[Peter]
Stoję przy drzwiach i czekam, aż skończy rozmawiać z Jaką. Tłumaczy mu coś po cichu, a chłopak kiwa głową. Na jego twarzy pojawia się uśmiech, a w końcu wybucha szczerym śmiechem. Jestem ciekaw, co takiego powiedziała mu Alicja, że zapomniał o dzisiejszym nieudanym konkursie. A może właśnie nie zapomniał? Może nauczyła go śmiać się z własnych błędów i dążyć do perfekcji…?
Odkąd wpadła spóźniona na odprawę, z wilgotnymi włosami i twarzą zarumienioną od mrozu, próbuję odgadnąć jakie emocje nią targają. Z jednej strony wydaje się być zmartwiona, a z drugiej niepomiernie wręcz szczęśliwa.
Tak samo szczęśliwa, jaką widziałem ją dziś przez okno kawiarni.
Jeszcze nie tak dawno ja sam siedziałem z nią przy kawie i przyglądałem się jak powoli sączy cieply napój. Nie sposób było odgadnąć o czym wtedy myślała. Teraz, po kilku tygodniach wciąż wydaje się tak samo odległa jak wtedy.
Jaka w końcu sobie idzie, nucąc pod nosem jakąś skoczną piosenkę. A przynajmniej próbując nucić. Alicja odprowadza go wzrokiem i wzdycha przeciągle. Podchodzę bliżej, a ona wzdryga się zaskoczona.
- Co ty tu jeszcze robisz? – pyta, po czym dodaje oskarżycielskim tonem. – Podsłuchiwałeś…!
- Gdzieżbym śmiał…! – obruszam się. – Czekałem na ciebie.
- Na mnie? – unosi w górę brew i zakłada ręce, naciągając na czubki palców rękawy swetra.
Tak samo jak w kawiarni.
- Tak, na ciebie.
- A niby w jakim celu…? – unosi wysoko brodę. Droczy się ze mną, a w oczach błyskają jej radosne iskierki.
- Bo tak się składa, że jesteś JEDYNĄ osobą, która nie pogratulowała mi dzisiejszej wygranej. Na tyle chyba mogę liczyć z ust swojego psychologa…
- Jedyną, hę? – bierze się pod boki.
- Owszem jedyną – robię krok w jej stronę, lecz naglę zadaję sobie sprawę, że stoję chyba ciut za blisko. Widzę to w jej oczach, więc wycofuję się minimalnie.
- W takim razie oficjalnie składam gra-tu-la-cje – wyraźnie artykułuje ostatnie słowo.
Czuję irracjonalną potrzebę, żeby jej dotknąć, ale nie ulegam pokusie. To nie byłoby dobre. Widzę, że coś ją gryzie, mimo iż nadrabia miną, ale nie wiem czy powinienem o to pytać. Zdaje się, że zastanawiam się nad tym za długo, bo Alicja szturcha mnie w ramię.
- No i co? Zadowolony? - zakłada ręce na piersi. - Czy mam się bardziej wysilić...?
- Myślę, że na dobry początek wystarczy... O czym rozmawiałaś z Jaką? - pytam, bo naprawdę mnie to ciekawi.
- O konkursie – odpowiada wymijająco. - Tajemnica zawodowa, wybacz – pokazuje mi język. - Idziesz?
- Jasne.
Idę pół kroku za nią i mimowolnie obserwuję każdy jej ruch. Zaczynam dostrzegać szczegóły, drobiazgi, nieistotne na pierwszy rzut oka. W mojej głowie pojawiają się urywki wspomnień, z tego sezonu kiedy pracowała z biało-czerwonymi. Nawet nie wiedziałem, że mimowolnie ją dostrzegałem. Że widziałem jak odrzuca głowę do tyłu, gdy się śmieje, jak skubie końcówkę nieodłącznego warkocza, kiedy się denerwuje. Że pamiętam uśmiech jakim obdarza swoich podopiecznych po udanym skoku, jak dba o nich, jakby jej szczerze na nich zależało.
Jak jest przy nich, na dobre i na złe.
- Znowu zabłądziłeś – sprowadza mnie na ziemię, a ja z zażenowaniem orientuję się, że stoimy pod drzwiami jej pokoju. - Nieładnie tak mnie prześladować – śmieje się.
- Pilnuję, by ci się nic nie stało – bronię się. - Wiesz, Austriacy i te sprawy... Oni naprawdę mają na ciebie oko...!
Alicja śmieje się głośno, po czym zatyka usta dłonią, orientując się, że obowiązuje już cisza nocna.
- Stary żart, wysil się bardziej – mówi ciszej.
- Pójdę już lepiej – mówię, zastanawiając się, czemu znów wylądowałem pod jej drzwiami. - Dobranoc.
- Dobranoc – odpowiada. Czuję jak odprowadza mnie wzrokiem. Dopiero kiedy jestem na końcu korytarza słyszę dźwięk zamykanych drzwi.
[Klemens]
Ku memu własnemu zdziwieniu wygrywam kwalifikacje i dostaję czek na pięćset euro. Z myślą, że przyda się na prezent dla syna ruszam niedługo potem,by rozgrzać się przed serią próbną. W tłumie wypatruję Alicji, łapiąc się na tym, że poszukuję biało-czerwonej kurtki zamiast słoweńskiej, zielono-biało-niebieskiej. Siła przyzwyczajenia...
Wczoraj, zgodnie z jej prośbą zadzwoniłem do Agnieszki. Była zaskoczona, a nie powinna być. Nie powinienem dopuścić do tego, by moja żona była zaskoczona moim telefonem. By myślała, że dzwonię „po coś”. Bardziej jednak zmartwiło mnie to, że Alicja dopiero późnym wieczorem napisała do mnie obiecanego SMSa.
„Dotarłam szczęśliwie. Wybacz, wcześniej byłam nieco zajęta. Dobranoc”
O wiele lepiej skacze mi się z myślą, że gdzieś tam na dole jest Alicja i bardziej, lub mniej uważnie obserwuje moje skoki. Ta myśl bardzo podnosi mnie na duchu. Cieszę się, że znów tu jest, tak jak zawsze ze mną była. Na dobre i na złe. Osoba, która od początku we mnie wierzyła, który była ze mną kiedy tego najbardziej potrzebowałem.
Oddaje mój skok w serii próbnej i idę jej poszukać. Dostrzegam jak rozmawia z Prevcem, popijając podaną przez niego kawę. Chwilę przyglądam się temu obrazkowi, a w głowie kłębią mi się różne myśli. Być może byłoby lepiej gdyby...
Czy to normalne, że ten widok razi mnie w oczy, wywołuje dziwny skurcz w żołądku...? Może takie rozwiązanie sprawy było by najprostsze...?
Nie jestem w stanie rozpatrzeć tej sprawy do końca, bo koledzy wołają mnie na rozgrzewkę. Ćwiczę pozycję dojazdową, skupiając się na tym w stu procentach chyba po raz pierwszy od roku. Na plecach czuję jej wzrok i to działa na mnie lepiej niż najlepszy motywator, więc wyjeżdżam na górę z mocnym postanowieniem dania z siebie wszystkiego.
Kiedy siadam na belce, po raz pierwszy od dawna czuję w sobie ten ogień rywalizacji, tę adrenalinę buzującą w żyłach, tę chęć szybowania w powietrzu jak ptak. Łukasz macha chorągiewką, a ja odpycham się od belki z dawno nie okazywanym entuzjazmem. Wybijam się i lecę. Powietrze pędzi dookoła mnie, ja jednak trwam nieruchomo, ciągnąc skok, aż do linii HS, za którą ląduję ze zgrabnym telemarkiem, lekko jak piórko. I tak też się czuję. Kibice wiwatują, ale ja szukam tylko jednej twarzy w rozentuzjazmowanym tłumie. Macham do kamery, posyłam buziaka i przechodzę na drugą stronę barierek, gdzie czeka na mnie Alicja. Tak jak zawsze.
- To było coś! - uśmiecha się szeroko i przybija mi piątkę. - Widzę, że wracasz do formy... Teraz tylko to powtórz w drugiej serii.
- Będzie jeszcze dalej – obiecuję jej, a ona uśmiecha się tylko i wraca do rozmowy z Nejcem, w której jej przerwałem.
Pod koniec pierwszej serii jestem piąty. Prowadzi Prevc przed Kamilem i Freitagiem. Tuż za mną uplasował się Maciek. Wspólnie jedziemy na górę, by oddać swoje finałowe skoki.
- Rozmawiałem dziś rano z Alką – zagaja nagle. - Zdaje się, że coś ją gryzie...
- Mówiła coś ciekawego? - pytam, pozornie obojętnie.
- Jedynie, że nie powinna wracać – mówi Maciek. - Nie rozumiem. Nagle, bez powodu zrezygnowała, a teraz mówi, że nie powinna wracać mimo iż ewidentnie widać, że tęskniła za nami równie mocno, co i my za nią...
Nic nie odpowiadam, choć wiem to, o czym Maciek nie ma pojęcia. Rzeczywiście nie powinna wracać. A jednak, gdyby ktoś mnie zapytał, czy chciałbym by teraz zniknęła na zawsze z mojego życia, odpowiedź na pewno nie brzmiałaby „tak”...
Docieramy na górę. Poprawiam kombinezon i ustawiam się za Maćkiem, który już sadowi się na belkę. Po raz ostatni poprawiam gogle i zajmuję zwolnione przez niego miejsce. Jak zawsze kreślę znak krzyża, sprawdzam wiązania i czekam na znak od Łukasza. Czuję znajome ciepło gromadzące się gdzieś na wysokości pępka, mrowienie na ramionach – zapowiedź gotowości do skoku. Czuję jak rozgrzane mięśnie pracują, kiedy składam się do wypracowanej pozycji najazdowej. Trafiam w próg z mocnym wybiciem i lecę wysoko nad zeskokiem, lecę jak najdalej, widząc jak ziemia przemyka pod moimi nogami. Już mam dotknąć nartami ziemi na wysokości linii HS, kiedy czuję delikatny powiew wiatru, więc ciągnę skok jeszcze dalej, wyciskając z tego powiewu tyle ile się da. Ziemia nadchodzi zbyt prędko, zbyt płasko, więc nie jestem w stanie wylądować z telemarkiem. Siła grawitacji przygniata mnie do ziemi, jednak nie dotykam śniegu żadną częścią ciała. Podjeżdżam do bandy, z trudem hamując, bowiem nie zostało mi dużo miejsca na wytracenie prędkości. Ściągam narty i z niedowierzaniem wpatruję się w odległość, która wyświetla się na ekranie.
Rekord skoczni.
Sędziowie odejmują mi punkty za lądowanie, ale i tak uciekam rywalom. Macham uradowany do kamery i przechodzę przez bramki, gdzie rzucają się na mnie koledzy, cieszący się moim wynikiem. Ponad ich głowami dostrzegam Alicję, która jedynie unosi do góry dwa uniesione kciuki i uśmiecha się szeroko. To dla mnie lepsza nagroda niż cokolwiek innego.
[Peter]
Staję na drugim stopniu podium, po drodze przybijając piątkę z Klemensem. Jego skoki były dziś naprawdę imponujące. Gdyby ten drugi wylądował nieco lepiej, nikt nie dałby mu rady. Ja sam musiałem uznać wyższość Kamila, który już po chwili dołącza do nas na podium. Rozbrzmiewa polski hymn, do którego już zdążyłem się przyzwyczaić, gdyż przez ostatnie dwa sezony często można go było usłyszeć na skoczni. Dostajemy puchary, kwiaty i czeki, czekamy aż zrobią nam zdjęcia. Udaje mi się wypatrzeć w tłumie Alicję, która uśmiecha się do mnie szeroko. Jednak kiedy przenosi wzrok na Klemensa w jej wzroku pojawia się coś jeszcze, coś, czego nie potrafię zdefiniować. Coś jakby wręcz intymnego.
A ja czuję nagle irracjonalną pewność, że mnie nigdy nie obdarzy takim uśmiechem. Nawet nie wiem czemu ta myśl mnie nieco boli.
Schodzimy z podium i podchodzą do nas jeszcze dziennikarze, chcąc zadać nam jeszcze kilka pytań. Odpowiadam na nie cierpliwie, największe zainteresowanie budzi jednak Klemens, który po bardzo kiepskim sezonie i wczorajszym średnio udanym konkursie, dziś wskoczył na podium. Nie rozumiem o czym mówi, czasem wyłapuję tylko pojedyncze zdania z wywiadów prowadzonych w języku angielskim, widzę jednak, że ponad mikrofonami dziennikarzy jego wzrok co rusz ucieka w kierunku dziewczyny ubranej w słoweńskie barwy...
W końcu dziennikarze dają mi spokój, a ja podchodzę do Alicji, która rozmawia z naszym sztabem. Odkładam na bok puchar i czek i wyciągam przed siebie kwiaty.
- Dla ciebie – mówię po prostu.
Alicja unosi do góry brwi.
- Niby czemu dla mnie? - dziwi się, budując lekki dystans między nami.
- No przecież nie dam ich Janusowi – wywracam oczami.
Alicja śmieje się, ale nie przyjmuje kwiatów. Radzi mi, żebym rzucił je w tłum, to może uda mi się uszczęśliwić jakąś nastolatkę. Widzę, że jej nie przekonam, więc korzystam z jej rady, wywołując dziki pisk na trybunach po mojej lewej stronie. Wracam do Alicji, która teraz stoi już sama, obserwując kłębiący się dookoła tłum.
- No, żeby potem nie było, że ci nie pogratulowałam: GRATULACJE - mówi dobitnie. - Tylko nie waż się grymasić, że mogło być pierwsze miejsce – grozi mi palcem.
- Nie mam najmniejszego zamiaru. Jak ci się podobało podium? - pytam.
- Będąc profesjonalistą powinnam powiedzieć, że lepiej by było by towarzyszyli ci Jurij i Jaka, ale wolę być szczera i powiedzieć, że...
- ...zamiast mnie wolałabyś Kota – kończę za nią.
- Prędzej Janka, Kot marudziłby, że nie jest pierwszy – prostuje. - A tak na serio, to było idealnie. Nic bym nie zmieniła – uśmiecha się do mnie ciepło, a ja tłumię w sobie dziwne, kłębiące się we mnie uczucia. Jakaś ich część nie daje się jednak stłamsić, bo pytam nagle:
- Czemu nie wzięłaś kwiatów?
Alicja spogląda na mnie dziwnie i nic nie mówi, nerwowo skubiąc warkocz.
- Bo nie powinnam – mówi w końcu.
- To nic nie znaczyło – zapewniam ją. - Po prostu...
- Wiem – przerywa mi. - Ale nie rób tak więcej. Proszę.
Odchodzi bez słowa, a ja nie rozumiem co zrobiłem nie tak.
[Alicja]
Klaszczę wraz z innymi i wiwatuję widząc, jak Klemens wspina się na najwyższy stopień podium, gratulując po drodze Severinowi i Fannemelowi. Jest taki szczęśliwy, taki dumny, kiedy z głośników rozbrzmiewa polski hymn. Patrzę na niego, nie mogąc się napatrzeć na jego radość. Kiedy milknie muzyka i przestają błyskać blaski fleszy, zeskakuje z podium i podchodzi wprost do mnie, ignorując stojących po drodze dziennikarzy, którzy już wyciągają do niego swoje mikrofony. Porywa mnie w objęcia i mocno do siebie przytula. Śmieję się, żeby mnie puścił, bo połamie mi żebra. W końcu stawia mnie na ziemi i wyciąga przed siebie wiązankę kwiatów.
- To dla ciebie – mówi.
Przyjmuję je z wdzięcznością, bo bukiet składa się głównie z moich ulubionych tulipanów. Nie mogę sobie jednak odmówić małej złośliwości.
- Wolałabym jednak, żebyś wygrał tydzień temu w Wiśle, wtedy dostałabym od ciebie Gustawa – droczę się.
- Zobaczymy co da się zrobić. Może w styczniu. Albo na Mistrzostwach Polski, jak się uda – udaje, że się zastanawia.
- Na Mistrzostwach Polski się nie liczy. Zmarnowałeś szansę, następne LGP dopiero za rok – zanurzam jednak nos w tulipanach i zaciągam się ich zapachem.
Klemens wywraca oczami i podpija łyk mojej kawy, którą nieopatrznie zostawiłam bez opieki.
- Fuj, jak możesz pić to zimne świństwo...!
- A jak ty możesz ciągle zapominać o tym, że piję to świństwo i nie opłaca się kraść mi kawy? - wzdycham. - Przecież wiesz, że nie znoszę ciepłej, musi być zimna.
- Latem to ma sens, ale zimą...? - pyta z powątpieniem.
- Nic nie rozumiesz – wzdycham z politowaniem. - Ile razy mam powtarzać, że tu chodzi o mleko...?
- To pij bez!
- Ale bez mleka kawa jest gorzka!
- To posłódź!
- Przecież słodzę! Trzy łyżeczki!
Tak przekomarzając się idziemy w kierunku hotelu, bo busik odjechał już bez nas i czeka nas spacer. Jest jednak ciepło, jak na lipiec przystało, więc wieczorny spacer jest bardzo przyjemny. Po drodze zatrzymujemy się nad rzeką i przez chwilę moczymy nogi, przekomarzając się nadal. Odkładam kwiatki na bok, a kiedy się obracam Klemens pryska mnie wodą. Oddaję mu natychmiast, tak że po chwili oboje jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. Zawieramy rozejm, siedząc w płytkiej wodzie i śmiejąc się jak głupi do sera. Zbieramy się powoli, a Klemens okrywa mnie przezornie odłożoną na bok bluzą. Wracam się po chwili po zostawione nad brzegiem kwiatki.
Idziemy dalej, nadal lekko drżę, więc skoczek obejmuje mnie ramieniem. Zatrzymujemy się pod hotelem i oddaję mu bluzę.
- Przemoczyłaś ją... - mówi z wyrzutem.
- Nie powiem czyja to wina – kłócę się dalej, a Klemens w odpowiedzi jedynie odgarnia mi z twarzy mokry kosmyk włosów za ucho.
- Dziękuję za kwiaty. Dobranoc – całuję go w policzek i chcę odejść w kierunku swojego pokoju, Klemens jednak przyciąga mnie do siebie i zatapia nos w moich włosach. Czuję jego oddech na jego szyj i...
Na szczęście zimny powiew wiatru wywołuje gęsią skórkę na moich przemoczonych łydkach i dreszcz sprowadza mnie na ziemię. Wyrywam się z jego objęć, lekko przestraszona.
- Dobranoc – mówię szybko i odwracam się na pięcie.
- Przepraszam! - woła za mną, jednak oboje wiemy, że tego typu słowa nic nie dają.
- Alicja? - czyjś głos wyrywa mnie z zamyślenia. Pogrążona we wspomnieniach nawet nie zauważyłam dokąd zawędrowałam.
- O, Kamil... Gratuluję wygranej – uśmiecham się na jego widok.
- Dziękuję, choć to chyba Klimek był dziś największym wygranym... - kiedy nic nie odpowiadam na te słowa, dodaje. – Szukał cię po konkursie, ale znikłaś nagle. Zdaje się, że coś dla ciebie miał...
Przygryzam wargę, nie mogąc znaleźć na to dobrej odpowiedzi.
- Ala...
- Lepiej by było, gdybym nie wróciła, wiesz? - wzdycham nagle. - Ale... Ale byłam za słaba. Wciąż jestem. Jestem jak ćma, którą ciągnie do świecy. Jestem uzależniona od czegoś, co jest dla mnie niebezpieczne...
Kamil patrzy się na mnie dziwnie, ale nic nie mówi.
- Wyjeżdżamy jutro rano, więc widzimy się chyba dopiero w Kuusamo – mówię. - Pozdrów wszystkich i przeproś, że się nie pożegnałam.
Macham mu na pożegnanie i odchodzę w kierunku hotelu. To dopiero pierwszy weekend Pucharu Świata, a ja już zaczynam odliczać dni do konkursów w Planicy.
Czy ktokolwiek może mieć mi za złe, że chcę uciec? Uciec przed samą sobą?
Stoję przy drzwiach i czekam, aż skończy rozmawiać z Jaką. Tłumaczy mu coś po cichu, a chłopak kiwa głową. Na jego twarzy pojawia się uśmiech, a w końcu wybucha szczerym śmiechem. Jestem ciekaw, co takiego powiedziała mu Alicja, że zapomniał o dzisiejszym nieudanym konkursie. A może właśnie nie zapomniał? Może nauczyła go śmiać się z własnych błędów i dążyć do perfekcji…?
Odkąd wpadła spóźniona na odprawę, z wilgotnymi włosami i twarzą zarumienioną od mrozu, próbuję odgadnąć jakie emocje nią targają. Z jednej strony wydaje się być zmartwiona, a z drugiej niepomiernie wręcz szczęśliwa.
Tak samo szczęśliwa, jaką widziałem ją dziś przez okno kawiarni.
Jeszcze nie tak dawno ja sam siedziałem z nią przy kawie i przyglądałem się jak powoli sączy cieply napój. Nie sposób było odgadnąć o czym wtedy myślała. Teraz, po kilku tygodniach wciąż wydaje się tak samo odległa jak wtedy.
Jaka w końcu sobie idzie, nucąc pod nosem jakąś skoczną piosenkę. A przynajmniej próbując nucić. Alicja odprowadza go wzrokiem i wzdycha przeciągle. Podchodzę bliżej, a ona wzdryga się zaskoczona.
- Co ty tu jeszcze robisz? – pyta, po czym dodaje oskarżycielskim tonem. – Podsłuchiwałeś…!
- Gdzieżbym śmiał…! – obruszam się. – Czekałem na ciebie.
- Na mnie? – unosi w górę brew i zakłada ręce, naciągając na czubki palców rękawy swetra.
Tak samo jak w kawiarni.
- Tak, na ciebie.
- A niby w jakim celu…? – unosi wysoko brodę. Droczy się ze mną, a w oczach błyskają jej radosne iskierki.
- Bo tak się składa, że jesteś JEDYNĄ osobą, która nie pogratulowała mi dzisiejszej wygranej. Na tyle chyba mogę liczyć z ust swojego psychologa…
- Jedyną, hę? – bierze się pod boki.
- Owszem jedyną – robię krok w jej stronę, lecz naglę zadaję sobie sprawę, że stoję chyba ciut za blisko. Widzę to w jej oczach, więc wycofuję się minimalnie.
- W takim razie oficjalnie składam gra-tu-la-cje – wyraźnie artykułuje ostatnie słowo.
Czuję irracjonalną potrzebę, żeby jej dotknąć, ale nie ulegam pokusie. To nie byłoby dobre. Widzę, że coś ją gryzie, mimo iż nadrabia miną, ale nie wiem czy powinienem o to pytać. Zdaje się, że zastanawiam się nad tym za długo, bo Alicja szturcha mnie w ramię.
- No i co? Zadowolony? - zakłada ręce na piersi. - Czy mam się bardziej wysilić...?
- Myślę, że na dobry początek wystarczy... O czym rozmawiałaś z Jaką? - pytam, bo naprawdę mnie to ciekawi.
- O konkursie – odpowiada wymijająco. - Tajemnica zawodowa, wybacz – pokazuje mi język. - Idziesz?
- Jasne.
Idę pół kroku za nią i mimowolnie obserwuję każdy jej ruch. Zaczynam dostrzegać szczegóły, drobiazgi, nieistotne na pierwszy rzut oka. W mojej głowie pojawiają się urywki wspomnień, z tego sezonu kiedy pracowała z biało-czerwonymi. Nawet nie wiedziałem, że mimowolnie ją dostrzegałem. Że widziałem jak odrzuca głowę do tyłu, gdy się śmieje, jak skubie końcówkę nieodłącznego warkocza, kiedy się denerwuje. Że pamiętam uśmiech jakim obdarza swoich podopiecznych po udanym skoku, jak dba o nich, jakby jej szczerze na nich zależało.
Jak jest przy nich, na dobre i na złe.
- Znowu zabłądziłeś – sprowadza mnie na ziemię, a ja z zażenowaniem orientuję się, że stoimy pod drzwiami jej pokoju. - Nieładnie tak mnie prześladować – śmieje się.
- Pilnuję, by ci się nic nie stało – bronię się. - Wiesz, Austriacy i te sprawy... Oni naprawdę mają na ciebie oko...!
Alicja śmieje się głośno, po czym zatyka usta dłonią, orientując się, że obowiązuje już cisza nocna.
- Stary żart, wysil się bardziej – mówi ciszej.
- Pójdę już lepiej – mówię, zastanawiając się, czemu znów wylądowałem pod jej drzwiami. - Dobranoc.
- Dobranoc – odpowiada. Czuję jak odprowadza mnie wzrokiem. Dopiero kiedy jestem na końcu korytarza słyszę dźwięk zamykanych drzwi.
[Alicja]
Następnego dnia budzę się wyjątkowo wcześnie. Stwierdzam, że mam jeszcze dużo czasu, więc wyciągam dres, buty do biegania, ciepłą bluzę i idę się trochę rozruszać. Kiedy wybiegam na ścieżkę, zakładając puchate nauszniki, wspominam początki mojego biegania z kadrowiczami.
A były to ciężkie początki. Choć biegałam wcześniej z Kasią mniej lub bardziej regularnie, to mój całkowity brak kondycji był niejaką przeszkodą. Po roku jednak wyrobiłam sobie taką formę, że byłam w stanie dotrzymać im kroku. Zazwyczaj jednak biegałam sama, bowiem był to idealny czas na przemyślenia. Co nie oznacza, że nie zdarzało mi się biegać czasem z Dawidem. Albo Maćkiem. Zdarzało mi się nawet biegać z Olkiem, z rzadka z Kamilem.
No i z Klemensem, oczywiście.
Na to wspomnienie wzdycham głośno i skręcam w boczną ścieżkę.
Nie jestem w stanie wskazać momentu, kiedy to wszystko wymknęło mi się spod kontroli... Kiedy zwykłe „zależy mi” zmieniło się w coś potencjalnie niebezpiecznego... Coś co nie powinno istnieć.
Czasem zastanawiam się jakby to wyglądało, gdybyśmy spotkali się wcześniej. Co by było, gdyby...
Nie ma co gdybać. Jest jak jest, a ja nie jestem w stanie tego zmienić. Wiem, że popełniłam błąd wracając, mimo iż cieszę się, że znów tu jestem. Tak naprawdę jednak, wcale nie powinno mnie tu być. Muszę się jednak zmierzyć z całą tą sytuacją i zrobić wszystko, by znaleźć jakieś rozwiązanie. Najlepiej by było, gdyby...
Wybiegam zza zakrętu i na kogoś wpadam. Czuję, jak lecę, jednak ta osoba łapie mnie w ostatniej chwili, tak że zawisam nad zaśnieżonym chodnikiem.
- Hej, mała, ostrożnie...!
- Ile razy mam powtarzać, żebyś nie mówił do mnie mała...? - wzdycham lekko poirytowana, samodzielnie odzyskując pion. - Co tu robisz o tej porze?
Maciek wzrusza ramionami.
- Biegam. Obudziłem się wcześniej, więc postanowiłem się rozruszać nieco... a ty?
- Kiepsko spałam, więc postanowiłam przemyśleć parę spraw... - odpowiadam. - A najlepiej mi się myśli gdy...
- ...biegasz – wchodzi mi w słowo Maciek. - Mogę się dołączyć?
Kiwam głową i podejmuję przerwany trening. Truchtamy w milczeniu, jedynym dźwiękiem, który nam towarzyszy jest śnieg chrzęszczący pod butami i nieco przyśpieszony oddech.
- Fajnie, że wróciłaś – odzywa się nagle Maciek. - Brakowało nam ciebie, serio.
- Nie powinnam wracać, miałam już zamknąć ten rozdział w moim życiu... - wzdycham.
- Dlaczego? - dziwi się Maciek. - Powiesz nam w końcu co się stało? Wyjechałaś praktycznie bez wyjaśnienia, jakby bez powodu...
- Wierz mi, miałam powód, ale nie chcę o tym rozmawiać – zaciskam usta, myśląc, że będę musiała w końcu znaleźć jakąś w miarę wiarygodną wymówkę, by nie musieć zbywać wszystkich pytań zdaniami w stylu „to nie wasz interes”.
- W każdym razie dobrze, że znów z nami jesteś. Od razu lepiej się skacze... - uśmiecha się Maciek.
- Kicia, nie jestem tu dla was... Przecież wiesz, że nie mogę pracować na dwa fronty. Wy macie swojego psychologa, a ja mam nowych podopiecznych... Co nie znaczy, że nie będę wam szczerze kibicować – dodaję, na widok jego zawiedzionej miny.
- Marek stara się jak może i jest naprawdę dobry w tym co robi, ale to nie to co ty. Nie załapaliśmy znów dołka, no może oprócz Klimka – mówi Maciek, a mnie coś się ściska w żołądku. - Ale z drugiej strony nie zrobiliśmy też żadnego kroku naprzód. A w sporcie, jeśli stoisz w miejscu, to tak naprawdę...
- ...się cofasz – dokańczam, kiwając głową.
- Spójrz, jak podziałałaś wczoraj na Dawida – Maciek łapie mnie za rękę i zatrzymuje. - Ala – mówi spoglądając mi głęboko w oczy. - Jesteś nam potrzebna.
Odwracam wzrok, gdyż nie mogę wytrzymać jego intensywnego spojrzenia. Wiem, że mówi szczerze. Wiem nawet, że ma rację. Ale nie mogą być ode mnie uzależnieni. Nawet jeżeli nie ta cała sytuacja, nie mogłabym z nimi zostać na zawsze, musiałabym kiedyś odejść. Byś może lepiej, że stało się tak, jak się stało... Choć wolałabym nie wciągać do tego ani Klemensa, ani nikogo innego.
- Zawsze byłaś z nami. Na dobre i na złe – mówi dalej. - Nigdy w nas nie wątpiłaś, udowodniłaś nam, że wszystko tak naprawdę dzieje się tutaj – delikatnie dotyka mojej skroni – i tylko od nas zależy czego będziemy potrafili dokonać.
- Nie powiedziałam wam nic nowego – kręcę głową. - Musicie dać sobie radę sami, Maciuś. Nie jestem waszym talizmanem.
Uwalniam dłonie z jego uścisku, poprawiam nauszniki i odbiegam w kierunku hotelu. Jestem już przy wejściu, kiedy słyszę jego krzyk:
- Ala! Widzimy się na konkursie...?!
Uśmiecham się, macham mu przez ramię, a potem popycham drzwi prowadzące do środka.
[Peter]
Rano wszyscy są zabiegani, bo mamy bardzo napięty grafik. O dziesiątej kwalifikacje, o dwunastej seria próbna, a o trzynastej trzydzieści konkurs. Dla treningu skaczę w kwalifikacjach, ale trener każe mi wypocząć przed konkursem, więc serię próbną obserwuję z trybun, rozgrzewając się i wyciszając. Przez cały dzień nie udało mi się porozmawiać z Alicją, która od rana coś załatwia. Można by pomyśleć, że praca psychologa sportowego to nudny i spokojny zawód, ale tak nie jest. W zakres jego obowiązków wchodzi o wiele więcej zadań, niż mogłoby się wydawać.
Obserwuję jak krząta się po arenie skoczni, załatwiając różne sprawy przed konkursem. Daje ostatnie wskazówki moim kolegom, odpowiada na zaczepki Polaków, którzy wciąż nie mogą się nacieszyć jej obecnością na skoczni. Wymienia również uprzejmości z innymi skoczkami z innych krajów. Na ten widok nakładają mi się sceny z przeszłości, wygrzebane gdzieś z otchłani pamięci, dostrzegam jednak pewne różnice. Choć zachowuje się tak samo, choć jest tak samo radosna, w jej ruchach jest jakby więcej ostrożności, więcej ledwo zauważalnego dystansu.
- Co się tak obijasz? - szturcha mnie w ramię. - Zaraz konkurs się zacznie.
- Przecież skaczę ostatni – wywracam oczami.
- Już się tak nie chwal – dźga mnie żartobliwie w bok. - Co tam trzymasz? - zagląda mi przez ramię.
- A właśnie! - reflektuję się. - To dla ciebie – podaję jej kubek z kawą.
- A to z jakiej okazji...? - przygląda mi się podejrzliwie.
- Pomyślałem, że marzniesz jak tak stoisz na zimnie i przyda ci się coś ciepłego. No i kofeina gratis, przecież wstałaś dziś bardzo wcześnie...
Bierze ode mnie kubek i zaciąga się zapachem kawy, po czym bierze ostrożnie łyk ciemnego napoju.
- Mhmmm... dziękuję – wzdycha. - Co prawda zimno mi nie jest, bo zapycham jak mały samochodzik, ale kofeina się przyda – zerka na zegarek. - My tu gadu-gadu, a konkurs zaraz się zaczyna. Zmykaj się przebierać! - popycha mnie w kierunku szatni.
Odchodząc, oglądam się przez ramię. Widzę jak oparta o barierkę, grzeje dłonie o kubek i przygląda się z uśmiechem rozgrzewającym się polskim skoczkom. Wzdycham i zamykam za sobą drzwi do szatni.
Ku memu własnemu zdziwieniu wygrywam kwalifikacje i dostaję czek na pięćset euro. Z myślą, że przyda się na prezent dla syna ruszam niedługo potem,by rozgrzać się przed serią próbną. W tłumie wypatruję Alicji, łapiąc się na tym, że poszukuję biało-czerwonej kurtki zamiast słoweńskiej, zielono-biało-niebieskiej. Siła przyzwyczajenia...
Wczoraj, zgodnie z jej prośbą zadzwoniłem do Agnieszki. Była zaskoczona, a nie powinna być. Nie powinienem dopuścić do tego, by moja żona była zaskoczona moim telefonem. By myślała, że dzwonię „po coś”. Bardziej jednak zmartwiło mnie to, że Alicja dopiero późnym wieczorem napisała do mnie obiecanego SMSa.
„Dotarłam szczęśliwie. Wybacz, wcześniej byłam nieco zajęta. Dobranoc”
O wiele lepiej skacze mi się z myślą, że gdzieś tam na dole jest Alicja i bardziej, lub mniej uważnie obserwuje moje skoki. Ta myśl bardzo podnosi mnie na duchu. Cieszę się, że znów tu jest, tak jak zawsze ze mną była. Na dobre i na złe. Osoba, która od początku we mnie wierzyła, który była ze mną kiedy tego najbardziej potrzebowałem.
Oddaje mój skok w serii próbnej i idę jej poszukać. Dostrzegam jak rozmawia z Prevcem, popijając podaną przez niego kawę. Chwilę przyglądam się temu obrazkowi, a w głowie kłębią mi się różne myśli. Być może byłoby lepiej gdyby...
Czy to normalne, że ten widok razi mnie w oczy, wywołuje dziwny skurcz w żołądku...? Może takie rozwiązanie sprawy było by najprostsze...?
Nie jestem w stanie rozpatrzeć tej sprawy do końca, bo koledzy wołają mnie na rozgrzewkę. Ćwiczę pozycję dojazdową, skupiając się na tym w stu procentach chyba po raz pierwszy od roku. Na plecach czuję jej wzrok i to działa na mnie lepiej niż najlepszy motywator, więc wyjeżdżam na górę z mocnym postanowieniem dania z siebie wszystkiego.
Kiedy siadam na belce, po raz pierwszy od dawna czuję w sobie ten ogień rywalizacji, tę adrenalinę buzującą w żyłach, tę chęć szybowania w powietrzu jak ptak. Łukasz macha chorągiewką, a ja odpycham się od belki z dawno nie okazywanym entuzjazmem. Wybijam się i lecę. Powietrze pędzi dookoła mnie, ja jednak trwam nieruchomo, ciągnąc skok, aż do linii HS, za którą ląduję ze zgrabnym telemarkiem, lekko jak piórko. I tak też się czuję. Kibice wiwatują, ale ja szukam tylko jednej twarzy w rozentuzjazmowanym tłumie. Macham do kamery, posyłam buziaka i przechodzę na drugą stronę barierek, gdzie czeka na mnie Alicja. Tak jak zawsze.
- To było coś! - uśmiecha się szeroko i przybija mi piątkę. - Widzę, że wracasz do formy... Teraz tylko to powtórz w drugiej serii.
- Będzie jeszcze dalej – obiecuję jej, a ona uśmiecha się tylko i wraca do rozmowy z Nejcem, w której jej przerwałem.
Pod koniec pierwszej serii jestem piąty. Prowadzi Prevc przed Kamilem i Freitagiem. Tuż za mną uplasował się Maciek. Wspólnie jedziemy na górę, by oddać swoje finałowe skoki.
- Rozmawiałem dziś rano z Alką – zagaja nagle. - Zdaje się, że coś ją gryzie...
- Mówiła coś ciekawego? - pytam, pozornie obojętnie.
- Jedynie, że nie powinna wracać – mówi Maciek. - Nie rozumiem. Nagle, bez powodu zrezygnowała, a teraz mówi, że nie powinna wracać mimo iż ewidentnie widać, że tęskniła za nami równie mocno, co i my za nią...
Nic nie odpowiadam, choć wiem to, o czym Maciek nie ma pojęcia. Rzeczywiście nie powinna wracać. A jednak, gdyby ktoś mnie zapytał, czy chciałbym by teraz zniknęła na zawsze z mojego życia, odpowiedź na pewno nie brzmiałaby „tak”...
Docieramy na górę. Poprawiam kombinezon i ustawiam się za Maćkiem, który już sadowi się na belkę. Po raz ostatni poprawiam gogle i zajmuję zwolnione przez niego miejsce. Jak zawsze kreślę znak krzyża, sprawdzam wiązania i czekam na znak od Łukasza. Czuję znajome ciepło gromadzące się gdzieś na wysokości pępka, mrowienie na ramionach – zapowiedź gotowości do skoku. Czuję jak rozgrzane mięśnie pracują, kiedy składam się do wypracowanej pozycji najazdowej. Trafiam w próg z mocnym wybiciem i lecę wysoko nad zeskokiem, lecę jak najdalej, widząc jak ziemia przemyka pod moimi nogami. Już mam dotknąć nartami ziemi na wysokości linii HS, kiedy czuję delikatny powiew wiatru, więc ciągnę skok jeszcze dalej, wyciskając z tego powiewu tyle ile się da. Ziemia nadchodzi zbyt prędko, zbyt płasko, więc nie jestem w stanie wylądować z telemarkiem. Siła grawitacji przygniata mnie do ziemi, jednak nie dotykam śniegu żadną częścią ciała. Podjeżdżam do bandy, z trudem hamując, bowiem nie zostało mi dużo miejsca na wytracenie prędkości. Ściągam narty i z niedowierzaniem wpatruję się w odległość, która wyświetla się na ekranie.
Rekord skoczni.
Sędziowie odejmują mi punkty za lądowanie, ale i tak uciekam rywalom. Macham uradowany do kamery i przechodzę przez bramki, gdzie rzucają się na mnie koledzy, cieszący się moim wynikiem. Ponad ich głowami dostrzegam Alicję, która jedynie unosi do góry dwa uniesione kciuki i uśmiecha się szeroko. To dla mnie lepsza nagroda niż cokolwiek innego.
[Peter]
Staję na drugim stopniu podium, po drodze przybijając piątkę z Klemensem. Jego skoki były dziś naprawdę imponujące. Gdyby ten drugi wylądował nieco lepiej, nikt nie dałby mu rady. Ja sam musiałem uznać wyższość Kamila, który już po chwili dołącza do nas na podium. Rozbrzmiewa polski hymn, do którego już zdążyłem się przyzwyczaić, gdyż przez ostatnie dwa sezony często można go było usłyszeć na skoczni. Dostajemy puchary, kwiaty i czeki, czekamy aż zrobią nam zdjęcia. Udaje mi się wypatrzeć w tłumie Alicję, która uśmiecha się do mnie szeroko. Jednak kiedy przenosi wzrok na Klemensa w jej wzroku pojawia się coś jeszcze, coś, czego nie potrafię zdefiniować. Coś jakby wręcz intymnego.
A ja czuję nagle irracjonalną pewność, że mnie nigdy nie obdarzy takim uśmiechem. Nawet nie wiem czemu ta myśl mnie nieco boli.
Schodzimy z podium i podchodzą do nas jeszcze dziennikarze, chcąc zadać nam jeszcze kilka pytań. Odpowiadam na nie cierpliwie, największe zainteresowanie budzi jednak Klemens, który po bardzo kiepskim sezonie i wczorajszym średnio udanym konkursie, dziś wskoczył na podium. Nie rozumiem o czym mówi, czasem wyłapuję tylko pojedyncze zdania z wywiadów prowadzonych w języku angielskim, widzę jednak, że ponad mikrofonami dziennikarzy jego wzrok co rusz ucieka w kierunku dziewczyny ubranej w słoweńskie barwy...
W końcu dziennikarze dają mi spokój, a ja podchodzę do Alicji, która rozmawia z naszym sztabem. Odkładam na bok puchar i czek i wyciągam przed siebie kwiaty.
- Dla ciebie – mówię po prostu.
Alicja unosi do góry brwi.
- Niby czemu dla mnie? - dziwi się, budując lekki dystans między nami.
- No przecież nie dam ich Janusowi – wywracam oczami.
Alicja śmieje się, ale nie przyjmuje kwiatów. Radzi mi, żebym rzucił je w tłum, to może uda mi się uszczęśliwić jakąś nastolatkę. Widzę, że jej nie przekonam, więc korzystam z jej rady, wywołując dziki pisk na trybunach po mojej lewej stronie. Wracam do Alicji, która teraz stoi już sama, obserwując kłębiący się dookoła tłum.
- No, żeby potem nie było, że ci nie pogratulowałam: GRATULACJE - mówi dobitnie. - Tylko nie waż się grymasić, że mogło być pierwsze miejsce – grozi mi palcem.
- Nie mam najmniejszego zamiaru. Jak ci się podobało podium? - pytam.
- Będąc profesjonalistą powinnam powiedzieć, że lepiej by było by towarzyszyli ci Jurij i Jaka, ale wolę być szczera i powiedzieć, że...
- ...zamiast mnie wolałabyś Kota – kończę za nią.
- Prędzej Janka, Kot marudziłby, że nie jest pierwszy – prostuje. - A tak na serio, to było idealnie. Nic bym nie zmieniła – uśmiecha się do mnie ciepło, a ja tłumię w sobie dziwne, kłębiące się we mnie uczucia. Jakaś ich część nie daje się jednak stłamsić, bo pytam nagle:
- Czemu nie wzięłaś kwiatów?
Alicja spogląda na mnie dziwnie i nic nie mówi, nerwowo skubiąc warkocz.
- Bo nie powinnam – mówi w końcu.
- To nic nie znaczyło – zapewniam ją. - Po prostu...
- Wiem – przerywa mi. - Ale nie rób tak więcej. Proszę.
Odchodzi bez słowa, a ja nie rozumiem co zrobiłem nie tak.
[Alicja]
Klaszczę wraz z innymi i wiwatuję widząc, jak Klemens wspina się na najwyższy stopień podium, gratulując po drodze Severinowi i Fannemelowi. Jest taki szczęśliwy, taki dumny, kiedy z głośników rozbrzmiewa polski hymn. Patrzę na niego, nie mogąc się napatrzeć na jego radość. Kiedy milknie muzyka i przestają błyskać blaski fleszy, zeskakuje z podium i podchodzi wprost do mnie, ignorując stojących po drodze dziennikarzy, którzy już wyciągają do niego swoje mikrofony. Porywa mnie w objęcia i mocno do siebie przytula. Śmieję się, żeby mnie puścił, bo połamie mi żebra. W końcu stawia mnie na ziemi i wyciąga przed siebie wiązankę kwiatów.
- To dla ciebie – mówi.
Przyjmuję je z wdzięcznością, bo bukiet składa się głównie z moich ulubionych tulipanów. Nie mogę sobie jednak odmówić małej złośliwości.
- Wolałabym jednak, żebyś wygrał tydzień temu w Wiśle, wtedy dostałabym od ciebie Gustawa – droczę się.
- Zobaczymy co da się zrobić. Może w styczniu. Albo na Mistrzostwach Polski, jak się uda – udaje, że się zastanawia.
- Na Mistrzostwach Polski się nie liczy. Zmarnowałeś szansę, następne LGP dopiero za rok – zanurzam jednak nos w tulipanach i zaciągam się ich zapachem.
Klemens wywraca oczami i podpija łyk mojej kawy, którą nieopatrznie zostawiłam bez opieki.
- Fuj, jak możesz pić to zimne świństwo...!
- A jak ty możesz ciągle zapominać o tym, że piję to świństwo i nie opłaca się kraść mi kawy? - wzdycham. - Przecież wiesz, że nie znoszę ciepłej, musi być zimna.
- Latem to ma sens, ale zimą...? - pyta z powątpieniem.
- Nic nie rozumiesz – wzdycham z politowaniem. - Ile razy mam powtarzać, że tu chodzi o mleko...?
- To pij bez!
- Ale bez mleka kawa jest gorzka!
- To posłódź!
- Przecież słodzę! Trzy łyżeczki!
Tak przekomarzając się idziemy w kierunku hotelu, bo busik odjechał już bez nas i czeka nas spacer. Jest jednak ciepło, jak na lipiec przystało, więc wieczorny spacer jest bardzo przyjemny. Po drodze zatrzymujemy się nad rzeką i przez chwilę moczymy nogi, przekomarzając się nadal. Odkładam kwiatki na bok, a kiedy się obracam Klemens pryska mnie wodą. Oddaję mu natychmiast, tak że po chwili oboje jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. Zawieramy rozejm, siedząc w płytkiej wodzie i śmiejąc się jak głupi do sera. Zbieramy się powoli, a Klemens okrywa mnie przezornie odłożoną na bok bluzą. Wracam się po chwili po zostawione nad brzegiem kwiatki.
Idziemy dalej, nadal lekko drżę, więc skoczek obejmuje mnie ramieniem. Zatrzymujemy się pod hotelem i oddaję mu bluzę.
- Przemoczyłaś ją... - mówi z wyrzutem.
- Nie powiem czyja to wina – kłócę się dalej, a Klemens w odpowiedzi jedynie odgarnia mi z twarzy mokry kosmyk włosów za ucho.
- Dziękuję za kwiaty. Dobranoc – całuję go w policzek i chcę odejść w kierunku swojego pokoju, Klemens jednak przyciąga mnie do siebie i zatapia nos w moich włosach. Czuję jego oddech na jego szyj i...
Na szczęście zimny powiew wiatru wywołuje gęsią skórkę na moich przemoczonych łydkach i dreszcz sprowadza mnie na ziemię. Wyrywam się z jego objęć, lekko przestraszona.
- Dobranoc – mówię szybko i odwracam się na pięcie.
- Przepraszam! - woła za mną, jednak oboje wiemy, że tego typu słowa nic nie dają.
- Alicja? - czyjś głos wyrywa mnie z zamyślenia. Pogrążona we wspomnieniach nawet nie zauważyłam dokąd zawędrowałam.
- O, Kamil... Gratuluję wygranej – uśmiecham się na jego widok.
- Dziękuję, choć to chyba Klimek był dziś największym wygranym... - kiedy nic nie odpowiadam na te słowa, dodaje. – Szukał cię po konkursie, ale znikłaś nagle. Zdaje się, że coś dla ciebie miał...
Przygryzam wargę, nie mogąc znaleźć na to dobrej odpowiedzi.
- Ala...
- Lepiej by było, gdybym nie wróciła, wiesz? - wzdycham nagle. - Ale... Ale byłam za słaba. Wciąż jestem. Jestem jak ćma, którą ciągnie do świecy. Jestem uzależniona od czegoś, co jest dla mnie niebezpieczne...
Kamil patrzy się na mnie dziwnie, ale nic nie mówi.
- Wyjeżdżamy jutro rano, więc widzimy się chyba dopiero w Kuusamo – mówię. - Pozdrów wszystkich i przeproś, że się nie pożegnałam.
Macham mu na pożegnanie i odchodzę w kierunku hotelu. To dopiero pierwszy weekend Pucharu Świata, a ja już zaczynam odliczać dni do konkursów w Planicy.
Czy ktokolwiek może mieć mi za złe, że chcę uciec? Uciec przed samą sobą?
5 miesięcy.
OdpowiedzUsuńOkoło 5 miesięcy musiałam czekać na nową notkę. No ale opłacało się. Piękna notka. Taka Bittersweet (uwielbiam to słowo). A właściwie BitterSadFunnySweet (słowo mojego autorstwa).
Dobra, przejdę do sedna.
„-No przecież nie dam ich Janusowi”. Genialne. Ale...dlaczego? Janusowi też coś się należy. A taki kwiatek od swojego podopiecznego...nie, to była zła myśl.
Biedny Peter. Chyba mu się Alicja podoba, a tu nici z tego. Bo jednak Klemens na pierwszym miejscu. Żal mi go. Mogę go przytulić?
Nie ma to jak wpaść na kogoś podczas biegania. Bieg to zdrowie, dopóki nie wpadniesz na kogoś i się nie połamiesz.
Rozmyślenia Alicji takie...głębokie. Jest mi smutno, że tak myśli ( ostatnie zdania).
To chyba wszystko. Jak mi się coś jeszcze nasunie, to napiszę.
Czekam na dalsze rozdziały i może fragment z nowej perspektywy?
Pozdrawiam...
Wierna Rasmi :D
Free Spins: 25 No Deposit Casino Bonuses for December 2021
OdpowiedzUsuńThese 토큰 룰렛 offers come bet365 com au with a 100% match bonus for your first 우리 계열 deposit. These 10벳 bonuses can 에볼루션바카라 be worth up to $500. A bonus free spins are the best way to keep