kompletowaniem amunicji. Kiedy widzę, że przygotowuje się do ataku, chowam się za drzewem, ale niewiele to daje. Przez kilka minut bawimy się w kotka i myszkę, ale i tak stoję na z góry straconej pozycji. Kolejne porcje śniegu lądują za moim kołnierzem, mimo grubego szalika obwiązanego dookoła szyi. Nie zamierzam się jednak poddać, Klemens wcale nie jest dużo bardziej suchy ode mnie. Idealnie gładka jeszcze przed chwilą powierzchnia śniegu staje się pobojowiskiem, a z naszej perspektywy polem bitwy.  Nagle udaje mi się oślepić na chwilę skoczka, odpryskami śnieżki, która w zamierzeniu miała wylądować na jego piersi, a skończyła na pniu drzewa, za którym próbował się schować. Wykorzystuję moment, który Klemens poświęca by otrzepać twarz ze śniegu i z zaskoczenia wpycham go w zaspę. Dobrze znany mi już scenariusz sprawdza się co do joty – Klemens pociąga mnie za sobą, a ja nie mając oparcia w wyślizganym przez zabawę podłożu, ląduję tuż obok. Bitwa przenosi się na poziom parterowy, bo żadne z nas nie chce odpuścić. Tarzamy się w śniegu jak małe dzieci, starając się zmoczyć to drugie bardziej niż sami jesteśmy mokrzy. Efekt jest opłakany, bo po chwili oboje jesteśmy zasapani, zarumienieni z wysiłku i całkowicie mokrzy. Nie ma miejsca w moim ubiorze, gdzie nie dostałby się śnieg.
- Okej, starczy… - sapię. – Nie chcesz wiedzieć, gdzie mam to białe cholerstwo…
- I vice versa – zgadza się ze mną. – Rozejm? – wstaje i wyciąga do mnie rękę na zgodę.
- Rozejm – kiwam głową i podaje mu rękę, by pomógł mi wstać.
Oboje jednak przeceniamy swoje możliwości, bo kiedy już prawie odzyskuję pozycję pionową, nogi rozjeżdżają mi się na rozdeptanym śniegu we wszystkie strony świata i z impetem ląduję z powrotem w zaspie, z której właśnie zostałam wyciągnięta. Kurczowo chwytam się dłoni Klemensa, co skutkuje tym, że skoczek ląduje jak długi na mnie, przy okazji wbijając mi łokieć pod żebra. Znów wybuchamy śmiechem i nawet nie próbujemy wstawać, tak bardzo wykończeni jesteśmy zabawą. Leżymy więc sobie w śniegu, jedno na drugim i śmiejemy się do rozpuku jak głupi.
- Chyba zostaniemy tu na zawsze… – wyduszam z siebie, pomiędzy jednym spazmem śmiechu, a drugim.
- Mnie pasuje – kwituje Klemens i odgarnia mi z twarzy mokre włosy, których końcówki dostały się do moich ust. Uśmiech zamiera mi na twarzy, bo nagle z całą intensywnością wszystkie moje zmysły odczuwają jak blisko siebie się znajdujemy. Wyraźnie czuję jego ciężar na sobie, czuję ciepły oddech na policzku, widzę każdą plamkę w brązowych oczach, których mapę znam wbrew sobie na pamięć. Do mojego nosa dociera zapach jego wody kolońskiej i resztki zapachu po żelu pod prysznic, który wziął pewnie po zawodach. Bardziej czuję niż słyszę bicie jego serca, do którego momentalnie dostosowuje się moje własne tętno.
Klemens nie rusza się, nie cofa też palca, którym dotyka mojego policzka. Choć przed chwilą zrobiło mi się zimno od wszechobecnego śniegu, teraz temperatura mojego ciała wzrasta do jakiś 400 stopni Celsjusza. Nie jestem się w stanie się ruszyć pod jego spojrzeniem, które przykuwa moje własne. Czuję jak delikatnie przesuwa palec wzdłuż linii wyznaczonej przez moją szczękę i choć ten dotyk jest lżejszy niż muśnięcie piórkiem, ja nie odbieram w tej chwili żadnych innych bodźców. Jego dłoń naturalnie zbliża się do mojej szyi, a tętno przyśpiesza, podobnie jak moje. Krótki wydech uświadamia mi, jak blisko znajdują się nasze twarze i zapala czerwoną lampkę gdzieś z tyłu głowy. Jakaś część mnie próbuje ją zignorować, ale instynkt samozachowawczy jeszcze nie całkiem we mnie umarł.
- Twój syn musi uwielbiać chodzić z tobą na sanki… - zauważam, ściągając siebie i jego na ziemię, przywołując nas oboje do rzeczywistości, w której nie możemy sobie pozwolić na nic więcej poza wyczerpującą bitwą na śnieżki.
Odsuwa dłoń od mojej twarzy i wytwarza między nami większy dystans. Staram się nie myśleć o tym, jak bardzo piecze mnie teraz policzek, któremu brakuje teraz dotyku jego ręki. Jak bardzo moje serce – zwykły mięsień pompujący krew – gubi się, nie czując rytmu tego drugiego. Jest to jednak ułamek sekundy, na tyle krótki, bym mogła uznać go za omam i wymazać z pamięci.
Przynajmniej taka jest oficjalna wersja.
- Nie wiem, nie mamy zimą dla siebie zbyt wiele czasu… - mówi z ociąganiem, jakby bardzo nie chciał opuszczać tamtej nierealnej, niemożliwej do zrealizowania rzeczywistości.
- A Agnieszka? – pytam, jeszcze bardziej zwiększając dystans między nami. Ten psychiczny, a co za tym idzie również fizyczny. – Co u niej słychać…?
Klemens odsuwa się i siada obok mnie na śniegu, a ja unoszę się na łokciach.
- Nie wiem – mówi spokojnie, za spokojnie, jak na takie słowa. Nie widzę jego twarzy, bo siedzi do mnie bokiem. – Nie widziałem się z nią od dobrego miesiąca.
- Czemu?
- Teraz konkurs, wcześniej byłem na zgrupowaniu, a jak wróciłem do domu, to akurat wyjechała do swoich rodziców z Klimkiem. Mijaliśmy się po prostu przez ostatnie tygodnie.
- Ale chyba z nią rozmawiałeś w tym czasie…
Klemens odwraca wzrok, widzę, że to nie jest temat, który sprawia mu przyjemność.
- Nie było wielu okazji… Zresztą ostatnimi czasy mało ze sobą rozmawiamy…
Spokój w jego głosie mnie przeraża. Mówi bez emocji, o sprawach, które powinny być dla niego jednymi z ważniejszych, o swojej rodzinie… Hamuję odruch, by dotknąć jego ramienia, bo wiem, jak wiele wysiłku będzie mnie kosztowało cofnięcie jej. Nie raz przerabialiśmy ten scenariusz. Wracanie znad przepaści zawsze jest trudne.
- Czy wszystko między wami… w porządku? – pytam ostrożnie, mocno zaciskając pięści, bo widzę jak garbi plecy, a ja nawet nie mogę go objąć, by go najnormalniej w świecie wesprzeć.
- Nie wiem – odpowiada po dłuższej chwili milczenia. – Coś jest nie tak, jak powinno być.
Zagryzam dolną wargę.
- Klemens, spójrz na mnie.
Odwraca się powoli w moją stronę. Dzielnie wytrzymuję jego spojrzenie, nie zrywam kontaktu wzrokowego, choć wszystko – prawie wszystko - krzyczy we mnie bym to zrobiła. Bo tak będzie bezpieczniej.
- Klemens – powtarzam dobitnie. – Musisz o nią walczyć. Miłość nie jest czymś, co po prostu jest. Trzeba ją na nowo każdego dnia budować, na nowo ją zdobywać i odkrywać. Miłość jest decyzją, wyborem. Decyzją, którą każdego dnia podejmujemy na nowo. I jeżeli to jest prawdziwa miłość, to nigdy tej decyzji nie zmienimy. Nawet jeżeli czasami odsuwamy od siebie jej podjęcie.
Wstaję i otrzepuję pobieżnie kurtkę. Klemens również ostrożnie gramoli się na nogi, zważając na śliską nawierzchnię.
- Alicja…
- Lepiej wracaj do hotelu – wkładam w mój głos tylko chłodu ile jestem w stanie z siebie wykrzesać. – Jesteś cały przemoczony, a jutro konkurs.
- Miałem cię odprowadzić…
- Już to zrobiłeś, mój hotel jest za rogiem – to dość mocne nagięcie prawdy i oboje doskonale o tym wiemy. Klemens jednak kiwa głową i rusza z powrotem. Patrzę jak odchodzi i kiedy powoli znika mi w półmroku, przychodzi mi do głowy jeszcze jedna myśl.
- Klemens…?
- Tak? – odpowiada mi głos z cienia.
- Zadzwoń dziś do niej. Proszę.
- Dobrze – odpowiada po chwili, głosem bez emocji. – Napisz, jak dotrzesz na miejsce, dobrze?
Staram się nie słyszeć troski w jego głosie. Tonu, który mówi „Okej, puszczam cię samą w obcym mieście po ciemku, choć do hotelu masz jeszcze pół kilometra. Ale zadzwoń do mnie, jak tylko dotrzesz na miejsce, bo inaczej bezzwłocznie przybędę by sprawdzić, czy jesteś bezpieczna”. Prawie udaje mi się samą siebie przekonać, że nie martwi się o mnie bardziej niż powinien się martwić o mnie mój przyjaciel.
Prawie.
- Jasne – mruczę cicho i ruszam ulicą w kierunku hotelu.
Miałam nadzieję, że odejście rozwiąże sprawę. Miałam nadzieję, że decyzję, którą podjęłam, podjęłam na czas. Że nie zrobiłam nic, co jednoznacznie stawiałoby mnie na drodze, na której nie powinnam się była znaleźć. Jednak coś poszło nie tak, bo…
Bo „…coś jest nie tak, jak być powinno”
A ja doskonale wiem, co to jest.
Tym czymś jestem ja.

2 komentarze: