[Alicja]
Schodzę po kilku schodkach do pubu, zostawiając za sobą gwarną ulicę. W progu ściągam czapkę i zaczynam rozglądać się po lokalu w poszukiwaniu znajomych twarzy.
- Będę, obiecuję. - Uśmiecham się lekko, a Marcin przytula mnie na pożegnanie i czeka aż bezpiecznie wyjadę z parkingu. Macham mu jeszcze we wstecznym lusterku i nieśpiesznie jadę do domu.
Wchodzę na korytarz, starając się nie hałasować za bardzo kluczami. W przedpokoju na podłodze leży kartka z wiadomością od rodziców, czytam ją pobieżnie i po cichutku przechodzę do swojego pokoju, gdzie czeka na mnie pościelone łóżko. Opadam na nie zmęczona i, rezygnując nawet z kąpieli, niemal natychmiast zasypiam.
[Klemens]
- Jeszcze trzy powtórzenia!
Poprawiam słuchawki na uszach i ruszam w dalszą trasę ścieżką wzdłuż Wisły. Wymieniam spojrzenie z biegnącym z naprzeciwka Szybkim, a potem Olkiem i resztą kadry B. Na końcu ścieżki zawracam i biegnę z powrotem.
Kiedy docieram po raz ostatni na koniec ścieżki, zwalniam tempo, ściągam słuchawki i ruszam z powrotem na teren skoczni, ostrożnie przebiegając przez jezdnię. Kadra A kończy tam rozgrzewkę statyczną, a na wyciągu dostrzegam pierwszych zawodników.
- Ej, kto jedzie na górę? - pytam Kamila, który właśnie kończy rozgrzewać się na barierkach.
- Słoweńcy. Dziś część trenuje z nami - odpowiada lakonicznie.
- Już przyjechali? - dziwię się, czując dziwne uczucie radości.
...które jednak szybko zostaje zalane przez poczucie winy, kiedy uświadamiam sobie, z czym, a raczej z kim, jest związane.
Czy to znaczy, że ona też już tu jest?
Trener woła mnie na imitację, więc porzucam te myśli. Naprawdę nie czas teraz na to. Zresztą sam widziałem - jest z nim szczęśliwa i nic tego nie zmieni.
Koniec. W końcu jakoś udało się nam wygrzebać z tej porąbanej sytuacji.
A przynajmniej jej.
Ale chyba nawet mnie to cieszy. W końcu zależy mi na jej szczęściu. A to coś, czego nie byłem w stanie jej dać. Być może nie wszystko poszło nie tak i da radę zacząć od nowa, beze mnie.
Je też muszę zapomnieć. Tak będzie najlepiej.
Imitacja jest w porządku, trener więc poleca mi się przebrać i jechać na górę. Kombinezon już czeka, podobnie jak kask, a Kacper właśnie kończy smarować mi narty. Czekam, aż mi je poda, poprawiając pasek od gogli i ruszam na wyciąg.
- Hej! Strasznie tam wiucha na górze! - W ostatniej chwili dosiada się do mnie Cene, ściągając gogle na szyję. - Ale skocznię macie przygotowaną ekstra! Na progu nie telepie, a lądowanie, jak po maśle. Skaczesz jutro w kwali? - wyrzuca z siebie na jednym oddechu.
- Tak, teraz nie odpuszczamy żadnych skoków - odpowiadam krótko, by nie zdradzać za dużo z naszego planu treningowego.
- No tak, Igrzyska... To już niedługo, kurcze! A jeszcze niedawno przecież było Soczi! Jak dziś pamiętam, jak Peter cieszył się z tych medali. - Cene gestykuluje tak gwałtownie, że zastanawiam się, czy zaraz nie spadną mu narty. - No ale w tym roku zasadza się na złoto, choć nie będzie łatwo. Z drugiej strony, Ala na pewno mu pomoże. Kurcze, szkoda, że nie poznał jej wcześniej, przed tą całą aferą z Katją - wzdycha młodszy Prevc.
- Jaką aferą? - wyrywa mi się, choć najdobitniej docierają do mnie jego inne słowa.
Szkoda, że nie poznał jej wcześniej.
Ileż to razy zastanawiałem się, co by było, gdyby nasze ścieżki przecięły się kilka lat wcześniej? Gdybyśmy dorastali wspólnie, tak jak ja dorastałem z Agnieszką? Czy wszystko byłoby prostsze?
A może właśnie nic by się nie wydarzyło? Może jesteśmy dla siebie po prostu zakazanym owocem, owocem, którego pragnie się najmocniej?
- ...no a potem zostawiła go bez słowa. Dopiero Ala pomogła mu się pozbierać - dociera do mnie głos Cene. - W sumie nie wiem, czy powinienem ci to mówić... Nie powtarzaj tego dalej, ok? - Patrzy na mnie z lekkim niepokojem w oczach, a ja uspokajająco kiwam głową.
- Spoko, to nie mój interes przecież - odpowiadam nieco ozięble, zsiadając z krzesełka.
A jeśli Prevc po prostu przeniósł na Alicję swoje uczucia? Jeśli okaże się, że jednak nie będzie w stanie jej uszczęśliwić? Jeśli to tylko mrzonka, tylko...
Kręcę głową, by odgonić te myśli i skupiam się na czekającym mnie skoku. Wiem, że od tego treningu i najbliższych zawodów wiele zależy. Nie mogę zawieść, nie mogę dać Kruczkowi powodu, by musiał zostawić mnie w domu.
W tym roku nie mogę nie pojechać na Igrzyska. Po prostu muszę tam być.
Skok nie wychodzi tak, jakbym sobie tego życzył. Następne trzy również. Przy piątym krawędziuje mi narta i przewracam się przy lądowaniu, a z ust wyrywa mi się soczyste przekleństwo. Natychmiast podbiega do mnie fizjoterapeuta i Dawid, jako stojący najbliżej, gdyż skakał tuż przede mną.
- Wszystko w porządku? - upewniają się obaj, a ja kiwam głową.
- Tak, nic mi nie jest, tylko się poobijałem. - Podnoszę się ze stęknięciem, a Kubacki podaje mi narty ze zmartwioną miną.
Gębala zagania mnie do boksu, stanowczo twierdząc, że musi mnie dokładnie obejrzeć, a przez jego krótkofalówkę dobiega skrzekliwy głos Kruczka, dopytującego się, co się wydarzyło.
Okazuje się, że poza kilkoma siniakami nic mi nie jest, ale mimo to zostaję odesłany do hotelu. Nawet nie próbuję się kłócić, bo i tak zbyt wiele bym dziś nie pokazał. Nieco zdemotywowany prezentowaną przeze mnie dziś formą dopiero po chwili zauważam, że towarzyszy mi Kamil.
- Ty już nie skaczesz dziś? - pytam.
- Trzy skoki wystarczą. Nie mogę się przemęczać, stawy już nie te. - Klepie się żartobliwie po kolanie.
- A u mnie forma nie ta. - Krzywię się.
- Klimek, myślałeś może o tym, żeby... - Kamil waha się nieco, nim kończy. - Żeby nie podchodzić do tego wszystkiego tak osobiście?
- O czym ty mówisz? - Marszczę brwi, nie rozumiem, o co mu chodzi.
Nie może przecież wiedzieć, że...
- O skoki. Między innymi - dodaje, kiedy niemal już oddycham z ulgą. - Wiem, że przyjaźnisz się z Alicją, ale ona naprawdę wygląda na szczęśliwą. Nie musisz się o nią martwić. Powinieneś się skupić teraz na sobie.
- To nie o to chodzi... - próbuję zaprzeczyć, ale raczej kiepsko mi idzie. - Ja po prostu... po prostu boję się, że nie pojadę na te Igrzyska. Znowu.
Nie o to do końca chodzi, ale to też prawda. Chcę tam jechać. A na razie się na to nie zapowiada.
- Za bardzo martwisz się na zapas. I za siebie, i za Alicję. - Uśmiecha się lekko Kamil. - Dasz sobie radę. Ona też. Wasza przyjaźń nie ucierpi, nawet jeżeli teraz z jakiegoś powodu jest między wami nieco chłodniej. - Klepie mnie w plecy i wchodzi do hotelu, zostawiając mnie na parkingu. Nawet nie wiem, kiedy minęła nam cała droga.
Oddycham głęboko i rozglądam się dookoła. Skoro nie było jej na skoczni, to albo jest w hotelu, albo jeszcze nie przyjechała...
Stop.
Stanowczo zakazuję sobie myśleć o Alicji. Stanowczo zakazuję sobie szukania jej na skoczni podczas zawodów. I stanowczo postanawiam przestać się wtrącać w jej życie.
Kamil ma rację. Jest szczęśliwa.
Ale nasza przyjaźń już ucierpiała. Być może wtedy, kiedy próbowaliśmy sięgnąć po zakazany owoc.
Być może dobrze, że teraz jest poza moim zasięgiem.
[Alicja]
Rano budzi mnie zapach naleśników. Przeciągam się szeroko i nieśpiesznie człapię do kuchni, czując się ponownie nieco jak mała dziewczynka.
- Patrz, Asia, nasza księżniczka wstała! - woła mój tata, odwracając się na chwilę od patelni.
- Naleśnik ci się fajczy - zwracam mu uwagę i mijam go, by usiąść przy stole, a mama uśmiecha się ciepło na mój widok.
- Ten jest twój. - Tata jak zwykle nie skąpi sobie czułych złośliwości. - O której wróciłaś?
- Gdzieś koło północy. - Ziewam i robię łyk kawy, a tata podaje mi talerz z naleśnikiem. Ale nie tym przypalonym.
- Prawie jak Kopciuszek. - Mama dosiada się do mnie i podaje mi kubek kakao.
- Buty mam w komplecie. - Uśmiecham się krótko, rzuciwszy okiem na przedpokój, tak dla pewności. Zaciągam się zapachem kakao i wzdycham z zadowoleniem. - Mówiłam wam już kiedyś, jak bardzo was kocham?
- Owszem, za każdym razem, gdy dostawałaś od nas coś dobrego do jedzenia. - Tata wyłącza gaz pod patelnią i przysuwa sobie taboret. Ciśniemy się w mało ustawnej kuchni i zajadamy naleśniki, popijając je kawą i kakao.
- Ale dobrze wiecie, że i tak was kocham, prawda? - upewniam się, a mama śmieje się cicho.
- Tak, jak sól w rosole, kochanie - mówi, przytulając mnie mocno. - Jakie plany na dziś?
- Słodkie lenistwo, a popołudniu zbieram się i jadę z Katką i Werką do Wisły, żeby być tam na dziewiętnastą na odprawę - wyjaśniam. - Nie chcę nadwyrężać kruchej cierpliwości Janusa. - Uśmiecham się krótko.
- Przyznaj się, że po prostu tęsknisz za tym... jak mu na tam? Pers? Pens? Pferc? - Marszczy brwi tata, próbując sobie przypomnieć.
- Prevc, tato. - Wywracam oczami. - Czy ty wszystko musisz przekręcić?
- Nawet nazwisko, które kiedyś będzie nosiła twoja córka - dorzuca mama, a mnie wyrywa się głośny jęk.
- Mamo! - wołam z wyrzutem.
Bitwa druga: rodzice.
Podczas jednego dnia pobytu w domu zdążyłam odkryć wszystkie plotkarskie gazety, których moja mama zazwyczaj nie czyta. A także te nieplotkarskie, których również nie czyta.
Wywiad śledczy za trzy... dwa... jeden...
- No opowiedz coś o nim, słońce. Przecież wiadomo, że coś między wami jest - drąży mama, a ja wywracam oczami.
- Pracujemy razem, przyjaźnimy się i...
- ...i razem śpimy.
- TATO! - wołam oburzona, a mama obrzuca tatę nie mniej oburzonym spojrzeniem. - I to wszystko.
- No ciężko, by było coś jeszcze... - dalej droczy się tata, a ja szturcham go mocno łokciem, aż zaczyna krztusić się naleśnikiem.
- Daj spokój. Fakt, jestem blisko z Peterem...
- Blisko?
- Adam, dajże jej spokój! - Mama sprowadza go na ziemię.
- ...a media dorabiają do tego jakieś teorie spiskowe - kończę spokojnie, bo przyzwyczaiłam się już do ojcowskich przytyków.
- Takie jak ostatnio? - pyta mama cicho, a ja mocniej skupiam się na naleśniku, który stygnie na moim talerzu.
- To zupełnie inna sprawa, mamo - ucinam dyskusję.
Nie chcę rozmawiać o Klemensie. Przy tym stole jego temat został przewałkowany nie jeden raz. Bez szczegółów, nie chciałam obarczać rodziców całością tej historii. Wiedzieli jednak wystarczająco dużo, by wiedzieć, że ich córka wpakowała się w niezłe bagno.
- Tym razem to coś innego, obiecuję - dodaję, uspokajająco.
- Dobrze, ufamy ci. Ale pod jednym warunkiem - zastrzega tata.
- No? - pytam, choć wiem jaki to warunek.
- Jak przyjedziemy do Zakopanego na te twoje całe skoki...
- ...to mam go wam przedstawić. Tak, wiem - kończę za niego i dopijam zimne już kakao. - W porządku, potem już na pewno będę mogła spłonąć ze wstydu.
- Co? Wstydzisz się swoich staruszków? - obrusza się tata.
- Nie, tej bandy świrów, która uważa się za słoweńskich skoczków - odpowiadam, wstając. - A myślałam, że po Polakach nic mi już niestraszne... Idę pod prysznic, nie kradnijcie wody, ok?
Wyciągam z szuflady ręczniki i biorę długą kąpiel. Mama oczywiście kradnie wodę, ale dzięki temu później czeka na mnie gorąca herbata z cytryną i imbirem.
Pomagam mamie przy obiedzie. Lepienie pierogów to strasznie relaksujące zajęcie i przez krótką chwilę zapominam o Bożym świecie. Chyba trochę tęsknię za czasami, kiedy życie było takie proste i nieskomplikowane. Plotkujemy sobie o moich znajomych z liceum, opowiadam mamie o problemach Karoliny i Mateusza przy remoncie domu, o tym, jak Marcin przygotowuje się do kolejnych mistrzostw oraz o tym, jak Kacper znowu wystawił nas do wiatru.
- Wiesz, jeśli miał do wyboru piwo z wami i herbatkę z biskupem, to chyba wiadomo co wybrał, nie? - śmieje się mama, która zawsze lubiła słuchać tego typu historii.
Wsadzamy pierogi na zamrażalnik, a ja schodzę z tatą do samochodu, by sprawdzić, czy po wizycie u mechanika wszystko działa, jak trzeba. Popołudnie mija nam na drobnych pracach przy aucie, jak wymienianie wycieraczek i dolewanie płynu do spryskiwaczy, a na końcu dokładnie myjemy auto, korzystając z chwilowej odwilży.
- Jak oni tam będą skakać, skoro śniegu nie ma? - pyta tata, a ja uśmiecham się pod nosem.
- Do Wisły nazwozili śniegu z Alp już w listopadzie, a w Zakopanem od Sylwestra leży półtora metra i ani drgnie - odpowiadam. - Tylko tutaj plucha.
- Musimy ci wymienić akumulator, ten już ledwie zipie - zauważa tata, zaglądając pod maskę. - Bo ręczny teraz działa, jak złoto!
- Nie mam zamiaru próbować - ostrzegam od razu, widząc już ten niebezpieczny błysk w jego oku. Ostatnie podrygi kryzysu wieku średniego kazały mu zeszłej zimy testować mój hamulec na każdym napotkanym rondzie. A w okolicy jest ich całkiem sporo.
Kończymy zabawę w małego mechanika i wracamy do domu. Mama goni nas do łazienki, a ja odbieram wiadomość od Kasi, że są już z Werką w drodze. Nakrywam do stołu, a kiedy kończę, rozlega się dzwonek do drzwi.
- Wpadłyście akurat na obiad - informuje je, kiedy stają na progu. - Werka, jak tam studniówka?
- Było super! - Młodsza z sióstr uśmiecha się szeroko, a ja nie mogę się nadziwić, jak bardzo podobna jest do Kasi. - Teraz tylko cykam się przed maturą, już nie mam do czego innego odliczać dni. Dzień dobry! - woła na widok moich rodziców wyglądających z kuchni.
- Macie ochotę na pierogi, dziewczyny? - pyta tata, ściągając z szyi fartuszek z napisem "Szef kuchni karmi miłością".
- Tak, ale Alka będzie musiała mnie potem wtoczyć do samochodu, bo przed chwilą jadłyśmy w domu - odpowiada Kasia i rozgaszcza się w salonie. Jak zwykle czuje się jak u siebie. - O której jedziemy?
- O siódmej muszę być w Gołębiewskim na odprawie - odpowiadam. - Mój staruszek nie wyciąga za wiele na trasie, więc tak po piątej powinnyśmy wyjść.
- Spoko, tak pytam.
Moi rodzice wciągają dziewczyny w rozmowę i oczywiście próbują wyciągnąć z Kasi jakieś informacje na temat Petera. Kopię ją pod stołem, ona jednak zupełnie nie zwraca na to uwagi.
Mimo to nie wrabia mnie w wielomiesięczny związek zmierzający najprostszą drogą do ślubu i gromadki dzieci, jak zwykła wkopywać mnie dotychczas przed moimi rodzicami. Tak było dawno, dawno temu z Marcinem, nic więc dziwnego, że moja mama ma do niego słabość.
- Zresztą zobaczą państwo już wkrótce, bo jadą państwo do Zakopanego, tak jak ostatnio? - upewnia się, a mój tata żywo kiwa głową.
- Tak, to niepowtarzalna okazja, by zobaczyć się z Alą w zimowej aurze. Bo ciągle nie ma jej w domu.
- Ej, teraz jestem! - oburzam się.
- Ale zaraz wyjeżdżasz. - Mama wskazuje zegar, na którym dochodzi piąta.
- Faktycznie, musimy się zbierać - zauważam.
Tata pomaga nam zanieść rzecz do samochodu, mama żegna nas wylewnie, jakbyśmy miały nie widzieć się pięć lat, a nie tylko kilka dni. Werka rozsiada się na tylnej kanapie i znika w wirtualnym świecie Instagrama, Facebooka, Twittera i innych dziwnych aplikacji, których nawet nie kojarzę z nazwy. Kasia za to rozgaszcza się na przednim siedzeniu i bez krępacji wsuwa jakąś kasetę do odtwarzacza.
- Co to? - pytam, po czym podskakuję, bo z głośników grucha gromkie "TNT". - Kaś! Masz szczęście, że jeszcze nie ruszyłam!
W odpowiedzi wywraca oczami i ścisza nieco piosenkę.
- Masz po prostu spaczony gust muzyczny. - Wzrusza ramionami.
- Gust mam w porządku, ale chciałabym jeszcze zachować resztki słuchu - odpowiadam, ściszając jeszcze bardziej i wyjeżdżam z parkingu.
Przekomarzamy się tak całą drogę, która mija nam szybko i przyjemnie. Nie omija nas oczywiście korek koło Pszczyny, ale to już coś, co z miejsca wliczam w czas podróży. Sprawnie docieramy do Wisły i wjeżdżam na parking przed hotelem. Kasia oczywiście śmieje się z mojego antytalentu do parkowania tyłem i budzi Werkę, która przysnęła na tylnej kanapie ze słuchawkami na uszach.
Podchodzimy do recepcji, gdzie dziewczyny odbierają klucz do swojego pokoju i niemal od razu znikają w windzie, wołając na odchodnym coś o jakimś meczu, filmie czy inny teleturnieju. Wzdycham i pytam uprzejmie recepcjonistki, gdzie znajdę salę konferencyjną, w której umówiłam się ze sztabem i również odbieram klucz.
Zerkam na zegarek - mam jeszcze kilka minut czasu, postanawiam więc zostawić bagaże w pokoju, nim udam się na odprawę. Wjeżdżam na trzecie piętro i odnajduję odpowiednie drzwi. Wsadzam klucz do zamka, mam jednak problem z tym by go przekręcić.
- Otwarte...? - mamroczę sama do siebie, wchodząc do środka.
Odstawiam walizkę i wchodzę do łazienki, by umyć ręce.
...i jeszcze szybciej stamtąd wychodzę.
- Przepraszam! Pomyliłam pokoje! - wołam, mocno zaciskając oczy i próbując wymacać rączkę walizki. - Znowu - dodaję nieco żałośnie.
- Hej, Ala. Cześć. Nie, nic nie pomyliłaś.
Otwieram ostrożnie oczy, a Peter uśmiecha się na mój widok, poprawiając mokre włosy.
- A ty nie powinieneś się zbierać właśnie na odprawę? - pytam podejrzliwie i raz jeszcze zerkam na klucz. - No faktycznie, wszystko się zgadza, wyjątkowo nic nie pomyliłam. Co w takim razie robisz w moim pokoju? - Biorę się pod boki i lustruję go wzrokiem.
Udawajmy, że to nie dlatego, że mam całkiem sporo do oglądania.
- W naszym pokoju - poprawia mnie i sięga po wiszącą na krześle koszulkę. - Ale zanim zaczniesz się awanturować, uprzedzam, że próbowaliśmy to jakoś rozwiązać. Niestety nie ma opcji, by pozamieniać pokoje, bo mają komplet. Uznałem więc, że moją obecność zniesiesz najlepiej - wyjaśnia łagodnie, a ja oszołomiona opadam na łóżko.
- Ubierz się - wyrywa mi się słabo. - Ja tylko umyję ręce i lecę na odprawę.
Zbieram siły i wciąż nieco nieufnie wchodzę do łazienki, która wypełnia zapach męskiego żelu pod prysznic. Myje ręce, wkładając w to o wiele więcej uwagi, niż wymaga to przyziemne zajęcie i nieco już spokojniejsza wychodzę do Petera, który na szczęście jest już kompletnie ubrany.
- Dobra, jakoś wytrzymamy te trzy dni - wzdycham.
- "Jakoś"? - droczy się Prevc i całuje mnie w policzek. - Dobrze cię widzieć, Ala. Tęskniłem.
- Nie widziałeś mnie całe pięć dni, Prevc - zwracam mu uwagę, ale przytulam go serdecznie, bo ja też za nim tęskniłam. Pięć dni, to strasznie dużo czasu, prawda?
- Zdaje się, że musimy iść - mamrocze skoczek po chwili, sprowadzając mnie na ziemię.
Kiwam głową i ruszamy do sali konferencyjnej. Nikogo jeszcze nie ma prócz Jurija, który gwiżdże przeciągle na nasz widok.
- Widzę, że wy już po wylewnym powitaniu - woła, chichocząc do tego głupio.
- Widzę, że nadal nie odkryłeś znaczenia słowa "umiar", Tepes - odcinam się, siadając jak najdalej od niego, a Peter siada obok mnie.
- Czekam na dzień, w którym przestaniecie zaprzeczać. - Jurij wzrusza ramionami i uśmiecha się zawadiacko.
- Niedługo - ku mojemu ogromnemu zdziwieniu odpowiada Peter. Myślałam, że jest po mojej stronie!
Spoglądam to na niego, to na śmiejącego się Tepesa i szukam jakiejś dobrej odpowiedzi, która obu pójdzie w pięty, ale ubiega mnie przybycie Janusa ze sztabem i pozostałych zawodników, obrzucam więc tylko obu morderczym spojrzeniem i skupiam się na słowach trenera.
Zapowiada się ciekawy weekend.
[Klemens]
Mój plan unikania Alicji posiada jedną wadę - zapomniałem, że zawsze wpadam na nią w najmniej odpowiednich momentach.
Dlatego wcale nie jestem zaskoczony, wpadając na nią w drodze na śniadanie. Stoi w windzie z Prevcem i śmieje się z jego słów, a ten spogląda na nią w góry z wąskim uśmiechem.
Alicja zauważa mnie chwilę później i niemal natychmiast poważnieje, a Peter robi krok do tyłu, bym mógł wejść do windy, stając jeszcze bliżej niej.
- Pójdę schodami - mamroczę szybko i obracam się na pięcie. Żadne z nich nie próbuje mnie zatrzymać, choć w windzie jest jeszcze dużo miejsca.
I bardzo dobrze.
Na stołówce ciągle ich widzę, nieważne w którą stronę się odwrócę. W końcu na siłę zaczynam zagadywać wyjątkowo posępnego dziś Maćka, byleby tylko zająć się czymś innym niż próbą unikania ich.
- Wszystko w porządku? - pytam, bo Kocur naprawdę wygląda na przybitego.
- Taaak... po prostu liczyłem na coś, ale się nie udało - wzdycha. - Nie przejmuj się, to raczej beznadziejna sprawa. Po prostu głupio się łudziłem.
- Coś osobistego? - pytam ostrożnie.
- Taaak... - odpowiada rozkojarzony, wpatrując się w jakiś punkt za moimi plecami.
Obracam się, podążając za jego wzrokiem i... klnę w myślach.
- Myślisz, że Alka znajdzie dla mnie trochę czasu? Chyba potrzebuję z nią pogadać. - Maciek przenosi na mnie spojrzenie.
- Wygląda na dosyć zajętą - stwierdzam kąśliwie. - Ale może ja mogę ci pomóc?
- Raczej nie... dobra, spróbuje ją potem złapać, teraz faktycznie nie należy jej przeszkadzać. - Maciek pochyla głowę i na dobre kończy rozmowę, całą uwagę poświęcając śniadaniu.
Kusi mnie, by się obrócić i ich po obserwować, choć to trochę jak tortura. Na szczęście pochodzi do mnie Gębala i pyta, czy wszystko w porządku po wczorajszym upadku. Umawiamy się jeszcze na szybką odnowę biologiczną przed południowymi kwalifikacjami i tyle. W tym czasie jednak Alicja z Peterem znikają z pola widzenia, a ja oddycham z ulgą.
Być może ten weekend wcale nie będzie taki zły.
Są rzeczy ważne i ważniejsze. Igrzyska w tym przypadku są zaledwie ważne.
[Alicja]
Stoję sobie koło bufetu, grzejąc dłonie o kartonowy kubek z niedobrą herbatą i oglądam końcówkę pierwszej serii na telebimie. Jest całkiem dobrze, nawet bardzo dobrze. Na dziesięć osób przed końcem prowadzi Nejc, co bardzo mnie cieszy. Dobrze, że wszystko sobie już poukładał.
Polacy również sobie radzą, wciąż rozpiera ich radość po wczorajszej wygranej. Czekam jeszcze na skoki Dawida, Kamila, Maćka, Cene i Petera, którzy plasują się w czołówce, kolejno na dziesiątym, siódmym, piątym, trzecim i pierwszym miejscu klasyfikacji generalnej. Opieram się wygodniej o barierki, by mieć lepszy widok, kiedy słyszę, że ktoś woła moje imię.
- Ala, Ala! Wszędzie cię szukamy!
- Klemens miał rację, że będziesz przy bufecie, nasz głodomorku! - Znikam znienacka w objęciach taty oraz mamy, przy okazji rozlewając na ziemię trochę tej paskudnej herbaty.
- Yyy, cześć. Spodziewałam się was wczoraj - wykrztuszam.
- Mamę zatrzymał nagły przypadek w gabinecie - wyjaśnia tata, oglądając mnie ze wszystkich stron. - Coś licho wyglądasz, słońce.
- Mało dziś spałam - odpowiadam krótko. - Chodźcie, znajdźmy jakieś mniej zatłoczone miejsce. - Ciągnę ich dalej, bo w zasięgu mojego wzroku pojawia Tadzio, który poluje na mnie od rana. A poza tym, faktycznie robi się tłoczno.
- A gdzie ten twój Piter? - dopytuje ciekawie tata, rozglądając się dookoła.
- Na górze, zaraz skacze - odpowiadam, lekko roztargniona w tłumie dostrzegając machającego do mnie Dawida z kciukami uniesionymi do góry. Przy tym geście narty wypadają mu z rąk, robiąc małe zamieszanie, ale chyba mu wolno z odległością bliską rekordowi skoczni, co sprawdzam na mijanym właśnie ekraniku. - A poza tym on ma na imię Peter, tato - dodaję z niejakim opóźnieniem.
- Ala, Ala, widziałaś Maćka? Nieźle poleciał, nie? - Dawid klepie mnie w ramię i wskazuje zmierzającego do nas nieco naburmuszonego Kota. - Yyy... dzień dobry państwu - dodaje zmieszany, dostrzegając moich rodziców.
- To nie jest on? - pyta scenicznym szeptem tata, a ja kręcę głową, śledząc jednocześnie parabolę lotu Kamila.
- Czemuś taki skwaszony? - zaczepiam mijającego nas Kocura.
- Ciachnęli mi punkty za styl. - Krzywi się. - Ale Kamyk prowadzi. - Wskazuje brodą Stocha i rusza w kierunku domku, a obok mnie Dejvi unosi dłoń w geście triumfu.
- To chyba dobrze? - upewnia się tata.
- Patrz, Prevc na belce. - Szturcha go mama i obracają się w kierunku skoczni.
- To jego młodszy brat - uspokajam ich, wywracając oczami tak, żeby nie widzieli.
- Właśnie miałem pytać, dlaczego nie jest pełnoletni. Ile on ma lat? Trzynaście?
- Jest ode mnie dwa lata młodszy - wzdycham, a Cene ląduje gdzieś w okolicach punktu HS z telemarkiem, co daje mu pierwszą lokatę ex aequo z Kamilem.
Peter zasiada na belce z nieodgadnioną miną i dłuższą chwilę czeka na stabilizację warunków pogodowych. W końcu odpycha się od belki i przyjmuje wypracowaną pozycję. Uśmiecham się, obserwując jego sylwetkę. Jest niczym synonim perfekcji. Sędziowie nie mają się do czego przyczepić. A i odległość jest imponująca.
Gdyby jeszcze tylko nie podparł tego skoku przy lądowaniu.
- Spójrz, jak na niego patrzy - dociera do mnie szept mamy, odrywam więc wzrok od areny skoczni, gdzie Peter kręci głową z żalem, że nie ustał tego skoku, lecz zadowolony z odległości. Znam dobrze ten wyraz twarzy.
- Podziwiam idealny skok, dajcie spokój - prycham. - Ej, Dziubasku, jesteś na podium! - wołam, zerkając na ekran. - Peter spadł na czwarte miejsce - wyduszam jeszcze, nim Kubacki zamyka mnie w niedźwiedzim uścisku.
- Kurczę, Alka, ja! Na podium! Znowu! Lecę powiedzieć Zuzannie! - woła radośnie i biegnie w kierunku bufetu, pozostawiając na pastwę losu swoje narty oraz kask, które podnoszę pieczołowicie ze śmiechem i przekazuję Kamilowi, który śmieje się obok mnie.
- Wariat - wzdycham. - Ty chyba też musisz lecieć, co? Podium już szykują. - Wskazuję brodą arenę skoczni.
- Owszem, wciąż miło jest coś wygrać. - Uśmiecha się. - Zostaw te rzeczy tutaj, zaraz ktoś po nie przyjdzie - mówi na odchodnym, wskazując sprzęt Kubackiego.
- Ktoś chyba na ciebie czeka. - Mama szturcha mnie lekko, a ja obracam się w kierunku stojącego kilka metrów dalej Petera.
Podchodzę bliżej i otrzepuję mu ramiona ze śniegu, co jest chyba wynikiem podpórki. Uśmiecham się lekko skrępowana, bo nie znoszę takich sytuacji, ale cóż robić.
- Będzie dziwnie - ostrzegam go, a on niezrażony bierze mnie za rękę i wspólnie podchodzimy do moich rodziców. - Mamo, tato, tak jak prosiliście, przedstawiam wam Petera - mówię, nie wiedząc za bardzo, co jeszcze mogłabym dodać.
- Bardzo mi miło państwa poznać. - Uśmiecha się Peter, a ja dopiero po zaskoczeniu rodziców orientuję się, że...
- Czy ja dobrze słyszałam...? - Patrzę na niego zaskoczona, ale też trochę dumna.
- Cóż, za pośrednictwem Cene poprosiłem Katkę o małe korepetycje z polskiego. Ale nic więcej nie potrafię powiedzieć - śmieje się, a ja jak nigdy mam ochotę go ucałować.
Cóż, może później.
- Ala dużo o tobie opowiadała - odzywa się mama. - Wygląda na to, że jesteście naprawdę blisko.
- Myślę, że faktycznie tak jest. - Peter spogląda na mnie z uśmiechem. - Mam nadzieję, że mówiła o mnie same miłe rzeczy.
- Niektóre aż wstyd powtarzać.
- TATO - oburzam się, nim uświadamiam sobie, że szczęśliwie Peter nie miał szans tego zrozumieć, gdyż mój tata nie komunikuje się w żadnym języku prócz ojczystego. - Tata powiedział, że już nie mogli tego słuchać - tłumaczę Peterowi, który przygląda mi się podejrzliwie.
- Ala wydaje przez ciebie majątek na paliwo - śmieje się mama, płynnie zmieniając temat, za co jestem jej bardzo wdzięczna. - Może powinieneś zaproponować jej przeprowadzkę do Słowenii?
Cofam to, co powiedziałam wcześniej.
- Zasadniczo to... - zaczyna Peter, ja jednak popycham go już w kierunku domku Słoweńców.
- Zasadniczo to Peter musi się iść przebrać, bo inaczej zmarznie, a nie może się przeziębić przed Igrzyskami. - Popycham go bardziej zdecydowanie i w końcu ogarnia aluzję. - Pójdziemy później na kawę i porozmawiamy spokojnie, dobrze?
- Jasne, zaraz wracam. - Całuje mnie w policzek, zupełnie nieskrępowany i w końcu znika z zasięgu wzroku.
- No, no, no... - komentuje tata, a ja wywracam oczami.
- Wydaje się miłym chłopcem - mówi ostrożnie mama, badając moją reakcję. - To było bardzo uroczę, że nauczył się kilku słów po polsku dla ciebie.
- Dla was - poprawiam ją. - My nie mamy problemów z komunikacją.
- Zdaje się, że szykuje nam się weselicho. - Dalej droczy się ze mną tata, a ja posyłam mu silnego kuksańca w żebra. - No co? Mylę się?
- Bez pośpiechu. Czy możecie się trochę opanować? I tak mam ochotę uciec stąd jak najszybciej - wzdycham, wyobrażając sobie dalszą rozmowę, która mnie czeka. - Tak właściwie, to już powinnam uciekać - dodaję, dostrzegając charakterystyczną postać dziarsko zmierzającą w moją stronę.
A tak dobrze mi szło.
- Idźcie do COSu, spotkamy się w tamtejszej kawiarni, okej? - zwracam się do rodziców i popcham ich lekko w odpowiednim kierunku i przesyłam podobną wiadomość Peterowi. Akurat w momencie, gdy wciskam przycisk "wyślij", przed moim nosem ląduje mikrofon.
- Pani Alu, no w końcu panią złapałem! - sapie z zadowoleniem Tadzio, przywołując gestem kamerzystę. - Możemy poprosić o kilka słów? Fani mają wiele pytań, w końcu dwa lata temu była pani istotnym elementem skocznego świata, prawda?
- Skoro pan tak twierdzi... - wzdycham zrezygnowana. - Ale nie mam zbyt wiele czasu, z góry ostrzegam.
- Spokojnie, to tylko kilka pytań. Może na początek, co takiego się wydarzyło, że pani nas opuściła, pani Alu?
- To dość osobiste. Chodziło o moje życie prywatne - udzielam, jak zwykle najbardziej wymijającej odpowiedzi z możliwych.
- To może w takim razie, co się stało, że pani wróciła? - drąży dalej pan redaktor. - I dlaczego akurat jako członek sztabu ekipy słoweńskiej? Były ku temu jakieś szczególne przesłanki? - zasypuje mnie pytaniami.
- Wróciłam również z pobudek osobistych. A Słowenia dlatego, że tam właśnie był wakat na stanowisku psychologa - odpowiadam. Właśnie tego typu pytań się spodziewałam.
I właśnie dlatego, tak bardzo chciałam ich uniknąć.
- Podobnie jak podczas pani pracy w polskiej kadrze, również teraz biało-czerwoni doskonale sobie radzą. Czy to przypadek?
Nie sądzę.
- Radzili sobie również beze mnie. Bardziej interesują mnie obecnie wyniki Słoweńców, bo to oni świadczą o jakości mojej pracy. - Staram się, by moje odpowiedzi tchnęły chłodnym profesjonalizmem. Nie lubię o tym rozmawiać.
Aczkolwiek na profesjonalizm chyba i tak już za późno.
- Bez wątpienia widać efekty. - Uśmiecha się Tadzio. - Ale wciąż kibicuje pani Polakom?
- Nie zapomniałam, kim jestem. To się nigdy nie zmieni - zapewniam.
- Często można panią zauważyć w obecności Petera Prevca... - Tadzio zawiesza głos, a mnie przypomina się blysk flesza sprzed paru dni. Czy jest jeszcze jakikolwiek sens zaprzeczać?
- To pytanie? - Unoszę brew.
- Tak.
- Zatem owszem, można mnie często zobaczyć w jego obecności - odpowiadam przekornie. - Jestesmy blisko, to fakt, ale to również moja prywatna. Pozwoli pan, że nie będę rozwijać tematu. Czy ma pan jeszcze jakieś pytanie, redaktorze?
- Ostatnie. Komu wieszczy pani medale na Igrzyskach?
- Zwycięzcom - mówię bez wahania i zaczynam sie śmiać się. - Nie mam pojęcia, naprawdę. To pytanie dla bukmacherów. Przykro mi, ale muszę juz iść, do widzenia! - mówię, spoglądając na zegarek.
- Do widzenia, dziękuję za rozmowę! - woła za mną redaktor, a ja oddalam się stamtąd czym prędzej i niemal natychmiast wpadam na roześmianą Katkę.
- Nieźle cię wymaglował - śmieje się ze mnie.
- Nie powinnaś dopingować Cene spod podium? - sarkam.
- Ceremonia się skończyła - uświadamia mi. - Wygrał ostatni konkurs Pucharu Świata przed Igrzyskami, co ci to mówi? - Szczerzy się do mnie rozradowana.
- Że następny wygra po Igrzyskach. Dobrze wiesz, że to zupełnie inny rodzaj presji, a Cene jest mało doświadczonym zawodnikiem - studzę jej zapał.
- A od czego ty tam jesteś, hm? - Katka bierze się pod boki, a mnie przed oczami staje Nejc i jego oskarżenia.
I uświadamiam sobie, że oboje mają rację. Nie da się łączyć pracy i życia osobistego, bo nie da się ich oddzielić. Boleśnie się o tym przekonałam.
Nie stać mnie na ponowne popełnienie tego błędu.
- Obiecuję ci, że wyciągnę z niego wszystko, co najlepsze. Ale to dyspozycja dnia, nie mam wpływu na wszystko - tłumaczę jej, a ona kiwa głową.
- Dobra, dobra. Ja już znam to twoje psychologiczne czary-mary.
- To "czary-mary" lepiej wyszłoby dla niego w twoim wykonaniu. - Szturcham ją żartobliwie. - Chyba nie muszę ci tłumaczyć, na kim chce wywrzeć dobre wrażenie, co?
- Ty masz właśnie pilnować, żeby nie przeholował. Jeszcze weźmie przykład z młodszego brata i fiknie koziołka na skoczni. - Katka wspomina Domena i jego akrobacje w powietrzu w pierwszej serii. - Albo ze starszego, który, żeby zaimponować dziewczynie i jej rodzicom z wrażenia zaorał tyłkiem po śniegu. Właśnie, gdzie oni są?
- Wysłałam ich do kawiarni w COSie... o matko, muszę tam iść! - Przypominam sobie nagle, bo przez to wszystko straciłam poczucie czasu.
- Idź, idź, ja wrócę późno, a Werka nie wiem kiedy, więc nie szalej, ok? - woła jeszcze za mną. - Nie zdemoralizuj mi siostry, jasne?
Wpadam nieco zestresowana do kawiarni, gdzie moi rodzice w najlepsze konwersują z Peterem, który zadaje się całkiem ujął ich swoim urokiem osobistym. Wygląda na to, że drobne problemy w komunikacji im wcale nie przeszkadzają. Nawet się śmieją razem!
- Coś mnie ominęło? - Podchodzę do nich, z lekką podejrzliwością na twarzy. Na sto procent właśnie mnie obgadywali.
- Nie, nie, wszystko w porządku. Peter nam już o wszystkim opowiedział. Jest o wiele bardziej rozmowny od ciebie, kochanie - zarzuca mi mama.
- Chcę wiedzieć, co wam powiedział, czy raczej nie? - Obrzucam go karcącym spojrzeniem.
- Nic nadzwyczajnego, opowiadałem o tym, czym się tutaj zajmujesz - odpowiada Peter, a ja unoszę wysoko brwi. Nie jestem pewna, czy ta odpowiedź mnie uspokoiła.
- Będziemy się już zbierać - informuje mnie mama. - Tatę wezwali na konferencję jutro z samego rana, nie może się spóźnić, bo szykują jakiś poważny projekt. Zobaczymy się jak wrócisz, dobrze?
- Dobrze - odpowiadam, a mama całuje mnie w policzek, po czym tata pomaga jej założyć płaszcz. Żegnają się ze mną raz jeszcze i wychodzą z kawiarni.
- Zamówiłem ci twoja ulubioną herbatę - mówi Peter, wskazując mi krzesło i faktycznie niemal natychmiast pojawia się kelnerka z parującą filiżanka herbaty, za którą ostatnio szaleję.
- W końcu coś, co da się pić, dziękuję. - Szybko biorę łyk i mocno obejmuję filiżankę, by ogrzać dłonie. - Jak było?
- Bardzo miło, to naprawdę wspaniali ludzie. I wcale nie pytali o nasze przyszłe dzieci, ani nic w tym stylu - dodaje ze śmiechem.
- Wolałam przygotować cię na najgorsze. Naprawdę mi zaimponowałeś tym, co zrobiłeś, wiesz? - mówię czule, biorąc go za rękę. - Nie spodziewałam się tego.
- To naprawdę niewiele, ale wiedziałem, że sprawię ci tym radość. Ale nie spodziewaj się więcej, niby takie podobne języki, a chyba pół godziny ćwiczyłem z Katką te kilka słów - wzdycha.
- Wyszło ci perfekcyjnie. - Uśmiecham się szeroko. - I chyba zrobiło wrażenie.
- Mam nadzieję. Ala... musimy porozmawiać - dodaje nagle poważnie.
- Coś się stało? - niepokoję się.
- Teraz będziemy mieć dziesięciodniowe zgrupowanie w Planicy przed Igrzyskami, trener ci pewnie mówił... I chcielibyśmy, żebyś nam towarzyszyła w tym czasie - mówi Peter, biorąc mnie za ręce. - Wiem, że wolałabyś pewnie wrócić do domu i pobyć z rodziną, bo przecież wrócisz do domu dopiero po powrocie z Korei, ale... Ale bardzo nam na tym zależy. Całej drużynie. Bo nigdy jeszcze nie było tak dobrze i boimy się, że nas to przerośnie. Więc potrzebujemy cię, by ktoś studził nasz zapał, pomógł twardo stąpać po ziemi i jednocześnie nie porzucać marzeń. Robił to, co ty potrafisz robić najlepiej na świecie. Bo przecież jesteś w tym najlepsza, prawda?
- Tak powiadają - mówię skromnie. - I bardzo się cieszę, że zależy wam na mojej obecności, to wiele dla mnie znaczy. A tak się składa, że właśnie o tym chciałam z tobą porozmawiać - dodaję nieco niepewnie, bawiąc się uszkiem filiżanki. - Moja mama miała rację, mówiąc, że wydaję majątek na paliwo jeżdżąc tam i z powrotem, choć to akurat nie jest problem. Chodzi mi o to, że... - wzdycham i podnoszę wzrok, by spojrzeć mu w oczy. - Chodzi o to, że postanowiłam na stałe wprowadzić się do mojego mieszkania w Kranju.
Czekam na jego reakcję z odrobiną obawy. To znaczy, wiem, że się ucieszy, ale nie jestem pewna, jak potraktuje moje słowa. Jako deklarację? Jako zwykłą oszczędność czasu i pieniędzy? Jako kolejny krok do przodu?
Chyba problem w tym, że sama nie wiem, co to tak właściwie znaczy. Wiem tylko, że najwyższy czas to zrobić. Długo zwlekałam z tą decyzją. Nie mogę być dalej zawieszona "pomiędzy".
- To wspaniała wiadomość! - odpowiada, uśmiechając się szeroko i mocno ściska moje dłonie. - Martwiłem się, że stanie ci się krzywda, przecież takie ciągle jeżdżenie musi być strasznie męczące. Ale nie chciałem tego sugerować, żebyś nie czuła presji.
- Dziękuję, że pozwoliłeś mi samodzielnie dojrzeć do tej decyzji. - Uśmiecham się z ulgą. - Jutro pojadę do domu i wezmę część rzeczy i będę się powoli wprowadzać. Bo na razie mam tam tylko światło w lodówce, śpiwór, poduszkę, szczoteczkę do zębów i jakieś dresy na zmianę.
- Koniecznie weź jakiś obrazek do powieszenia na ścianie - mówi poważnie Peter. - Ponoć to pierwszy krok do zadomowienia się w nowym miejscu. Nawet jeżeli nie masz połowy mebli, zaczynasz utożsamiać to miejsce z domem.
- To ja powinnam wiedzieć takie rzeczy. - Mrużę oczy, a Peter nachyla się nad stołem i całuje mnie delikatnie.
- Idziemy? - pyta, a ja kiwam głową.
Wstajemy, a Peter obejmuje mnie w pasie i nieśpiesznie idziemy do windy. W holu zauważam Kruczka otoczonego chmarą dziennikarzy. Zwalniam nieco kroku, by usłyszeć:
- ...do Korei pojadą: Kamil Stoch, Maciej Kot, Piotr Żyła i Dawid Kubacki. Kto pojedzie jako piąty, rozstrzygnie czwartkowy trening w Wiśle, a najmocniejszymi kandydatami są Klemens Murańka oraz Jakub Wolny. Dziękuję państwu. - Kruczek ucieka spod ostrzału kamer i podchwytuje moje spojrzenie.
A ja bardzo mocno pilnuję się, by moja twarz nie wyrażała absolutnie nic.
Klemens prawdopodobnie nie pojedzie na Igrzyska.
A mnie nie wolno nic z tym zrobić.
- Wszystko w porządku? - pyta mnie Peter, a ja kiwam głową.
- Tak, chodźmy - mówię, zaciskając usta i wtulając się w niego mocniej.
Są rzeczy ważne i ważniejsze. Klemensowe Igrzyska są zaledwie ważne.
___________
Halo, halo, jest tu ktoś jeszcze? Nie zdziwiłabym się, gdyby nie. Ile mnie nie było? 9 miesięcy? W tym czasie można dziecko urodzić!
(Nie, nic z tych rzeczy).
Tak czy siak, nadszedł ten czas. Mamy sezon olimpijski, a ja nadal jest w głębokiej, czarnej... dziurze z tym czymś powyżej. Rzeczywistość jest inna niż przewidywałam, nie zapowiada się, by Klemens miał się załapać na Igrzyska (jak wyżej) i trochę mi smutno z tego powodu. I chyba muszę się streścić, jeżeli chcę się wyrobić przed ZIO, nie?
To tego, zadowoleni, z tego, co tam spłodziłam? Taki trochę długi wyszedł, nie?
PS: Tak, wiem, że nie ma akapitów wszędzie. Później będę z tym walczyć, ok? W ogóle trochę na gorąco ten rozdział, ale czas mnie goni, więc łapcie :)
- Alka! Tutaj! - Karolina macha do mnie radośnie, a ja uśmiecham się i podchodzę do stolika, przy którym siedzą moi znajomi.
- Hej, jestem ostatnia? - pytam, ściągając płaszcz, a Marcin odsuwa mi krzesło i podaje kartę napojów.
- Tak, Kacper dzwonił, że nie dotrze - odpowiada mi Mateusz, obejmując Karolinę ramieniem, a złota obrączka lśni na jego palcu.
- Szkoda, dawno go nie widziałam. No, to opowiadajcie, co u was. Jak miesiąc miodowy? - zwracam się do nowożeńców. Nie mogę uwierzyć, że od ich ślubu minęły już dwa miesiące.
- Bardzo dobrze, udało nam się wypocząć. - Uśmiecha się Karolina, a Mateusz jej potakuje. Nie mogę się wręcz na nich napatrzeć, szczęście aż od nich promieniuje. W tej kwestii nic się nie zmieniło od czasów liceum.
- No ja nie wiem, czy tak dobrze, skoro bez efektów. - Śmieje się złośliwie Marcin, a Karolina dźga go w bok. - Chyba, że o czymś nie wiemy?
- A piłabym piwo? - Dziewczyna wywraca oczami, unosząc swoją szklankę. - Właśnie, Ala, co pijesz?
- Wezmę jakiś sok, przyjechałam autem - odpowiadam szybko, bo po minie Marcina widzę już, że szykuje jakąś ripostę. - Więc, misiu, nie, ja też nie jestem w ciąży.
- O, a propos! - ożywia się Karolina, kiedy Marcin idzie do baru zamówić mi sok. - Opowiadaj wszystko! Dobrze słyszałam, że wyrwałaś jakiego fajnego faceta?
Wzdycham wewnętrznie. Tego właśnie się obawiałam w kontekście powrotu do kraju. Plotki dotarły do Polski i czas się z nimi zmierzyć. Bitwa pierwsza: znajomi.
- To bardziej on wyrwał mnie - prostuję. - Choć to dosyć skomplikowane, bo pracujemy razem i nie bardzo wiem, jak to wygląda w świetle etyki pracy.
- Dopóki ze sobą nie sypiacie, to wykpisz się ze wszystkiego. - Marcin stawia przede mną sok z czarnej porzeczki i siada obok. - I nie bądź taka lakoniczna, czekamy na jakieś pikantne szczegóły! - Puszcza do mnie oko, a ja trzepię go w ramię.
- Zainteresowałbyś się swoim życiem uczuciowym, misiu. - Pokazuję mu język i biorę łyk soku. - Mhm, dobre!
- Jest wystarczająco bogate - odpowiada. - Nie wykręcaj się, tylko mów, co i jak.
Wzdycham ciężko i siadam wygodniej.
- Nijak. Pracuję sobie od października z słoweńskimi lotnikami, zakumplowałam się najbardziej z Peterem, a potem jakoś tak wyszło. - Wzruszam ramionami. - Trochę to kłopotliwe ze względu na to, że jestem jego psychologiem, więc z początku tego nie chciałam, no ale był bardzo uparty. - Uśmiecham się lekko.
- Nigdy nie mogłam zrozumieć, na kiego grzyba ty się tak uczysz tego słoweńskiego, a tu proszę! Taka historia! - emocjonuje się Karolina. - On teraz przyjechał do Polski, nie?
- Tak, ale są w Wiśle i trenują - odpowiadam. - Ja przyjechałam na dwa dni do domu, a potem znów do pracy - wzdycham. - Jak kiedyś kursowałam ciągle Katowice-Zakopane, tak teraz miotam się między domem, a mieszkaniem w Kranju. A w weekendy na walizkach w rozjazdach po całej Europie.
- Nie myślałaś o tym, żeby się na stałe przeprowadzić do Słowenii, skoro tam pracujesz? - pyta Mateusz. - Zwłaszcza, że teraz masz jakby dodatkową motywację, prawda?
Zerkam na niego, bo w sumie ma rację. Przeprowadzka na stałe do Słowenii wiele by ułatwiała, ale... Ale oznaczałaby też poniekąd podjęcie pewnej poważnej decyzji. Nie wiem, czy jestem już w stu procentach na to gotowa.
- Myślałam o tym - mówię, pociągając łyk soku. - Faktycznie, byłoby mi łatwiej, ale jednak w Polsce mam przyjaciół i rodzinę. To poważny krok, a ja nie jestem pewna, jak to wszytko potoczy się dalej.
- Pamiętasz, co mi mówiłaś ostatnio? - Marcin zerka na mnie znad swojego piwa. - Że częściej żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy, niż, że coś zrobiliśmy? Spróbuj, przecież zawsze możesz tu wrócić, prawda?
Kiwam głową, a rozmowa powoli zaczyna schodzić na inne tematy, aż w końcu mój związek z Peterem przestaje być w centrum zainteresowania. Przysłuchuje się dyskusji pomiędzy Karoliną i Mateuszem dotyczącej koloru ścian w kuchni i nachodzi mnie refleksja, że to całkiem ciekawe, jak inni nas widzą. Moi szkolni znajomi, osoby z zupełnie innego środowiska. Nie patrzą na nas przez pryzmat sportu i łączących nas zawodowych relacji, przez co otrzymują zupełnie inny obraz. Obraz, który dla mnie jest całkowicie obcy i odrealniony, jakby mówili o jakiejś innej, nieznanej mi parze. A jednak są przy tym w jakiś sposób obiektywni, bardziej niż ja.
Prawda najprawdopodobniej leży gdzieś pomiędzy.
Jest już po północy, kiedy żegnam się z Karoliną i Matim, a Marcin ofiaruje się, że odprowadzi mnie do samochodu. Idziemy w milczeniu pod ramię, ignorując rozbawione i mocno już podchmielone towarzystwo na Mariackiej. Dopiero kiedy przystaję w poszukiwaniu kluczyków, które spadły na samo dno torebki, mężczyzna wzdycha, wbijając mocniej ręce w kieszenie kurtki.
- Coś się stało? - pytam.
- Nic, będę za tobą tęsknić, jeśli faktycznie się przeprowadzisz do tej Słowenii. To prawie osiemset kilometrów. - Przygląda mi się uważnie.
- Siedemset osiemdziesiąt - uściślam. - Mój samochód przekonał się o tym bardzo dokładnie.
- Pamiętaj, że jeżeli cię skrzywdzi, to natychmiast tam przyjadę i połamię mu nos i żebra, jasne? - Marcinowi włącza się tryb starszego brata, który czasem względem mnie wykazuje. - Uprzedź go, że nie jest jedynym Mistrzem Świata wśród twoich znajomych.
- Fakt, kumpluję się także ze Stochem. - Pokazuję mu język, choć dobrze wiem, że mówi o sobie i swoich medalach zdobytych w ju-jitsu. - A tak poważnie, to prędzej ja skrzywdzę jego, niż on mnie. Peter to anioł, nie człowiek.
- Skoro lata, to faktycznie! - śmieje się Marcin, nim poważnieje ostatecznie. - Odzywaj się czasem z tej Słowenii potem. I tak nam się paczka nieco rozleciała.- Pamiętaj, że jeżeli cię skrzywdzi, to natychmiast tam przyjadę i połamię mu nos i żebra, jasne? - Marcinowi włącza się tryb starszego brata, który czasem względem mnie wykazuje. - Uprzedź go, że nie jest jedynym Mistrzem Świata wśród twoich znajomych.
- Fakt, kumpluję się także ze Stochem. - Pokazuję mu język, choć dobrze wiem, że mówi o sobie i swoich medalach zdobytych w ju-jitsu. - A tak poważnie, to prędzej ja skrzywdzę jego, niż on mnie. Peter to anioł, nie człowiek.
- Będę, obiecuję. - Uśmiecham się lekko, a Marcin przytula mnie na pożegnanie i czeka aż bezpiecznie wyjadę z parkingu. Macham mu jeszcze we wstecznym lusterku i nieśpiesznie jadę do domu.
Wchodzę na korytarz, starając się nie hałasować za bardzo kluczami. W przedpokoju na podłodze leży kartka z wiadomością od rodziców, czytam ją pobieżnie i po cichutku przechodzę do swojego pokoju, gdzie czeka na mnie pościelone łóżko. Opadam na nie zmęczona i, rezygnując nawet z kąpieli, niemal natychmiast zasypiam.
[Klemens]
- Jeszcze trzy powtórzenia!
Poprawiam słuchawki na uszach i ruszam w dalszą trasę ścieżką wzdłuż Wisły. Wymieniam spojrzenie z biegnącym z naprzeciwka Szybkim, a potem Olkiem i resztą kadry B. Na końcu ścieżki zawracam i biegnę z powrotem.
Kiedy docieram po raz ostatni na koniec ścieżki, zwalniam tempo, ściągam słuchawki i ruszam z powrotem na teren skoczni, ostrożnie przebiegając przez jezdnię. Kadra A kończy tam rozgrzewkę statyczną, a na wyciągu dostrzegam pierwszych zawodników.
- Ej, kto jedzie na górę? - pytam Kamila, który właśnie kończy rozgrzewać się na barierkach.
- Słoweńcy. Dziś część trenuje z nami - odpowiada lakonicznie.
- Już przyjechali? - dziwię się, czując dziwne uczucie radości.
...które jednak szybko zostaje zalane przez poczucie winy, kiedy uświadamiam sobie, z czym, a raczej z kim, jest związane.
Czy to znaczy, że ona też już tu jest?
Trener woła mnie na imitację, więc porzucam te myśli. Naprawdę nie czas teraz na to. Zresztą sam widziałem - jest z nim szczęśliwa i nic tego nie zmieni.
Koniec. W końcu jakoś udało się nam wygrzebać z tej porąbanej sytuacji.
A przynajmniej jej.
Ale chyba nawet mnie to cieszy. W końcu zależy mi na jej szczęściu. A to coś, czego nie byłem w stanie jej dać. Być może nie wszystko poszło nie tak i da radę zacząć od nowa, beze mnie.
Je też muszę zapomnieć. Tak będzie najlepiej.
Imitacja jest w porządku, trener więc poleca mi się przebrać i jechać na górę. Kombinezon już czeka, podobnie jak kask, a Kacper właśnie kończy smarować mi narty. Czekam, aż mi je poda, poprawiając pasek od gogli i ruszam na wyciąg.
- Hej! Strasznie tam wiucha na górze! - W ostatniej chwili dosiada się do mnie Cene, ściągając gogle na szyję. - Ale skocznię macie przygotowaną ekstra! Na progu nie telepie, a lądowanie, jak po maśle. Skaczesz jutro w kwali? - wyrzuca z siebie na jednym oddechu.
- Tak, teraz nie odpuszczamy żadnych skoków - odpowiadam krótko, by nie zdradzać za dużo z naszego planu treningowego.
- No tak, Igrzyska... To już niedługo, kurcze! A jeszcze niedawno przecież było Soczi! Jak dziś pamiętam, jak Peter cieszył się z tych medali. - Cene gestykuluje tak gwałtownie, że zastanawiam się, czy zaraz nie spadną mu narty. - No ale w tym roku zasadza się na złoto, choć nie będzie łatwo. Z drugiej strony, Ala na pewno mu pomoże. Kurcze, szkoda, że nie poznał jej wcześniej, przed tą całą aferą z Katją - wzdycha młodszy Prevc.
- Jaką aferą? - wyrywa mi się, choć najdobitniej docierają do mnie jego inne słowa.
Szkoda, że nie poznał jej wcześniej.
Ileż to razy zastanawiałem się, co by było, gdyby nasze ścieżki przecięły się kilka lat wcześniej? Gdybyśmy dorastali wspólnie, tak jak ja dorastałem z Agnieszką? Czy wszystko byłoby prostsze?
A może właśnie nic by się nie wydarzyło? Może jesteśmy dla siebie po prostu zakazanym owocem, owocem, którego pragnie się najmocniej?
- ...no a potem zostawiła go bez słowa. Dopiero Ala pomogła mu się pozbierać - dociera do mnie głos Cene. - W sumie nie wiem, czy powinienem ci to mówić... Nie powtarzaj tego dalej, ok? - Patrzy na mnie z lekkim niepokojem w oczach, a ja uspokajająco kiwam głową.
- Spoko, to nie mój interes przecież - odpowiadam nieco ozięble, zsiadając z krzesełka.
A jeśli Prevc po prostu przeniósł na Alicję swoje uczucia? Jeśli okaże się, że jednak nie będzie w stanie jej uszczęśliwić? Jeśli to tylko mrzonka, tylko...
Kręcę głową, by odgonić te myśli i skupiam się na czekającym mnie skoku. Wiem, że od tego treningu i najbliższych zawodów wiele zależy. Nie mogę zawieść, nie mogę dać Kruczkowi powodu, by musiał zostawić mnie w domu.
W tym roku nie mogę nie pojechać na Igrzyska. Po prostu muszę tam być.
Skok nie wychodzi tak, jakbym sobie tego życzył. Następne trzy również. Przy piątym krawędziuje mi narta i przewracam się przy lądowaniu, a z ust wyrywa mi się soczyste przekleństwo. Natychmiast podbiega do mnie fizjoterapeuta i Dawid, jako stojący najbliżej, gdyż skakał tuż przede mną.
- Wszystko w porządku? - upewniają się obaj, a ja kiwam głową.
- Tak, nic mi nie jest, tylko się poobijałem. - Podnoszę się ze stęknięciem, a Kubacki podaje mi narty ze zmartwioną miną.
Gębala zagania mnie do boksu, stanowczo twierdząc, że musi mnie dokładnie obejrzeć, a przez jego krótkofalówkę dobiega skrzekliwy głos Kruczka, dopytującego się, co się wydarzyło.
Okazuje się, że poza kilkoma siniakami nic mi nie jest, ale mimo to zostaję odesłany do hotelu. Nawet nie próbuję się kłócić, bo i tak zbyt wiele bym dziś nie pokazał. Nieco zdemotywowany prezentowaną przeze mnie dziś formą dopiero po chwili zauważam, że towarzyszy mi Kamil.
- Ty już nie skaczesz dziś? - pytam.
- Trzy skoki wystarczą. Nie mogę się przemęczać, stawy już nie te. - Klepie się żartobliwie po kolanie.
- A u mnie forma nie ta. - Krzywię się.
- Klimek, myślałeś może o tym, żeby... - Kamil waha się nieco, nim kończy. - Żeby nie podchodzić do tego wszystkiego tak osobiście?
- O czym ty mówisz? - Marszczę brwi, nie rozumiem, o co mu chodzi.
Nie może przecież wiedzieć, że...
- O skoki. Między innymi - dodaje, kiedy niemal już oddycham z ulgą. - Wiem, że przyjaźnisz się z Alicją, ale ona naprawdę wygląda na szczęśliwą. Nie musisz się o nią martwić. Powinieneś się skupić teraz na sobie.
- To nie o to chodzi... - próbuję zaprzeczyć, ale raczej kiepsko mi idzie. - Ja po prostu... po prostu boję się, że nie pojadę na te Igrzyska. Znowu.
Nie o to do końca chodzi, ale to też prawda. Chcę tam jechać. A na razie się na to nie zapowiada.
- Za bardzo martwisz się na zapas. I za siebie, i za Alicję. - Uśmiecha się lekko Kamil. - Dasz sobie radę. Ona też. Wasza przyjaźń nie ucierpi, nawet jeżeli teraz z jakiegoś powodu jest między wami nieco chłodniej. - Klepie mnie w plecy i wchodzi do hotelu, zostawiając mnie na parkingu. Nawet nie wiem, kiedy minęła nam cała droga.
Oddycham głęboko i rozglądam się dookoła. Skoro nie było jej na skoczni, to albo jest w hotelu, albo jeszcze nie przyjechała...
Stop.
Stanowczo zakazuję sobie myśleć o Alicji. Stanowczo zakazuję sobie szukania jej na skoczni podczas zawodów. I stanowczo postanawiam przestać się wtrącać w jej życie.
Kamil ma rację. Jest szczęśliwa.
Ale nasza przyjaźń już ucierpiała. Być może wtedy, kiedy próbowaliśmy sięgnąć po zakazany owoc.
Być może dobrze, że teraz jest poza moim zasięgiem.
[Alicja]
Rano budzi mnie zapach naleśników. Przeciągam się szeroko i nieśpiesznie człapię do kuchni, czując się ponownie nieco jak mała dziewczynka.
- Patrz, Asia, nasza księżniczka wstała! - woła mój tata, odwracając się na chwilę od patelni.
- Naleśnik ci się fajczy - zwracam mu uwagę i mijam go, by usiąść przy stole, a mama uśmiecha się ciepło na mój widok.
- Ten jest twój. - Tata jak zwykle nie skąpi sobie czułych złośliwości. - O której wróciłaś?
- Gdzieś koło północy. - Ziewam i robię łyk kawy, a tata podaje mi talerz z naleśnikiem. Ale nie tym przypalonym.
- Prawie jak Kopciuszek. - Mama dosiada się do mnie i podaje mi kubek kakao.
- Buty mam w komplecie. - Uśmiecham się krótko, rzuciwszy okiem na przedpokój, tak dla pewności. Zaciągam się zapachem kakao i wzdycham z zadowoleniem. - Mówiłam wam już kiedyś, jak bardzo was kocham?
- Owszem, za każdym razem, gdy dostawałaś od nas coś dobrego do jedzenia. - Tata wyłącza gaz pod patelnią i przysuwa sobie taboret. Ciśniemy się w mało ustawnej kuchni i zajadamy naleśniki, popijając je kawą i kakao.
- Ale dobrze wiecie, że i tak was kocham, prawda? - upewniam się, a mama śmieje się cicho.
- Tak, jak sól w rosole, kochanie - mówi, przytulając mnie mocno. - Jakie plany na dziś?
- Słodkie lenistwo, a popołudniu zbieram się i jadę z Katką i Werką do Wisły, żeby być tam na dziewiętnastą na odprawę - wyjaśniam. - Nie chcę nadwyrężać kruchej cierpliwości Janusa. - Uśmiecham się krótko.
- Przyznaj się, że po prostu tęsknisz za tym... jak mu na tam? Pers? Pens? Pferc? - Marszczy brwi tata, próbując sobie przypomnieć.
- Prevc, tato. - Wywracam oczami. - Czy ty wszystko musisz przekręcić?
- Nawet nazwisko, które kiedyś będzie nosiła twoja córka - dorzuca mama, a mnie wyrywa się głośny jęk.
- Mamo! - wołam z wyrzutem.
Bitwa druga: rodzice.
Podczas jednego dnia pobytu w domu zdążyłam odkryć wszystkie plotkarskie gazety, których moja mama zazwyczaj nie czyta. A także te nieplotkarskie, których również nie czyta.
Wywiad śledczy za trzy... dwa... jeden...
- No opowiedz coś o nim, słońce. Przecież wiadomo, że coś między wami jest - drąży mama, a ja wywracam oczami.
- Pracujemy razem, przyjaźnimy się i...
- ...i razem śpimy.
- TATO! - wołam oburzona, a mama obrzuca tatę nie mniej oburzonym spojrzeniem. - I to wszystko.
- No ciężko, by było coś jeszcze... - dalej droczy się tata, a ja szturcham go mocno łokciem, aż zaczyna krztusić się naleśnikiem.
- Daj spokój. Fakt, jestem blisko z Peterem...
- Blisko?
- Adam, dajże jej spokój! - Mama sprowadza go na ziemię.
- ...a media dorabiają do tego jakieś teorie spiskowe - kończę spokojnie, bo przyzwyczaiłam się już do ojcowskich przytyków.
- Takie jak ostatnio? - pyta mama cicho, a ja mocniej skupiam się na naleśniku, który stygnie na moim talerzu.
- To zupełnie inna sprawa, mamo - ucinam dyskusję.
Nie chcę rozmawiać o Klemensie. Przy tym stole jego temat został przewałkowany nie jeden raz. Bez szczegółów, nie chciałam obarczać rodziców całością tej historii. Wiedzieli jednak wystarczająco dużo, by wiedzieć, że ich córka wpakowała się w niezłe bagno.
- Tym razem to coś innego, obiecuję - dodaję, uspokajająco.
- Dobrze, ufamy ci. Ale pod jednym warunkiem - zastrzega tata.
- No? - pytam, choć wiem jaki to warunek.
- Jak przyjedziemy do Zakopanego na te twoje całe skoki...
- ...to mam go wam przedstawić. Tak, wiem - kończę za niego i dopijam zimne już kakao. - W porządku, potem już na pewno będę mogła spłonąć ze wstydu.
- Co? Wstydzisz się swoich staruszków? - obrusza się tata.
- Nie, tej bandy świrów, która uważa się za słoweńskich skoczków - odpowiadam, wstając. - A myślałam, że po Polakach nic mi już niestraszne... Idę pod prysznic, nie kradnijcie wody, ok?
Wyciągam z szuflady ręczniki i biorę długą kąpiel. Mama oczywiście kradnie wodę, ale dzięki temu później czeka na mnie gorąca herbata z cytryną i imbirem.
Pomagam mamie przy obiedzie. Lepienie pierogów to strasznie relaksujące zajęcie i przez krótką chwilę zapominam o Bożym świecie. Chyba trochę tęsknię za czasami, kiedy życie było takie proste i nieskomplikowane. Plotkujemy sobie o moich znajomych z liceum, opowiadam mamie o problemach Karoliny i Mateusza przy remoncie domu, o tym, jak Marcin przygotowuje się do kolejnych mistrzostw oraz o tym, jak Kacper znowu wystawił nas do wiatru.
- Wiesz, jeśli miał do wyboru piwo z wami i herbatkę z biskupem, to chyba wiadomo co wybrał, nie? - śmieje się mama, która zawsze lubiła słuchać tego typu historii.
Wsadzamy pierogi na zamrażalnik, a ja schodzę z tatą do samochodu, by sprawdzić, czy po wizycie u mechanika wszystko działa, jak trzeba. Popołudnie mija nam na drobnych pracach przy aucie, jak wymienianie wycieraczek i dolewanie płynu do spryskiwaczy, a na końcu dokładnie myjemy auto, korzystając z chwilowej odwilży.
- Jak oni tam będą skakać, skoro śniegu nie ma? - pyta tata, a ja uśmiecham się pod nosem.
- Do Wisły nazwozili śniegu z Alp już w listopadzie, a w Zakopanem od Sylwestra leży półtora metra i ani drgnie - odpowiadam. - Tylko tutaj plucha.
- Musimy ci wymienić akumulator, ten już ledwie zipie - zauważa tata, zaglądając pod maskę. - Bo ręczny teraz działa, jak złoto!
- Nie mam zamiaru próbować - ostrzegam od razu, widząc już ten niebezpieczny błysk w jego oku. Ostatnie podrygi kryzysu wieku średniego kazały mu zeszłej zimy testować mój hamulec na każdym napotkanym rondzie. A w okolicy jest ich całkiem sporo.
Kończymy zabawę w małego mechanika i wracamy do domu. Mama goni nas do łazienki, a ja odbieram wiadomość od Kasi, że są już z Werką w drodze. Nakrywam do stołu, a kiedy kończę, rozlega się dzwonek do drzwi.
- Wpadłyście akurat na obiad - informuje je, kiedy stają na progu. - Werka, jak tam studniówka?
- Było super! - Młodsza z sióstr uśmiecha się szeroko, a ja nie mogę się nadziwić, jak bardzo podobna jest do Kasi. - Teraz tylko cykam się przed maturą, już nie mam do czego innego odliczać dni. Dzień dobry! - woła na widok moich rodziców wyglądających z kuchni.
- Macie ochotę na pierogi, dziewczyny? - pyta tata, ściągając z szyi fartuszek z napisem "Szef kuchni karmi miłością".
- Tak, ale Alka będzie musiała mnie potem wtoczyć do samochodu, bo przed chwilą jadłyśmy w domu - odpowiada Kasia i rozgaszcza się w salonie. Jak zwykle czuje się jak u siebie. - O której jedziemy?
- O siódmej muszę być w Gołębiewskim na odprawie - odpowiadam. - Mój staruszek nie wyciąga za wiele na trasie, więc tak po piątej powinnyśmy wyjść.
- Spoko, tak pytam.
Moi rodzice wciągają dziewczyny w rozmowę i oczywiście próbują wyciągnąć z Kasi jakieś informacje na temat Petera. Kopię ją pod stołem, ona jednak zupełnie nie zwraca na to uwagi.
Mimo to nie wrabia mnie w wielomiesięczny związek zmierzający najprostszą drogą do ślubu i gromadki dzieci, jak zwykła wkopywać mnie dotychczas przed moimi rodzicami. Tak było dawno, dawno temu z Marcinem, nic więc dziwnego, że moja mama ma do niego słabość.
- Zresztą zobaczą państwo już wkrótce, bo jadą państwo do Zakopanego, tak jak ostatnio? - upewnia się, a mój tata żywo kiwa głową.
- Tak, to niepowtarzalna okazja, by zobaczyć się z Alą w zimowej aurze. Bo ciągle nie ma jej w domu.
- Ej, teraz jestem! - oburzam się.
- Ale zaraz wyjeżdżasz. - Mama wskazuje zegar, na którym dochodzi piąta.
- Faktycznie, musimy się zbierać - zauważam.
Tata pomaga nam zanieść rzecz do samochodu, mama żegna nas wylewnie, jakbyśmy miały nie widzieć się pięć lat, a nie tylko kilka dni. Werka rozsiada się na tylnej kanapie i znika w wirtualnym świecie Instagrama, Facebooka, Twittera i innych dziwnych aplikacji, których nawet nie kojarzę z nazwy. Kasia za to rozgaszcza się na przednim siedzeniu i bez krępacji wsuwa jakąś kasetę do odtwarzacza.
- Co to? - pytam, po czym podskakuję, bo z głośników grucha gromkie "TNT". - Kaś! Masz szczęście, że jeszcze nie ruszyłam!
W odpowiedzi wywraca oczami i ścisza nieco piosenkę.
- Masz po prostu spaczony gust muzyczny. - Wzrusza ramionami.
- Gust mam w porządku, ale chciałabym jeszcze zachować resztki słuchu - odpowiadam, ściszając jeszcze bardziej i wyjeżdżam z parkingu.
Przekomarzamy się tak całą drogę, która mija nam szybko i przyjemnie. Nie omija nas oczywiście korek koło Pszczyny, ale to już coś, co z miejsca wliczam w czas podróży. Sprawnie docieramy do Wisły i wjeżdżam na parking przed hotelem. Kasia oczywiście śmieje się z mojego antytalentu do parkowania tyłem i budzi Werkę, która przysnęła na tylnej kanapie ze słuchawkami na uszach.
Podchodzimy do recepcji, gdzie dziewczyny odbierają klucz do swojego pokoju i niemal od razu znikają w windzie, wołając na odchodnym coś o jakimś meczu, filmie czy inny teleturnieju. Wzdycham i pytam uprzejmie recepcjonistki, gdzie znajdę salę konferencyjną, w której umówiłam się ze sztabem i również odbieram klucz.
Zerkam na zegarek - mam jeszcze kilka minut czasu, postanawiam więc zostawić bagaże w pokoju, nim udam się na odprawę. Wjeżdżam na trzecie piętro i odnajduję odpowiednie drzwi. Wsadzam klucz do zamka, mam jednak problem z tym by go przekręcić.
- Otwarte...? - mamroczę sama do siebie, wchodząc do środka.
Odstawiam walizkę i wchodzę do łazienki, by umyć ręce.
...i jeszcze szybciej stamtąd wychodzę.
- Przepraszam! Pomyliłam pokoje! - wołam, mocno zaciskając oczy i próbując wymacać rączkę walizki. - Znowu - dodaję nieco żałośnie.
- Hej, Ala. Cześć. Nie, nic nie pomyliłaś.
Otwieram ostrożnie oczy, a Peter uśmiecha się na mój widok, poprawiając mokre włosy.
- A ty nie powinieneś się zbierać właśnie na odprawę? - pytam podejrzliwie i raz jeszcze zerkam na klucz. - No faktycznie, wszystko się zgadza, wyjątkowo nic nie pomyliłam. Co w takim razie robisz w moim pokoju? - Biorę się pod boki i lustruję go wzrokiem.
Udawajmy, że to nie dlatego, że mam całkiem sporo do oglądania.
- W naszym pokoju - poprawia mnie i sięga po wiszącą na krześle koszulkę. - Ale zanim zaczniesz się awanturować, uprzedzam, że próbowaliśmy to jakoś rozwiązać. Niestety nie ma opcji, by pozamieniać pokoje, bo mają komplet. Uznałem więc, że moją obecność zniesiesz najlepiej - wyjaśnia łagodnie, a ja oszołomiona opadam na łóżko.
- Ubierz się - wyrywa mi się słabo. - Ja tylko umyję ręce i lecę na odprawę.
Zbieram siły i wciąż nieco nieufnie wchodzę do łazienki, która wypełnia zapach męskiego żelu pod prysznic. Myje ręce, wkładając w to o wiele więcej uwagi, niż wymaga to przyziemne zajęcie i nieco już spokojniejsza wychodzę do Petera, który na szczęście jest już kompletnie ubrany.
- Dobra, jakoś wytrzymamy te trzy dni - wzdycham.
- "Jakoś"? - droczy się Prevc i całuje mnie w policzek. - Dobrze cię widzieć, Ala. Tęskniłem.
- Nie widziałeś mnie całe pięć dni, Prevc - zwracam mu uwagę, ale przytulam go serdecznie, bo ja też za nim tęskniłam. Pięć dni, to strasznie dużo czasu, prawda?
- Zdaje się, że musimy iść - mamrocze skoczek po chwili, sprowadzając mnie na ziemię.
Kiwam głową i ruszamy do sali konferencyjnej. Nikogo jeszcze nie ma prócz Jurija, który gwiżdże przeciągle na nasz widok.
- Widzę, że wy już po wylewnym powitaniu - woła, chichocząc do tego głupio.
- Widzę, że nadal nie odkryłeś znaczenia słowa "umiar", Tepes - odcinam się, siadając jak najdalej od niego, a Peter siada obok mnie.
- Czekam na dzień, w którym przestaniecie zaprzeczać. - Jurij wzrusza ramionami i uśmiecha się zawadiacko.
- Niedługo - ku mojemu ogromnemu zdziwieniu odpowiada Peter. Myślałam, że jest po mojej stronie!
Spoglądam to na niego, to na śmiejącego się Tepesa i szukam jakiejś dobrej odpowiedzi, która obu pójdzie w pięty, ale ubiega mnie przybycie Janusa ze sztabem i pozostałych zawodników, obrzucam więc tylko obu morderczym spojrzeniem i skupiam się na słowach trenera.
Zapowiada się ciekawy weekend.
[Klemens]
Mój plan unikania Alicji posiada jedną wadę - zapomniałem, że zawsze wpadam na nią w najmniej odpowiednich momentach.
Dlatego wcale nie jestem zaskoczony, wpadając na nią w drodze na śniadanie. Stoi w windzie z Prevcem i śmieje się z jego słów, a ten spogląda na nią w góry z wąskim uśmiechem.
Alicja zauważa mnie chwilę później i niemal natychmiast poważnieje, a Peter robi krok do tyłu, bym mógł wejść do windy, stając jeszcze bliżej niej.
- Pójdę schodami - mamroczę szybko i obracam się na pięcie. Żadne z nich nie próbuje mnie zatrzymać, choć w windzie jest jeszcze dużo miejsca.
I bardzo dobrze.
Na stołówce ciągle ich widzę, nieważne w którą stronę się odwrócę. W końcu na siłę zaczynam zagadywać wyjątkowo posępnego dziś Maćka, byleby tylko zająć się czymś innym niż próbą unikania ich.
- Wszystko w porządku? - pytam, bo Kocur naprawdę wygląda na przybitego.
- Taaak... po prostu liczyłem na coś, ale się nie udało - wzdycha. - Nie przejmuj się, to raczej beznadziejna sprawa. Po prostu głupio się łudziłem.
- Coś osobistego? - pytam ostrożnie.
- Taaak... - odpowiada rozkojarzony, wpatrując się w jakiś punkt za moimi plecami.
Obracam się, podążając za jego wzrokiem i... klnę w myślach.
- Myślisz, że Alka znajdzie dla mnie trochę czasu? Chyba potrzebuję z nią pogadać. - Maciek przenosi na mnie spojrzenie.
- Wygląda na dosyć zajętą - stwierdzam kąśliwie. - Ale może ja mogę ci pomóc?
- Raczej nie... dobra, spróbuje ją potem złapać, teraz faktycznie nie należy jej przeszkadzać. - Maciek pochyla głowę i na dobre kończy rozmowę, całą uwagę poświęcając śniadaniu.
Kusi mnie, by się obrócić i ich po obserwować, choć to trochę jak tortura. Na szczęście pochodzi do mnie Gębala i pyta, czy wszystko w porządku po wczorajszym upadku. Umawiamy się jeszcze na szybką odnowę biologiczną przed południowymi kwalifikacjami i tyle. W tym czasie jednak Alicja z Peterem znikają z pola widzenia, a ja oddycham z ulgą.
Być może ten weekend wcale nie będzie taki zły.
Wracam do pokoju, który dzielę z Szybkim i piszę SMSa do Agi, o której mogę się jej spodziewać. Nie odpisuje, co oznacza, że prawdopodobnie prowadzi i jest już w drodze do Wisły. Uśmiecham się na tę myśl - cieszę się, że już wkrótce ją zobaczę. Ostatnio mieliśmy mało czasu dla siebie.
Zastanawiam się, co mogę zrobić z czasem pozostałym mi do wyjścia na skocznię, ale Gębala pisze do mnie, że właściwie to mogę już do niego przyjść. Przebieram się w dres i schodzę piętro niżej.
- Siema, jak tyłek? - wita mnie w progu.
- Boli. - Krzywię się. - Ale tak poza tym okej.
Terapeuta ogląda mnie ponownie ze wszystkich stron, po czym wyciąga jakąś tajemniczą aparaturę i podpina mnie pod nią, twierdząc, że prądy TENS załatwią sprawę mojego bólu. Czuję przyjemne pulsowanie pod elektrodami i chyba na chwilę przysypiam, bo nagle czuję szturchnięcie.
- Skończyło się. Rozmasuję cię teraz trochę przed startem, dobra? Nie przemęczaj się dziś - poleca mi jeszcze Łukasz, a ja poddaje się działaniu jego wyspecjalizowanych rąk.
Czas mija szybko i okazuje się, że tak naprawdę już na nas czas. Szybko pakuję pozostałe rzeczy i biegnę do kadrowego busa. Czekamy jeszcze na Dawida, który nie umiał znaleźć nart oraz Maćka, który jak zwykle zamarudził w łazience.
Docieramy na skocznię nieco spóźnieni, kiedy kadra B już się rozgrzewa, podobnie jak kilka innych drużyn. Szybko rozstawiamy sprzęt i zabieramy się za imitacje, rozciąganie i jogging, każdy według własnego planu treningowego. Zamykam oczy i skupiam się na sygnałach płynących z mojego ciała, by jak najlepiej przygotować się do zawodów. Co prawda mam się nie przemęczać, ale w moim obecnym stanie muszę się postarać, by zająć jakieś przyzwoite miejsce w kwalifikacjach.
Być może dlatego nie od razu udaje mi się usłyszeć głos wołający moje imię i Agnieszce udaje się zwrócić moją uwagę dopiero, kiedy wiesza mi się znienacka na szyi.
- Co ty taki zamyślony, kochanie? - pyta, kiedy już kończy mnie ściskać.
- Mam dużo rzeczy do ogarnięcia przed kwali - odpowiadam wymijająco, wracając do rozciągania.
- Mówili mi, że się trochę potłukłeś. - Aga robi zmartwioną minę. - Wszystko okej?
- Tak, Łukasz mnie wymasował elegancko - odpowiadam uspakajająco.
- Nie o to mi chodziło. - Żona nadal świdruje mnie spojrzeniem.
Wzdycham i przerywam ćwiczenia.
- Tak, w porządku. Wypadek przy pracy, nie przejmuj się. - Całuję ją szybko i zbieram rzeczy. - Musze zaraz lecieć, zobaczymy się po skoku.
Znikam szybko, unikając kolejnych pytań. Wiem, że się o mnie martwi, wie jak bardzo mi zależy. Ale nie chcę o tym rozmawiać. To coś, z czym muszę poradzić sobie sam. Kiedyś mógłbym porozmawiać o tym z Alicją, ale nie tym razem. Zresztą mam wrażenie, że ona też się trochę przyczyniła do tego stanu rzeczy.
Po raz kolejny wyrzucam Alicję z mojej głowy, choć wraca do niej jak bumerang.
Tak naprawdę nie potrafię wytłumaczyć, co poszło nie tak. Pozycja najazdowa była w porządku, wybicie było trafione, żadnych zawirowań w powietrzu. A i tak, kiedy dotykam nartami zeskoku, uświadamiam sobie, że ten skok był o wiele za krótki. Potwierdza to ilość punktów wyświetlona właśnie na telebimie oraz zajmowane przeze mnie miejsce, nie dające aktualnie awansu.
Po ostatnim weekendzie wypadłem z "dziesiątki", więc trochę mi nieswojo z myślą, że mam sporą szansę nie zakwalifikować się nawet do konkursu. To nie najlepiej wróży przed Igrzyskami.
Nie mówiąc już o tym, że po konkurach w Polsce, Kruczek ma ogłosić skład drużyny olimpijskiej. Zaczynam się bać, że zabraknie w niej dla mnie miejsca.
Składam narty i szybko znikam z zasięgu kamery, po czym niemal natychmiast wpadam na zmartwioną Agę.
- Na pewno wszystko w porządku? - pyta, delikatnie dotykając mojego ramienia.
- Tak. Pójdę się przebrać, zaraz wracam - mówię i odchodzę w kierunku naszego domku, bo jest wilgotno i marznę w cienkim kombinezonie.
Kiedy wracam, Agnieszka czeka na mnie przy stoisku gastronomicznym, karmiąc Klimka suchym gofrem. Uśmiecha się lekko na mój widok i podaje mi kubek z kawą - moją ulubioną, choć nieco za mało słodką.
- Zdyskwalifikowali Fannemela - informuje mnie. - Jesteś pierwszy w kolejce.
- Teraz już raczej nic się nie zmieni - wzdycham.
- Może... powinieneś porozmawiać z Alą? - sugeruje cicho, a ja powstrzymuję się, by nie odwrócić wzroku.
- To nie jest dobry pomysł, jest teraz zajęta. Zresztą wszystko jest w porządku. - Wskazuję na tablicę wyników, gdzie wyświetla się informacja, że Kraft zrezygnował ze skoku, co automatycznie go dyskwalifikuje, a ja wślizguję się na jutrzejszą listę startową rzutem na taśmę.
- Nie jest, Klemens - poprawia mnie stanowczo Aga. - Chodź, mignęła mi przed chwilą. A ja przy okazji się przywitam, bo nie miałyśmy okazji. - Ciągnie mnie za rękaw, gdzieś przed siebie.
I faktycznie, chwilę później dostrzegam Alicję pogrążoną w rozmowie z Kasią i drugą, bardzo podobną do niej dziewczyną. Próbuję oponować, ale Agnieszka jest nieugięta.
- Cześć, unikasz mnie? - Moja żona zaczepia Alicję, którą odwraca się do niej zaskoczona.
- Nie, przepraszam, nie zauważyłam cię - odpowiada i ściskają się serdecznie. - Wy się chyba nie znacie, moja przyjaciółka Kasia i jej siostra, Wera - dodaje, wskazując stojące obok blondynki.
- Miło mi, Agnieszka. Klemensa chyba znacie? - Macha do mnie, bym podszedł bliżej, co czynię z widoczną niechęcią.
- Tak, tak... my też się spotkałyśmy raz czy dwa - odpowiada Kasia, obrzucając mnie uważnym spojrzeniem. - Dobra, Alka my się zwijamy, zaraz Cene skacze, a Werka miała nadzieję jeszcze na parę autografów. Miło było spotkać - zwraca się do nas i odciąga siostrę gdzieś w kierunku skoczni.
- Ala, mamy problem. - Agnieszka zwraca się do niej, gdy tylko znikają z pola widzenia, odprowadzane jej wzrokiem. - Klimek ma problem.
Nie dostrzega, jak Alicja wzdycha ledwie zauważalnie, nim przenosi na nas wzrok. Wiem, że boi się na mnie patrzeć, boi się, że będę pokusą, niczym zakazany owoc. A może tylko mi się tak wydaje, bo po prostu przenoszę na nią moje własne odczucia.
- Nic nie mogę na to poradzić, przykro mi - odpowiada, a w jej głosie słychać autentyczny żal. - Chciałabym jakoś pomóc, ale nie mogę. Nie powiem ci już nic nowego, Klemens. Musisz poradzić sobie z tym jakoś sam.
- Alka... - oponuje Aga, ona jednak kręci głową.
- Nie mam już żadnych złotych rad. Wybaczcie, Peter na mnie czeka - ucina szybko rozmowę i bez dalszych słów pożegnania znika w tłumie.
Wiem, że te ostatnie słowa były skierowane głównie do mnie. Kiedyś to ja byłem dla niej zakazanym owocem. Teraz to ona należy do kogoś innego. Teraz to ja nie mam do niej żadnych praw.
...choć czy kiedykolwiek miałem?
- Dziwne... - mruczy do siebie Agnieszka. - Zdaje się, że wpadła z tym Prevcem jak śliwka w kompot - śmieje się cicho i bierze mnie pod ramię. - Wracajmy, musisz wypocząć przed jutrem.
Kiwam głową i nieśpiesznie ruszamy przed siebie. Wiem, że potrzebuję więcej niż wypoczynku, by jutro było przynajmniej "nieźle". Ale nie mam pojęcia, skąd mam czerpać tę siłę.
Naprawdę, nie wiem skąd.
[Alicja]
- Myślisz, że powinnam się martwić? - Nie udaje mi się utrzymać języka za zębami i Katka obdarza mnie pełnym dezaprobaty spojrzeniem.
- Nie twój biznes - odpowiada, a ja z westchnieniem odprowadzam wzrokiem Klemensa, który w serii próbnej znowu nie błysnął. To, że wczoraj przeszedł kwalifikacje, to i tak cud.
Co się z nim dzieje?
- Nie patrz na niego tym twoim spojrzeniem smutnego spaniela! - Katka szturcha mnie mocno, tak, że omal nie wylewam na siebie kawy. - Jego forma to nie twoje zmartwienie, musi sobie sam radzić. Pozwalam ci się martwić tylko Peterem.
- Nim się akurat martwić nie muszę, skacze jak natchniony. - Wskazuję brodą wynik, który wyświetla się koło jego nazwiska. - Ale Klemens....
- Alicja! - upomina mnie przyjaciółka.
- To nic osobistego - zarzekam się. - Chciałabym, żeby pojechał na Igrzyska, zasłużył na to... Nie powiesz, że nie. A Kruczek nie będzie patrzył na to, co było przez ostatnie cztery lata, tylko na to, co jest teraz. A teraz jest... kiepsko.
- Alka, przestań. Proszę cię, to już się robi nudne - prycha poirytowana. - Jakbyś przestała się w końcu skupiać na swojej nieszczęśliwej, platonicznej, albo i nie, miłości, to może byś zauważyła co się dzieje dookoła ciebie!
- A co się dzieje? - pytam zdezorientowana.
- Moja siostra właśnie podrywa Wellingera i idzie jej o wiele za dobrze! - oburza się Kasia, wskazując Werkę zalotnie przechyloną przez barierki.
- Już wiem, czemu tak intensywnie się uczyła tego niemieckiego - mruczę.
- Dałaś jej taki przykład! - odpowiada gniewnie Katka. - Wkuwałaś te słoweńskie słówka, jak głupia i proszę, co z tego wyszło.
- Jeszcze, na szczęście, nic - wzdycham, patrząc, jak młoda zapisuje niemieckiemu skoczkowi coś na ręce. - Czy on nie jest dla niej za stary?
- No właśnie zastanawiam się, czy iść tam już, czy za chwilę... - odpowiada, nie odrywając wzroku od siostry. - Choć przecież jest dorosła, niech sobie radzi. A co do Petera... Jak nic nie wyszło, śpicie przecież razem.
- Mamy wspólny pokój - poprawiam ją, z wyjątkowym naciskiem. - A poza tym to sytuacja awaryjna.
- Awaryjnie, to ty lepiej idź do apteki.
Wywracam oczami, bo nie mam na to żadnej riposty, która byłaby na poziomie. Chcę zmienić temat, bo komentator właśnie informuje, że pierwsza seria zacznie się za dwadzieścia minut, kiedy nagle na głowie czuję coś bardzo, bardzo włochatego.
- Mittner, rusz się! - Ktoś krzyczy mi do ucha, kiedy poprawiam wielką, futrzastą czapę w różowym kolorze, który paskudnie gryzie się z moją zieloną kurtką. - Ty też możesz iść z nami. Kasia, prawda? - upewnia się, a ja w rozentuzjazmowanej krzykaczce rozpoznaję Cysię. - Niestety czapki nam się skończyły, ale na pewno coś się dla ciebie znajdzie.
- Nie trzeba, ja... - próbuje oponować Katka, ale Cysię wspomaga drugi wulkan energii w postaci Kamilowej Ewy i nie ma już zbyt wiele do gadania.
- To chyba trochę konflikt interesów - zauważam, kiedy ta druga owija mi szyję biało-czerwonym szalikiem.
- Tyś nasza dziołszka i żadne kontrakty tego nie zmienią, nie? Chodźcie, szykujemy chłopakom coś specjalnego. - Ewa ciągnie nas w kierunku domku Polaków, spod którego zbierają się ostatni maruderzy.
- O, kogo my tu mamy. - Kamil uśmiecha się na nasz widok. - Nie powinnaś być tam? - Wskazuje domek Słoweńców. - Nie żeby cię wyrzucał...
- Teoretycznie tak, ale twoja żona jest jedną z tych osób, którym się nie odmawia - śmieję się. - A poza tym spędzam z nimi tak dużo czasu, że jakaś odmiana raz na jakiś czas mi się przyda.
- Muszę lecieć, nie wysadźcie domku w powietrze, okej? Kacper jest w środku.
- Biedny Skrobot - wzdycham.
Kiedy wchodzimy do środka, wita nas jeszcze większy harmider, kolorowe wstążki, konfetti, zimne napoje, balony i kolorowe boa oraz serwisant z bardzo nieszczęśliwą miną, wydłubujący z wosku wielobarwne piórka.
- Ala, jesteś! - wita mnie Aga z czerwonym szalem owiniętym dookoła szyi. - Wszystkich chyba znasz, nie? Justyna zaraz przyjdzie, pojechały razem z Agatą po jeszcze kilka rzeczy, a tam jest żona Olka, Maja, Kubusiowa Dagmara, no i Zuza od Dawida.
- O, to ona naprawdę istnieje? - wyrywa mi się nieco za głośno. - To znaczy, dopiero niedawno o tobie usłyszałam. Ale to może dlatego, że dopiero wróciłam do tego interesu - tłumaczę jej.
- Spoko, dopiero od niedawna jesteśmy razem na poważnie. Ty musisz być Ala, prawda? - upewnia się, a ja kiwam głową. - A ty, to...? Wybacz, jeszcze nie wszystkich kojarzę. - Odwraca się do Katki.
- Kasia, jestem przyjaciółką Ali. Właściwie to pójdę już, muszę znaleźć siostrę. - Wycofuje się rakiem, mimo moich morderczych spojrzeń.
- Możesz też ją tu przyprowadzić - próbuje namówić ją jeszcze Ewa.
- To nie jej klimaty, naprawdę. Bawcie się dobrze. - Macha nam na pożegnanie. - A ty nie rób nic głupiego - dodaje ciszej, patrząc na mnie dobitnie.
Ktoś wciska mi do ręki kubek z rozgrzewającą herbatą i przyglądam się, jak dziewczyny szykują wszystko.
- Zazwyczaj robią to w Zakopanem. - Kacper dosiada się do mnie, wciąż walcząc z woskiem.
- Albo nawet w Planicy. Co im się stało? - Pomagam mu wyskubywać piórka.
- Mnie pytasz? Kto by tam zrozumiał kobiety...
- Na mnie nie patrz, ja nie jestem normalna - odżegnuję się od tematu i pociągam łyk herbaty.
- Konkurs się już zaczął, idziemy? - pyta Kacper.
- Nie zlinczują nas za dezercję? - pytam z wahaniem.
- Tylko jeżeli odkryją naszą nieobecność. - Skrobot wskazuje tylne wyjście i wyślizgujemy się z domku, by oglądać któregoś już z kolei zawodnika.
- Muszę iść do Słoweńców, coś się stało. - Zauważam SMSa i żegnam się ze Skrobotem.
- Spoko, do zobaczenia. Dzięki za pomoc z tym woskiem. - Macha mi na pożegnanie i odchodzi w swoją stronę.
Ruszam w stronę wyciągu, dokąd wzywa mnie wiadomość otrzymana od Dezmana. Trochę mnie to niepokoi, bo już dawno powinien być na górze. Jeżeli nie zdąży, grozi mu dyskwalifikacja.
Okazuje się jednak, że na miejscu wcale nie czeka na mnie Nejc tylko Peter.
- Czemu mnie to nie dziwi? - wzdycham na jego widok.
- Nie mogłem jechać na górę bez tego. - Przyciąga mnie do siebie i całuje przeciągle.
Kątem oka dostrzegam błysk flesza, ale nie przejmuję się tym. I tak już się nie wykpię.
- Skąd masz telefon Dezmana? - pytam jeszcze.
- Domen mu podwędził dla żartu, a ja postanowiłem go twórczo wykorzystać. Oddasz mu po skoku? Powinien niedługo skakać. - Podaje mi komórkę, a ja kręcę z dezaprobatą głową.
- Dobra. Idź już, bo się spóźnisz. Dzieciaki - wzdycham, a Peter całuje mnie jeszcze szybko w policzek i podbiega do wciągu, by załapać się na jedno krzesełko razem z Cene.
Odnajduję Dezmana i oddaję mu telefon, po czym dołączam do Kasi, która właśnie strofuje Weronikę, gestykulując gęsto. Młodsza siostra wydaje się niewzruszona, kiedy jej się tłumaczy.
- Pisaliśmy ze sobą na Instagramie przez ostatnie tygodnie. Wczoraj wrzuciłam zdjęcie z kwali i zaproponował, żebyśmy się spotkali osobiście, a ja się zgodziłam. O co ta afera? - wzdycha poirytowana.
- Jest od ciebie pięć lat starszy - zauważam.
- No i? Przecież nie zamierzam z nim brać ślubu. To tylko znajomy. - Wzrusza ramionami.
- Jeżeli tak się rozmawia z "tylko znajomymi", to ja jestem chińska cesarzowa - mamrocze gniewnie Katka.
- To tylko taka gra, chciałam, żeby tamtym laseczkom kapcie pospadały z zazdrości. - Werka zupełnie nie ogarnia, czemu jej siostra jest wściekła, a ja nie zamierzam wkładać palca między drzwi.
- Ej, Cene skacze - odwracam ich uwagę i siostry natychmiast przerywają kłótnię.
Zupełnie nie wiem kiedy, umknęła mi niemal cała pierwsza seria. Dlatego ciekawie zerkam na listę wyników i z zadowoleniem stwierdzam, że niemal wszyscy Polacy dostali się do drugiej serii. Dwóm zawodnikom z kwoty narodowej brakło kilku punktów, a tak poza tym...
A tak poza tym, to tylko Klemens został daleko w tyle.
Wzdycham cicho, ale nic nie mówię, by jeszcze bardziej nie zirytować Kasi, która ma przecież rację - nie mogę wciąż do tego wracać. To faktycznie robi się już nudne.
- Przyganiał kocioł garnkowi - dociera do mnie głos Werki, obserwującej siostrę witającą się, dość wylewnie, z młodszym Prevcem. - Ile on ma lat? Dwanaście? - prycha.
Jury zarządza piętnastominutową przerwę przed finałem, która przedłuża się z powodu wzmagającego się wiatru. Informuje mnie o tym Peter, który odnajduje mnie chwilę później.
- Odwołają - wzdycham, słysząc to.
- Mam nadzieję, że nie. Chciałbym się trochę poprawić. Piąte miejsce mnie nie satysfakcjonuje do końca. - Krzywi się.
- Nie zawsze można być gwiazdą. - Daję mu pstryczka w nos. - Przypomnij mi, kiedy jedziemy do Zakopanego, dziś czy jutro?
- Jutro, zaraz po śniadaniu, wieczorem jest konkurs drużynowy. Coś ty taka rozkojarzona, czyżby coś cię... rozpraszało? - Pochyla się nade mną sugestywnie.
- Zabawne, że pytasz... - Przechylam głowę i uśmiecham się szeroko.
- Ej, brat, zbieraj manatki, odwołali. - Podchodzi do nas Domen i uśmiecha się, jak gdyby nigdy nic. - Chyba, że chcesz patrzeć, jak Cene zgarnia kolejne kwiatki?
- Nie, pojedziemy do hotelu. Ty zostań, zrób zdjęcia dla mamy. - Peter puszcza mi oko, a młody wywraca oczami.
- Pff, jakby mało tu było fotografów.
Piszę jeszcze SMSa do Katki, że jadę już do hotelu i wraz z Peterem wsiadam do pierwszego busa wraz z Nejcem, Semenicem i częścią sztabu. Chcemy usiąść z tyłu, ale Nejc zaczepia mnie, gdyż chce porozmawiać.
- Pogadamy później. - Peter kiwa głową i siada kawałek dalej, a ja dosiadam się do Dezmana i pytam, o co chodzi.
- Chciałem ci podziękować - odpowiada mi Nejc. - Wiem, że wstawiłaś się za mną u trenera. Żebym mógł tu przyjechać.
- Ależ nie masz mi za co dziękować, taka była prawda. Potrzebujesz tego - mówię. - Potrzebujesz tego, by teraz skakać i stawać się coraz lepszym. Wysłanie cię na przerwę, teraz kiedy zacząłeś odzyskiwać formę, byłoby zabójstwem dla twoich skoków, wierz mi, wiem co mówię.
- Wierzę - zapewnia mnie poważnie Dezman. - Ale mimo to uważam, że to trochę nie w porządku - ścisza głos.
- To znaczy? - marszczę brwi.
- Ty i Peter. To trochę nieprofesjonalne, nie uważasz? - Przygląda mi się uważnie, ale w jego spojrzeniu nie ma wrogości, nie tak, jak przedtem. - Myślę, że prędzej czy później powinnaś z czegoś zrezygnować.
- Masz rację - wzdycham, zerkając z ukosa na Petera. - Ale nie sądzę, bym mogła ot tak z niego zrezygnować. Nie ze względu na mnie, lecz na niego. A wy potrzebujecie psychologa - mówię. - Nie da się jednak ukryć, że myślałam o tym.
- Trochę głupia sytuacja, co? - Krzywi się Nejc.
- Wierz mi, jestem mistrzem w pakowaniu się w takie sytuacje. Ale wymyślę coś, jak zawsze. - Uśmiecham się wąsko, a busik akurat zatrzymuje się pod hotelem.
Wychodzę z pojazdu, a na progu budynku dogania mnie Peter i obejmuje w pasie.
- Słodkie lenistwo? - pyta z łobuzerskim uśmiechem, wołając windę i rozpoczyna poszukiwania klucza do pokoju.
- Słodkie lenistwo - potwierdzam, podając mu swój klucz. - Mam książkę do skończenia - dodaję, wchodząc do windy. - Ale najpierw prysznic.
- Ej, ja mam pierwszeństwo! - oburza się.
- Z jakiej racji?
- Jestem topowym zawodnikiem Pucharu Świata, kandydatem do złota olimpijskiego! - Dźga mnie żartobliwie w bok.
- No i? - droczę się z nim, wychodząc z windy.
- I należy dbać o mój komfort psychiczny i fizyczny - kontynuuje, otwierając nam drzwi i puszczając mnie przodem.
- Przekonaj mnie - mówię przekornie, a Peter przyciąga mnie do siebie i całuje. Pozwalam mu na to przez chwilę, po czym wymykam się z jego objęć i zamykam się w łazience.
- Ej! - woła oburzony. - To był podstęp!
- Nigdy nie ufaj kobiecie, jeden-zero dla mnie! - odkrzykuję przez drzwi.
Dopiero, kiedy po kąpieli owijam się ręcznikiem, uświadamiam sobie, jak wielki to był błąd. Być może i wygrałam walkę o łazienkę, ale...
...ale wszystkie ubrania zostały za drzwiami.
Wzdycham ciężko, mocniej owijam się ręcznikiem i wchodzę z łazienki, gdzie czeka na mnie Peter z głupim uśmiechem na twarzy.
- Jeden-jeden? - pyta, rzucając mi szlafrok i wymija mnie w drzwiach. - Chyba nie do końca to przemyślałaś, co?
- Tylko nie próbuj mi wmawiać, że ci to przeszkadza! - wołam, ale odpowiada mi tylko dźwięk zamykanego zamka.
Przebieram się szybko w coś luźnego i zakopuję się pod kołdrą z książką. Spokój trwa jednak tylko przez chwilę, bo nim Peter wraca z łazienki zdążam przeczytać zaledwie kilka stron.
- Wracaj do tej łazienki, akcja mi się rozkręca - mruczę niechętnie.
- A co ja mam do tego? - dziwi się.
- Będę musiała teraz z tobą rozmawiać. - Krzywię się. - A to uniemożliwia mi dalszą lekturę.
- Nie musisz ze mnę rozmawiać, możemy robić coś... innego. - Zerka na mnie prowokująco, po czym nagle zmienia front. - Albo możesz mnie po prostu ignorować. Jestem wystarczająco dorosły, by umieć zająć się sam sobą przez chwilę. - Pakuje się do swojego łóżka i wyciąga z kieszeni telefon. - Patrz, mam nawet zabawkę! - Macha mi nim przed nosem.
Wzdycham, bo szansa na chwilę relaksu i tak minęła bezpowrotnie. Odkładam książkę i pokazuję mu gestem, że ma się przesunąć i wraz ze swoją pościelą ładuję się obok niego do łóżka.
- A to co ma znaczyć? - Unosi zaskoczony brwi.
- Muszę cię ostrzec, zanim pojedziemy do Zakopanego - mówię poważnie.
- I... musisz to robić w moim łóżku? Nie żebym narzekał, ale...
- Cicho - przerywam mu. - W Zakopanem będą moi rodzice i chcą cię poznać. Nie traktuj tego osobiście, oni tak po prostu mają - zastrzegam od razu.
- Przez moment miałem wrażenie, że ci na mnie zależy na tyle, że chcesz mnie im przedstawić, ale rozumiem, że zmusiły cię do tego okoliczności. W porządku. - Kiwa głową z udawaną powagą. - Postaram się nie brać tego do siebie.
Wywracam oczami i mocniej owijam się kołdrą.
- Traktuję cię poważnie, Peter. Nie powinieneś mieć co do tego wątpliwości. Ale nie chcę, żebyś myślał, że wyobrażam sobie nie wiadomo co, bo słowa "rodzice chcą cię poznać" zazwyczaj wywołują popłoch - wyjaśniam. - Wierz mi, przeżyłam to nie raz.
- Widzę, że masz duże doświadczenie w przedstawianiu swoich chłopaków rodzicom - zauważa podejrzliwie Peter. - Nie żebym był zazdrosny, czy coś, ale...
- ...ale żaden tak naprawdę nie był moim chłopakiem, to byli tylko znajomi, którzy czuli się potem bardzo niekomfortowo, odbierali to zupełnie inaczej niż powinni i w większości przypadków przestawali być moimi znajomymi - dokańczam gorzko. - Kocham moich rodziców, ale ich nadopiekuńczość czasami przynosi efekt odwrotny do zamierzonego. Dlatego chcę cię po prostu uprzedzić, że możesz znaleźć się pod ostrzałem dziwnych pytań i stwierdzeń, aczkolwiek liczę, że bariera językowa trochę im to utrudni - wzdycham. - Ja w każdym razie nie mam zamiaru tłumaczyć nadmiaru ich dociekań.
- Okej, w porządku - odpowiada z uśmiechem i całuje mnie w czoło. - Jestem gotowy na pytania o mój ulubiony kolor i imiona dla dzieci oraz na wszystko, co jest pomiędzy tymi dwoma pytaniami. Nie musisz się martwić. Powiedz mi tylko... - Spogląda mi głęboko w oczy. - Czy jest jakiś specjalny powód, dla którego zabierasz moją przestrzeń do spania?
Wzdycham jeszcze ciężej niż dotychczas, nim odpowiadam:
- Na dole było ogłoszenie o awarii centralnego ogrzewania. - Zmyślam na poczekaniu. - W nocy będzie zimno, więc dbam o to, żebyś się nie przeziębił. Tyle. - Wzruszam ramionami.
- Twoja troska jest doprawdy ujmująca. - Uśmiecha się asymetrycznie i gasi światło. - Ale obawiam się, że chroniąc mnie przed katarem oboje nabawimy się skrzywienia kręgosłupa. To łóżko jest strasznie wąskie - dodaje jeszcze.
- Bo jest jednoosobowe - odpowiadam. - Śpij już. W naszym wieku to już niemożliwie. Znaczy się, skrzywienie kręgosłupa.
- Myślisz?
- Wiem to. Znam się na tym. Dobranoc.
- Dobranoc. - Całuje mnie jeszcze w policzek i wtuleni w siebie zasypiamy.
[Peter]
Jurij trąbi niecierpliwie, kiedy wraz z Alicją wychodzimy rano z hotelu. Wszyscy są już w środku, serwisanci tylko dopychają bagażnik ostatnimi pakunkami.
- Ile można czekać na szanownych państwa Prevców? - prycha na nasz widok i przestaje przynajmniej hałasować.
- Peter, nie mówiłeś, że twoi rodzice tu są. - Ala bierze mnie pod ramię i spogląda na mnie z udawanym zdziwieniem. - Musisz mnie koniecznie przedstawić!
Uśmiecham się, wspominając naszą wczorajszą rozmowę. Wczorajszy wieczór był bardzo miły i bardzo swobodny. Mam wrażenie, że z dnia na dzień odkrywam kolejne oblicza panny Mittner.
I każde kolejne podoba mi się coraz bardziej.
- Pakujcie się. Torby musicie wziąć do środka, bo w bagażniku nie ma ani grama miejsca - Tepes wskazuje tył samochodu.
- Akurat. - Alicja wywraca oczami i ponownie otwiera klapę. Przez dwie minuty przekłada torby, by chwilę później bez problemu dołożyć tam zarówno moją jak i swoją. - Faceci - wzdycha jeszcze, siadając na swoim ulubionym miejscu w busiku.
- To jakaś sztuczka? - pyta podejrzliwie Jurij, wyjeżdżając spod hotelu. Tłum fanek kłębiący się na parkingu nie ułatwia mu zadania.
- To, co zrobiłam nazywa się "układanie" - sarka Alicja. - To trochę wyższy level "wrzucania jak leci".
- Okej, więc od dziś pakujesz busa, sprawa z głowy - mruczy urażony Jurij, a Alicja raz jeszcze wywraca oczami i wyciąga z plecaka książkę i słuchawki.
- Będę czytać - uprzedza mnie, po czym znika w swoim świecie.
Wzruszam ramionami i obejmuję ją. Zaglądam jej ciekawie przez ramię, ale książka jest po polsku, więc nie mam pojęcia o czym jest. Nie przeszkadza mi to jednak, bo mogę spokojnie obserwować Alicję, kiedy ona tego nie widzi.
Zastanawiam się, czy faktycznie jesteśmy już na prostej, czy czekają na jeszcze jakieś niespodziewane zwroty akcji. Jeszcze nie wszystko sobie wyjaśniliśmy, ale najistotniejsze zostało powiedziane i tego zamierzam się trzymać.
- Tepes? - Ala nagle wyciąga słuchawkę z ucha i wychyla się, by zwrócić na siebie uwagę kierowcy. - Zjedź następnym zjazdem z trasy. Zrobił się straszny korek na Zakopiance.
- Gdzie się zrobił korek? - pyta zaskoczony Jurij.
- Tak się nazywa ta droga - odpowiada niecierpliwie Ala. - Zjeżdżaj, tutaj! - woła, a tamten z wrażenia aż wykonuje polecenie.
- Chcesz nas ciągać po jakichś wsiach? Przecież nawet GPS się tutaj zgubi.
- Ja mogę poprowadzić. Dobrze znam te okolice. Zjedź tylko na chwilę na pobocze. - Ala już przechodzi na przód busa, a Tepes posłusznie zjeżdża na bok.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł - mówi, oddając jej kluczyki. - Jak nas pozabijasz, to cię znajdę i zamorduję.
- Jasne, nie ma sprawy. Peter, chodź tu, będę potrzebowała kogoś do pomocy - woła mnie, poklepując miejsce pasażera obok siebie.
Przesiadam się, po drodze wyłapując znaczące spojrzenie Jurija. Taki stary, a taki głupi...
- Skąd wiedziałaś o korku? - pytam, zapinając pas, a Alicja ostrożnie włącza się z powrotem do ruchu i podaje mi atlas drogowy. - I dlaczego wozisz ze sobą takie rzeczy?
- Mam włączone powiadomienia drogowe w telefonie - odpowiada. - A mapę lubię mieć przy sobie, gdy gdzieś jadę. Otwórz na stronie piętnastej, tak na wszelki wypadek. Dawno tędy nie jechałam - poleca mi, a ja zgodnie z jej życzeniem otwieram atlas na wskazanej stronie.
- Czemu często tędy jeździłaś?
- Pomyśl: pracowałam z kadrą, a mieszkałam w Katowicach. Dojazdy miałam opanowane. Zwłaszcza w godzinach szczytu musiałam znaleźć jakieś boczne drogi do objechania trasy, bo inaczej tkwiłabym w korku cztery godziny, zwłaszcza w zimie - wyjaśnia. - Teraz wszyscy kibice i zawodnicy migrują do Zakopanego, nic dziwnego, że się zakorkowało.
- Jak często tak jeździłaś? - pytam ciekawie. Uświadamiam sobie, że Ala mało opowiadała mi o swojej pierwszej przygodzie ze skokami narciarskimi.
- Dwa, trzy razy w tygodniu? - zastanawia się. Droga robi się śliska, więc skupia się na prowadzeniu samochodu. - No i w nagłych wypadkach, kiedy któryś z zawodników dzwonił do mnie, że potrzebuje pomocy - dodaje.
- Zdarzało się tak? - dziwię się.
- Niektórym bardzo często. Zastanawiam się, jak oni sobie wcześniej beze mnie radzili - wzdycha i zatrzymuje się na skrzyżowaniu. - Daj mapę, muszę się upewnić czy skręcamy tu, czy jeszcze dalej... - Wyciąga mi z rąk atlas i kilka sekund analizuje to, co widzi i wrzuca bieg. - Dobra, w następnej miejscowości wracamy na trasę, powinno być już luźniej.
- A jak radzili sobie potem? - pytam cicho, nawiązując do tego, co mówiła wcześniej.
- Jakoś musieli. Nadal muszą - dodaje.
- Wciąż jesteś z nimi blisko - zauważam.
- Bo to moi przyjaciele - odpowiada i ponownie skupia się na drodze, a ja skupiam się na niej.
Właściwie to pierwszy raz widzę, jak prowadzi samochód. Jest coś uspakajającego w tym widoku. Widać, że sprawia jej to przyjemność, że nie wkłada w to zbyt wiele wysiłku. Jest pewna w tym, co robi, a jednocześnie swobodna.
Pasuje to do obrazu Alicji, jaki mam w głowie.
- Lubię prowadzić - mówi nagle, jakby odczytując moje myśli.
- Właśnie, czy ty nie przyjechałaś do Wisły samochodem? - przypomina mi się. Coś mi nie pasowało, teraz już wiem, co.
- Tak, ale Katka i Werka jadą nim do Zakopanego, napisałam im, że wolę jechać z wami. Kaś nie była zadowolona, nie lubi prowadzić cudzych samochodów - wzdycha. - Okej, tu skręcamy.
Wyjeżdżamy z powrotem na trasę, na której faktycznie jest już luźniej, zdaje się, że najgorszy tłok został za nami.
- Opowiedz mi więcej o rodzicach - proszę ją, kiedy widzę, że już może spokojnie skupić na rozmowie. - Chcę być gotowy na wszystko.
- Cóż, nic specjalnego - odpowiada. - Jestem jedynaczką, więc są bardzo nadopiekuńczy albo po prostu tak to odbieram, bo to na mnie skupia się ich cała uwaga. Mama jest dentystką, a tata architektem, więc są bardzo zapracowani.
- Jak mają na imię? - pytam, bo to dość istotna informacja.
- Joanna i Adam - mówi, uśmiechając się lekko Ala. - To tata naciskał, żeby moje imię zaczynało się na A, mama była zwolenniczką Julii. No ale ostatecznie zostałam Alicją.
- Lubią sport?
- Tata uwielbia gotować, robi świetne naleśniki, więc raczej odstresowuje się przy programach kulinarnych. Czasem obejrzy mecz piłki nożnej, a skoki oglądają tylko po to, by szukać mnie na ekranie, więc niespecjalnie ogarniają - śmieje się Alicja. - No a mama uwielbia robótki ręczne, ale po pracy często bolą ją nadgarstki, więc wieczorami raczej czyta, kocha to tak samo, jak ja.
- Myślisz, że mnie polubią? - pytam ostrożnie.
- Myślę, że to nie ma znaczenia. Zresztą, oni lubią każdego, kto sprawia, że jestem szczęśliwa. - Ponownie uśmiecha się do własnych myśli.
- Czyli... mam jakieś szanse?
Zerka na mnie z ukosa, po czym szybko całuje w policzek.
- Ej, tam! Kierowca ma patrzeć na drogę, a nie bałamucić zawodników! - dociera do nas oburzony głos z głębi busa.
- Dziękujemy, Jurij, za twoją czujność! - odkrzykuje Ala. - Doceniam twoją troskę o cnotę kolegi, ale nie mów mi, jak mam prowadzić samochód.
Śmieję się cicho pod nosem, a Ala wtóruje mi po chwili.
Kilka minut później dojeżdżamy na miejsce, gdzie Alicja z niemałą wprawą parkuje busik i powoli wychodzimy na parking.
- Pójdę już do recepcji. - Dziewczyna informuje Gorana i oddala się ku wejściu.
- Idę z tobą! - wołam i doganiam ją prędko.
Niewiele rozumiem z rozmowy, którą przeprowadza z recepcjonistką chwilę później, ale nie wydaje się zadowolona.
- Coś się stało? - pytam.
- Znowu pomylili ilość miejsc - wzdycha Alicja, analizując listę otrzymaną od ewidentnie skruszonej kobiety po drugiej stronie lady. - Obawiam się, że ponownie nie mam gdzie spać.
- Możesz spać ze mną, tak jak ostatnio - proponuję natychmiast. - To nie będzie nic dziwnego.
- Owszem, ale pokoje są trzyosobowe, więc musiałabym spać także z Tepesem, jak podejrzewam, a taka opcja nie wchodzi w grę. - Kręci głową. - Zamordowałabym go po kilku minutach. Spokojnie, załatwię to.
Ponownie pogrąża się w rozmowie z recepcjonistką, a ja zerkam na listę. Gdyby Ala była w pokoju ze mną, a Jurij wyniósłby się do Nejca, Cene i Domena... Co tak właściwie robią moi bracia w jednym pokoju? Przecież to grozi katastrofą na skalę światową!
- Dobra, załatwione. - Z zamyślenia wyrywa mnie Ala. - Masz z Tepesem dwójkę od Katki i Werki na szóstym piętrze, a ja przeniosę się z nimi do was. - Podaje mi klucz i rozdaje pozostałe reszcie, która powoli wlewa się do holu.
- Wolałbym się z kimś zamienić, by nie mieć do ciebie aż tak daleko - zauważam.
- Chcesz to się zamieniaj, ale masz tu coś do zrobienia, prawda? - Szturcha mnie żartobliwie i popycha w kierunku windy. - Nie spóźnijcie się na obiad! - woła jeszcze za nami.
Odprowadzam ją wzrokiem, jak dziarsko maszeruje po schodach z torbą na ramieniu. Uśmiecham się chyba zbyt szeroko, bo na ziemię sprowadza mnie szturchnięcie Jurija.
- Pantoflarz - mówi zdegustowany, kręcąc głową. - Dałeś się wywalić z apartamentu na pierwszym piętrze do jakiejś klitki na szóstym. I jeszcze wciągnąłeś w ten interes mnie!
- Będziemy mieć przynajmniej ładniejszy widok z okna - odpowiadam. - Zresztą zawsze możesz się z kimś zamienić.
- No co ty, nie przegapię żadnej okazji, żeby ci podokuczać, Prevc. - Bierze swój bagaż, zabiera mi klucz i rusza do windy. Nie pozostaje mi nic innego, jak ruszyć za nim.
Tuż przed obiadem dostaję od Alicji SMSa, że wyszła z przyjaciółkami na spacer, więc spotkamy się dopiero podczas konkursu. Odpisuję, że w porządku i przenoszę uwagę na trenera, który ogłasza skład na dzisiejszy konkurs drużynowy, w którym standardowo znajduje się Jurij, Cene, ja i, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu również Domen.
- Może ja też powinienem zmienić nazwisko na Prevc? - zastanawia się Tepes wśród śmiechów.
- E, prędzej weźmiemy do drużyny Alicję - mówi zuchwale Domen. - Ona to już przecież rodzina... prawie - dodaje ciszej pod moim groźnym spojrzeniem.
- Nie przesadzajmy, jeszcze nie zasłużyła na poznanie sekretnego przepisu na pierniki rodziny Prevc - odzywa się Cene.
- A Katka to co? - prycha Domen, na chwilę tracąc zainteresowanie Alicją.
- Katka to co innego, to była uczciwa wymiana - broni się Cene, czerwieniąc się po czubki uszu.
- Zresztą, Katja dostąpiła tego zaszczytu i co z tego wyszło? - ciągnie Domen, a ja nagle czuję nieprzyjemny ścisk w żołądku. - Uciekła z nim w siną dal, pewnie zbija teraz fortunę na naszych piernikach gdzieś na Hawajach.
- Chodźmy już lepiej, wszyscy pewnie na nas czekają - ucinam tę dyskusję i sztywno wstaję od stołu. Faktycznie, wszyscy zdążyli już wyjść z jadalni, tylko ja z braćmi zamarudziliśmy nad pustymi talerzami.
- Ej, daj spokój, Peter! - woła za mną młodszy z nich. - Chyba już się tym nie przejmujesz?
Udaje mi się unikać ich przez całą drogę na skocznię. Nie chcę, by cokolwiek mnie teraz rozpraszało. To ostatnia drużynówka przez Igrzyskami. Musi być idealnie. Skaczę jako ostatni, zaraz za Cene, który podchodzi do mnie, gdy tylko Domen rusza na górę, by zapewnić nam pierwsze punkty w dzisiejszym konkursie.
- Nie powinien był tego mówić. - Przysiada się do mnie, mnąc w palcach pasek gogli. - Niezależnie od wszystkiego...
- Wystarczy - przerywam mu. - Nie chcę o niej rozmawiać. A już na pewno nie chcę, by ktokolwiek porównywał do niej Alicję.
- Fakt, są jak ogień i woda - zgadza się Cene. - A jeżeli chodzi o Domena...
Nagle otwierają się drzwi i wpada przez nie Alicja z rozwianym włosem, rozpiętą kurtką i odrobiną paniki w oczach.
- Jakby co, to mnie tu nie ma, jasne? - mówi pośpiesznie, nim opada na ławkę i wzdycha ciężko.
- Coś się stało...? - pytam niepewnie.
- Nic takiego, ot konkursy w Polsce - odpowiada, opierając się ciężko o oparcie.
- To może ja pójdę poszukać Katki, zanim pojadę na górę. Hm? - mruczy Cene i zaczyna zbierać swoje rzeczy, a ja przysuwam się bliżej Ali.
To się nazywa rozgarnięty brat.
- Wszystko okej? - pytam, gdy zamykają się za nim drzwi.
- Taaak - wzdycha przeciągle Ala. - Po prostu Kot ostrzegł mnie, że Tadzio mnie szuka. A spotkanie z nim to ostatnie, na co mam ochotę.
- Tadzio...? - Marszczę brwi, bo coś mi mówi to imię.
- Jeden z dziennikarzy, na pewno kojarzysz - macha niefrasobliwie dłonią. - Tobie też radzę go unikać przez kilka najbliższych dni.
- Chodzi o... o nas? - pytam niepewnie, biorąc ją za rękę.
- I tak, i nie. Sama nie wiem, ale zawsze pyta o coś, co zbija mnie z pantałyku. Kiedyś pytał mnie, czy mam specjalne sposoby windowania Maćka na szczyt... - Marszczy brwi, obracając w głowie te słowa. - Cóż, po polsku brzmi to o wiele bardziej dwuznacznie.
- Czemu... czemu akurat Maćka? - pytam, starając się, by mój głos nie stał się podejrzliwy.
Czyżby moje przypuszczenia były... prawdziwe?
- Ach, po prostu w tamtym okresie wystrzelił nagle w górę, co częściowo było moją zasługą, a częściowo Gębali, który wrócił parę dni wcześniej z jakiegoś wypasionego kursu i wypróbował na nim jakąś super technikę, która poprawiła mu motorykę - wyjaśnia, chyba nie dostrzegając mojego napięcia.
- Aaa... jaka to technika? - Mrugam do niej, a ona wywraca oczami.
- Nawet gdybym wiedziała, to bym ci nie powiedziała. Co było w kadrze biało-czerwonych, zostaje w kadrze biało-czerwonych. - Daje mi na pocieszenie szybkiego buziaka w policzek i zerka na zegarek. - Powinieneś już iść. Idę na trybuny kibicować.
Wchodzimy wspólnie z domku i rozchodzimy się w swoje strony. Dostrzegam jeszcze jak Kot po swoim skoku zaczepia Alę i o coś ją pyta, lecz potem wyciąg zabiera mnie już na górę i tracę ich z zasięgu wzroku.
To przypadek, czy po prostu wcześniej nie dostrzegałem zażyłej więzi łączącej tę dwójkę?
Postanawiam mieć oko na Polaka. Obiecałem sobie, że nie będę naciskał na Alicję w tej kwestii, ale ta niepewność jest przerażająca. Boję się, że coś się będzie działo tuż przed moim nosem, a ja nic nie zauważę. Że ona będzie rozdarta, a ja nic nie będę umiał zaradzić.
Będę spokojniejszy jeśli dowiem się, o kogo chodziło. O kogo chodzi, przecież sama mówiła, że nadal go kocha.
Ona nie musi o tym wiedzieć. I tak już wystarczająco się martwi.
[Klemens]
- Wiesz może dlaczego Prevc zabija mnie wzrokiem? - Maciek staje obok mnie i Dawida na miejscu lidera, by wspólnie czekać na ostatni skok Kamila. Mamy sporą przewagę nad Słowenią, ale Kamila dopadła rano jakaś grypa, a Peter jest mocny.
Nikt mu się zresztą nie dziwi. A już na pewno nie ja. Wiem, jak to jest, gdy ma się koło siebie kogoś takiego, jak Alicja.
Gdy ma się koło siebie Alicję.
- On tak ma, jest przerażający! - odpowiada Dawid, mocno wytrzeszczając oczy. - Ten jego mały brat też jest straszny. Jakby był panem skoczni!
- Przesadzasz, obaj są normalni - uspokajam Dawida. - Czemu niby miałby cię zabijać wzrokiem? - pytam Maćka i macham do kamery, która przygląda nam się ciekawie.
Szczerzymy się do niej chwilę, czekając aż kamerzyście znudzą się nasze uradowane zbliżającym się zwycięstwem twarze i odejdzie szukać innej ofiary.
- No gadałem sobie z Alką po pierwszym skoku - mówi Maciek, kiedy kamera, a co ważniejsze, mikrofon znika z zasięgu wzroku. - No wiecie, pytałem jakie ma plany na najbliższy czas, czy zostanie dłużej w Polsce i takie tam. A on obrzucił mnie takim spojrzeniem, jakbym mu chomika rozjechał. I to z premedytacją. No a potem, jak na złość, ciągle na niego wpadałem. Zrobiłem mu coś, czy jak? - wzdycha nieco żałośnie.
- Może myślał, że podrywasz jego dziewczynę? - sugeruje Dawid. - Ja bym tak zrobił, gdyby ktoś zbyt mocno zawracał głowę mojej drogiej Zuzannie.
- Jakiej dziewczynie? - pyta zdezorientowany Maciek. - Aaaa, że Alka? To oni tak na poważnie? Serio? Nie wydawała mi się ostatnio zbyt... czy ja wiem? Szczęśliwa? A chyba powinna, nie?
- Zuzanna mówi, że z miłością tak jest, że czasem jest trudna i nie od razu nas uszczęśliwia - odpowiada Dawid autorytatywnym tonem. - Trzeba się dotrzeć, dopasować. Jak buty. Muszą obetrzeć, by były wygodne. A nikt nie jest szczęśliwy, gdy ma pęcherze na stopach, nie?
Maciek spogląda na niego z powątpiewaniem, nim w końcu wydusza:
- Obrazowe porównanie, Dejvi.
- Naprawdę mówisz o swojej dziewczynie "Zuzanna"? - pytam, bo nurtuje mnie to pytanie od dłuższej chwili. A konkretnie od chwili, gdy Kubacki nam ją przedstawił.
- Ona to lubi, mówi, że dzięki temu ma poczucie, że traktuje poważnie ją i jej zdanie. - Kiwa głową Dawid. - Zresztą ty też mówisz o Ali Alicja.
- Ale ona nie jest jego dziewczyną, dzięki temu mogli zachować zawodowy dystans mimo swojej przyjaźni, prawda? - pyta Maciek.
- Tak - mówię, lecz bez przekonania. Bo przecież jest dokładnie odwrotnie. Sposób w jaki się do siebie zwracaliśmy, był bardzo przekorny. Obrazował głębię naszej relacji, głębię, którą na szczęście mało kto potrafił dostrzec.
- Ej, chłopaki, nie żebym się dopominał, ale tak jakby wygraliśmy i wypadałoby się cieszyć. - Podchodzi do nas roześmiany Kamil i uświadamiamy sobie, że przegapiliśmy całą ostatnią grupę, a te głośne wiwaty na trybunach to na naszą cześć.
- O, kurczę, ale z nas gapy - uświadamia sobie Dawid i wyszczerza się do kamery, która ponownie nas odnajduje. Mikrofon ląduje przed nosem Maćka, a Kamil uśmiecha się do mnie znacząco.
- Co was tak zaabsorbowało, że zapomnieliście o bożym świecie?
- Cóż... kobiety - odpowiadam ze śmiechem, a Kamil mi wtóruje.
- To akurat wiele wyjaśnia. Kto idzie na konferencję?
- Dawid chciał - odpowiadam. - Muszę się wyspać, ponoć mają przenieść kwalifikacje na wczesny ranek, bo popołudniu ma wiać - mówię.
I faktycznie, Dawid rusza na konferencję prasową, a reszta wraca do hotelu, ponagleni informacją od trenera, że kwalifikacje odbędą się o dziewiątej rano, a konkurs półtorej godziny później.
To był dla mnie bardzo męczący dzień, dlatego zasypiam, gdy tylko przykładam głowę do poduszki i nawet hałas autorstwa Szybkiego, z którym znowu dzielę pokój, nie jest w stanie mi przeszkodzić.
Budzi mnie dźwięk głośnego pukania do drzwi i zaspany głos Kuby krzyczący, że już wstajemy. Boli mnie głowa i czuję irracjonalny niepokój, którego źródło bezskutecznie próbuję ustalić podczas śniadania. Być może chodzi o wczorajszą rozmowę z chłopakami? Rozmowę, która w głównej mierze dotyczyła Alicji.
Bo to o nią przecież zawsze chodzi.
Czy nie da się po prostu kogoś usunąć ze swojego życia i wszystkich wspomnień z tą osobą związanych?
Wszystko jest nie tak, jak powinno być. Im bardziej staram się zapomnieć, odciąć się od tego co było, tym częściej los stawia ją na mojej drodze. Jest na wyciągnięcie ręki, tuż obok. Jak...
Jak zakazany owoc, po który wystarczy sięgnąć.
To nie jest w porządku.
Tak samo jak nie w porządku jest mój skok kwalifikacyjny, który kończy się tuż za bulą. Na miejscu Kruczka sam sobie przyłożyłbym tą chorągiewką, którą z zapałem wymachuje na każdych zawodach. Przynajmniej może poczułbym namacalne konsekwencje swoich czynów.
Choć czasem ich świadomość jest jeszcze gorsza.
- Jest szansa, że się zakwalifikujesz? - martwi się Aga, przytulając mnie pocieszająco po skoku.
Zerkam na tablicę wyników i kręcę głową. Po mnie skacze jeszcze tylko kilkunastu zawodników, połowa musiałaby spaść na bulę, by uratować mój tyłek.
- Nie martw się, to nic nie znaczy... jeszcze jest czas - mówi, a ja w jej oczach wyczytuję, że boi się tego samego, co ja - do Igrzysk zostały zaledwie dwa tygodnie. Kruczek nie może dłużej czekać z ogłoszeniem składu.
Nie potrzebuje nikogo do konkursu uklepywania buli.
- Klimek? Trener do ciebie. - Kacper podaje mi krótkofalówkę.
- Tak, trenerze? - pytam zrezygnowany.
- Znajdź mnie przed konkursem, musimy porozmawiać - rzuca Łukasz krótko, a z jego głosu nie da się nic wyczytać.
- Zaczekam na dolnej stacji wyciągu - mówię i oddaję krótkofalówkę serwisantowi. - Muszę iść - zwracam się do Agnieszki i całuję ją przelotnie.
Zanim udaje mi się przedrzeć przez tłum na skoczni, mija trochę czasu i trener już na mnie czeka, nieco zniecierpliwiony.
- Klemens, co ja mam z tobą zrobić? - pyta, darując sobie jakiekolwiek wstępy. - Wczoraj skakałeś niemal jak dawny ty, a dziś? Wiesz, o czym mówię, prawda? - pyta ciszej, a ja kiwam głową. - Mam mało czasu, a nie mogę zabrać do Korei tak niestabilnego zawodnika.
- Wiem, ale... nie umiem nic na to poradzić. To po prostu się dzieje - mówię, jednocześnie uświadamiając sobie, jak kiepsko to brzmi.
- Zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo ci zależy, Klimek, ale musisz mnie zrozumieć. - Łukasz strapiony pociera czoło. - Wiem, że potrafisz, wiem, że są osoby, które potrafią wyciągnąć z ciebie najlepsze, ale muszę mieć gwarancję, że właśnie to zaprezentujesz za dwa tygodnie na Igrzyskach. Jesteś w stanie mi to obiecać?
- Nie - odpowiadam z żalem. - Chciałbym powiedzieć, że dzisiejszy skok był wypadkiem przy pracy, ale ostatnio jest ich zbyt dużo.
- W czwartek wieczorem podam ostateczny skład. Wcześniej odbędzie się ostatni trening w Wiśle. Rozumiesz, o czym mówię? - Przygląda mi się badawczo, a ja kiwam głową.
Ostatnia szansa. Wszystko albo nic.
- Dziękuję, trenerze - mówię. - To naprawdę bardzo dużo, wiem.
- Chcę żebyś jechał z nami na Igrzyska, Klemens - odpowiada łagodnie. - Ale to nie wycieczka, moje chęci niewiele znaczą. Podobnie jak twoja domniemana forma. Oboje wiemy, że gdzieś tam jest, ale zarząd żąda konkretów, bo wydaje na was konkretne i to niemałe pieniądze. Sam dobrze wiesz, jak to działa.
- Wiem. Dziękuję raz jeszcze, trenerze. Zrobię wszystko, co w mojej mocy - odpowiadam, jednak w głębi ducha wiem, że to i tak na nic.
Z pustego i Salomon nie naleje, prawda?
Siadam w jakimś odosobnionym miejscu, nie chcę jeszcze wracać do Agi. Od razu zapyta o co chodziło i będzie mnie dopingować, żebym dał z siebie wszystko na treningu.
A to nie tego teraz potrzebuję.
Głos spikera obwieszcza początek konkursu, a ja decyduję się wrócić do domu. Piszę wiadomość do Agnieszki oraz do kogoś z drużyny i nieśpiesznie ruszam w kierunku wyjścia z obiektu. Tuż przy bramie zauważam dwoje dość mocno zaaferowanych ludzi, którzy wydają mi się dość znajomi. Przystaję zdezorientowany, próbując ich gdzieś dopasować, a kiedy mi się to już udaje, jasnowłosa kobieta właśnie mnie zauważa.
- Ty jesteś Klemens, prawda? - Podchodzi do mnie dziarsko, ciągnąc za sobą męża. - Nie wiem, czy nas pamiętasz, ale...
- Państwo Mittner - wchodzę w jej słowo. - Oczywiście, że pamiętam. Szukają państwo Alicji?
- Tak, tak. Nie powinieneś być już tam? - pyta pan Mittner, wskazując kierunek, z którego przyszedłem.
- Niestety, dziś nie skaczę. - Z trudem przełykam gorzką pigułkę w ich obecności. Zwłaszcza, że w spojrzeniu jej ojca dostrzegam podobny wyraz co i u Alicji. Być może to przez to, że jej oczy mają identyczny odcień. Zawsze mówiła, że jest bardzo podobna do taty. - A Alicja powinna być gdzieś koło domku Słoweńców albo przy wejściu na arenę skoczni. Lub w bufecie. Lubi też stać na najwyższych trybunach, zwłaszcza z Kasią, mają tam najlepszy widok z dala od tłumu i mogą swobodnie plotkować. - Uśmiecham się lekko, zastanawiając się, dlaczego nie jestem w stanie wyrzucić z głowy tych szczegółów, jej małych rytuałów. - Na pewno państwo ją znajdą. Proszę pytać dziewczyn, są koło naszego domku.
Dziękują mi za informacje i ruszają na poszukiwanie córki, a ja powoli snuję się w kierunku domu. Chyba czas znaleźć sobie jakieś zajęcie na najbliższe trzy tygodnie.
Bo tylko jedna osoba mogłaby zwrócić mi szansę na Igrzyska. A to właśnie ta osoba, którą tak pieczołowicie próbuję właśnie wyrzucić z mojego życia.Zastanawiam się, co mogę zrobić z czasem pozostałym mi do wyjścia na skocznię, ale Gębala pisze do mnie, że właściwie to mogę już do niego przyjść. Przebieram się w dres i schodzę piętro niżej.
- Siema, jak tyłek? - wita mnie w progu.
- Boli. - Krzywię się. - Ale tak poza tym okej.
Terapeuta ogląda mnie ponownie ze wszystkich stron, po czym wyciąga jakąś tajemniczą aparaturę i podpina mnie pod nią, twierdząc, że prądy TENS załatwią sprawę mojego bólu. Czuję przyjemne pulsowanie pod elektrodami i chyba na chwilę przysypiam, bo nagle czuję szturchnięcie.
- Skończyło się. Rozmasuję cię teraz trochę przed startem, dobra? Nie przemęczaj się dziś - poleca mi jeszcze Łukasz, a ja poddaje się działaniu jego wyspecjalizowanych rąk.
Czas mija szybko i okazuje się, że tak naprawdę już na nas czas. Szybko pakuję pozostałe rzeczy i biegnę do kadrowego busa. Czekamy jeszcze na Dawida, który nie umiał znaleźć nart oraz Maćka, który jak zwykle zamarudził w łazience.
Docieramy na skocznię nieco spóźnieni, kiedy kadra B już się rozgrzewa, podobnie jak kilka innych drużyn. Szybko rozstawiamy sprzęt i zabieramy się za imitacje, rozciąganie i jogging, każdy według własnego planu treningowego. Zamykam oczy i skupiam się na sygnałach płynących z mojego ciała, by jak najlepiej przygotować się do zawodów. Co prawda mam się nie przemęczać, ale w moim obecnym stanie muszę się postarać, by zająć jakieś przyzwoite miejsce w kwalifikacjach.
Być może dlatego nie od razu udaje mi się usłyszeć głos wołający moje imię i Agnieszce udaje się zwrócić moją uwagę dopiero, kiedy wiesza mi się znienacka na szyi.
- Co ty taki zamyślony, kochanie? - pyta, kiedy już kończy mnie ściskać.
- Mam dużo rzeczy do ogarnięcia przed kwali - odpowiadam wymijająco, wracając do rozciągania.
- Mówili mi, że się trochę potłukłeś. - Aga robi zmartwioną minę. - Wszystko okej?
- Tak, Łukasz mnie wymasował elegancko - odpowiadam uspakajająco.
- Nie o to mi chodziło. - Żona nadal świdruje mnie spojrzeniem.
Wzdycham i przerywam ćwiczenia.
- Tak, w porządku. Wypadek przy pracy, nie przejmuj się. - Całuję ją szybko i zbieram rzeczy. - Musze zaraz lecieć, zobaczymy się po skoku.
Znikam szybko, unikając kolejnych pytań. Wiem, że się o mnie martwi, wie jak bardzo mi zależy. Ale nie chcę o tym rozmawiać. To coś, z czym muszę poradzić sobie sam. Kiedyś mógłbym porozmawiać o tym z Alicją, ale nie tym razem. Zresztą mam wrażenie, że ona też się trochę przyczyniła do tego stanu rzeczy.
Po raz kolejny wyrzucam Alicję z mojej głowy, choć wraca do niej jak bumerang.
Tak naprawdę nie potrafię wytłumaczyć, co poszło nie tak. Pozycja najazdowa była w porządku, wybicie było trafione, żadnych zawirowań w powietrzu. A i tak, kiedy dotykam nartami zeskoku, uświadamiam sobie, że ten skok był o wiele za krótki. Potwierdza to ilość punktów wyświetlona właśnie na telebimie oraz zajmowane przeze mnie miejsce, nie dające aktualnie awansu.
Po ostatnim weekendzie wypadłem z "dziesiątki", więc trochę mi nieswojo z myślą, że mam sporą szansę nie zakwalifikować się nawet do konkursu. To nie najlepiej wróży przed Igrzyskami.
Nie mówiąc już o tym, że po konkurach w Polsce, Kruczek ma ogłosić skład drużyny olimpijskiej. Zaczynam się bać, że zabraknie w niej dla mnie miejsca.
Składam narty i szybko znikam z zasięgu kamery, po czym niemal natychmiast wpadam na zmartwioną Agę.
- Na pewno wszystko w porządku? - pyta, delikatnie dotykając mojego ramienia.
- Tak. Pójdę się przebrać, zaraz wracam - mówię i odchodzę w kierunku naszego domku, bo jest wilgotno i marznę w cienkim kombinezonie.
Kiedy wracam, Agnieszka czeka na mnie przy stoisku gastronomicznym, karmiąc Klimka suchym gofrem. Uśmiecha się lekko na mój widok i podaje mi kubek z kawą - moją ulubioną, choć nieco za mało słodką.
- Zdyskwalifikowali Fannemela - informuje mnie. - Jesteś pierwszy w kolejce.
- Teraz już raczej nic się nie zmieni - wzdycham.
- Może... powinieneś porozmawiać z Alą? - sugeruje cicho, a ja powstrzymuję się, by nie odwrócić wzroku.
- To nie jest dobry pomysł, jest teraz zajęta. Zresztą wszystko jest w porządku. - Wskazuję na tablicę wyników, gdzie wyświetla się informacja, że Kraft zrezygnował ze skoku, co automatycznie go dyskwalifikuje, a ja wślizguję się na jutrzejszą listę startową rzutem na taśmę.
- Nie jest, Klemens - poprawia mnie stanowczo Aga. - Chodź, mignęła mi przed chwilą. A ja przy okazji się przywitam, bo nie miałyśmy okazji. - Ciągnie mnie za rękaw, gdzieś przed siebie.
I faktycznie, chwilę później dostrzegam Alicję pogrążoną w rozmowie z Kasią i drugą, bardzo podobną do niej dziewczyną. Próbuję oponować, ale Agnieszka jest nieugięta.
- Cześć, unikasz mnie? - Moja żona zaczepia Alicję, którą odwraca się do niej zaskoczona.
- Nie, przepraszam, nie zauważyłam cię - odpowiada i ściskają się serdecznie. - Wy się chyba nie znacie, moja przyjaciółka Kasia i jej siostra, Wera - dodaje, wskazując stojące obok blondynki.
- Miło mi, Agnieszka. Klemensa chyba znacie? - Macha do mnie, bym podszedł bliżej, co czynię z widoczną niechęcią.
- Tak, tak... my też się spotkałyśmy raz czy dwa - odpowiada Kasia, obrzucając mnie uważnym spojrzeniem. - Dobra, Alka my się zwijamy, zaraz Cene skacze, a Werka miała nadzieję jeszcze na parę autografów. Miło było spotkać - zwraca się do nas i odciąga siostrę gdzieś w kierunku skoczni.
- Ala, mamy problem. - Agnieszka zwraca się do niej, gdy tylko znikają z pola widzenia, odprowadzane jej wzrokiem. - Klimek ma problem.
Nie dostrzega, jak Alicja wzdycha ledwie zauważalnie, nim przenosi na nas wzrok. Wiem, że boi się na mnie patrzeć, boi się, że będę pokusą, niczym zakazany owoc. A może tylko mi się tak wydaje, bo po prostu przenoszę na nią moje własne odczucia.
- Nic nie mogę na to poradzić, przykro mi - odpowiada, a w jej głosie słychać autentyczny żal. - Chciałabym jakoś pomóc, ale nie mogę. Nie powiem ci już nic nowego, Klemens. Musisz poradzić sobie z tym jakoś sam.
- Alka... - oponuje Aga, ona jednak kręci głową.
- Nie mam już żadnych złotych rad. Wybaczcie, Peter na mnie czeka - ucina szybko rozmowę i bez dalszych słów pożegnania znika w tłumie.
Wiem, że te ostatnie słowa były skierowane głównie do mnie. Kiedyś to ja byłem dla niej zakazanym owocem. Teraz to ona należy do kogoś innego. Teraz to ja nie mam do niej żadnych praw.
...choć czy kiedykolwiek miałem?
- Dziwne... - mruczy do siebie Agnieszka. - Zdaje się, że wpadła z tym Prevcem jak śliwka w kompot - śmieje się cicho i bierze mnie pod ramię. - Wracajmy, musisz wypocząć przed jutrem.
Kiwam głową i nieśpiesznie ruszamy przed siebie. Wiem, że potrzebuję więcej niż wypoczynku, by jutro było przynajmniej "nieźle". Ale nie mam pojęcia, skąd mam czerpać tę siłę.
Naprawdę, nie wiem skąd.
[Alicja]
- Myślisz, że powinnam się martwić? - Nie udaje mi się utrzymać języka za zębami i Katka obdarza mnie pełnym dezaprobaty spojrzeniem.
- Nie twój biznes - odpowiada, a ja z westchnieniem odprowadzam wzrokiem Klemensa, który w serii próbnej znowu nie błysnął. To, że wczoraj przeszedł kwalifikacje, to i tak cud.
Co się z nim dzieje?
- Nie patrz na niego tym twoim spojrzeniem smutnego spaniela! - Katka szturcha mnie mocno, tak, że omal nie wylewam na siebie kawy. - Jego forma to nie twoje zmartwienie, musi sobie sam radzić. Pozwalam ci się martwić tylko Peterem.
- Nim się akurat martwić nie muszę, skacze jak natchniony. - Wskazuję brodą wynik, który wyświetla się koło jego nazwiska. - Ale Klemens....
- Alicja! - upomina mnie przyjaciółka.
- To nic osobistego - zarzekam się. - Chciałabym, żeby pojechał na Igrzyska, zasłużył na to... Nie powiesz, że nie. A Kruczek nie będzie patrzył na to, co było przez ostatnie cztery lata, tylko na to, co jest teraz. A teraz jest... kiepsko.
- Alka, przestań. Proszę cię, to już się robi nudne - prycha poirytowana. - Jakbyś przestała się w końcu skupiać na swojej nieszczęśliwej, platonicznej, albo i nie, miłości, to może byś zauważyła co się dzieje dookoła ciebie!
- A co się dzieje? - pytam zdezorientowana.
- Moja siostra właśnie podrywa Wellingera i idzie jej o wiele za dobrze! - oburza się Kasia, wskazując Werkę zalotnie przechyloną przez barierki.
- Już wiem, czemu tak intensywnie się uczyła tego niemieckiego - mruczę.
- Dałaś jej taki przykład! - odpowiada gniewnie Katka. - Wkuwałaś te słoweńskie słówka, jak głupia i proszę, co z tego wyszło.
- Jeszcze, na szczęście, nic - wzdycham, patrząc, jak młoda zapisuje niemieckiemu skoczkowi coś na ręce. - Czy on nie jest dla niej za stary?
- No właśnie zastanawiam się, czy iść tam już, czy za chwilę... - odpowiada, nie odrywając wzroku od siostry. - Choć przecież jest dorosła, niech sobie radzi. A co do Petera... Jak nic nie wyszło, śpicie przecież razem.
- Mamy wspólny pokój - poprawiam ją, z wyjątkowym naciskiem. - A poza tym to sytuacja awaryjna.
- Awaryjnie, to ty lepiej idź do apteki.
Wywracam oczami, bo nie mam na to żadnej riposty, która byłaby na poziomie. Chcę zmienić temat, bo komentator właśnie informuje, że pierwsza seria zacznie się za dwadzieścia minut, kiedy nagle na głowie czuję coś bardzo, bardzo włochatego.
- Mittner, rusz się! - Ktoś krzyczy mi do ucha, kiedy poprawiam wielką, futrzastą czapę w różowym kolorze, który paskudnie gryzie się z moją zieloną kurtką. - Ty też możesz iść z nami. Kasia, prawda? - upewnia się, a ja w rozentuzjazmowanej krzykaczce rozpoznaję Cysię. - Niestety czapki nam się skończyły, ale na pewno coś się dla ciebie znajdzie.
- Nie trzeba, ja... - próbuje oponować Katka, ale Cysię wspomaga drugi wulkan energii w postaci Kamilowej Ewy i nie ma już zbyt wiele do gadania.
- To chyba trochę konflikt interesów - zauważam, kiedy ta druga owija mi szyję biało-czerwonym szalikiem.
- Tyś nasza dziołszka i żadne kontrakty tego nie zmienią, nie? Chodźcie, szykujemy chłopakom coś specjalnego. - Ewa ciągnie nas w kierunku domku Polaków, spod którego zbierają się ostatni maruderzy.
- O, kogo my tu mamy. - Kamil uśmiecha się na nasz widok. - Nie powinnaś być tam? - Wskazuje domek Słoweńców. - Nie żeby cię wyrzucał...
- Teoretycznie tak, ale twoja żona jest jedną z tych osób, którym się nie odmawia - śmieję się. - A poza tym spędzam z nimi tak dużo czasu, że jakaś odmiana raz na jakiś czas mi się przyda.
- Muszę lecieć, nie wysadźcie domku w powietrze, okej? Kacper jest w środku.
- Biedny Skrobot - wzdycham.
Kiedy wchodzimy do środka, wita nas jeszcze większy harmider, kolorowe wstążki, konfetti, zimne napoje, balony i kolorowe boa oraz serwisant z bardzo nieszczęśliwą miną, wydłubujący z wosku wielobarwne piórka.
- Ala, jesteś! - wita mnie Aga z czerwonym szalem owiniętym dookoła szyi. - Wszystkich chyba znasz, nie? Justyna zaraz przyjdzie, pojechały razem z Agatą po jeszcze kilka rzeczy, a tam jest żona Olka, Maja, Kubusiowa Dagmara, no i Zuza od Dawida.
- O, to ona naprawdę istnieje? - wyrywa mi się nieco za głośno. - To znaczy, dopiero niedawno o tobie usłyszałam. Ale to może dlatego, że dopiero wróciłam do tego interesu - tłumaczę jej.
- Spoko, dopiero od niedawna jesteśmy razem na poważnie. Ty musisz być Ala, prawda? - upewnia się, a ja kiwam głową. - A ty, to...? Wybacz, jeszcze nie wszystkich kojarzę. - Odwraca się do Katki.
- Kasia, jestem przyjaciółką Ali. Właściwie to pójdę już, muszę znaleźć siostrę. - Wycofuje się rakiem, mimo moich morderczych spojrzeń.
- Możesz też ją tu przyprowadzić - próbuje namówić ją jeszcze Ewa.
- To nie jej klimaty, naprawdę. Bawcie się dobrze. - Macha nam na pożegnanie. - A ty nie rób nic głupiego - dodaje ciszej, patrząc na mnie dobitnie.
Ktoś wciska mi do ręki kubek z rozgrzewającą herbatą i przyglądam się, jak dziewczyny szykują wszystko.
- Zazwyczaj robią to w Zakopanem. - Kacper dosiada się do mnie, wciąż walcząc z woskiem.
- Albo nawet w Planicy. Co im się stało? - Pomagam mu wyskubywać piórka.
- Mnie pytasz? Kto by tam zrozumiał kobiety...
- Na mnie nie patrz, ja nie jestem normalna - odżegnuję się od tematu i pociągam łyk herbaty.
- Konkurs się już zaczął, idziemy? - pyta Kacper.
- Nie zlinczują nas za dezercję? - pytam z wahaniem.
- Tylko jeżeli odkryją naszą nieobecność. - Skrobot wskazuje tylne wyjście i wyślizgujemy się z domku, by oglądać któregoś już z kolei zawodnika.
- Muszę iść do Słoweńców, coś się stało. - Zauważam SMSa i żegnam się ze Skrobotem.
- Spoko, do zobaczenia. Dzięki za pomoc z tym woskiem. - Macha mi na pożegnanie i odchodzi w swoją stronę.
Ruszam w stronę wyciągu, dokąd wzywa mnie wiadomość otrzymana od Dezmana. Trochę mnie to niepokoi, bo już dawno powinien być na górze. Jeżeli nie zdąży, grozi mu dyskwalifikacja.
Okazuje się jednak, że na miejscu wcale nie czeka na mnie Nejc tylko Peter.
- Czemu mnie to nie dziwi? - wzdycham na jego widok.
- Nie mogłem jechać na górę bez tego. - Przyciąga mnie do siebie i całuje przeciągle.
Kątem oka dostrzegam błysk flesza, ale nie przejmuję się tym. I tak już się nie wykpię.
- Skąd masz telefon Dezmana? - pytam jeszcze.
- Domen mu podwędził dla żartu, a ja postanowiłem go twórczo wykorzystać. Oddasz mu po skoku? Powinien niedługo skakać. - Podaje mi komórkę, a ja kręcę z dezaprobatą głową.
- Dobra. Idź już, bo się spóźnisz. Dzieciaki - wzdycham, a Peter całuje mnie jeszcze szybko w policzek i podbiega do wciągu, by załapać się na jedno krzesełko razem z Cene.
Odnajduję Dezmana i oddaję mu telefon, po czym dołączam do Kasi, która właśnie strofuje Weronikę, gestykulując gęsto. Młodsza siostra wydaje się niewzruszona, kiedy jej się tłumaczy.
- Pisaliśmy ze sobą na Instagramie przez ostatnie tygodnie. Wczoraj wrzuciłam zdjęcie z kwali i zaproponował, żebyśmy się spotkali osobiście, a ja się zgodziłam. O co ta afera? - wzdycha poirytowana.
- Jest od ciebie pięć lat starszy - zauważam.
- No i? Przecież nie zamierzam z nim brać ślubu. To tylko znajomy. - Wzrusza ramionami.
- Jeżeli tak się rozmawia z "tylko znajomymi", to ja jestem chińska cesarzowa - mamrocze gniewnie Katka.
- To tylko taka gra, chciałam, żeby tamtym laseczkom kapcie pospadały z zazdrości. - Werka zupełnie nie ogarnia, czemu jej siostra jest wściekła, a ja nie zamierzam wkładać palca między drzwi.
- Ej, Cene skacze - odwracam ich uwagę i siostry natychmiast przerywają kłótnię.
Zupełnie nie wiem kiedy, umknęła mi niemal cała pierwsza seria. Dlatego ciekawie zerkam na listę wyników i z zadowoleniem stwierdzam, że niemal wszyscy Polacy dostali się do drugiej serii. Dwóm zawodnikom z kwoty narodowej brakło kilku punktów, a tak poza tym...
A tak poza tym, to tylko Klemens został daleko w tyle.
Wzdycham cicho, ale nic nie mówię, by jeszcze bardziej nie zirytować Kasi, która ma przecież rację - nie mogę wciąż do tego wracać. To faktycznie robi się już nudne.
- Przyganiał kocioł garnkowi - dociera do mnie głos Werki, obserwującej siostrę witającą się, dość wylewnie, z młodszym Prevcem. - Ile on ma lat? Dwanaście? - prycha.
Jury zarządza piętnastominutową przerwę przed finałem, która przedłuża się z powodu wzmagającego się wiatru. Informuje mnie o tym Peter, który odnajduje mnie chwilę później.
- Odwołają - wzdycham, słysząc to.
- Mam nadzieję, że nie. Chciałbym się trochę poprawić. Piąte miejsce mnie nie satysfakcjonuje do końca. - Krzywi się.
- Nie zawsze można być gwiazdą. - Daję mu pstryczka w nos. - Przypomnij mi, kiedy jedziemy do Zakopanego, dziś czy jutro?
- Jutro, zaraz po śniadaniu, wieczorem jest konkurs drużynowy. Coś ty taka rozkojarzona, czyżby coś cię... rozpraszało? - Pochyla się nade mną sugestywnie.
- Zabawne, że pytasz... - Przechylam głowę i uśmiecham się szeroko.
- Ej, brat, zbieraj manatki, odwołali. - Podchodzi do nas Domen i uśmiecha się, jak gdyby nigdy nic. - Chyba, że chcesz patrzeć, jak Cene zgarnia kolejne kwiatki?
- Nie, pojedziemy do hotelu. Ty zostań, zrób zdjęcia dla mamy. - Peter puszcza mi oko, a młody wywraca oczami.
- Pff, jakby mało tu było fotografów.
Piszę jeszcze SMSa do Katki, że jadę już do hotelu i wraz z Peterem wsiadam do pierwszego busa wraz z Nejcem, Semenicem i częścią sztabu. Chcemy usiąść z tyłu, ale Nejc zaczepia mnie, gdyż chce porozmawiać.
- Pogadamy później. - Peter kiwa głową i siada kawałek dalej, a ja dosiadam się do Dezmana i pytam, o co chodzi.
- Chciałem ci podziękować - odpowiada mi Nejc. - Wiem, że wstawiłaś się za mną u trenera. Żebym mógł tu przyjechać.
- Ależ nie masz mi za co dziękować, taka była prawda. Potrzebujesz tego - mówię. - Potrzebujesz tego, by teraz skakać i stawać się coraz lepszym. Wysłanie cię na przerwę, teraz kiedy zacząłeś odzyskiwać formę, byłoby zabójstwem dla twoich skoków, wierz mi, wiem co mówię.
- Wierzę - zapewnia mnie poważnie Dezman. - Ale mimo to uważam, że to trochę nie w porządku - ścisza głos.
- To znaczy? - marszczę brwi.
- Ty i Peter. To trochę nieprofesjonalne, nie uważasz? - Przygląda mi się uważnie, ale w jego spojrzeniu nie ma wrogości, nie tak, jak przedtem. - Myślę, że prędzej czy później powinnaś z czegoś zrezygnować.
- Masz rację - wzdycham, zerkając z ukosa na Petera. - Ale nie sądzę, bym mogła ot tak z niego zrezygnować. Nie ze względu na mnie, lecz na niego. A wy potrzebujecie psychologa - mówię. - Nie da się jednak ukryć, że myślałam o tym.
- Trochę głupia sytuacja, co? - Krzywi się Nejc.
- Wierz mi, jestem mistrzem w pakowaniu się w takie sytuacje. Ale wymyślę coś, jak zawsze. - Uśmiecham się wąsko, a busik akurat zatrzymuje się pod hotelem.
Wychodzę z pojazdu, a na progu budynku dogania mnie Peter i obejmuje w pasie.
- Słodkie lenistwo? - pyta z łobuzerskim uśmiechem, wołając windę i rozpoczyna poszukiwania klucza do pokoju.
- Słodkie lenistwo - potwierdzam, podając mu swój klucz. - Mam książkę do skończenia - dodaję, wchodząc do windy. - Ale najpierw prysznic.
- Ej, ja mam pierwszeństwo! - oburza się.
- Z jakiej racji?
- Jestem topowym zawodnikiem Pucharu Świata, kandydatem do złota olimpijskiego! - Dźga mnie żartobliwie w bok.
- No i? - droczę się z nim, wychodząc z windy.
- I należy dbać o mój komfort psychiczny i fizyczny - kontynuuje, otwierając nam drzwi i puszczając mnie przodem.
- Przekonaj mnie - mówię przekornie, a Peter przyciąga mnie do siebie i całuje. Pozwalam mu na to przez chwilę, po czym wymykam się z jego objęć i zamykam się w łazience.
- Ej! - woła oburzony. - To był podstęp!
- Nigdy nie ufaj kobiecie, jeden-zero dla mnie! - odkrzykuję przez drzwi.
Dopiero, kiedy po kąpieli owijam się ręcznikiem, uświadamiam sobie, jak wielki to był błąd. Być może i wygrałam walkę o łazienkę, ale...
...ale wszystkie ubrania zostały za drzwiami.
Wzdycham ciężko, mocniej owijam się ręcznikiem i wchodzę z łazienki, gdzie czeka na mnie Peter z głupim uśmiechem na twarzy.
- Jeden-jeden? - pyta, rzucając mi szlafrok i wymija mnie w drzwiach. - Chyba nie do końca to przemyślałaś, co?
- Tylko nie próbuj mi wmawiać, że ci to przeszkadza! - wołam, ale odpowiada mi tylko dźwięk zamykanego zamka.
Przebieram się szybko w coś luźnego i zakopuję się pod kołdrą z książką. Spokój trwa jednak tylko przez chwilę, bo nim Peter wraca z łazienki zdążam przeczytać zaledwie kilka stron.
- Wracaj do tej łazienki, akcja mi się rozkręca - mruczę niechętnie.
- A co ja mam do tego? - dziwi się.
- Będę musiała teraz z tobą rozmawiać. - Krzywię się. - A to uniemożliwia mi dalszą lekturę.
- Nie musisz ze mnę rozmawiać, możemy robić coś... innego. - Zerka na mnie prowokująco, po czym nagle zmienia front. - Albo możesz mnie po prostu ignorować. Jestem wystarczająco dorosły, by umieć zająć się sam sobą przez chwilę. - Pakuje się do swojego łóżka i wyciąga z kieszeni telefon. - Patrz, mam nawet zabawkę! - Macha mi nim przed nosem.
Wzdycham, bo szansa na chwilę relaksu i tak minęła bezpowrotnie. Odkładam książkę i pokazuję mu gestem, że ma się przesunąć i wraz ze swoją pościelą ładuję się obok niego do łóżka.
- A to co ma znaczyć? - Unosi zaskoczony brwi.
- Muszę cię ostrzec, zanim pojedziemy do Zakopanego - mówię poważnie.
- I... musisz to robić w moim łóżku? Nie żebym narzekał, ale...
- Cicho - przerywam mu. - W Zakopanem będą moi rodzice i chcą cię poznać. Nie traktuj tego osobiście, oni tak po prostu mają - zastrzegam od razu.
- Przez moment miałem wrażenie, że ci na mnie zależy na tyle, że chcesz mnie im przedstawić, ale rozumiem, że zmusiły cię do tego okoliczności. W porządku. - Kiwa głową z udawaną powagą. - Postaram się nie brać tego do siebie.
Wywracam oczami i mocniej owijam się kołdrą.
- Traktuję cię poważnie, Peter. Nie powinieneś mieć co do tego wątpliwości. Ale nie chcę, żebyś myślał, że wyobrażam sobie nie wiadomo co, bo słowa "rodzice chcą cię poznać" zazwyczaj wywołują popłoch - wyjaśniam. - Wierz mi, przeżyłam to nie raz.
- Widzę, że masz duże doświadczenie w przedstawianiu swoich chłopaków rodzicom - zauważa podejrzliwie Peter. - Nie żebym był zazdrosny, czy coś, ale...
- ...ale żaden tak naprawdę nie był moim chłopakiem, to byli tylko znajomi, którzy czuli się potem bardzo niekomfortowo, odbierali to zupełnie inaczej niż powinni i w większości przypadków przestawali być moimi znajomymi - dokańczam gorzko. - Kocham moich rodziców, ale ich nadopiekuńczość czasami przynosi efekt odwrotny do zamierzonego. Dlatego chcę cię po prostu uprzedzić, że możesz znaleźć się pod ostrzałem dziwnych pytań i stwierdzeń, aczkolwiek liczę, że bariera językowa trochę im to utrudni - wzdycham. - Ja w każdym razie nie mam zamiaru tłumaczyć nadmiaru ich dociekań.
- Okej, w porządku - odpowiada z uśmiechem i całuje mnie w czoło. - Jestem gotowy na pytania o mój ulubiony kolor i imiona dla dzieci oraz na wszystko, co jest pomiędzy tymi dwoma pytaniami. Nie musisz się martwić. Powiedz mi tylko... - Spogląda mi głęboko w oczy. - Czy jest jakiś specjalny powód, dla którego zabierasz moją przestrzeń do spania?
Wzdycham jeszcze ciężej niż dotychczas, nim odpowiadam:
- Na dole było ogłoszenie o awarii centralnego ogrzewania. - Zmyślam na poczekaniu. - W nocy będzie zimno, więc dbam o to, żebyś się nie przeziębił. Tyle. - Wzruszam ramionami.
- Twoja troska jest doprawdy ujmująca. - Uśmiecha się asymetrycznie i gasi światło. - Ale obawiam się, że chroniąc mnie przed katarem oboje nabawimy się skrzywienia kręgosłupa. To łóżko jest strasznie wąskie - dodaje jeszcze.
- Bo jest jednoosobowe - odpowiadam. - Śpij już. W naszym wieku to już niemożliwie. Znaczy się, skrzywienie kręgosłupa.
- Myślisz?
- Wiem to. Znam się na tym. Dobranoc.
- Dobranoc. - Całuje mnie jeszcze w policzek i wtuleni w siebie zasypiamy.
[Peter]
Jurij trąbi niecierpliwie, kiedy wraz z Alicją wychodzimy rano z hotelu. Wszyscy są już w środku, serwisanci tylko dopychają bagażnik ostatnimi pakunkami.
- Ile można czekać na szanownych państwa Prevców? - prycha na nasz widok i przestaje przynajmniej hałasować.
- Peter, nie mówiłeś, że twoi rodzice tu są. - Ala bierze mnie pod ramię i spogląda na mnie z udawanym zdziwieniem. - Musisz mnie koniecznie przedstawić!
Uśmiecham się, wspominając naszą wczorajszą rozmowę. Wczorajszy wieczór był bardzo miły i bardzo swobodny. Mam wrażenie, że z dnia na dzień odkrywam kolejne oblicza panny Mittner.
I każde kolejne podoba mi się coraz bardziej.
- Pakujcie się. Torby musicie wziąć do środka, bo w bagażniku nie ma ani grama miejsca - Tepes wskazuje tył samochodu.
- Akurat. - Alicja wywraca oczami i ponownie otwiera klapę. Przez dwie minuty przekłada torby, by chwilę później bez problemu dołożyć tam zarówno moją jak i swoją. - Faceci - wzdycha jeszcze, siadając na swoim ulubionym miejscu w busiku.
- To jakaś sztuczka? - pyta podejrzliwie Jurij, wyjeżdżając spod hotelu. Tłum fanek kłębiący się na parkingu nie ułatwia mu zadania.
- To, co zrobiłam nazywa się "układanie" - sarka Alicja. - To trochę wyższy level "wrzucania jak leci".
- Okej, więc od dziś pakujesz busa, sprawa z głowy - mruczy urażony Jurij, a Alicja raz jeszcze wywraca oczami i wyciąga z plecaka książkę i słuchawki.
- Będę czytać - uprzedza mnie, po czym znika w swoim świecie.
Wzruszam ramionami i obejmuję ją. Zaglądam jej ciekawie przez ramię, ale książka jest po polsku, więc nie mam pojęcia o czym jest. Nie przeszkadza mi to jednak, bo mogę spokojnie obserwować Alicję, kiedy ona tego nie widzi.
Zastanawiam się, czy faktycznie jesteśmy już na prostej, czy czekają na jeszcze jakieś niespodziewane zwroty akcji. Jeszcze nie wszystko sobie wyjaśniliśmy, ale najistotniejsze zostało powiedziane i tego zamierzam się trzymać.
- Tepes? - Ala nagle wyciąga słuchawkę z ucha i wychyla się, by zwrócić na siebie uwagę kierowcy. - Zjedź następnym zjazdem z trasy. Zrobił się straszny korek na Zakopiance.
- Gdzie się zrobił korek? - pyta zaskoczony Jurij.
- Tak się nazywa ta droga - odpowiada niecierpliwie Ala. - Zjeżdżaj, tutaj! - woła, a tamten z wrażenia aż wykonuje polecenie.
- Chcesz nas ciągać po jakichś wsiach? Przecież nawet GPS się tutaj zgubi.
- Ja mogę poprowadzić. Dobrze znam te okolice. Zjedź tylko na chwilę na pobocze. - Ala już przechodzi na przód busa, a Tepes posłusznie zjeżdża na bok.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł - mówi, oddając jej kluczyki. - Jak nas pozabijasz, to cię znajdę i zamorduję.
- Jasne, nie ma sprawy. Peter, chodź tu, będę potrzebowała kogoś do pomocy - woła mnie, poklepując miejsce pasażera obok siebie.
Przesiadam się, po drodze wyłapując znaczące spojrzenie Jurija. Taki stary, a taki głupi...
- Skąd wiedziałaś o korku? - pytam, zapinając pas, a Alicja ostrożnie włącza się z powrotem do ruchu i podaje mi atlas drogowy. - I dlaczego wozisz ze sobą takie rzeczy?
- Mam włączone powiadomienia drogowe w telefonie - odpowiada. - A mapę lubię mieć przy sobie, gdy gdzieś jadę. Otwórz na stronie piętnastej, tak na wszelki wypadek. Dawno tędy nie jechałam - poleca mi, a ja zgodnie z jej życzeniem otwieram atlas na wskazanej stronie.
- Czemu często tędy jeździłaś?
- Pomyśl: pracowałam z kadrą, a mieszkałam w Katowicach. Dojazdy miałam opanowane. Zwłaszcza w godzinach szczytu musiałam znaleźć jakieś boczne drogi do objechania trasy, bo inaczej tkwiłabym w korku cztery godziny, zwłaszcza w zimie - wyjaśnia. - Teraz wszyscy kibice i zawodnicy migrują do Zakopanego, nic dziwnego, że się zakorkowało.
- Jak często tak jeździłaś? - pytam ciekawie. Uświadamiam sobie, że Ala mało opowiadała mi o swojej pierwszej przygodzie ze skokami narciarskimi.
- Dwa, trzy razy w tygodniu? - zastanawia się. Droga robi się śliska, więc skupia się na prowadzeniu samochodu. - No i w nagłych wypadkach, kiedy któryś z zawodników dzwonił do mnie, że potrzebuje pomocy - dodaje.
- Zdarzało się tak? - dziwię się.
- Niektórym bardzo często. Zastanawiam się, jak oni sobie wcześniej beze mnie radzili - wzdycha i zatrzymuje się na skrzyżowaniu. - Daj mapę, muszę się upewnić czy skręcamy tu, czy jeszcze dalej... - Wyciąga mi z rąk atlas i kilka sekund analizuje to, co widzi i wrzuca bieg. - Dobra, w następnej miejscowości wracamy na trasę, powinno być już luźniej.
- A jak radzili sobie potem? - pytam cicho, nawiązując do tego, co mówiła wcześniej.
- Jakoś musieli. Nadal muszą - dodaje.
- Wciąż jesteś z nimi blisko - zauważam.
- Bo to moi przyjaciele - odpowiada i ponownie skupia się na drodze, a ja skupiam się na niej.
Właściwie to pierwszy raz widzę, jak prowadzi samochód. Jest coś uspakajającego w tym widoku. Widać, że sprawia jej to przyjemność, że nie wkłada w to zbyt wiele wysiłku. Jest pewna w tym, co robi, a jednocześnie swobodna.
Pasuje to do obrazu Alicji, jaki mam w głowie.
- Lubię prowadzić - mówi nagle, jakby odczytując moje myśli.
- Właśnie, czy ty nie przyjechałaś do Wisły samochodem? - przypomina mi się. Coś mi nie pasowało, teraz już wiem, co.
- Tak, ale Katka i Werka jadą nim do Zakopanego, napisałam im, że wolę jechać z wami. Kaś nie była zadowolona, nie lubi prowadzić cudzych samochodów - wzdycha. - Okej, tu skręcamy.
Wyjeżdżamy z powrotem na trasę, na której faktycznie jest już luźniej, zdaje się, że najgorszy tłok został za nami.
- Opowiedz mi więcej o rodzicach - proszę ją, kiedy widzę, że już może spokojnie skupić na rozmowie. - Chcę być gotowy na wszystko.
- Cóż, nic specjalnego - odpowiada. - Jestem jedynaczką, więc są bardzo nadopiekuńczy albo po prostu tak to odbieram, bo to na mnie skupia się ich cała uwaga. Mama jest dentystką, a tata architektem, więc są bardzo zapracowani.
- Jak mają na imię? - pytam, bo to dość istotna informacja.
- Joanna i Adam - mówi, uśmiechając się lekko Ala. - To tata naciskał, żeby moje imię zaczynało się na A, mama była zwolenniczką Julii. No ale ostatecznie zostałam Alicją.
- Lubią sport?
- Tata uwielbia gotować, robi świetne naleśniki, więc raczej odstresowuje się przy programach kulinarnych. Czasem obejrzy mecz piłki nożnej, a skoki oglądają tylko po to, by szukać mnie na ekranie, więc niespecjalnie ogarniają - śmieje się Alicja. - No a mama uwielbia robótki ręczne, ale po pracy często bolą ją nadgarstki, więc wieczorami raczej czyta, kocha to tak samo, jak ja.
- Myślisz, że mnie polubią? - pytam ostrożnie.
- Myślę, że to nie ma znaczenia. Zresztą, oni lubią każdego, kto sprawia, że jestem szczęśliwa. - Ponownie uśmiecha się do własnych myśli.
- Czyli... mam jakieś szanse?
Zerka na mnie z ukosa, po czym szybko całuje w policzek.
- Ej, tam! Kierowca ma patrzeć na drogę, a nie bałamucić zawodników! - dociera do nas oburzony głos z głębi busa.
- Dziękujemy, Jurij, za twoją czujność! - odkrzykuje Ala. - Doceniam twoją troskę o cnotę kolegi, ale nie mów mi, jak mam prowadzić samochód.
Śmieję się cicho pod nosem, a Ala wtóruje mi po chwili.
Kilka minut później dojeżdżamy na miejsce, gdzie Alicja z niemałą wprawą parkuje busik i powoli wychodzimy na parking.
- Pójdę już do recepcji. - Dziewczyna informuje Gorana i oddala się ku wejściu.
- Idę z tobą! - wołam i doganiam ją prędko.
Niewiele rozumiem z rozmowy, którą przeprowadza z recepcjonistką chwilę później, ale nie wydaje się zadowolona.
- Coś się stało? - pytam.
- Znowu pomylili ilość miejsc - wzdycha Alicja, analizując listę otrzymaną od ewidentnie skruszonej kobiety po drugiej stronie lady. - Obawiam się, że ponownie nie mam gdzie spać.
- Możesz spać ze mną, tak jak ostatnio - proponuję natychmiast. - To nie będzie nic dziwnego.
- Owszem, ale pokoje są trzyosobowe, więc musiałabym spać także z Tepesem, jak podejrzewam, a taka opcja nie wchodzi w grę. - Kręci głową. - Zamordowałabym go po kilku minutach. Spokojnie, załatwię to.
Ponownie pogrąża się w rozmowie z recepcjonistką, a ja zerkam na listę. Gdyby Ala była w pokoju ze mną, a Jurij wyniósłby się do Nejca, Cene i Domena... Co tak właściwie robią moi bracia w jednym pokoju? Przecież to grozi katastrofą na skalę światową!
- Dobra, załatwione. - Z zamyślenia wyrywa mnie Ala. - Masz z Tepesem dwójkę od Katki i Werki na szóstym piętrze, a ja przeniosę się z nimi do was. - Podaje mi klucz i rozdaje pozostałe reszcie, która powoli wlewa się do holu.
- Wolałbym się z kimś zamienić, by nie mieć do ciebie aż tak daleko - zauważam.
- Chcesz to się zamieniaj, ale masz tu coś do zrobienia, prawda? - Szturcha mnie żartobliwie i popycha w kierunku windy. - Nie spóźnijcie się na obiad! - woła jeszcze za nami.
Odprowadzam ją wzrokiem, jak dziarsko maszeruje po schodach z torbą na ramieniu. Uśmiecham się chyba zbyt szeroko, bo na ziemię sprowadza mnie szturchnięcie Jurija.
- Pantoflarz - mówi zdegustowany, kręcąc głową. - Dałeś się wywalić z apartamentu na pierwszym piętrze do jakiejś klitki na szóstym. I jeszcze wciągnąłeś w ten interes mnie!
- Będziemy mieć przynajmniej ładniejszy widok z okna - odpowiadam. - Zresztą zawsze możesz się z kimś zamienić.
- No co ty, nie przegapię żadnej okazji, żeby ci podokuczać, Prevc. - Bierze swój bagaż, zabiera mi klucz i rusza do windy. Nie pozostaje mi nic innego, jak ruszyć za nim.
Tuż przed obiadem dostaję od Alicji SMSa, że wyszła z przyjaciółkami na spacer, więc spotkamy się dopiero podczas konkursu. Odpisuję, że w porządku i przenoszę uwagę na trenera, który ogłasza skład na dzisiejszy konkurs drużynowy, w którym standardowo znajduje się Jurij, Cene, ja i, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu również Domen.
- Może ja też powinienem zmienić nazwisko na Prevc? - zastanawia się Tepes wśród śmiechów.
- E, prędzej weźmiemy do drużyny Alicję - mówi zuchwale Domen. - Ona to już przecież rodzina... prawie - dodaje ciszej pod moim groźnym spojrzeniem.
- Nie przesadzajmy, jeszcze nie zasłużyła na poznanie sekretnego przepisu na pierniki rodziny Prevc - odzywa się Cene.
- A Katka to co? - prycha Domen, na chwilę tracąc zainteresowanie Alicją.
- Katka to co innego, to była uczciwa wymiana - broni się Cene, czerwieniąc się po czubki uszu.
- Zresztą, Katja dostąpiła tego zaszczytu i co z tego wyszło? - ciągnie Domen, a ja nagle czuję nieprzyjemny ścisk w żołądku. - Uciekła z nim w siną dal, pewnie zbija teraz fortunę na naszych piernikach gdzieś na Hawajach.
- Chodźmy już lepiej, wszyscy pewnie na nas czekają - ucinam tę dyskusję i sztywno wstaję od stołu. Faktycznie, wszyscy zdążyli już wyjść z jadalni, tylko ja z braćmi zamarudziliśmy nad pustymi talerzami.
- Ej, daj spokój, Peter! - woła za mną młodszy z nich. - Chyba już się tym nie przejmujesz?
Udaje mi się unikać ich przez całą drogę na skocznię. Nie chcę, by cokolwiek mnie teraz rozpraszało. To ostatnia drużynówka przez Igrzyskami. Musi być idealnie. Skaczę jako ostatni, zaraz za Cene, który podchodzi do mnie, gdy tylko Domen rusza na górę, by zapewnić nam pierwsze punkty w dzisiejszym konkursie.
- Nie powinien był tego mówić. - Przysiada się do mnie, mnąc w palcach pasek gogli. - Niezależnie od wszystkiego...
- Wystarczy - przerywam mu. - Nie chcę o niej rozmawiać. A już na pewno nie chcę, by ktokolwiek porównywał do niej Alicję.
- Fakt, są jak ogień i woda - zgadza się Cene. - A jeżeli chodzi o Domena...
Nagle otwierają się drzwi i wpada przez nie Alicja z rozwianym włosem, rozpiętą kurtką i odrobiną paniki w oczach.
- Jakby co, to mnie tu nie ma, jasne? - mówi pośpiesznie, nim opada na ławkę i wzdycha ciężko.
- Coś się stało...? - pytam niepewnie.
- Nic takiego, ot konkursy w Polsce - odpowiada, opierając się ciężko o oparcie.
- To może ja pójdę poszukać Katki, zanim pojadę na górę. Hm? - mruczy Cene i zaczyna zbierać swoje rzeczy, a ja przysuwam się bliżej Ali.
To się nazywa rozgarnięty brat.
- Wszystko okej? - pytam, gdy zamykają się za nim drzwi.
- Taaak - wzdycha przeciągle Ala. - Po prostu Kot ostrzegł mnie, że Tadzio mnie szuka. A spotkanie z nim to ostatnie, na co mam ochotę.
- Tadzio...? - Marszczę brwi, bo coś mi mówi to imię.
- Jeden z dziennikarzy, na pewno kojarzysz - macha niefrasobliwie dłonią. - Tobie też radzę go unikać przez kilka najbliższych dni.
- Chodzi o... o nas? - pytam niepewnie, biorąc ją za rękę.
- I tak, i nie. Sama nie wiem, ale zawsze pyta o coś, co zbija mnie z pantałyku. Kiedyś pytał mnie, czy mam specjalne sposoby windowania Maćka na szczyt... - Marszczy brwi, obracając w głowie te słowa. - Cóż, po polsku brzmi to o wiele bardziej dwuznacznie.
- Czemu... czemu akurat Maćka? - pytam, starając się, by mój głos nie stał się podejrzliwy.
Czyżby moje przypuszczenia były... prawdziwe?
- Ach, po prostu w tamtym okresie wystrzelił nagle w górę, co częściowo było moją zasługą, a częściowo Gębali, który wrócił parę dni wcześniej z jakiegoś wypasionego kursu i wypróbował na nim jakąś super technikę, która poprawiła mu motorykę - wyjaśnia, chyba nie dostrzegając mojego napięcia.
- Aaa... jaka to technika? - Mrugam do niej, a ona wywraca oczami.
- Nawet gdybym wiedziała, to bym ci nie powiedziała. Co było w kadrze biało-czerwonych, zostaje w kadrze biało-czerwonych. - Daje mi na pocieszenie szybkiego buziaka w policzek i zerka na zegarek. - Powinieneś już iść. Idę na trybuny kibicować.
Wchodzimy wspólnie z domku i rozchodzimy się w swoje strony. Dostrzegam jeszcze jak Kot po swoim skoku zaczepia Alę i o coś ją pyta, lecz potem wyciąg zabiera mnie już na górę i tracę ich z zasięgu wzroku.
To przypadek, czy po prostu wcześniej nie dostrzegałem zażyłej więzi łączącej tę dwójkę?
Postanawiam mieć oko na Polaka. Obiecałem sobie, że nie będę naciskał na Alicję w tej kwestii, ale ta niepewność jest przerażająca. Boję się, że coś się będzie działo tuż przed moim nosem, a ja nic nie zauważę. Że ona będzie rozdarta, a ja nic nie będę umiał zaradzić.
Będę spokojniejszy jeśli dowiem się, o kogo chodziło. O kogo chodzi, przecież sama mówiła, że nadal go kocha.
Ona nie musi o tym wiedzieć. I tak już wystarczająco się martwi.
[Klemens]
- Wiesz może dlaczego Prevc zabija mnie wzrokiem? - Maciek staje obok mnie i Dawida na miejscu lidera, by wspólnie czekać na ostatni skok Kamila. Mamy sporą przewagę nad Słowenią, ale Kamila dopadła rano jakaś grypa, a Peter jest mocny.
Nikt mu się zresztą nie dziwi. A już na pewno nie ja. Wiem, jak to jest, gdy ma się koło siebie kogoś takiego, jak Alicja.
Gdy ma się koło siebie Alicję.
- On tak ma, jest przerażający! - odpowiada Dawid, mocno wytrzeszczając oczy. - Ten jego mały brat też jest straszny. Jakby był panem skoczni!
- Przesadzasz, obaj są normalni - uspokajam Dawida. - Czemu niby miałby cię zabijać wzrokiem? - pytam Maćka i macham do kamery, która przygląda nam się ciekawie.
Szczerzymy się do niej chwilę, czekając aż kamerzyście znudzą się nasze uradowane zbliżającym się zwycięstwem twarze i odejdzie szukać innej ofiary.
- No gadałem sobie z Alką po pierwszym skoku - mówi Maciek, kiedy kamera, a co ważniejsze, mikrofon znika z zasięgu wzroku. - No wiecie, pytałem jakie ma plany na najbliższy czas, czy zostanie dłużej w Polsce i takie tam. A on obrzucił mnie takim spojrzeniem, jakbym mu chomika rozjechał. I to z premedytacją. No a potem, jak na złość, ciągle na niego wpadałem. Zrobiłem mu coś, czy jak? - wzdycha nieco żałośnie.
- Może myślał, że podrywasz jego dziewczynę? - sugeruje Dawid. - Ja bym tak zrobił, gdyby ktoś zbyt mocno zawracał głowę mojej drogiej Zuzannie.
- Jakiej dziewczynie? - pyta zdezorientowany Maciek. - Aaaa, że Alka? To oni tak na poważnie? Serio? Nie wydawała mi się ostatnio zbyt... czy ja wiem? Szczęśliwa? A chyba powinna, nie?
- Zuzanna mówi, że z miłością tak jest, że czasem jest trudna i nie od razu nas uszczęśliwia - odpowiada Dawid autorytatywnym tonem. - Trzeba się dotrzeć, dopasować. Jak buty. Muszą obetrzeć, by były wygodne. A nikt nie jest szczęśliwy, gdy ma pęcherze na stopach, nie?
Maciek spogląda na niego z powątpiewaniem, nim w końcu wydusza:
- Obrazowe porównanie, Dejvi.
- Naprawdę mówisz o swojej dziewczynie "Zuzanna"? - pytam, bo nurtuje mnie to pytanie od dłuższej chwili. A konkretnie od chwili, gdy Kubacki nam ją przedstawił.
- Ona to lubi, mówi, że dzięki temu ma poczucie, że traktuje poważnie ją i jej zdanie. - Kiwa głową Dawid. - Zresztą ty też mówisz o Ali Alicja.
- Ale ona nie jest jego dziewczyną, dzięki temu mogli zachować zawodowy dystans mimo swojej przyjaźni, prawda? - pyta Maciek.
- Tak - mówię, lecz bez przekonania. Bo przecież jest dokładnie odwrotnie. Sposób w jaki się do siebie zwracaliśmy, był bardzo przekorny. Obrazował głębię naszej relacji, głębię, którą na szczęście mało kto potrafił dostrzec.
- Ej, chłopaki, nie żebym się dopominał, ale tak jakby wygraliśmy i wypadałoby się cieszyć. - Podchodzi do nas roześmiany Kamil i uświadamiamy sobie, że przegapiliśmy całą ostatnią grupę, a te głośne wiwaty na trybunach to na naszą cześć.
- O, kurczę, ale z nas gapy - uświadamia sobie Dawid i wyszczerza się do kamery, która ponownie nas odnajduje. Mikrofon ląduje przed nosem Maćka, a Kamil uśmiecha się do mnie znacząco.
- Co was tak zaabsorbowało, że zapomnieliście o bożym świecie?
- Cóż... kobiety - odpowiadam ze śmiechem, a Kamil mi wtóruje.
- To akurat wiele wyjaśnia. Kto idzie na konferencję?
- Dawid chciał - odpowiadam. - Muszę się wyspać, ponoć mają przenieść kwalifikacje na wczesny ranek, bo popołudniu ma wiać - mówię.
I faktycznie, Dawid rusza na konferencję prasową, a reszta wraca do hotelu, ponagleni informacją od trenera, że kwalifikacje odbędą się o dziewiątej rano, a konkurs półtorej godziny później.
To był dla mnie bardzo męczący dzień, dlatego zasypiam, gdy tylko przykładam głowę do poduszki i nawet hałas autorstwa Szybkiego, z którym znowu dzielę pokój, nie jest w stanie mi przeszkodzić.
Budzi mnie dźwięk głośnego pukania do drzwi i zaspany głos Kuby krzyczący, że już wstajemy. Boli mnie głowa i czuję irracjonalny niepokój, którego źródło bezskutecznie próbuję ustalić podczas śniadania. Być może chodzi o wczorajszą rozmowę z chłopakami? Rozmowę, która w głównej mierze dotyczyła Alicji.
Bo to o nią przecież zawsze chodzi.
Czy nie da się po prostu kogoś usunąć ze swojego życia i wszystkich wspomnień z tą osobą związanych?
Wszystko jest nie tak, jak powinno być. Im bardziej staram się zapomnieć, odciąć się od tego co było, tym częściej los stawia ją na mojej drodze. Jest na wyciągnięcie ręki, tuż obok. Jak...
Jak zakazany owoc, po który wystarczy sięgnąć.
To nie jest w porządku.
Tak samo jak nie w porządku jest mój skok kwalifikacyjny, który kończy się tuż za bulą. Na miejscu Kruczka sam sobie przyłożyłbym tą chorągiewką, którą z zapałem wymachuje na każdych zawodach. Przynajmniej może poczułbym namacalne konsekwencje swoich czynów.
Choć czasem ich świadomość jest jeszcze gorsza.
- Jest szansa, że się zakwalifikujesz? - martwi się Aga, przytulając mnie pocieszająco po skoku.
Zerkam na tablicę wyników i kręcę głową. Po mnie skacze jeszcze tylko kilkunastu zawodników, połowa musiałaby spaść na bulę, by uratować mój tyłek.
- Nie martw się, to nic nie znaczy... jeszcze jest czas - mówi, a ja w jej oczach wyczytuję, że boi się tego samego, co ja - do Igrzysk zostały zaledwie dwa tygodnie. Kruczek nie może dłużej czekać z ogłoszeniem składu.
Nie potrzebuje nikogo do konkursu uklepywania buli.
- Klimek? Trener do ciebie. - Kacper podaje mi krótkofalówkę.
- Tak, trenerze? - pytam zrezygnowany.
- Znajdź mnie przed konkursem, musimy porozmawiać - rzuca Łukasz krótko, a z jego głosu nie da się nic wyczytać.
- Zaczekam na dolnej stacji wyciągu - mówię i oddaję krótkofalówkę serwisantowi. - Muszę iść - zwracam się do Agnieszki i całuję ją przelotnie.
Zanim udaje mi się przedrzeć przez tłum na skoczni, mija trochę czasu i trener już na mnie czeka, nieco zniecierpliwiony.
- Klemens, co ja mam z tobą zrobić? - pyta, darując sobie jakiekolwiek wstępy. - Wczoraj skakałeś niemal jak dawny ty, a dziś? Wiesz, o czym mówię, prawda? - pyta ciszej, a ja kiwam głową. - Mam mało czasu, a nie mogę zabrać do Korei tak niestabilnego zawodnika.
- Wiem, ale... nie umiem nic na to poradzić. To po prostu się dzieje - mówię, jednocześnie uświadamiając sobie, jak kiepsko to brzmi.
- Zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo ci zależy, Klimek, ale musisz mnie zrozumieć. - Łukasz strapiony pociera czoło. - Wiem, że potrafisz, wiem, że są osoby, które potrafią wyciągnąć z ciebie najlepsze, ale muszę mieć gwarancję, że właśnie to zaprezentujesz za dwa tygodnie na Igrzyskach. Jesteś w stanie mi to obiecać?
- Nie - odpowiadam z żalem. - Chciałbym powiedzieć, że dzisiejszy skok był wypadkiem przy pracy, ale ostatnio jest ich zbyt dużo.
- W czwartek wieczorem podam ostateczny skład. Wcześniej odbędzie się ostatni trening w Wiśle. Rozumiesz, o czym mówię? - Przygląda mi się badawczo, a ja kiwam głową.
Ostatnia szansa. Wszystko albo nic.
- Dziękuję, trenerze - mówię. - To naprawdę bardzo dużo, wiem.
- Chcę żebyś jechał z nami na Igrzyska, Klemens - odpowiada łagodnie. - Ale to nie wycieczka, moje chęci niewiele znaczą. Podobnie jak twoja domniemana forma. Oboje wiemy, że gdzieś tam jest, ale zarząd żąda konkretów, bo wydaje na was konkretne i to niemałe pieniądze. Sam dobrze wiesz, jak to działa.
- Wiem. Dziękuję raz jeszcze, trenerze. Zrobię wszystko, co w mojej mocy - odpowiadam, jednak w głębi ducha wiem, że to i tak na nic.
Z pustego i Salomon nie naleje, prawda?
Siadam w jakimś odosobnionym miejscu, nie chcę jeszcze wracać do Agi. Od razu zapyta o co chodziło i będzie mnie dopingować, żebym dał z siebie wszystko na treningu.
A to nie tego teraz potrzebuję.
Głos spikera obwieszcza początek konkursu, a ja decyduję się wrócić do domu. Piszę wiadomość do Agnieszki oraz do kogoś z drużyny i nieśpiesznie ruszam w kierunku wyjścia z obiektu. Tuż przy bramie zauważam dwoje dość mocno zaaferowanych ludzi, którzy wydają mi się dość znajomi. Przystaję zdezorientowany, próbując ich gdzieś dopasować, a kiedy mi się to już udaje, jasnowłosa kobieta właśnie mnie zauważa.
- Ty jesteś Klemens, prawda? - Podchodzi do mnie dziarsko, ciągnąc za sobą męża. - Nie wiem, czy nas pamiętasz, ale...
- Państwo Mittner - wchodzę w jej słowo. - Oczywiście, że pamiętam. Szukają państwo Alicji?
- Tak, tak. Nie powinieneś być już tam? - pyta pan Mittner, wskazując kierunek, z którego przyszedłem.
- Niestety, dziś nie skaczę. - Z trudem przełykam gorzką pigułkę w ich obecności. Zwłaszcza, że w spojrzeniu jej ojca dostrzegam podobny wyraz co i u Alicji. Być może to przez to, że jej oczy mają identyczny odcień. Zawsze mówiła, że jest bardzo podobna do taty. - A Alicja powinna być gdzieś koło domku Słoweńców albo przy wejściu na arenę skoczni. Lub w bufecie. Lubi też stać na najwyższych trybunach, zwłaszcza z Kasią, mają tam najlepszy widok z dala od tłumu i mogą swobodnie plotkować. - Uśmiecham się lekko, zastanawiając się, dlaczego nie jestem w stanie wyrzucić z głowy tych szczegółów, jej małych rytuałów. - Na pewno państwo ją znajdą. Proszę pytać dziewczyn, są koło naszego domku.
Dziękują mi za informacje i ruszają na poszukiwanie córki, a ja powoli snuję się w kierunku domu. Chyba czas znaleźć sobie jakieś zajęcie na najbliższe trzy tygodnie.
Są rzeczy ważne i ważniejsze. Igrzyska w tym przypadku są zaledwie ważne.
[Alicja]
Stoję sobie koło bufetu, grzejąc dłonie o kartonowy kubek z niedobrą herbatą i oglądam końcówkę pierwszej serii na telebimie. Jest całkiem dobrze, nawet bardzo dobrze. Na dziesięć osób przed końcem prowadzi Nejc, co bardzo mnie cieszy. Dobrze, że wszystko sobie już poukładał.
Polacy również sobie radzą, wciąż rozpiera ich radość po wczorajszej wygranej. Czekam jeszcze na skoki Dawida, Kamila, Maćka, Cene i Petera, którzy plasują się w czołówce, kolejno na dziesiątym, siódmym, piątym, trzecim i pierwszym miejscu klasyfikacji generalnej. Opieram się wygodniej o barierki, by mieć lepszy widok, kiedy słyszę, że ktoś woła moje imię.
- Ala, Ala! Wszędzie cię szukamy!
- Klemens miał rację, że będziesz przy bufecie, nasz głodomorku! - Znikam znienacka w objęciach taty oraz mamy, przy okazji rozlewając na ziemię trochę tej paskudnej herbaty.
- Yyy, cześć. Spodziewałam się was wczoraj - wykrztuszam.
- Mamę zatrzymał nagły przypadek w gabinecie - wyjaśnia tata, oglądając mnie ze wszystkich stron. - Coś licho wyglądasz, słońce.
- Mało dziś spałam - odpowiadam krótko. - Chodźcie, znajdźmy jakieś mniej zatłoczone miejsce. - Ciągnę ich dalej, bo w zasięgu mojego wzroku pojawia Tadzio, który poluje na mnie od rana. A poza tym, faktycznie robi się tłoczno.
- A gdzie ten twój Piter? - dopytuje ciekawie tata, rozglądając się dookoła.
- Na górze, zaraz skacze - odpowiadam, lekko roztargniona w tłumie dostrzegając machającego do mnie Dawida z kciukami uniesionymi do góry. Przy tym geście narty wypadają mu z rąk, robiąc małe zamieszanie, ale chyba mu wolno z odległością bliską rekordowi skoczni, co sprawdzam na mijanym właśnie ekraniku. - A poza tym on ma na imię Peter, tato - dodaję z niejakim opóźnieniem.
- Ala, Ala, widziałaś Maćka? Nieźle poleciał, nie? - Dawid klepie mnie w ramię i wskazuje zmierzającego do nas nieco naburmuszonego Kota. - Yyy... dzień dobry państwu - dodaje zmieszany, dostrzegając moich rodziców.
- To nie jest on? - pyta scenicznym szeptem tata, a ja kręcę głową, śledząc jednocześnie parabolę lotu Kamila.
- Czemuś taki skwaszony? - zaczepiam mijającego nas Kocura.
- Ciachnęli mi punkty za styl. - Krzywi się. - Ale Kamyk prowadzi. - Wskazuje brodą Stocha i rusza w kierunku domku, a obok mnie Dejvi unosi dłoń w geście triumfu.
- To chyba dobrze? - upewnia się tata.
- Patrz, Prevc na belce. - Szturcha go mama i obracają się w kierunku skoczni.
- To jego młodszy brat - uspokajam ich, wywracając oczami tak, żeby nie widzieli.
- Właśnie miałem pytać, dlaczego nie jest pełnoletni. Ile on ma lat? Trzynaście?
- Jest ode mnie dwa lata młodszy - wzdycham, a Cene ląduje gdzieś w okolicach punktu HS z telemarkiem, co daje mu pierwszą lokatę ex aequo z Kamilem.
Peter zasiada na belce z nieodgadnioną miną i dłuższą chwilę czeka na stabilizację warunków pogodowych. W końcu odpycha się od belki i przyjmuje wypracowaną pozycję. Uśmiecham się, obserwując jego sylwetkę. Jest niczym synonim perfekcji. Sędziowie nie mają się do czego przyczepić. A i odległość jest imponująca.
Gdyby jeszcze tylko nie podparł tego skoku przy lądowaniu.
- Spójrz, jak na niego patrzy - dociera do mnie szept mamy, odrywam więc wzrok od areny skoczni, gdzie Peter kręci głową z żalem, że nie ustał tego skoku, lecz zadowolony z odległości. Znam dobrze ten wyraz twarzy.
- Podziwiam idealny skok, dajcie spokój - prycham. - Ej, Dziubasku, jesteś na podium! - wołam, zerkając na ekran. - Peter spadł na czwarte miejsce - wyduszam jeszcze, nim Kubacki zamyka mnie w niedźwiedzim uścisku.
- Kurczę, Alka, ja! Na podium! Znowu! Lecę powiedzieć Zuzannie! - woła radośnie i biegnie w kierunku bufetu, pozostawiając na pastwę losu swoje narty oraz kask, które podnoszę pieczołowicie ze śmiechem i przekazuję Kamilowi, który śmieje się obok mnie.
- Wariat - wzdycham. - Ty chyba też musisz lecieć, co? Podium już szykują. - Wskazuję brodą arenę skoczni.
- Owszem, wciąż miło jest coś wygrać. - Uśmiecha się. - Zostaw te rzeczy tutaj, zaraz ktoś po nie przyjdzie - mówi na odchodnym, wskazując sprzęt Kubackiego.
- Ktoś chyba na ciebie czeka. - Mama szturcha mnie lekko, a ja obracam się w kierunku stojącego kilka metrów dalej Petera.
Podchodzę bliżej i otrzepuję mu ramiona ze śniegu, co jest chyba wynikiem podpórki. Uśmiecham się lekko skrępowana, bo nie znoszę takich sytuacji, ale cóż robić.
- Będzie dziwnie - ostrzegam go, a on niezrażony bierze mnie za rękę i wspólnie podchodzimy do moich rodziców. - Mamo, tato, tak jak prosiliście, przedstawiam wam Petera - mówię, nie wiedząc za bardzo, co jeszcze mogłabym dodać.
- Bardzo mi miło państwa poznać. - Uśmiecha się Peter, a ja dopiero po zaskoczeniu rodziców orientuję się, że...
- Czy ja dobrze słyszałam...? - Patrzę na niego zaskoczona, ale też trochę dumna.
- Cóż, za pośrednictwem Cene poprosiłem Katkę o małe korepetycje z polskiego. Ale nic więcej nie potrafię powiedzieć - śmieje się, a ja jak nigdy mam ochotę go ucałować.
Cóż, może później.
- Ala dużo o tobie opowiadała - odzywa się mama. - Wygląda na to, że jesteście naprawdę blisko.
- Myślę, że faktycznie tak jest. - Peter spogląda na mnie z uśmiechem. - Mam nadzieję, że mówiła o mnie same miłe rzeczy.
- Niektóre aż wstyd powtarzać.
- TATO - oburzam się, nim uświadamiam sobie, że szczęśliwie Peter nie miał szans tego zrozumieć, gdyż mój tata nie komunikuje się w żadnym języku prócz ojczystego. - Tata powiedział, że już nie mogli tego słuchać - tłumaczę Peterowi, który przygląda mi się podejrzliwie.
- Ala wydaje przez ciebie majątek na paliwo - śmieje się mama, płynnie zmieniając temat, za co jestem jej bardzo wdzięczna. - Może powinieneś zaproponować jej przeprowadzkę do Słowenii?
Cofam to, co powiedziałam wcześniej.
- Zasadniczo to... - zaczyna Peter, ja jednak popycham go już w kierunku domku Słoweńców.
- Zasadniczo to Peter musi się iść przebrać, bo inaczej zmarznie, a nie może się przeziębić przed Igrzyskami. - Popycham go bardziej zdecydowanie i w końcu ogarnia aluzję. - Pójdziemy później na kawę i porozmawiamy spokojnie, dobrze?
- Jasne, zaraz wracam. - Całuje mnie w policzek, zupełnie nieskrępowany i w końcu znika z zasięgu wzroku.
- No, no, no... - komentuje tata, a ja wywracam oczami.
- Wydaje się miłym chłopcem - mówi ostrożnie mama, badając moją reakcję. - To było bardzo uroczę, że nauczył się kilku słów po polsku dla ciebie.
- Dla was - poprawiam ją. - My nie mamy problemów z komunikacją.
- Zdaje się, że szykuje nam się weselicho. - Dalej droczy się ze mną tata, a ja posyłam mu silnego kuksańca w żebra. - No co? Mylę się?
- Bez pośpiechu. Czy możecie się trochę opanować? I tak mam ochotę uciec stąd jak najszybciej - wzdycham, wyobrażając sobie dalszą rozmowę, która mnie czeka. - Tak właściwie, to już powinnam uciekać - dodaję, dostrzegając charakterystyczną postać dziarsko zmierzającą w moją stronę.
A tak dobrze mi szło.
- Idźcie do COSu, spotkamy się w tamtejszej kawiarni, okej? - zwracam się do rodziców i popcham ich lekko w odpowiednim kierunku i przesyłam podobną wiadomość Peterowi. Akurat w momencie, gdy wciskam przycisk "wyślij", przed moim nosem ląduje mikrofon.
- Pani Alu, no w końcu panią złapałem! - sapie z zadowoleniem Tadzio, przywołując gestem kamerzystę. - Możemy poprosić o kilka słów? Fani mają wiele pytań, w końcu dwa lata temu była pani istotnym elementem skocznego świata, prawda?
- Skoro pan tak twierdzi... - wzdycham zrezygnowana. - Ale nie mam zbyt wiele czasu, z góry ostrzegam.
- Spokojnie, to tylko kilka pytań. Może na początek, co takiego się wydarzyło, że pani nas opuściła, pani Alu?
- To dość osobiste. Chodziło o moje życie prywatne - udzielam, jak zwykle najbardziej wymijającej odpowiedzi z możliwych.
- To może w takim razie, co się stało, że pani wróciła? - drąży dalej pan redaktor. - I dlaczego akurat jako członek sztabu ekipy słoweńskiej? Były ku temu jakieś szczególne przesłanki? - zasypuje mnie pytaniami.
- Wróciłam również z pobudek osobistych. A Słowenia dlatego, że tam właśnie był wakat na stanowisku psychologa - odpowiadam. Właśnie tego typu pytań się spodziewałam.
I właśnie dlatego, tak bardzo chciałam ich uniknąć.
- Podobnie jak podczas pani pracy w polskiej kadrze, również teraz biało-czerwoni doskonale sobie radzą. Czy to przypadek?
Nie sądzę.
- Radzili sobie również beze mnie. Bardziej interesują mnie obecnie wyniki Słoweńców, bo to oni świadczą o jakości mojej pracy. - Staram się, by moje odpowiedzi tchnęły chłodnym profesjonalizmem. Nie lubię o tym rozmawiać.
Aczkolwiek na profesjonalizm chyba i tak już za późno.
- Bez wątpienia widać efekty. - Uśmiecha się Tadzio. - Ale wciąż kibicuje pani Polakom?
- Nie zapomniałam, kim jestem. To się nigdy nie zmieni - zapewniam.
- Często można panią zauważyć w obecności Petera Prevca... - Tadzio zawiesza głos, a mnie przypomina się blysk flesza sprzed paru dni. Czy jest jeszcze jakikolwiek sens zaprzeczać?
- To pytanie? - Unoszę brew.
- Tak.
- Zatem owszem, można mnie często zobaczyć w jego obecności - odpowiadam przekornie. - Jestesmy blisko, to fakt, ale to również moja prywatna. Pozwoli pan, że nie będę rozwijać tematu. Czy ma pan jeszcze jakieś pytanie, redaktorze?
- Ostatnie. Komu wieszczy pani medale na Igrzyskach?
- Zwycięzcom - mówię bez wahania i zaczynam sie śmiać się. - Nie mam pojęcia, naprawdę. To pytanie dla bukmacherów. Przykro mi, ale muszę juz iść, do widzenia! - mówię, spoglądając na zegarek.
- Do widzenia, dziękuję za rozmowę! - woła za mną redaktor, a ja oddalam się stamtąd czym prędzej i niemal natychmiast wpadam na roześmianą Katkę.
- Nieźle cię wymaglował - śmieje się ze mnie.
- Nie powinnaś dopingować Cene spod podium? - sarkam.
- Ceremonia się skończyła - uświadamia mi. - Wygrał ostatni konkurs Pucharu Świata przed Igrzyskami, co ci to mówi? - Szczerzy się do mnie rozradowana.
- Że następny wygra po Igrzyskach. Dobrze wiesz, że to zupełnie inny rodzaj presji, a Cene jest mało doświadczonym zawodnikiem - studzę jej zapał.
- A od czego ty tam jesteś, hm? - Katka bierze się pod boki, a mnie przed oczami staje Nejc i jego oskarżenia.
I uświadamiam sobie, że oboje mają rację. Nie da się łączyć pracy i życia osobistego, bo nie da się ich oddzielić. Boleśnie się o tym przekonałam.
Nie stać mnie na ponowne popełnienie tego błędu.
- Obiecuję ci, że wyciągnę z niego wszystko, co najlepsze. Ale to dyspozycja dnia, nie mam wpływu na wszystko - tłumaczę jej, a ona kiwa głową.
- Dobra, dobra. Ja już znam to twoje psychologiczne czary-mary.
- To "czary-mary" lepiej wyszłoby dla niego w twoim wykonaniu. - Szturcham ją żartobliwie. - Chyba nie muszę ci tłumaczyć, na kim chce wywrzeć dobre wrażenie, co?
- Ty masz właśnie pilnować, żeby nie przeholował. Jeszcze weźmie przykład z młodszego brata i fiknie koziołka na skoczni. - Katka wspomina Domena i jego akrobacje w powietrzu w pierwszej serii. - Albo ze starszego, który, żeby zaimponować dziewczynie i jej rodzicom z wrażenia zaorał tyłkiem po śniegu. Właśnie, gdzie oni są?
- Wysłałam ich do kawiarni w COSie... o matko, muszę tam iść! - Przypominam sobie nagle, bo przez to wszystko straciłam poczucie czasu.
- Idź, idź, ja wrócę późno, a Werka nie wiem kiedy, więc nie szalej, ok? - woła jeszcze za mną. - Nie zdemoralizuj mi siostry, jasne?
Wpadam nieco zestresowana do kawiarni, gdzie moi rodzice w najlepsze konwersują z Peterem, który zadaje się całkiem ujął ich swoim urokiem osobistym. Wygląda na to, że drobne problemy w komunikacji im wcale nie przeszkadzają. Nawet się śmieją razem!
- Coś mnie ominęło? - Podchodzę do nich, z lekką podejrzliwością na twarzy. Na sto procent właśnie mnie obgadywali.
- Nie, nie, wszystko w porządku. Peter nam już o wszystkim opowiedział. Jest o wiele bardziej rozmowny od ciebie, kochanie - zarzuca mi mama.
- Chcę wiedzieć, co wam powiedział, czy raczej nie? - Obrzucam go karcącym spojrzeniem.
- Nic nadzwyczajnego, opowiadałem o tym, czym się tutaj zajmujesz - odpowiada Peter, a ja unoszę wysoko brwi. Nie jestem pewna, czy ta odpowiedź mnie uspokoiła.
- Będziemy się już zbierać - informuje mnie mama. - Tatę wezwali na konferencję jutro z samego rana, nie może się spóźnić, bo szykują jakiś poważny projekt. Zobaczymy się jak wrócisz, dobrze?
- Dobrze - odpowiadam, a mama całuje mnie w policzek, po czym tata pomaga jej założyć płaszcz. Żegnają się ze mną raz jeszcze i wychodzą z kawiarni.
- Zamówiłem ci twoja ulubioną herbatę - mówi Peter, wskazując mi krzesło i faktycznie niemal natychmiast pojawia się kelnerka z parującą filiżanka herbaty, za którą ostatnio szaleję.
- W końcu coś, co da się pić, dziękuję. - Szybko biorę łyk i mocno obejmuję filiżankę, by ogrzać dłonie. - Jak było?
- Bardzo miło, to naprawdę wspaniali ludzie. I wcale nie pytali o nasze przyszłe dzieci, ani nic w tym stylu - dodaje ze śmiechem.
- Wolałam przygotować cię na najgorsze. Naprawdę mi zaimponowałeś tym, co zrobiłeś, wiesz? - mówię czule, biorąc go za rękę. - Nie spodziewałam się tego.
- To naprawdę niewiele, ale wiedziałem, że sprawię ci tym radość. Ale nie spodziewaj się więcej, niby takie podobne języki, a chyba pół godziny ćwiczyłem z Katką te kilka słów - wzdycha.
- Wyszło ci perfekcyjnie. - Uśmiecham się szeroko. - I chyba zrobiło wrażenie.
- Mam nadzieję. Ala... musimy porozmawiać - dodaje nagle poważnie.
- Coś się stało? - niepokoję się.
- Teraz będziemy mieć dziesięciodniowe zgrupowanie w Planicy przed Igrzyskami, trener ci pewnie mówił... I chcielibyśmy, żebyś nam towarzyszyła w tym czasie - mówi Peter, biorąc mnie za ręce. - Wiem, że wolałabyś pewnie wrócić do domu i pobyć z rodziną, bo przecież wrócisz do domu dopiero po powrocie z Korei, ale... Ale bardzo nam na tym zależy. Całej drużynie. Bo nigdy jeszcze nie było tak dobrze i boimy się, że nas to przerośnie. Więc potrzebujemy cię, by ktoś studził nasz zapał, pomógł twardo stąpać po ziemi i jednocześnie nie porzucać marzeń. Robił to, co ty potrafisz robić najlepiej na świecie. Bo przecież jesteś w tym najlepsza, prawda?
- Tak powiadają - mówię skromnie. - I bardzo się cieszę, że zależy wam na mojej obecności, to wiele dla mnie znaczy. A tak się składa, że właśnie o tym chciałam z tobą porozmawiać - dodaję nieco niepewnie, bawiąc się uszkiem filiżanki. - Moja mama miała rację, mówiąc, że wydaję majątek na paliwo jeżdżąc tam i z powrotem, choć to akurat nie jest problem. Chodzi mi o to, że... - wzdycham i podnoszę wzrok, by spojrzeć mu w oczy. - Chodzi o to, że postanowiłam na stałe wprowadzić się do mojego mieszkania w Kranju.
Czekam na jego reakcję z odrobiną obawy. To znaczy, wiem, że się ucieszy, ale nie jestem pewna, jak potraktuje moje słowa. Jako deklarację? Jako zwykłą oszczędność czasu i pieniędzy? Jako kolejny krok do przodu?
Chyba problem w tym, że sama nie wiem, co to tak właściwie znaczy. Wiem tylko, że najwyższy czas to zrobić. Długo zwlekałam z tą decyzją. Nie mogę być dalej zawieszona "pomiędzy".
- To wspaniała wiadomość! - odpowiada, uśmiechając się szeroko i mocno ściska moje dłonie. - Martwiłem się, że stanie ci się krzywda, przecież takie ciągle jeżdżenie musi być strasznie męczące. Ale nie chciałem tego sugerować, żebyś nie czuła presji.
- Dziękuję, że pozwoliłeś mi samodzielnie dojrzeć do tej decyzji. - Uśmiecham się z ulgą. - Jutro pojadę do domu i wezmę część rzeczy i będę się powoli wprowadzać. Bo na razie mam tam tylko światło w lodówce, śpiwór, poduszkę, szczoteczkę do zębów i jakieś dresy na zmianę.
- Koniecznie weź jakiś obrazek do powieszenia na ścianie - mówi poważnie Peter. - Ponoć to pierwszy krok do zadomowienia się w nowym miejscu. Nawet jeżeli nie masz połowy mebli, zaczynasz utożsamiać to miejsce z domem.
- To ja powinnam wiedzieć takie rzeczy. - Mrużę oczy, a Peter nachyla się nad stołem i całuje mnie delikatnie.
- Idziemy? - pyta, a ja kiwam głową.
Wstajemy, a Peter obejmuje mnie w pasie i nieśpiesznie idziemy do windy. W holu zauważam Kruczka otoczonego chmarą dziennikarzy. Zwalniam nieco kroku, by usłyszeć:
- ...do Korei pojadą: Kamil Stoch, Maciej Kot, Piotr Żyła i Dawid Kubacki. Kto pojedzie jako piąty, rozstrzygnie czwartkowy trening w Wiśle, a najmocniejszymi kandydatami są Klemens Murańka oraz Jakub Wolny. Dziękuję państwu. - Kruczek ucieka spod ostrzału kamer i podchwytuje moje spojrzenie.
A ja bardzo mocno pilnuję się, by moja twarz nie wyrażała absolutnie nic.
Klemens prawdopodobnie nie pojedzie na Igrzyska.
A mnie nie wolno nic z tym zrobić.
- Wszystko w porządku? - pyta mnie Peter, a ja kiwam głową.
- Tak, chodźmy - mówię, zaciskając usta i wtulając się w niego mocniej.
Są rzeczy ważne i ważniejsze. Klemensowe Igrzyska są zaledwie ważne.
___________
Halo, halo, jest tu ktoś jeszcze? Nie zdziwiłabym się, gdyby nie. Ile mnie nie było? 9 miesięcy? W tym czasie można dziecko urodzić!
(Nie, nic z tych rzeczy).
Tak czy siak, nadszedł ten czas. Mamy sezon olimpijski, a ja nadal jest w głębokiej, czarnej... dziurze z tym czymś powyżej. Rzeczywistość jest inna niż przewidywałam, nie zapowiada się, by Klemens miał się załapać na Igrzyska (jak wyżej) i trochę mi smutno z tego powodu. I chyba muszę się streścić, jeżeli chcę się wyrobić przed ZIO, nie?
To tego, zadowoleni, z tego, co tam spłodziłam? Taki trochę długi wyszedł, nie?
PS: Tak, wiem, że nie ma akapitów wszędzie. Później będę z tym walczyć, ok? W ogóle trochę na gorąco ten rozdział, ale czas mnie goni, więc łapcie :)
Jurij naucz mnie żyć!
OdpowiedzUsuńAa kocham! No nareszcie, NARESZCIE! ❤ Świetny rozdział, tak trzymaj!
OdpowiedzUsuńWidzę, że samo pojawienie się rozdziału, wywołało niesamowite emocje ;)
UsuńGdy wyrzuciło mi, że jest tu coś nowego, to kilka razy pytałam samą siebie co to za opowiadanie, później przejrzałam zwiastun i wszystko do mnie wróciło. Nie ukrywam, że mnie to cieszy. Praktycznie w tym samym stopniu jak to, że wracasz i życzę Ci, żeby tworzenie następnego rozdziału nie zajęło aż dziewięciu miesięcy.
OdpowiedzUsuńDo zobaczenia (mam nadzieję, że) już niedługo. ;)
No dość długo mnie nie było, alw obiecuję poprawę;) chcę doprowadzić to do końca ale z klasą :)
UsuńTak jak mówiłam, liczyłam na to, że uda mi się machnąć jakieś komentarze w przerwie świątecznej - i oto jestem. Ale to nie będzie nic długiego.
OdpowiedzUsuńWiesz co? Przeczytałam i zaczęłam zbierać myśli. I jakoś tak przyszło mi do głowy, że ja za każdym razem piszę tu mniej więcej to samo. Bo w gruncie rzeczy nic się nie zmienia. Są te małe kroczki (często jeden do przodu i dwa do tyłu), żeby Ala i Klemens wyrwali się z tego uczucia, ale tak naprawdę to chyba niemożliwe. Zaczynam coraz bardziej przekonywać się do wersji, że to wszystko skończy się jednym wielkim pierdolnięciem, wszystko się wyda i mnóstwo osób będzie pokrzywdzonych przez dwójkę kochających się, zagubionych, niepewnych i pełnych poczucia winy ludzi. A przecież niby wszystko idzie w dobrą stronę.
Może to ja jestem jakaś dziwna?
Nie wiem, po prostu wydaje mi się, że nie da się odkochać. A przecież Ala ma u boku rewelacyjnego faceta, który jest dla niej zdolny nawet podjąć trud nauki języka polskiego. I zapoznać się z jej rodzicami, choć są oni rzeczywiście troszkę przypałowi XD Kibicuję Ali i Peterowi bardzo, bardzo! Ale wciąż wydaje mi się, że to się nie uda. To, że ona przeprowadza się na stałe do Słowenii sprawia po prostu, że będzie jej się wygodniej pracować, choć oczywiście jest to dość duży krok. Ale sam ten fakt nie będzie jakimś krokiem milowym w relacji Ali i Petera. Tak mi się przynajmniej wydaje.
No nie wiem. Wciąż mam wrażenie, że Ala i Klemens cały czas grzebią się w tym samym bagnie. I o ile ona potrafi jakoś zachować twarz, jemu to wychodzi coraz gorzej. I Igrzyska obejrzy sobie raczej w telewizji.
Smutne to wszystko :(
P.S. Właśnie sobie uświadomiłam, że z takiej ilości tekstu ja bym zrobiła pewnie z dziesięć rozdziałów XD
Tak, tak. Ja i moje "zaraz odpiszę". Ja, yhy! - jak mówi mój kolega.
UsuńPisałam Ci, że masz bardzo trafne spostrzeżenia no i masz. Ja też mam ciągłe wrażenie, że piszę o tym samym, mimo iż z tym walczę. Ale to chyba tylko obrazuje, jak bardzo trudno jest się odciąć Ali i Klimkowi od tego uczucia, skoro nawet ja, jako ich twórca mam z tym problem.
Klemens próbuje zapomnieć, a Ala nie tylko zapomnieć, ale też coś z tym zrobić. Przeprowadzka nie jest dla niej łatwa, ale to chyba najlepszy sposób by zacząć od nowa. Taki ktoś jak Peter chyba na to zasługuje, nie? Nawet jeżeli ta nauka polskiego ograniczyła się do jednego zdania :P.
A rodzice? Cóż wzorowałam ich na własnych i są taką trochę ich przerysowaną wersją, przynajmniej w niektórych aspektach. I faktem jest, czasem jest z nimi wesoło :P
Zmykam pisać dalej, może uda mi się wplątać z tego węzła gordyjskiego uczuć :P
Buziak!
PS: Ja od dawna staram się te rozdziały skracać, ale efekt jest odwrotny :< Czasem Ci zazdorszczę tej umiejętości streszczania się :<
Lubię momenty gdy Ala na chwilę ucieka od skocznego świata i spotyka się z przyjaciółmi, rodziną. Chociaż ucieczka to w tym wypadku za duże słowo, w końcu to chwila dla znajomych, mały reset po intensywnych tygodniach. Moje serduszko podbił fragment o mistrzach świata w życiu Ali i przyjaźni ze Stochem. Biedny Marcin tak pominięty :<
OdpowiedzUsuńKlemensa mam dość. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni. Ale w tym rozdziale najbardziej podpadł mi Cene. Człowieku nie paplaj tyle i to w towarzystwie kogo? Pana Klemensa. No gratuluję! (Tak wiem, gdyby wiedział to by nie powiedział, a że nie wie to papla na lewo i prawo). Klemens usłyszał wszystko i już gotowy by lecieć do Alki i chronić ją. Bo zły Peter na pewno ją zrani. Niestety, to ty wplątałeś ją w chory układ z którego nie pozwalasz się wyplątać. Chociaż pojawiła się iskierka nadziei, nie poleciał do Ali albo dać w pysk Peterowi. Szok i niedowierzanie. Tylko teraz zaczyna klepać bulę. A kto będzie się tym stanem zamartwiać? Wszyscy.
Bitwa druga: rodzice. Tata żartowniś, gdyby nie on ta rozmowa mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, a tak jest lekko, łatwo i przyjemnie (Ok, zagalopowałam się ale rozmowy na takie tematy z mamami zawsze wyglądają inaczej). Będzie spotkanie z teściami! Peter bój się!
Wspólny pokój z Peterem, wielkie wejście do łazienki i jakie widoki na dzień dobry :D
Jurij i tata Alki dogadaliby się. Taki sam poziom żartu. Odpowiedź Petera zaskoczyła. Rozbrykał nam się.
Ja chyba przestanę komentować fragmenty z Klemensem bo to ciągłe nadawanie na niego jest już nudne. Zdziwiła mnie Agnieszka w tym fragmencie. Myśli, że Alicja i Klemens są przyjaciółmi, Alicja odmawia udzielenia pomocy (dyplomatycznie ale jednak)a ta wzrusza ramionami i zwala to na stan zakochania. Myślałam, że będzie jej wiercić dziurę w brzuchu, aż ktoś ją opieprzy.
Wracaj do łazienki- akcja mi się rozkręca. Kupiłaś mnie tym! Jeszcze będzie musiała się nim zajmować. Potraktowała Petera jak duże dziecko. Przygotowanie do poznania teściów rozpoczęte, przepakowanie busa, omijanie korków, pogawędki przy prowadzeniu busa. Lubie te fragmenty wiesz? Są takie luźne, nie wiem jak Ci się to pisało ale bardzo fajnie się to czyta.
Pierwsza ofiara Petera: Kot Maciej. Peter czy ty już nie podejrzewałeś wcześniej Klemensa? Wymysły Tadzia i już zmieniasz swoje typy? Oj w programie takim jak Agent nie zaszedłbyś daleko :D
Dawid- kocham człowieka! Jego i Zuzannę <3 I te obrazowe porównania.
Klemens spinaj dupe i jedź na igrzyska bo Alka znowu będzie się o ciebie martwić. A może on to robi specjalnie? Znaczy nie żeby chciał wypaść z ekipy, ale do kiedy ma poważne problemy jest szansa, że Ala pojawi się koło niego, złapie za rękę i zacznie przeprowadzać psychologiczne analizy które go uskrzydlą. Wiem pokrętne, nie lubię Klemensa to i takie wymysły powstają.
Peter jak ty potrafisz zapunktować! Kilka zwrotów po polsku i podbijasz serca matki i dziewczyny (tata chyba będzie bardziej wymagający).
Poważne kroki: przeprowadzka na stałe. Jestem ciekawa co z tego wyjdzie. Trzymam za nich kciuki.
Tez lubię te "nieskoczne" momenty, alw nie moge ich za dużo dawac, bo przecież nie o tym chcecie czytać.
UsuńWieeeeeem, że nie lubicie Klimka :(. Tzn że kreacja postaci poszła w innym kierunku niż zamierzałam. A na Cenusia proszę niw krzyczec - toc to niewinna istotka jest! A o fandze w nos nie pomyslalam!
Taaaak tata Mittner i Jurij by sie dogadali, bez dwoch zdan. Obaj potrafia doprowadzic Ale do bialej goraczki xD.
Alka to ma pecha z tą lazienką ;)
Powiem Ci szczerze że to pierwotne podejrzewanie Klimka to moje niedopatrzebie, bo watek Maciusia wyszedl mi w praniu. Wiec tego, uznajmy ze tego nie bylo, Peter byl zazdorsny pierwotnie po przyjacielsku, ok? :p
Dawid + Zuza = W.M. ♡
Pomysl ze Klemens robi ro specjalnie, jest... ciekawy. I byc moze podswiadomie faktycznie tak robi. Czy swiadomie? Watpie, za bardzo kocha to co robi, za bardzi mu na tym zalezy.
Choc przeciez w pierwszych rozdzialach chcial dla Ali rzucic skoki, wiec kto wie?
Pero poliglota :)
No, teraz są juz chyba na ostatniej prostej, co nie?
Buziak :*
Ciekawy? Bądźmy szczerzy, głupiutki. No ale wpadło mi to do głowy i wyjść nie chce. Zresztą kto wie czego chce podświadomość Klemensa.
UsuńW tym rozdziale był taki kochany humor, aaaaa! I kocham Alę z Peterem, naprawdę. Lecę czytać dalej <3
OdpowiedzUsuńHumorek dopisywał, nie zaprzeczam XD
UsuńCzekam niecierpliwie!
PS: ja też ich kocham! <3
Ooo! Karolina! Opowiadanie bez wzmianki o Karolinie to nie opowiadanie. To imię jest już wszędzie!
OdpowiedzUsuńCene! Mógłbyś sie czasem powstrzymać i trzymać język za zębami?
A ty Klemens posłuchaj Kamila. On cie chce mianować swoim następcą, więc bądź dobry uczeń i go posłuchaj. Choć trochę.
Ooo tatuś Ali. Świetny człowiek, choć pewnych rzeczy mógłby jednak nie mówić. Póki co.
Ojojoj. Wspólny pokój. Jurij będzie mieć zabawę na kilka dni, a Peter chyba wcale nie chce mu w tym przeszkadzać.
Ufff! Uciekła od Klemensa. Ale Agnieszka chyba nie spocznie. Będzie chciała by pogadali znów .
Ooo. Werka bierze się za Wellingera. Nie powiem. Milka wcale nie taka zła partia.
"Awaryjnie, to ty lepiej idź do apteki" - popieram w 100%
Ewie może i się nie odmawia, ale co na to Janus??? I naprawdę biedny będzie nasz Kacperek. Oj biedny.
Ja naprawdę myślałam, ze Słoweńcy jacyś bardziej ogarnieci, ale widzę że i im Bozia rozumkiem w nadmiarze nie obdarowała. Dosyć zabrać to jeszcze w tak perfidny sposób wykorzystać telefon kolegi. Nie ładnie, oj nieladnie.
5 lat różnicy to wcale nie tak duzo, wiec luzik Kasieńka. Twój chłopczyk dwa razy młodszy od ciebie a jakoś ci to nie przeszkadza ;p
Nejc, ty to milcz, a nie wtryniaj nos tam gdzie cię nie prosza!
Alicjo Mittner! Co to za ładowanie się do łóżka Petera! On ma jutro zawody!!! Więc ma się wyspać, ty chcesz mu zabrać przestrzeń do spania.
Co ci bedni Słoweńcy zrobili by bez Ali. I bagaże poukłada, i busa poprowadzi. Kobieta nie zastapiona.
A Jurija coraz bardziej lubię.
"obrzucił mnie takim spojrzeniem, jakbym mu chomika rozjechał. I to z premedytacją" O matulo. Co za porównanie. Ale wcale się Peterowi nie dziwię, ale Kociakowi współczuje
Ach te kobiety. Zawrócą w głowie tak, ze faceci o Bożym świecie zapominają i nawet nie ogarniają, ze konkurs wygrali.
Okej nie lubię Klemensa ale niech zepnie dupe i jedzie do Korei. Bo jego smentow długo już nie zniose, a tak to chociaż jedne mały powód radości by był.
Nononi. Petero. Tyvto umiesz zaimponować teściom. Ale mamuśka z tą przeprowadzką do Słowenii tez wypaliła. Córuni chce się już całkiem z domu pozbyć?
Peter! Gdzie jest twój sobowtór? Potrzebuje takiego. Niekoniecznie musi skakać na nartach.
Nonono. Alicja co za męska decyzja. Tylko może załatw sobie najpierw jakieś łóżko, bo nawet z obrazkiem na ścianie nie będzie się tak fajnie spało w tym śpiworze.
Znowu skład na igrzyska wywróżyła (no dobra, takiego trudne to nie było, ale jednak) Kubuś na igrzyskach? Ach to byłoby coś. Może za 4 lata. Bo pewnie i tak Klemens pojedzie. Ale niekoniecznie musi skakać przecież...
Otóż to Ala. To tylko rzecz ważna, a w ważniejsze się wtulasz i błagam nie schrzań tego!!!
I co Ci tu jeszcze napisać. Pięknie nam się rozkręca miłość i tylko czekać na zaproszenia na wesele państwa Prevców. Pytanie tylko których ;)
Jestem ciekawa czy Aga się kiedykolwiek dowie o romansie Ali i Klemensa i czy Peter odkryje z kim musi dzielić miejsce w sercu Ali. I co z tym Maciejka??? Przecież nie bez powodu jest go tak dużo i to z problemami.
Uciekam czytać dalej. Obym zdążyła przed epilogiem :)
Całuski, Karolka ;***
Bo Karolki fajne są!
UsuńCene papla :p
Jak pisałam scenę z rodzicami to sobie przypomniałam, dlaczego w wiekszosci opowiadań usmiwrcam ich lub wysyłam do Australii xd
Jurij to zawsze ma uzywanie na nich.
Biedny milkaboy nie wie na co się pisze :p
JAKIE DWA RAZY MLODSZY?!
ona chuda jest, nie zabiera duzo miejsca, Pero sie wyspi, chill :p
Oni wszyscy takie nieogary no!
Alka sie wszedzie wyspi :p
Czekam niecierpliwoe na ciag dalszy Twoich pdzemyslen! <3