[Alicja]
-
Uważam, że to bardzo zły pomysł – mówię chyba już po raz
setny tego dnia, krzyżując ramiona.
-
Musisz mi w końcu zaufać – Jurij macha mi przed nosem kluczykami
do kadrowego busa i sadowi się na miejscu kierowcy. Raz jeszcze
rozważam możliwość zarezerwowania biletu na pociąg, samochód...
nawet taksówkę! Ostatecznie jednak sadowię się z tyłu pomiędzy
Jaką i Nejcem.
- Na
pogrzebie życzę sobie białe lilie – zaznaczam śmiertelnie
poważnym tonem. Jurij posyła mi ostre spojrzenie we wstecznym
lusterku, a Peter zatrzaskuje drzwi, wsiadając jako ostatni do busa.
Uśmiecha się do mnie uspokajająco przez ramię, a ja
demonstracyjnie zapinam pasy.
-
Jak długo pojedziemy? - pytam.
-
Długo – otrzymuję odpowiedź, wzdycham i zakładam słuchawki,
włączając na telefonie jakąś smętną składankę.
-
Czemu tak właściwie nie lecimy samolotem? - zadaję jeszcze jedno
pytanie.
- Bo
przez mgłę zamknęli lotnisko w Berlinie, gdzie mieliśmy się
przesiadać.
-
Aha – kwituję i zamykam oczy.
[Peter]
Zamieniam
się z Jurijem po paru godzinach jazdy. Janus pochrapuje cicho, a
Jaka uparcie walczy ze zmęczeniem, jednak głowa co rusz opada mu na
ramię Alicji. Ta jednak albo nie zwraca na to uwagi, albo po prostu
śpi. Ciężko to stwierdzić, bowiem odkąd ruszyliśmy z Kranja nie
zmieniła pozycji nawet o milimetr. Reszta również drzemie lub
słucha muzyki.
Przyjemnie
jedzie się pustą autostradą, więc czas szybko mija i już wkrótce
zmieniam się z Nejcem, który szybko przeciera zaspane oczy i ustawia
fotel oraz lusterka nim rusza w dalszą drogę. Ja sam opadam na
siedzenie obok Alicji na samym tyle busa. Zastanawiam się czy
świadomie usiadła tak daleko ode mnie.
Po
powrocie z Klingenthal praktycznie się z nią nie widziałem.
Wróciła na dwa dni do Polski, by załatwić jakieś rodzinne
sprawy, więc zobaczyłem się z nią dopiero dzisiaj rano. Parę
zdań zamienionych przez telefon utrzymane było raczej w chłodnym
tonie. Próbuję zrozumieć, czy coś zrobiłem nie tak, jednak w
głowie mam tylko te nieszczęsne kwiatki. Nie potrafię tego
zrozumieć.
Przyglądam
się jak śpi, bo z bliska już łatwo rozpoznać, że śni jej się
coś miłego. Z lewego ucha wypadła jej słuchawka, jednak chyba
zupełnie tego nie zauważyła.
Kiedy
tak ją obserwuję, telefon na jej kolanach zaczyna wibrować.
Zastanawiam się czy go nie wyłączyć, by jej nie obudził, Alicja
jednak już się rozbudza i ledwo przytomna odbiera.
-
Hę? Czy ty wiesz która jest godzina...? Tak, jadę... Nie, nie
wiem gdzie jestem... - słyszę strzępki rozmowy, nie rozumiem z
niej zbyt wiele, bowiem Alicja z rozmówcą rozmawia po polsku.
Mruczy
do słuchawki jeszcze parę niezrozumiałych już dla mnie słów,
rozłącza się, poprawia słuchawki i, chyba nie do końca wiedząc
co robi, wtula się w moje ramię i zasypia.
Tkwię nieruchomo zaskoczony jej gestem, choć dobrze wiem, że
zrobiła to zupełnie nieświadomie, ledwo rozbudzona krótkim
telefonem. Po chwili rozluźniam się nieco, a Alicja zapada z
powrotem w głęboki sen. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko
zamknąć oczy i wziąć z niej przykład.
[Klemens]
Budzi mnie polecenie by zapiąć pasy. Wyglądam przez okno i widzę
zbliżającą się ziemię. Posłusznie wykonuję wszystkie czynności
konieczne przed lądowaniem i już po kilku minutach stawiam pierwsze
kroki na fińskiej ziemi. Chwilę czekamy na bagaże, nawet dość
długą chwilę, bowiem gdzieś zniknęły narty Piotrka. Na
szczęście okazuje się, że po prostu utknęły na zakręcie taśmy
i zostają dostarczone nam inną drogą. Przed lotniskiem już czeka
na nas bus, do którego z trudem mieszczą się nasze bagaże. Siadam
gdzieś z tyłu, pomiędzy Maćkiem i Dawidem, zakładam słuchawki i
popadam w zamyślenie, z którego nie jest w stanie mnie wyrwać
nawet głośny śmiech Kubackiego.
Zastanawiam się dlaczego Alicja tak szybko zniknęła po konkursie.
Chciałem z nią porozmawiać i dać jej kwiatki, które dostałem
jako część nagrody. W końcu to dzięki niej stanąłem na podium.
Dzięki temu, że wróciła.
Choć bynajmniej nie zrobiła tego dla mnie.
Ostatecznie kwiaty dostała moja żona, tak jak być powinno.
Niestety tak jak przewidywałem, nie dotarły do Polski świeże i
pachnące. Możliwe, że Alicja i tak by ich nie przyjęła...
Wciąż próbuję ją wyrzucić z moich myśli, jednak bez skutku.
Wiem, że by tego nie chciała i wiem, że ma rację. Oboje wiemy jak
to się może skończyć...
- Ziemia do Klimka! - Maciek szturcha mnie w ramię. - Dojechaliśmy.
Wygramalam się z busa i zbieram swoje rzeczy, które już ktoś
wyrzucił z bagażnika. Potem podążam za resztą w kierunku
recepcji i dostaję klucz do pokoju, którym wyjątkowo nie muszę
się z nikim dzielić.
Wyjeżdżamy wszyscy windą na czwarte piętro i rozchodzimy się do
pokoi. Kiedy wchodzę do swojego, okazuje się, że trafiła mi się
„dwójka” z podwójnym łóżkiem. Uśmiecham się pod nosem na
widok tego prezentu od losu i zaczynam się rozpakowywać. Lokuje
swoje rzeczy w szafie, kiedy zauważam, że zostawiłem na recepcji
jeszcze jeden pakunek, składający się głównie z torby z
jedzeniem, które trzeba będzie szybko zutylizować nim się
popsuje. Zamykam więc pokój i schodzę po schodach do holu, gdzie
nagle z niewiadomych powodów zapanowało niesamowite pandemonium.
[Alicja]
Budzi mnie szarpnięcie samochodu i moja głowa spada z ramienia
Petera, który również budzi się gwałtownie. Dopiero po chwili
dociera do mnie ten fakt, jednak nie daję po sobie poznać, że w
ogóle to zauważyłam. W myślach jednak łaję się, bo taka
sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca. Mam się przecież
zachowywać profesjonalnie, z dystansem. Brak dystansu jest zły. A w
każdym razie bardzo źle się kończy...
Mamroczę pod nosem jakieś inwektywy pod adresem kierowcy, jednak
wystarczająco cicho, by nie dotarły do uszu Janusa, który siedzi
za kółkiem. Na szczęście w tym momencie wszyscy zaczynają
wysiadać, bo jak się okazuje dotarliśmy na miejsce. Puszczam
przodem Petera by mógł wyciągnąć z bagażnika swoje rzeczy i
sama również wysiadam z samochodu.
Z boku obserwuję krzątaninę skoczków, sama zajęta jednak swoim
snem, który został brutalnie przerwany. Najpierw przez telefon od
przyjaciela, z którym spotkałam się w Polsce w tym tygodniu, a
potem przez nieprofesjonalne parkowanie trenera w zaspie.
Sen z jednej strony bardzo przyjemny, a z drugiej wyjątkowo
niebezpieczny. Dobrze, że to tylko sen, choć... nie wiem czy
powinnam sobie pozwalać nawet na takie sny.
- Alicja, idziesz? - woła mnie Peter.
- Tak, tak, idę... - chwytam swoją torbę i podążam za nimi do
holu, gdzie Janus już rozdaje kluczyki do pokojów. Kiedy jego wzrok
pada na mnie nagle sztywnieje i zamiera w pół ruchu.
- Coś nie tak? - pytam.
Trener odwraca się bez słowa w kierunku recepcjonistki i uważnie
studiuje kartę pobytu, a następnie zamienia z nią kilka słów.
Podchodzę bliżej, próbując zrozumieć co jest nie w porządku.
- Nie, ja nie chcę być w pokoju z trenerem! On strasznie
chrapie...! - za moimi plecami wykłóca się Hvala. - Nie mogę z
Peterem i Jurijem wziąć trójki...?
- I co? Nejc będzie spał z Janusem, czy Jernej? A może Alicja, co?
- Jurij puka się w głowę.
- Chwila... - w końcu dociera do mnie sens ich rozmowy. - Z tego co
mówicie wynika, że mamy jedną trójkę i same dwójki, tak...? -
odwracam się w ich kierunku.
- Nooo... tak – przytakuje Jaka, spoglądając na klucz w swoich
dłoniach.
- A gdzie jedynka dla mnie? - biorę się pod boki i odwracam w
kierunku Janusa, który patrzy złym wzrokiem na recepcjonistkę, a
ta z kolei nerwowo przerzuca papiery.
- Obawiam się, że wszystkie są już zajęte... - jąka się, mówiąc
niewyraźnie po angielsku. - Nie rezerwowali państwo żadnej
jedynki, a teraz wszystkie pokoje są zaję-...
- JAK TO NIE REZEROWOWALIŚCIE JEDYNKI...?! - podnoszę głos, łypiąc
spode łba to na Janusa to na skoczków, którzy wciąż wyrywają
sobie klucze i tylko Peter stoi niewzruszony bitwą o pokoje.
- No, bo nigdy nie było z tym problemów... - mówi cicho Janus, a
ja głośno wypuszczam powietrze, by się choć trochę uspokoić.
- Idę do toalety. Jak wrócę, życzę sobie dostać klucz do
pokoju. Jakiegokolwiek, ale mojego własnego, osobistego pokoju –
odwracam się na pięcie i ruszam w kierunku wskazanym strzałką z
napisem „WC”.
Wychodząc zza zakrętu gwałtownie wpadam na kogoś, schodzącego z
góry i oboje lądujemy na schodach.
- Co ty tutaj robisz?! - wyrywa mi się nieco ostrzej niż powinno,
ale rozbity na krawędzi stopnia łokieć nie nastraja mnie pokojowo.
- Eee... Idę po ciasteczka owsiane. Zostawiłem w holu – wyjaśnia
Klemens, masując plecy i gramoląc się ze schodów. - Chcesz
trochę?
Przymykam oczy i ciężko wzdycham.
- Tylko mi nie mów, że też się tu zatrzymaliście...
- Wszyscy się tu zatrzymali – w końcu wstaje i pomaga mi się
podnieść ze schodów. - A ty czemu taka zdenerwowana?
- Janus zapomniał zarezerwować dla mnie pokoju. Więc albo śpię z
nim albo z Hvalą albo na korytarzu – krzywię się. - Ta ostatnia
opcja jest w wbrew pozorom najprzyjemniejsza.
Przenoszę wzrok na Klemensa i nagle oboje wybuchamy śmiechem.
- Jak chcesz to mogę cię przygarnąć, bo dostała mi się dwójka
– mówi, kiedy w końcu opanowujemy chichot.
- Na razie dzięki, zdaje się, że niepotrzebnie zrobiłam taka
awanturę... ale jak coś, to się do ciebie zgłoszę – uśmiecham
się.
- Dobra, to ja idę po te ciastka, żebym mógł cię godnie ugościć
– próbujemy się wyminąć, ale idzie nam to ciężko, bo cały
czas na siebie wpadamy. W końcu udaje nam się ruszyć z miejsca i
jeszcze bardziej rozbawieni ruszamy w swoje strony.
Kiedy wracam do holu, polskiego skoczka już nie ma, a Janus czeka na
mnie z kluczem.
- Upchnęliśmy się w jednym pokoju z Jaką i Jernejem, a w trójce
śpi Peter z Jurijem i Nejcem. Ta dwójka jest twoja – podaje mi
klucz. - Wszyscy śpimy na czwartym piętrze.
- Super – biorę od niego klucz. Jednak mój nagle odzyskany dobry
humor każe mi się usprawiedliwić. - Przepraszam za ten wybuch,
każdemu mogło się zdarzyć. Po prostu bardzo cenię sobie swoją
prywatność i nie uśmiechało mi się dzielenie pokoju z którymś
z was...
Trener jednak posyła mi łagodny uśmiech.
- Nie ma sprawy, nie dopilnowałem. Na przyszłość będę
mądrzejszy. Ja sam na twoim miejscu pewnie bym się tak samo
zdenerwował.
Żegnam się z nim i ruszam na górę, gdzie biorę długi, gorący
prysznic i padam zmęczona na łóżko, z mocnym postanowieniem
ignorowania wszelkich bodźców zewnętrznych.
[Peter]
Nim zdążamy się porządnie rozpakować, wpada do nas Jaka z
wiadomością, że na najniższym piętrze hotelu jest do naszej
dyspozycji basen i że mamy się natychmiast zbierać. Pora jest
jeszcze wczesna, a takie odprężenie przed konkursem nam się
przyda, więc zabieramy potrzebne rzeczy i ruszamy za kolegą.
- Peter, zadzwoń może do Alicji – mówi nagle Jurij. - Jej też
się coś od życia należy za ten pokój...
Kiwam głową, bo pomysł wydaje się niezły i wybieram numer,
jednak zdaje się, że wyłączyła telefon, bo nie potrafię się
połączyć. Przez chwilę rozważam pomysł, by do niej pójść i
po prostu zapytać, ale szybko go odrzucam. Najwyraźniej poszła
spać po niewygodnej podróży.
Basen okazuje się być prawie pusty, jedynie paru naszych kolegów z
kadry Szwajcarii wyleguje się w jacuzzi, zdaje się, że cały hotel
mamy praktycznie dla siebie. Machamy im na powitanie i znikamy w
szatni by się przebrać.
[Alicja]
Bodźcem, który ostatecznie wyrywa mnie z letargu prawie godzinę
później jest głośne burczenie w brzuchu i niepohamowana ochota
na... sorbet cytrynowy. Nie analizując dłużej dziwnych zachcianek
mojego organizmu, ubieram się ciepło i wychodzę z hotelu,
zostawiając na stole bezużyteczną, rozładowaną komórkę.
Na dworze jest już ciemno, a temperatura wynosi chyba z minus dwieście stopni. Pamiętam jednak tę okolicę sprzed dwóch lat –
organizatorzy zawsze kwaterują drużyny w tym samym miejscu. Dlatego
pozwalam moim myślom błądzić, podczas gdy stopy niezawodnie
prowadzą mnie do sklepu.
Moje dzisiejsze zachowanie względem trenera było może mało miłe,
ale ostatnio chodziłam podminowana. Po powrocie z Klingenthal niemal
natychmiast wsiadłam w samolot do Polski, by spotkać się z dawno
niewidzianym przyjacielem. Spotkanie przebiegło jednak w atmosferze
roztrząsania jego problemów egzystencjalnych, podczas gdy ja miałam
nadzieję na miłe wspominki przy piwie. Cóż, jednak każdy
skorzysta, gdy ma pod ręką znajomego psychologa. Te dwa dni w
ojczystym kraju zapisałam jednak na plus, co nie oznacza, że nie
wróciłam do Słowenii totalnie wyprana psychicznie. Miałam
nadzieję, że ten weekend minie mi w miarę spokojnie w zaciszu
hotelowego pokoju i podczas właściwej pracy na skoczni. Dlatego
bardzo zaniepokoiła mnie wiadomość, że mogę być skazana na siedemdziesiąt dwie godziny nieustannej obecności co najmniej jednego słoweńskiego
skoczka.
No i na dodatek obecność Polaków w promieniu kilkuset metrów ode
mnie. Konkretnie tego jednego, która jednocześnie cieszy i
przeraża. Wymarzony komfort psychiczny jak w pysk strzelił! Przed
chodzeniem po ścianach chroni mnie chyba tylko wizja przyszłego
weekendu...
Wchodzę do sklepu i odruchowo biorę koszyk, kierując się od razu
w kierunku lodówki z lodami, zastanawiając się jednocześnie, czy
to aby normalne żeby kupować w zimie lody. Zanim jednak docieram na
miejsce słyszę wyjątkowo charakterystyczny głos Piotrka...
- Nie, nie, nie... jestem pewien, że Kamil nie lubi cebulowych!
Pamiętasz, ostatnio ich w ogóle nie tknął...
- Bo to były kukurydziane, a on miał dzień bezglutenowy...
- To kukurydza zawiera gluten...? - Piotrek drapie się w głowę i
odstawia chipsy o smaku cebulki. - Dla bezpieczeństwa wziąłbym
paprykę...
- A wam to wolno się tak obżerać..? - podchodzę do nich
zainteresowana tą wymianą zdań. - I co wy tu w ogóle robicie?
- Wysłali nas po zakupy, bo planujemy małą imprezkę dziś
wieczorem – wyjaśnia Piotrek, a Maciek potwierdza kiwając głową.
- Ooo, a z jakiej to okazji? - pytam. - A tak na marginesie,
kukurydza nie zawiera glutenu. Raczej chodziło o mączkę
kukurydzianą, na którą, z tego co wiem, jest okresowo uczulony...
- wtrącam.
- A, no właśnie! - ucieszył się Piotrek z rozwiązania zagadki. -
A impreza bez okazji, tak po prostu, że Klimkowi znów się dobrze
skacze. Szczęściarz dostał dwójkę, więc u niego się będziemy
bawić...
- Jak chcesz też możesz wpaść – dodaje Maciek, uśmiechając
się do mnie. - Wszyscy na pewno się ucieszą. No chyba, że masz
inne, słoweńskie, plany... - dodaje, wyraźnie akcentując
drugi przymiotnik.
- Nic mi na ten temat nie wiadomo... - mówię, robiąc szybką
analizę, czy to aby na pewno jest dobry pomysł, by... - Więc
chętnie wpadnę. Dajcie mi tylko chwilę, muszę znaleźć sorbet
cytrynowy... - ruszam w kierunku lodówki, jednak robię krok do tyłu
i chwytam paczkę chrupków orzechowych.
Idą za mną krok w krok, kiedy grzebię w poszukiwaniu sorbetu oraz
gdy biorę jeszcze dwa jabłka i słoik nutelli.
- Erm, Ala... - pyta nagle Maciek. - Wszystko w porządku?
- Tak, a czemu pytasz? - dziwię się, wykładając zakupy na ladę.
- No, bo jest dziewiąta wieczorem, a twoje zakupy są mocno... dziwne –
mówi lekko skrępowany Maciek. - No i zachowujesz się trochę...
nietypowo.
- Nietypowo? - wytrzeszczam oczy.
- No, bo wiesz, kiedy Justynka się tak ostatnio zachowywała... –
z pomocą Maćkowi przychodzi starszy kolega.
Patrzę to na jednego, to na drugiego i w końcu dociera do mnie o
czym mówią. Wybucham śmiechem i nie mogę się uspokoić przez
następne pięć minut.
- Nie, nie jestem w ciąży – mówię w końcu, ocierając łzy. -
A wasz niepokój w tym względzie jest co najmniej podejrzany –
puszczam im oko i zbieram zakupy. - To co? Idziemy się bawić?
Po chwili sami śmieją się z siebie i swoich głupich pomysłów. W
miłej atmosferze maszerujemy przez zaśnieżone Kuusamo, idąc tak
szybko jak tylko pozwala nam nieodśnieżony chodnik. Już po chwili
Piotrek odbiera telefon i zostawia mnie wraz z Maćkiem samych.
- Trochę głupio wyszło z tymi zakupami... - mruczy cicho, cały
czerwony na twarzy.
- Spoko, nic się nie stało. Dobrze, że na podstawie zakupów, a
nie figury, bo wtedy strzeliłabym focha – trącam go w ramię. - A
ja bardzo się cieszę, że już nie jesteście na mnie źli.
- Źli? - dziwi się. - O co?
- O to, że porzuciłam was na rzecz naszych „południowych
sąsiadów” – odpowiadam, cytując naszą mannerową panienkę.
- Daj spokój – macha ręką. - Rozumiem...
- Chyba jednak nie rozumiesz – wyrywa mi się, być może nieco
zbyt ostro.
- Ala, ja... - Maciek wyraźnie waha się czy coś powiedzieć.
Poznaję to po odwróconym wzroku i zagryzionej wardze. - Ja wiem, że
rok temu coś się wydarzyło. Coś między tobą i... i Klimkiem.
Otwieram szerzej oczy, zaskoczona jego słowami. Wiedział? Domyślił
się? Kot dostrzega mój, najwyraźniej przerażony, wzrok i łapie
mnie uspokajająco za rękę.
- Spokojnie, nie będę pytał o nic – spojrzenie jego brązowych
oczu wędruje po mojej twarzy jakby szukając tam zaufania. - Choć
nie ukrywam, że dręczy mnie to, bo nie wyglądacie na pokłóconych.
Mimo to z jakiegoś powodu boisz się przebywać w naszym
towarzystwie, a jednak widzę, że tego chcesz. Chciałbym jednak
żebyś wiedziała, że... - waha się przez moment, ale dokańcza
lekko zawstydzony – ...że masz we mnie oddanego przyjaciela i przy
mnie niczego nie musisz się bać.
- Och, Maciuś...! - wyrywa mi się i ze łzami w oczach rzucam mu
się na szyję.
Przyciska mnie do piersi, a ja pozwalam spłynąć dwóm łzom, które
wzięły się niewiadomo skąd. Jego wyznanie bardzo mnie wzruszyło,
tym bardziej żałuję, że nie mogę mu nic wyjaśnić. Nie mogę mu
powiedzieć, jak bardzo nie powinnam iść teraz z nimi na ich
„imprezę”, jak bardzo niebezpieczne jest dla mnie każde
spotkanie z polską kadrą, jak powolutku opracowuję plan ponownego
złamania im wszystkim serc.
- Ala, och Ala... - szepcze mi do ucha, ale równie dobrze może mi
się wydawać.
Szybko dochodzę do siebie, lecz w momencie, w którym mam zamiar
wyplątać się z jego objęć, oboje giniemy w morderczym uścisku.
- Jak to? Przytulanki beze mnie? - Piotrek najwyraźniej skończył
rozmawiać i dołączył do nas tworząc zbiorowego „misiaczka”.
- Wariaci! - krzyczę, całkowicie porzucając melancholijny nastrój,
który mnie przed chwilą ogarnął. - Idźmy lepiej, bo mi się
sorbet roztopi...
- W tej temperaturze? - dziwi się Piotrek. - Jest chyba minut tysiąc stopni...!
Ze śmiechem naciągam mu czapkę na twarz i ruszam do hotelu.
[Klemens]
Spokój nie trwa długo. Odkrycie wolnego miejsca w moim pokoju,
które przekracza normę, zostało odkryte niemalże natychmiast i w
trybie przyśpieszonym zagospodarowane przez moich kolegów.
Spontanicznie została zaplanowana impreza na moją cześć,
Piotrek z Maćkiem ruszyli do sklepu, a reszta zaczęła znosić do
mojego lokum pozostałe z podróży smakołyki. Jakieś wyskokowe
napoje też się znalazły, ale zgodnie stwierdziliśmy, że przed
konkursem sobie darujemy i bawimy się na „grzecznie”.
- Klimek, twoje zdrowie! - Janek unosi w moim kierunku plastikowy
kubeczek wypełniony wodą mineralną. - Obyś latał nam dalej jak
zaczarowany!
- Zdrowie! - zgodziła się reszta, która postanowiła świętować
nie czekając na zakupowiczów.
Kiwam głową i biorę łyk soku, jednak nic nie mówię. Jest prosty
sposób, by ich życzenie się spełniło. I ten sposób jest tu
całkiem blisko, zaledwie kilka pokoi dalej. Odrzucam jednak od
siebie szybko tę potencjalnie niebezpieczną myśl i skupiam się na
cieście, które podtyka mi Kamil.
- Ewa piekła – uśmiecha się. - Jak nie weźmiesz to te harpie
zaraz wszystko zjedzą.
- W takim razie muszę spróbować – biorę kawałek ciasta, które
okazuje się znakomite. Wyrażam moje uznanie, dla kunsztu
kulinarnego kamilowej żony, kiedy drzwi do mojego pokoju otwierają
się bez pukania.
- Wróciliśmy! - oznajmia Maciek w progu, a za nim wtarabania się
Piotrek z zakupami.
- I mamy dla was niespodziankę! - dodaje ten drugi.
- Czekolada? - Dawidowi rozbłyskują oczy.
- Lepiej - mówi tajemniczo Maciek, a zza framugi drzwi wyłania się
uśmiechnięta Alicja.
- Czołem, mannerowa panienko! - czochra mu blond czuprynę i
odstawia swoją siatkę pod ścianę. - Macie tu może lodówkę?
Lody mi się topią.
- Lodówki brak, ale parapet też się nada – podnoszę się i
otwieram okno.
Alicja podaje mi pudełko, nie spoglądając mi w oczy, kiedy je
jednak odbieram czuję jak się trzęsie od podmuchu wiatru, który
wpadł do pomieszczenia. Powstrzymuję się z trudem, od objęcia
jej, trochę ze względu na kolegów, a trochę ze względu na
zbudowany przez nią dystans między nami.
- Zamykaj to okno, bo pizga! - denerwuje się Janek, więc czym
prędzej zamykam okno i wracam na swoje miejsce. Alicja siada obok
Maćka na skraju łóżka, tak daleko ode mnie jak tylko jest w
stanie. Czuję ukłucie smutku, ale tak jest lepiej. Bezpieczniej.
Teraz dociera do mnie, dlaczego mnie unika. Bo to niepodważalny
fakt, że jej szybkie zniknięcia po konkursie nie są przypadkiem.
Jest po prostu rozsądna. Przez ten rok z dala ode mnie musiała
nabrać dystansu do naszej relacji, nauczyć się ignorować tą siłę
która nas do siebie ciągnie. Mnie samemu ten rok jedynie
uświadomił, jak bardzo jej obecność jest mi potrzebna. Że jest
dla mnie powietrzem, bez którego się duszę.
- Klimek, podasz mi orzeszki? - z zamyślenia wyrywa mnie głos
Dawida.
Podaje mu miseczkę i dociera do mnie, że Alicja opowiada o czymś
Jankowi i Maćkowi.
- ...nie jest źle. Na początku myślałam, że będzie gorzej, ale
szybko zaakceptowali moje niekonwencjonalne metody – śmieje się.
- Janus jest troszeczkę gburowaty albo po prostu szorstko poważny.
Ale chyba wszyscy trenerzy tak mają – cała trójka wybucha
śmiechem, do którego dołącza się Piotrek, który usłyszał
ostatnie zdania.
- A co z Prevcem?
- Co masz na myśli? - Alicja marszczy dziwnie brwi. Ja sam
rozpoznaję w tej minie wyjątkową czujność, ostrożność
podszytą strachem, że jakiś jej sekret zostanie odkryty. Dobrze
znam tę minę. Za dobrze.
- Peter nigdy-się-nie-uśmiecham Prevc – wyjaśnia Janek. - A
ostatnio zaczął jednak pokazywać przednie ząbki, zwłaszcza w
twoim towarzystwie.
Maciek posyła jej nieco koślawy uśmiech, a nasze spojrzenia na
ułamek sekundy spotykają się nad jego ramieniem. Tylko ja jestem w
stanie wyłowić w jej wzroku tę odrobinę paniki połączonej z
dojmującym poczuciem winy. W zeszłym roku widziałem to samo,
gdy...
- Nic z Prevcem – odpowiada nieco bardziej burkliwie, niż powinna,
by nikt nie domyślił się, że jej rozdrażnienie to tylko gra. -
Wyjątkowo ambitny, wyjątkowo zamknięty w sobie, skupiony na swoim
zadaniu. W sumie trochę jak ty – szturcha Maćka w ramię. - Może
powinniście wziąć z niego przykład? Bo na razie to głównie
zajmujecie się błaznowaniem.
- Ale poważnie – mówi po chwili Maciek, kiedy już przestał ją
łaskotać. - Zaprzyjaźniliście się?
- W sumie można tak powiedzieć – mówi po dłuższym namyśle
Alicja. - Przez pierwsze dni był moim przewodnikiem. No i dzięki
niemu nie zwariowałam z tą słoweńską bandą.
- A nam mówiłaś, że gorzej niż z nami być nie może... -
wytknął jej Kamil, bo nagle wszyscy zaczęli się przysłuchiwać
jej opowieści.
- Wierz mi, niewiele wam ustępują. A dodaj jeszcze do tego
niezrozumiałe dla mnie żarty językowo-sytuacyjne w wykonaniu Hvali
i już masz pełen obraz sytuacji.
- Ala, ale obiecaj mi coś – woła nagle Dawid. - Jakby Prevc
poprosił cię o rękę to powiesz „nie”, dobrze? W końcu
powiedziałaś, że jestem twoją jedyną miłością! - przypomina
jej.
- Nie ty, tylko twoje blond kudełki – prostuje Alicja, płacząc
ze śmiechu. - Duszę bym oddała za ten kolor... a to mogę ci
obiecać z ręką na sercu – „nie” dla ślubu ze Słoweńcem! -
kiedy to mówi, przez jej twarz przemyka jakiś cień, z gatunku
tych, które dostrzec są w stanie tylko nieliczni.
Dalej zasypują ją pytaniami o pracę w Słowenii („nie mogę
powiedzieć, to tajemnica zawodowa!”), a ja po prostu się temu w
milczeniu przyglądam, popijając powoli swój sok. Mógłbym tak
patrzeć w nieskończoność, wcale nie odczuwając upływającego
czasu. Zegarek jest jednak nieubłagany, co niestety zostaje
zauważone...
- CZEMU WY JESZCZE NIE JESTEŚCIE W ŁÓŻKACH?! CZY WY WIECIE KTÓRA
JEST GODZINA?!
W drzwiach stoi nasz fizjoterapeuta, aż zapowietrzony z oburzenia
naszą małą imprezą. Wszyscy milkniemy, a nasze spojrzenia
przenoszą się na Kamila. Liczymy, że on coś wymyśli.
- Masz rację, trochę się zasiedzieliśmy – wyznaje ten ostatni
ze skruchą. - Już idziemy, tylko pomożemy tu trochę ogarnąć...
- Nie, Łukasz ma rację – odzywa się nagle Alicja. - Lepiej
będzie jak już pójdziecie. Ja tu zostanę i posprzątam.
Rzeczywiście zrobiło się jakoś późno. To chyba częściowo moja
wina, miałam im dużo do opowiedzenia...
- Ach, Ala... Dobrze cię widzieć – odpowiada Łukasz, jakby
dopiero teraz dostrzegł jej obecność. - W porządku, tak, wszystko
ok... Poradzisz sobie, tak...?
Alicja kiwa głową.
- W takim razie WSZYSCY MARSZ DO SWOICH POKOJÓW! - zwraca się do
reszty i nie mija minuta, kiedy zostajemy z Alicją w pokoju sami, nie
licząc stosu opakowań po chrupkach, domowych ciastach i orzeszkach
oraz napojach.
- Kiedy to Gębale włączył się program „lifestylowy tyran”...?
- pyta po dłuższej chwili milczenia, nieco oszołomiona tornadem,
które się przewinęło przez pokój.
- Nie mam pojęcia – robię krok w jej stronę jednak wydaje się
tego nie zauważać i schyla się po plastikowe butelki, które
zgniata i wrzuca do worka, który przynosi z łazienki. Zgarniam ze
stołu zużyte opakowania, a resztki chrupek zgarniam do jednej miski
i stawiam na szafce. Po chwili pokój wygląda już jako-tako, tak
żeby dało się w nim spać.
Alicja zamiata jeszcze okruszki z podłogi i schyla się po swoje
zakupy.
- Pójdę już – mówi, nie patrząc mi w oczy i chwyta za klamkę.
- Poczekaj! - wyrywa mi się, choć nie mam pojęcia, z jakiego
powodu miałaby zostawać.
Zamiera z dłonią na klamce, tak jak wiele razy, według tego samego
scenariusza. Ona chce wyjść, ja ją zatrzymuję bez powodu, a ona
zostaje, bo nie potrafi już odejść. I tak niemal za każdym razem.
Na tym polega nasz problem. Nie potrafię pozwolić jej odejść.
Choć wiem, że nie wolno mi jej zatrzymywać.
- Zapomniałaś o lodach – te słowa nagle wypływają z moich ust,
bez udziału woli. Jakby moje ciało samo znajdowało powody by ją
przy mnie zatrzymać. Robi krok w moją stronę, jakby walcząc ze
sobą. Otwieram okno i sięgam po pudełko, jednak przymarzło do
parapetu i nie chce puścić. Szarpię się z nim chwilę. W końcu
puszcza, a ja bezwładnie lecę do tyłu, lądując na łóżku.
- Wszystko w porządku? - Alicja pochyla się nade mną, a jej włosy łaskoczą mnie w twarz
- Taaa... – mruczę nieco oszołomiony. - A! Zimne! - dociera nagle
do mnie i rzucam jej pudełko lodów, które jest tak zimne, że aż
parzy w dłonie.
Łapie je i niemal natychmiast odrzuca na łóżko. Potem zaczyna
chuchać w przemarznięte dłonie.
- Ej, ja tu śpię, nie pozwalaj sobie – zwracam jej uwagę, a ona
tylko wywraca oczami.
Wstaję i zamykam okno, a Alicja szybko wrzuca lody do reklamówki i
zbiera się do wyjścia. Wiem, że teraz odejdzie, chyba że ją
zawołam. Wiem, że nie będzie mi w stanie odmówić.
Wiem też, że nie powinienem.
Alicja kładzie dłoń na klamce i otwiera drzwi na szerokość pół
metra, kiedy mówię:
- Alicja.
Minimalnie przymyka drzwi i kręci głową jakby mówiła „nie rób
tego”.
- Ja...
Nie mogę. Nie powinienem. Nie wolno mi.
Ale chcę.
A to wystarczy, by moje struny głosowe zadecydowały za mnie.
- Zostań. Proszę.
Wzdycha ledwie zauważalnie i zamyka drzwi. Wciąż na mnie nie
patrząc odkłada zakupy i podchodzi do okna, przeciera zaparowaną
powierzchnię szyby i wygląda na zewnątrz. Podchodzę i obejmuję
ją w pasie, a ona mi na to pozwala. Wciąż zastanawia mnie,
dlaczego w kółko popełniamy te same błędy, dlaczego nie mamy
wystarczająco dużo siły, by odwrócić wzrok i odejść w swoje
strony. Dlaczego wciąż wyciągamy ręce po to, co nie należy do
nas, czemu pragniemy tego, co powinno budować, a niszczy.
Sięga po końcówkę warkocza, którą zawsze mimowolnie miętosi w
palcach, kiedy nad czymś myśli. Przypadkowo dotyka przy tym mojej
brody, którą opieram jej na ramieniu i zaciągam się zapachem jej
perfum. Stoimy tak przez dłuższą chwilę, nic nie robiąc i nic
nie mówiąc.
- Miałam dziś sen – mówi nagle półgłosem. Obserwuję jej
odbicie w szybie, jednak nie mogę odgadnąć jakie uczucia nią
targają.
- Rodzice zabrali mnie w góry. Miałam jakieś pięć, może sześć
lat. Uczyłam się jeździć na nartach, ale nie szło mi najlepiej.
Cały czas się przewracałam i byłam już cała mokra od śniegu.
Obok jeździł chłopiec w moim wieku i mi się
przyglądał. Myślałam, że następnym razem kiedy się wywrócę
będzie się ze mnie śmiał, więc kiedy znowu upadłam wybuchnęłam
płaczem. On jednak podjechał do mnie i z nieśmiałym uśmiechem
dał mi wyciągniętego z kieszeni cukierka.
Słucham jej opowieści, powoli domyślając się jej sensu. Nie
przerywam jednak, wciąż obserwując ją w ciemnej szybie.
- Potem gdy byłam już nastolatką, ten sam chłopiec, a właściwie
już chłopak siedział ze mną w kuchni i razem uczyliśmy się do
jakiś egzaminów. Tłumaczyliśmy sobie nawzajem jakieś
zagadnienia, odpytywaliśmy się i wymienialiśmy notatkami. Po
chwili do kuchni weszła moja mama i podała nam świeżo upieczone
ciasto, a chłopak czując się jak u siebie zrobił nam herbaty.
Rok, może dwa później spacerowaliśmy jesienią po parku.
Goniliśmy się po trawnikach pełnych czerwonych i żółtych liści,
a potem wspięliśmy się na stary dąb o potężnych konarach. To
właśnie tam pocałował mnie po raz pierwszy.
Milknie na chwilę i przymyka oczy, a kiedy je ponownie otwiera, są
szkliste, jakby pełne łez.
- Tych niby wspomnień jest więcej. Pełno w nich rozkwitającej
powoli miłości, która wyrosła z przyjaźni „od piaskownicy”.
Miłości rodzącej się powoli, łagodnie, krok po kroku. Miłości
czystej i otwartej, bez poczucia winy i ciągłej obawy. Bez wyrzutów
sumienia, że choć głęboka i piękna, to tak naprawdę nie powinna
istnieć... To był piękny sen – odzywa się po dłuższej chwili.
- Jeden z tych, z których człowiek nie chce się budzić. Do
których chce się wracać, marząc by w jakiś sposób wydarzyły
się na jawie.
Nie pytam o chłopca ze snu. Nie muszę, wiem kim jest.
Alicja odwraca się i wtula się w moją szyję. Czuję jak
spływające po jej twarzy łzy wsiąkają w moją koszulę. Gładzę
ją po włosach, zastanawiając się, jakby to było, gdyby ten sen
był prawdziwy. Gdybyśmy naprawdę znali się od dziecka, chodzili
razem do szkoły, bawili się w jednej piaskownicy. Razem chodzili na
szkolne bale, wspólnie spędzali wakacje wśród polskich Tatr.
Mieli tych samych nauczycieli i znajomych, jeździli tym samym
autobusem, kupowali bułki w tej samej piekarni. Znali się od
podszewki. Dorastali powoli do siebie, poznając się coraz lepiej,
coraz bardziej się do siebie dopasowując. Zakochiwali się w sobie
powolutku, krok po kroku. Miłością łagodną i niewinną.
Ta wizja jest tak piękna, że aż boli, kiedy sobie uświadamiam,
jak bardzo jest nierealna i niemożliwa do spełnienia. Wiem, że na
jawie muszę pozwolić jej odejść. We śnie jednak...
- Zostań ze mną. Przynajmniej we śnie – szepczę cicho. Tak
cicho, że nawet ona nie jest w stanie tego usłyszeć.
I nie słyszy. Bo już od dłuższej chwili słodko śni w moich
ramionach.
Sezon się zaczął, więc czas wziąć się za nadrabiane zaległości.
OdpowiedzUsuńPo pierwsze - zazdroszczę Alicji. Finlandia to moje marzenie.
po drugie - na lody nigdy nie jest zła pora :D
Po trzecie - wspominałam już, że uwielbiam tych Słoweńców? Ale i tak nie przebiją AUTów ^^ Ale wracając do tematu - coś czuję, że Janusa uczyli parkować w Polsce :D
Robi mi się żal Petera. Chyba pójdę go przytulić.
Klimek też poruszył moje zlodowaciałe serce, ale nie idę go przytulić - ma od tego Alę.
Rozdział jak zawsze wspaniały tak, że mam teraz doła wenowego. Ale to nic nowego. Biorę się za kolejny rozdział :D
Dobrze Wiesz Kto