14 sierpnia 2016

ROZDZIAŁ 19. "Poszczuję cię krokodylem!"

[Alicja]
- Kicia, coś ty taki przybity? - siadam koło niego na ławce w szatni i przyglądam się, jak bawi się breloczkiem przyczepionym do klemensowej torby. - Przecież było pudło wczoraj, więc o co chodzi…?
- Ech, Ala. Bo ty nie rozumiesz – wzdycha ciężko Kot i odsuwa torbę od siebie czubkiem buta.
- Więc mi wytłumacz – mówię spokojnie i zmuszam go do nawiązania kontaktu wzrokowego. - Po to tu w końcu jestem.
- Bo… - drapie się po głowie i wzdycha raz jeszcze. - Bo chodzi o to, że teraz wszyscy się spodziewają po mnie jakichś fantastycznych wyników, a ja przecież pewnie nie stanę dziś na podium. I to będzie regres, i…
- Kicia – przerywam mu. - Kamil wygrał w Klingenthal, tak?
- No, tak.
- A w Kuusamo?
- No… Klimek wygrał drugi konkurs, pierwszy Prevc – Maciek marszczy czoło próbując sobie przypomnieć szczegóły. Albo by zrozumieć do czego dążę.
- Kamil więc nie wygrał, tak? - upewniam się, że się dobrze rozumiemy.
- No… nie – zgadza się ze mną.
- Uważasz, że zaliczył regres, w związku z tym? - unoszę brew, gotowa powiedzieć „szach-mat”.
- No nie… ale to przecież Kamil! – Kot wzdycha po raz kolejny, tak głęboko, że aż zdmuchuje ze stołu serwetkę.
- A ty jesteś Maciek. Maciek Kot, zwany Kocurem, Kicią, Maciejką, Sierściuchem i co tam jeszcze się twoim faneczkom uroiło w głowie – mówię, a Kocur uśmiecha się lekko. - I nikt, powtarzam – nikt, nie ma prawa oczekiwać od ciebie teraz samych podiów i wygranych, tak? Nikt, prócz ciebie samego, a Maciej Kot jest wystarczająco wymagający, więc nie potrzebujesz innych motywatorów. Zatem wąsy do góry i idziesz na górę rozwalić tę skocznię, jasne? - szturcham go w ramię, a Kot oddaje mi ciosem w żebra, który zabiera mi dech w piersi.
- Jasne, szefowo – mruga do mnie i zaczyna się zbierać. - Tylko – wzdycha – nie wiem, gdzie są moje gogle.
- Masz je na szyi, ofermo – uśmiecham się krzywo. - A westchniesz mi jeszcze raz, to cię zdzielę nartą po tych twoich ufryzowanych kłakach! Jeszcze tego brakowało, żeby Tepes odwołał konkurs przez nagły huragan wywołany tymi twoimi westchnieniami…! - grożę mu żartobliwie palcem i wypycham za drzwi, dając jeszcze na odchodne kopniaka na szczęście.
Już mam zamknąć drzwi, kiedy w progu pojawia się Klemens.
- Alicja? Możemy pogadać? - pyta, a ja kiwam głową.
- Ala?
Otwieram jedno oko, zaskoczona nieznanym mi głosem. To znaczy, głos jest znany, ale zupełnie niespodziewany.
- Cene? Co ty tu robisz o tej porze? - zerkam na zegarek i nie podoba mi się fakt, że mogłabym jeszcze pospać przynajmniej trzydzieści minut. W porywach do godziny, ale to związane by było z koniecznością szybkiego sprintu na jadalnie i zjedzenie śniadania w ekspresowym tempie.
- Bo ja… - wzdycha ciężko. - Bo ja potrzebuję rady – siada na skraju mojego łóżka.
- W sprawie skoków, czy w sprawie Katki? - pytam od razu, bo trzeciej opcji nie ma.
- Katki. Bo chodzi o to, że… - zaczyna niepewnie, ze spuszczonym na kolana wzrokiem.
- Czerwone tulipany – przerywam mu w pół słowa. - Ewentualnie różowe, mogą być nawet pół na pół. Nie więcej niż dziesięć – zastrzegam. - Potem marudzi, że nie ma w domu tak wielkiego wazonu… a w podróży tym bardziej będzie narzekać.
Cene patrzy na mnie z szeroko otwartymi oczami i lekko opadniętą szczęką. Wygląda teraz jeszcze bardziej uroczo, a co za tym idzie, jeszcze młodziej niż zazwyczaj. O ile to w ogóle możliwe.
- Skąd wiedziałaś? - mruga gwałtownie i powstrzymuje opad szczęki. - Choć w sumie o co ja pytam… Po to tu w końcu jesteś, nie? - powtarza moje słowa.
- Aby chronić cię przed zemstą Freitaga…? - śmieję się. - Owszem. Rozumiem, że skończyłeś z podkradaniem podiumowych kwiatków? - upewniam się, przebierając srogi ton.
- To teeeeż… ale bardziej dlatego, że stwierdziłem, że Katka zasługuje na coś bardziej… osobistego – mówi i czerwieni się przy tym jak pomidor.
Nigdy w życiu nie widziałam nic bardziej uroczego od zawstydzonego Cene Prevca. Wliczając w to szczeniaki labradora.
Uśmiecham się lekko na ten widok, ale nie komentuję, by nie zawstydzać go jeszcze bardziej. 
- Dzięki, Ala. Naprawdę bardzo mi pomogłaś – młody Prevc wstaje, a ja jestem już na tyle przytomna, że w końcu zauważam co w jego aparycji mi nie pasowało.
- Cene, czy ja dobrze widzę, że masz na sobie… piżamę w misie? - pytam z lekkim niedowierzaniem, przecierając dla pewności oczy, ale Kubusie Puchatki ani trochę nie chcą zniknąć z flanelowej koszuli i spodni.
Prevcowi rzednie mina i patrzy na mnie z lekkim wyrzutem, jakby liczył, że tego nie zauważę.
- Nie masz młodszego rodzeństwa, prawda…? - upewnia się, a ja kiwam głową. - Moja rada więc ci się nie przyda: nie spuszczaj z oka walizki przed wyjazdem, jeśli chwilę wcześniej wywinąłeś kawał młodszemu bratu – krzywi się, ale w oczach ma figlarne błyski. - Dobrze przynajmniej, że był sprawiedliwy i zemsta dosięgła też Petera, był tak samo winny jak ja…
- Co wy mu zrobiliście? - pytam ze śmiechem, a Cene próbuje naciągnąć przykrótką piżamę. Nogawki sięgają mu zaledwie do połowy łydki, a rękawy trochę poza łokcie.
- Schowaliśmy mu jego podręczniki z fizyki i matmy, a w zamian podłożyliśmy kolorowanki Emy z dopiskiem „książeczka małego geniusza” - mówi Cene, a ja nie potrafię się nie uśmiechnąć. - Peter namówił małą do oddania kolorowanek, a ja schowałem podręczniki na strychu pod stertą starych czasopism mamy. No, ale Domen się zorientował i przed wyjazdem wyjął z naszych walizek wszystkie dresy do spania, a mnie podrzucił swoją starą piżamę – naciąga z lekkim obrzydzeniem materiał. - Dlatego jest taka krótka. Dla Petera nic nie znalazł, więc ten paraduje teraz w nocy w samych bokserkach…
Hmm… to by wiele wyjaśniało.
- Nie zostawił wam ani jednego dresu? – pytam z niedowierzaniem.
- No, tylko po jednym do biegania… Ej, przecież nie będę w nim spać! – Cene wywraca oczami. - I tak mamy szczęście, bo jak zadzwoniliśmy do niego z pretensjami to poinformował nas, że udało mu się znaleźć starą piżamę Niki z My Little Pony, ale uznał, że żaden z nas i tak się w nią nie wciśnie.
Tym razem już zupełnie nie mogę się powstrzymać i wybucham niepohamowanym śmiechem, bo wizja Petera wciśniętego w ciasną piżamkę z tęczowymi kucykami jest tak absurdalna, że wiem, że nie pozbędę się jej chyba do końca dnia, jeśli nie dłużej.
Cene dalej siedzi ze skwaszoną miną, ale po chwili dołącza się do mojego wybuchu wesołości. Kiedy w końcu się trochę uspokajam, rogiem prześcieradła ocieram łzy cieknące mi po twarzy i patrzę na młodego Prevca z wyrzutem.
- Wiesz, że teraz przez ciebie nie będę w stanie spojrzeć Peterowi w oczy przez cały dzień? - pytam. - My Little Pony, no ja nie mogę… - mruczę do siebie.
- Właśnie, a skoro mówimy już o Peterze… - Cene wraca się od drzwi i siada ponownie na moim łóżku, tym razem jest całkowicie poważny. - Jest coś, co powinnaś o nim wiedzieć.
Przenoszę na niego wzrok, a w głowie pojawiają mi się strzępy rozmów i gestów oraz słowa Kasi o tym, że jest coś, o czym nie wiem. Coś, co Peter powinien mi powiedzieć osobiście.
- Jesteś pewien, że on chce żebym dowiedziała się tego od ciebie? - pytam spokojnie, uważnie przyglądając się emocjom malującym na jego twarzy. Cene peszy się nieco i kręci głową. - Więc nie powinieneś mi o tym mówić – stwierdzam łagodnie acz stanowczo.
- Wiem, ale… Ale powinnaś o niej wiedzieć – mówi Cene cicho.
- O niej…? - pytam zaskoczona. Choć bardziej jestem zaskoczona tym, że wcale nie jestem zdziwiona jego słowami. Tak naprawdę wiedziałem, że tą sprawą, na temat której wszyscy tajemniczo milczą jest jakaś „ona”. I to konkretna „ona”. - Chodzi o Katję, prawda?
Cene kiwa głową z niewyraźną miną, jakby żałował, że zaczął w ogóle ten temat. Jakby wiedział, że teraz będę go ciągnąć za język, bo przecież nie może mnie teraz zostawić z tym jednym imieniem i tysiącem pytań w głowie.
Ale tyle mi wystarcza, co również jest zaskakujące. Mam dziwne wrażenie, że ta wiedza wcale nie jest mi niezbędna, że osoba Katji wcale nie będzie mieć wpływu na moją i Petera relacją.
Cokolwiek tak naprawdę to znaczy.
- Dzięki, Cene – mówię powoli. - Myślę, że tyle mi wystarczy. Przynajmniej dopóki Peter nie zdecyduje się powiedzieć mi więcej – mówię z naciskiem, dając mu znać, by już nie poruszał sam tego tematu.
Cene kiwa głową i uśmiecha się lekko.
- Naprawdę jesteś w tym dobra… - stwierdza, nie precyzując bliżej, co konkretnie ma na myśli. - Okej, ja lecę, zanim Anze zajmie mi łazienkę – macha mi szybko na pożegnanie i rusza do drzwi.
- Aha, Cene…? - wołam go jeszcze. - Pamiętaj: różowe i czerwone tulipany, pół na pół.
Cene puszcza mi oko i znika za drzwiami, a ja wracam jeszcze na chwilę w objęcia Morfeusza. Podczas kilkuminutowej drzemki śnią mi się tęczowe kucyki skaczące radośnie przez płotki z napisem „własność Katji Prevc”.

[Klemens]
Naprawdę lubię skakać w Innsbrucku. Nie powiedziałbym, że Bergisel jest moją ulubioną skocznią, ale jest w niej coś przyjemnego. Być może ze względu na dobre wspomnienia z nią związane. Kiedyś Agnieszka zrobiła mi niespodziankę i przyjechała do Innsbrucka z wielkim transparentem i kibicowała mi aż do Bischofshofen. To było dawno temu – byliśmy wtedy parą, ale nawet nie myślałem jeszcze ani o małżeństwie, ani o dzieciach.
No i nie znałem Alicji.
- Alicja? Możemy pogadać? - mijam się w drzwiach z Kotem i wchodzę zrezygnowany do domku.
- Co się stało? - pyta zmartwiona i klepie miejsce obok siebie. Zdaje się, że miała zamiar właśnie wstać, jednak czeka aż do niej dołączę.
Ściągam kask i odkładam go na miejsce, siadam obok niej ciężko i zabieram się za ściąganie butów.
- Zdyskwalifikowali mnie – mówię krótko.
Nie widzę jej twarzy, pochylony nad opornymi zapięciami, ale długa chwila ciszy z jej strony niepokoi mnie. Podnoszę więc głowę i dostrzegam jak przygląda mi się ze zmarszczonymi brwiami.
- Nie wydajesz się zmartwiony tym faktem – mówi w końcu z namysłem.
- A powinienem? - pytam posępnie. - Skoro i tak dużo bym nie ugrał?
- Czy wy wszyscy złapaliście dziś jakiegoś doła…? - wzdycha nagle Alicja jakby poirytowana. - Strach pomyśleć co się z wami będzie dziać w tej Norwegii, gdzie zimno, ciemno i nieprzyjemnie, skoro już tu was łapie jakaś chandra zupełnie nie wiadomo po co i dlaczego… Co ty za bzdury wygadujesz, Klemens?
- No… widziałaś mnie przecież w Oberstdorfie. I w Ga-Pa – wzdycham.
- No widziałam. W Oberstdorfie byłeś siedemnasty, głównie przez to, że w finale Hofer ci belkę przesunął gdzieś pod niebo, a w Ga-Pa czwarty. Wyniki do pozazdroszczenia, a ty się nieomalże cieszysz z tej dzisiejszej dyskwalifikacji – wywraca oczami. - Co jest dziś z tobą nie tak?
- Bo przecież wygrałem w Kuusamo, a teraz… nie potrafię – mruczę pod nosem.
Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu Alicja łapie się za głowę i kręci nią z politowaniem.
- Klemens, na miłość boską, powiedz mi proszę: ile osób naraz może wygrać konkurs?
- No jedna… czasem może dwie – odpowiadam.
- A jak sądzisz, byłoby to ciekawe, a nawet czy byłoby to sprawiedliwe, gdyby ciągle wygrywała ta sama osoba? - pyta dalej.
- Nooo… nie.
- To, że wygrałeś w Kuusamo, a teraz kręcisz się ciągle koło podium, poza tą małą wpadką w Oberstdorfie, nie oznacza wcale, że nie potrafisz już wygrywać. To znaczy, że jesteś w czołówce, która walczy o najwyższe lokaty, bardzo zresztą wyrównanej czołówce – dodaje. - Nie mówię, że masz się martwić dyskwalifikacją, bo zdarza się najlepszym, ale chcę, żebyś spojrzał na to wszystko realnie – można być najlepszym, mimo iż nie zawsze się wygrywa.
- Uważasz, że jestem najlepszy? - pytam zaskoczony.
Alicja uśmiecha się dziwnie.
- Będziesz – odpowiada krótko i sięga po kubek z kawą. Zimną, oczywiście.
Siedzimy w milczeniu obok siebie, zza drzwi dobiega nas głos spikera, zapowiadającego ostatnią parę konkursu – Prevca i Kamila. Czasem zastanawiam się, co będzie, jak zadecyduje o zakończeniu kariery - czy zostaniemy tak samo zgubieni, jak kilka lat temu po odejściu Małysza…?
- Masz ochotę na kawę? - pytam nagle Alicję.
Patrzy się na mnie dziwnie i bez słowa wskazuje na trzymany w dłoniach kubek.
- Mam na myśli taką kawę w kawiarni – wywracam oczami. - Ciastko, lody, przystojny kelner i te sprawy… - kuszę.
- Jesteś na diecie – przypomina mi cierpko. - A ja jestem w pracy – dodaje dla podkreślenia swoich słów.
- Łukasz nie musi nic wiedzieć – puszczam do niej oko i wstaję, podając jej rękę. Odstawia kubek, jednak nadal przygląda mi się podejrzliwie. - Nie próbuj udawać, że nie nęci cię ta propozycja, już trochę cię znam.
- Oj, nie… Nic pan o mnie nie wie, panie Murańka – kręci głową, ale wstaje, chwytając moją dłoń i wspólnie wychodzimy na zewnątrz.
- Klimek, Klimek, nie widziałeś Gębali? - Dawid klepie mnie w plecy, podskakując na jednej nodze. - Skurcz mnie złapał w łydce, jak ja teraz rekord skoczni skoczę w kwali, no jak…? - marudzi, próbując rozmasować mięsień.
- Napnij – radzę mu. - Palce od siebie, a potem do siebie i strząśnij.
Kubacki posłusznie napina mięsień, marudzi jeszcze chwilę, bo noga zaczyna go mrowić, ale kuracja skutkuje i z radością rzuca mi się na szyję.
- Jesteś najlepszy! Skąd znasz takie triki? - pyta, puszczając mnie, na moją głośną i wyraźną prośbę.
- Od Alicji – stwierdzam zgodnie z prawdą. - Ale idź lepiej do Gębali, żeby ci to nie wróciło w kwali.
- No! Muszę przecież rekord skoczni poprawić! - Dawid kiwa głową i znika w poszukiwaniu naszego fizjoterapeuty, a ja zbieram powoli swoje rzeczy i ruszam w kierunku wyciągu.
Wolę być na górze nieco wcześniej. Niektórzy przychodzą na ostatnią chwilę, bo stresuje ich takie oczekiwanie, ja jednak lubię siedzieć tam wraz z innymi zawodnikami. Atmosfera tego miejsca ma na mnie dobry wpływ.
Po udanych treningach liczę na dobry wynik w kwalifikacjach. Gdzieś w głowie siedzi mi myśl, że mam szanse na bardzo dobry rezultat w tym turnieju – raczej nie uda mi się powtórzyć wyczynu Kamila sprzed dwóch lat, ale kto wie? - może dam radę wskoczyć jeszcze na podium.
Bardzo bym tego chciał. Bo, niezależnie od wszystkiego, nie mogę zawieść Alicji. Tak po prostu jestem jej to winien, za wszystkie te godziny rozmów, które poświęciła, bym uwierzył, że naprawdę mogę wszystko.
Bo mogę. I mam zamiar to udowodnić. I to nie Alicji, ale po prostu sobie.

[Peter]
Cene wiąże buty, podśpiewując coś sobie pod nosem. Jego dobry humor udziela się i mnie, więc zaczynam nucić wraz z nim. Mój brat milknie na chwilę i przygląda mi się podejrzliwie.
- Ale waszym dzieciom kołysanki to raczej Alicja będzie śpiewać – odzywa się po chwili, kręcąc głową. - Śpiewałem Stairway to heaven, a tobie wyszło Highway to hell. Jak można aż tak fałszować…? - mówi z niedowierzaniem i wzdycha ciężko, poprawiając kombinezon.
- Serio? - dziwię się. - Dałbym sobie rękę uciąć, że to było Vangelis, czy coś w tym guście.
Cene wywraca oczami i rzuca we mnie rękawiczkami. Teraz dopiero docierają do mnie jego wcześniejsze słowa, ale nie odnoszę się do nich nijak. Wiem, że młody żartuje, jednak…
...jednak wizja Alicji nucącej jakąś senną kołysankę małemu dziecku trzymanemu w ramionach nijak nie chce opuścić mojej głowy. Wręcz widzę, jak uśmiecha się do mnie znad kocyków i kładzie palec na ustach, wkładając dziecko do łóżeczka.
- ...weźmiesz w końcu te narty czy mam tu tak sterczeć przez następną godzinę w charakterze stojaka…? - gderliwy głos Cene sprowadza mnie na ziemię. Odbieram od niego sprzęt i obserwuję, jak niemal w podskokach kieruje się na wyciąg.
- Brat, idziesz? Czy oddajesz te kwalifikacje walkowerem? - kpi, przystając na chwilę.
- Idę, idę… Zastanawiam się tylko, dlaczegoś taki radosny? - przyglądam mu się z ukosa, kiedy siadamy na rozbujanym krzesełku.
- Jak to dlaczego? Trening jeden wygrałem, a w drugim też byłem lepszy od ciebie. Nie myśl sobie, że masz tego orła już w kieszeni, przyda mi się teraz nowa bryka – wskazuje brodą Audi stojące na podwyższeniu, nad którym właśnie przejeżdżamy. To ta mniej symboliczna nagroda dla zwycięzcy Turnieju.
- Jasne, jasne, łudź się, młody – mierzwię mu włosy, na co Cene szybko wciąga na głowę kask, zawieszony dotąd na łokciu. - A tak naprawdę, to nie wyniki cię wprawiły taki radosny nastrój, co? - unoszę brew.
- No, nie. Gadałem rano z Alką i tak jakoś wyszło – uśmiecha się szeroko, a ja zastanawiam się, co też takiego Alicja mogła mu powiedzieć.
Prevc, chyba nie jesteś zazdrosny o własnego brata…?
- Mam wieczorem randkę – rzuca Cene jakby od niechcenia, a moje brwi podjeżdżają jeszcze wyżej. - No, co? - obrusza się, widząc moją minę. - Dorosły jestem, nie wolno mi…?
- Wolno, wolno… Ciekaw jestem tylko, co do tego wszystkiego ma Alicja – droczę się z nim.
- Dała mi po prostu kilka dobrych rad – mówi Cene obrażonym tonem, po czym zeskakuje z krzesełka i nie czekając na mnie udaje się na górę.
Dołączam do niego po chwili i przygotowuje się do ostatniego tego dnia skoku. Treningi rzeczywiście poszły mi średnio, byłem trochę rozkojarzony. Czas jednak wziąć się w garść, bo choć to jedynie kwalifikacje, dobra pozycja na starcie to spokojna głowa w konkursie. A spokojna głowa w konkursie to połowa drogi na podium. 
Słowa Alicji, bo to ona jest autorką tej złotej myśli, nie były co prawda skierowane do mnie, ale pomagają mi się skupić na skoku. I  choć kiedy siadam na belce, w głowie mam kocyki, łóżeczko i strzępy dawno nie słyszanych kołysanek, to w żadnym stopniu nie rozprasza to mojej koncentracji. Wręcz przeciwnie. Lecę pewnie i daleko – to jeden z lepszych skoków oddanych podczas tego Turnieju. Z zadowoleniem oglądam tablicę wyników – zajmuję w kwalifikacjach drugie miejsce, tuż za Cene. Zdaje się, że perspektywa wieczoru uskrzydla go tak, że w dniu dzisiejszym jest nie do pokonania. Czyżby naprawdę zasadził się jutro na pierwszy stopień podium…?
Chyba powinienem się mieć na baczności.
Sprawdzam jeszcze, kto jest moim rywalem na jutrzejszy dzień – okazuje się, że to jeden z młodych Norwegów – oraz szybko ogarniam wzrokiem listę, by przekonać się, że w komplecie zakwalifikowaliśmy się do jutrzejszej rywalizacji. Na więcej spostrzeżeń nie mam czasu, bo tuż obok mnie materializuje się nagle Alicja.
- Zrób coś ze swoim bratem – żąda stanowczo.
- A co się stało? - dziwię się.
- Masz do wyrównania wyczyn Hannawalda, a ten ci zaraz wyskoczy z jakimś kosmicznym skokiem jutro i figę z makiem będziesz miał, a nie cztery wygrane konkursy – prycha, biorąc się groźnie pod boki. - Bo co do wygranej, to na orle ponoć już grawerują Peter Prevc, więc nawet nie waż mi się przegrać – grozi mi palcem, ale uśmiecha się przy tym radośnie.
- A wymyśliłaś już jakąś nagrodę…? - pytam przebiegle, Ala jednak wywraca oczami.
- Pracuję nad tym. Lubisz tiramisu może…? - droczy się.
- Lubię. Ale liczyłem, że się bardziej postarasz… - mrużę oczy, robiąc krok w jej stronę i zakładam włosy za ucho. Poprzestaję jednak tylko na tym, bo wszelkie inne gesty wydają mi się nazbyt śmiałe.
Sylwestrowa noc była wyjątkiem, podczas której oboje pozwoliliśmy sobie na więcej, niż byliśmy obecnie gotowi sobie zaprezentować. Wciąż istniały sprawy między nami, które wymagały wyjaśnienia, a bez tego pewne granice były dla nas nieprzekraczalne.
- Zobaczymy, co da się zrobić. Na sernik nie licz, bo wychodzi mi zawsze kamienny! - ostrzega mnie, puszczając do mnie oko i obraca się na pięcie, momentalnie znikając w gęstym tłumie.
Podchodzę do Cene i składam mu gratulacje, jednak słucha mnie tylko jednym uchem, rozglądając się za kimś intensywnie. Pierwszy dostrzegam w tłumie kibiców Katkę, odchodzę więc, bo Cene i tak za moment przepadnie dla świata. Dziewczyna podchodzi do niego zresztą chwilę później i z miejsca zaczyna poprawiać mu sterczące we wszystkie strony włosy.
W chwilach takich jak ta, nieco zaczynam mu zazdrościć prostoty, z jaką podchodzi do życia w każdym jego aspekcie. Umiejętność niekomplikowania najprostszych nawet spraw to coś, czego mi zdecydowanie brakuje.
Wzdycham ciężko i idę się przebrać, mój żołądek bowiem daje o sobie znać, czym prędzej więc chce się znaleźć z powrotem w hotelu. Obiad jemy w niepełnym składzie, ponieważ część ekipy, między innymi Alicja, Janus i Anze, postanowili zjeść na mieście i pozałatwiać przy okazji różne sprawy, na popołudnie nie mam zaś żadnych planów, wracam więc do pokoju i sięgam po książkę.
Jurij kręci się po pokoju niespokojnie, jakby nie mógł znaleźć sobie miejsca. Patrzę na niego z ukosa, jednak on tego nie zauważa.
- Coś się stało? - pytam.
- Anja upadła rano na treningu i nie mogę się do niej dodzwonić - mówi, siadając na łóżku. - Martwię się, że to coś poważnego...
- Spokojnie, pewnie telefon jej padł. Przecież twoja siostra wiecznie zapomina go naładować - przypominam mu.
- Racja. Dzięki, Pero - uśmiecha się lekko i podnosi się do pozycji stojącej. - Chyba się przejdę trochę. Idziesz ze mną? Czy dalej psujesz sobie wzrok...? - rzuca złośliwie, wskazując czytaną przeze mnie książkę.
- Raczej sobie tu posiedzę i potrenuję szare komórki - odpowiadam. - Tobie też by się czasem przydało - nie mogę się powstrzymać przed tym przytykiem, ale Jurij rezygnuje z riposty i szybko wychodzi.
Przenoszę wzrok z powrotem na książkę, jednak nie mija dużo czasu, nim orientuję się, że nie w taki sposób mam ochotę spędzić popołudnie. Skoro Cene zabiera gdzieś wieczorem Kasię, to znak, że Alicja z kolei ma wolny wieczór... Choć w jej przypadku nigdy nic nie wiadomo.
Rozglądam się w poszukiwaniu zakładki, którą wpycham między stronnice książki, zakładam buty i ruszam do wyjścia. Wciskam przycisk przywołujący windę, która przyjeżdża jak na zawołanie, a ja z zaskoczeniem odkrywam, że wysiada z niej  Alicja we własnej osobie.
- O, Peter. Właśnie się do ciebie wybierałam – mówi na mój widok, a ja nie potrafię się nie uśmiechnąć na te słowa.
- Tak się składa, że ja do ciebie – odpowiadam, a Ala wysiada z windy, by jej nie blokować. - Pomyślałem, że moglibyśmy gdzieś wyjść wspólnie, skoro mamy wolny wieczór. Wiesz, relaks przed konkursem – zastrzegam, by nie potraktowała tego zbyt osobiście. Obawiam się, że w takim wypadku natychmiast by odmówiła. Jak sama stwierdziła – jest w pracy. Ja, zresztą, zasadniczo też.
- A ja chciałam cię poinformować, że idę się właśnie zagrzebać pod kocem i oglądać babskie filmy, więc jeżeli masz do mnie jakąś sprawę, to lepiej, żebyś załatwił ją teraz – odpowiada z rozbrajającą szczerością, definitywnie krzyżując moje plany wyrwania się z hotelu.
- Jesteś pewna, że nie dasz się nigdzie wyciągnąć? - upewniam się, próbując ją skusić, jednak jest nieubłagana.
- Nie, ale jeśli chcesz, możesz się do mnie przyłączyć – proponuje łaskawie.
- Babskie filmy? Zapomnij! - kręcę głową ze śmiechem. Lubię te nasze przegadywanki. Choć wydają się niewinne i całkiem naturalne, odnoszę wrażenie, że kryje się za nimi coś więcej.
- Okej, jestem w stanie zrezygnować z babskich filmów na rzecz czegoś równie satysfakcjonującego – postanawia iść na kompromis.
- Horrory?
- Obejrzałam „Omen” w wieku dziesięciu lat i starczy mi na całe życie. Dziękuję, ale nie.
- Western jakiś może…? - ryzykuję.
- Kurcze, a już miałam nadzieję, że masz dobry gust - wywraca oczami. Zdaje się, że testuje moją cierpliwość.
- „Gwiezdne Wojny”…?
- Na miłość boską, wystarczy już, że Kaś mnie nimi maltretuje…!
- Co ja? - dziewczyna pojawia się niespodziewanie między nami. - Alka, szukam cię i szukam, gdzieś ty się podziewała?
- Byłam na obiedzie z Janusem, ustalałam grafik przygotowań do Igrzysk – odpowiada spokojnie, przenosząc na nią wzrok. - Stało się coś?
- Tak! - woła Kasia, gwałtownie gestykulując. - Nie mam się w co ubrać na dzisiejszy wieczór, a przecież… - milknie gwałtownie, jakby zdając sobie sprawę z mojej obecności. - W każdym razie, chciałam cię wyciągnąć na zakupy, ale skoro masz inne plany…
- Ja nie mam… - próbuje zaprotestować Alicja, jednak Kasia znika tak szybko jak się pojawiła. Cene powinien uczyć się od niej wyczucia czasu.
- Jak to nie masz planów…? - unoszę brew z udawaną naganą. - Przecież właśnie zaplanowaliśmy wieczór filmowy.
- Woody Allen – mówi, kierując się do swojego pokoju.
- W żadnym razie, przy tym trzeba myśleć. Tarantino?
- Nie mam nastroju, jego filmy są dziwne. Może jakiś konkretny tytuł…?
Dyskutujemy tak przez całą drogę oraz czekając, aż laptop Alicji łaskawie się włączy. W końcu udaje nam się dojść do konsensusu.
- „Truman Show” - proponuje zrezygnowana Ala, przeglądając listę filmów na jakiejś stronie.
- A, tego nie znam – przyznaję się.
- No to poznasz – wpisuje szybko tytuł w pasek wyszukiwania, a ja nie mam już nic do gadania.
Pakujemy się na łóżko, owijamy kocem, umieszczamy komputer na kolanach i włączamy film. Światło jest zgaszone, by widoczność była lepsza, dlatego dopiero po jakiś godzinie zauważam, że Alicja śpi już, z głową na moim ramieniu. Postanawiam jej nie budzić i kiedy film się kończy, z niemałym trudem wyłączam laptopa i odkładam go na stolik. Chwilę próbuję wyplątać się z jej objęć, jednak jest to posunięcie z góry skazane na porażkę ostatecznie więc się poddaję i sam przymykam oczy. Nawet nie zauważam, kiedy morzy mnie sen.
Budzi mnie dźwięk budzika. Wyłączam alarm i rozglądam się w poszukiwaniu Alicji, jednak zamiast niej odkrywam tylko krótki list.

Wybacz tę pobudkę, ale Janus chce cię widzieć u siebie o dziewiątej. 
Ja muszę załatwić coś jeszcze na mieście. Wrócę późno, więc widzimy się rano. 
Mam nadzieję, że było ci tak wygodnie, jak i mnie ;).
Alicja
PS: Jeśli zasnąłeś w trakcie filmu, to masz przerąbane! 
To jeden z moich ulubionych!

Uśmiecham się, czytając tę wiadomość, po czym zerkam na zegarek i szybko zaczynam się zbierać – jest za pięć dziewiąta, a ja muszę jeszcze odszukać trenera. Wychodząc z pokoju Alicji, wpadam na Jurija, który mruga do mnie porozumiewawczo i mówi:
- Spoko, stary. Nikomu nie powiem – i oddala się czym prędzej, nim zdążam go zdzielić w ten głupi łeb.

[Klemens]
W Innsbrucku do naszej ekipy dołączył Jędrek, który zastąpił kiepsko spisującego się Jaśka. Mnie zaś przypadł wątpliwy zaszczyt dzielenia z nim pokoju. Teraz mierzę się z konsekwencjami podjętej pod wpływem impulsu decyzji.
Stęki jest osobą bardzo towarzyską, bardziej, niż jestem obecnie w stanie znieść. Mając za sobą połowę Turnieju, jestem już nieco znużony rywalizacją, Andrzej zaś emanuje niegasnącą energią, która zdaje się go rozpierać niczym zbyt mocno napompowany balon.
- Ale im jutro pokażemy, co nie, Klimek? Choi i Olli to dla nas żadna konkurencja, nie? A potem jeszcze drugi dobry skok i jesteśmy w domu - gada jak nakręcony, stukając coś jednocześnie w swoim telefonie i zerkając jednym okiem na telewizor. - Jakbyś się trochę postarał, to dałbyś radę sprzątnąć Prevcowi tego orła sprzed nosa. Już trzeci raz z rzędu musiałby obejść się smakiem. Najpierw Kamil, potem Fannemel… A tobie wcale tak dużo do niego nie brakuje, cztery dobre skoki i złoty ptaszek jest twój.
- Jędrek, czy tobie czasami nie zasycha w gardle od tego gadania…? - pytam retorycznie. - Jak ci się tak ten orzeł podoba, to sam o niego zawalcz.
- A żebyś wiedział! Gdybym nie był dwa konkursy w plecy, to Prevc by mi nie podskoczył! Ani jeden, ani drugi! Nie ma mocnych na Stękacza! - przechwala się i choć wiem, że się wygłupia, to mam trochę dość tej paplaniny.
Ubieram kurtkę i wychodzę przed hotel, by odetchnąć świeżym powietrzem. Trochę żałuję, że nie przebrałem się w jakiś bardziej sportowy strój, bo pogoda idealnie nadaje się do biegania, ale stwierdzam, że spacer też dobrze mi zrobi. Ruszam powoli w kierunku skoczni, by połączyć przyjemne z pożytecznym i raz jeszcze obejrzeć dobrze mi znany obiekt, aby jutro nic nie dało rady mnie zaskoczyć. Wiem, że stać mnie na dobre skoki. Piąte miejsce w kwalifikacjach nie jest złe, zwłaszcza, że trener kazał mi skoczyć „tak na trzy czwarte, Klemens” i tak właśnie zrobiłem.
- Nigdy nie odkrywaj przed przeciwnikiem wszystkich kart. Nieważne, ile skoków skoczysz przed szeroką publiką – pięć, sto czy tysiąc - zawsze miej w zanadrzu coś, czym możesz wszystkich zaskoczyć – mówiła Alicja jeszcze dwa lata temu. Ciekawe, czy i Peterowi teraz tak mówi…?
Odganiam szybko tę myśl i wytężam wzrok. Na schodach ciągnących się wzdłuż zeskoku dostrzegam dwie postaci, jednak z tej odległości nie jestem w stanie ich rozróżnić. Mrużę oczy, próbując lepiej im się przyjrzeć, kiedy koło mnie nagle z donośnym westchnieniem siada Dawid.
- Kleeeemens…! Co ja mam zrobić…? Jak ja mam niby wygrać z Freitagiem jutro, przecież on hilsajzy sadzi jeden za drugim, a ja wciąż nie mogę wyprostować lotu. Jakbym miał tak daleko lecieć, to bym chyba na trybunach wylądował…! - zawodzi mi koło ucha i zaczyna wylewać żale. Kiwam potakująco głową, choć dociera do mnie jedynie połowa z tego, co mówi.
- Może pogadaj z Markiem, co? W końcu przyjechał tu specjalnie dla nas – proponuję mu pomoc psychologa, który przecież właśnie po to tu jest.
- Już rozmawiałem – wzdycha Dawid. - Stara gadka motywacyjna, „Polacy, nic się nie stało” i „na pewno będzie dobrze”. Nie zniosę, jeśli raz jeszcze usłyszę to samo – jęczy, a mnie ciężko jest się z nim nie zgodzić. Marek bez wątpienia jest profesjonalistą, ale brakuje mu nieco znajomości naszych charakterów. Być może metoda, którą obrał, sprawdziłaby się w przypadku Jaśka, Kamila czy nawet Jędrka, ale Dawid stanowi zupełnie inną parę kaloszy.
Dawid jest charakterologiczną osobliwością, którą zrozumieć potrafi jedynie parę osób.
- A z Alicją rozmawiałeś? - pytam ostrożnie. Wciąż nie mogę się nadziwić, jak miękko jej imię brzmi w moich ustach, choć ze wszystkich sił staram się nie łączyć go z żadnymi specjalnymi emocjami.
- No właśnie, nie mogę jej nigdzie znaleźć – wzdycha Dawid ciężko. - Zresztą chyba jest nieco zajęta. No, wiesz – dodaje konspiracyjnie – zajęta Prevcem.
Spoglądam na Dawida z nieco większym zainteresowaniem, bo w jego głosie słychać jakąś tajemniczość.
- Ale co niby masz na myśli…?
- No, bo wiesz. Nie powinienem tego chyba mówić, ale tobie powiem – bierze głęboki oddech. - Bo słyszałem, jak Maciek rozmawiał z Piotrkiem, a ten wie to od Wanka, a temu z kolei mówił Severin, że Ala z Peterem to już tak na poważnie – wyrzuca z siebie jednym tchem. - Ponoć widział ich razem w Ga-Pa i wyglądali na bardzo sobą zajętych… Myślisz, że się już całowali? - Dawid odwraca się do mnie z przerażoną miną, jakby ta wizja naprawdę wywoływała u niego panikę.
Nie jest to idealny temat do dyskusji, zbywam go więc czymś czym prędzej i Kubacki oddala się w poszukiwaniu innej ofiary, którą będzie mógł dręczyć swoimi problemami. Przez dłuższą chwilę próbuję pozbyć się z głowy podsuniętej przez niego wizji, jest ona jednak tak natrętna, że wręcz namacalna. I na dodatek - mało przyjemna.
- Co tak siedzisz sam jak kołek? Tyłek ci przymarznie do tej ławki – jak na zawołanie obok mnie pojawia się Alicja. Nachyla się nade mną, odgarniając z twarzy włosy, które wysunęły się spod puchatej czapki.
- Całowałaś się z Peterem? - podrywam głowę, gwałtownie wyrwany z zamyślenia, a te słowa wychodzą z moich ust, bez udziału umysłu. Po prostu wizja podsunięta przez Kubackiego jest tak natrętna, że to pytanie zadaje się jakby samo.
Alicja otwiera szeroko oczy i jakby bez sił opada na ławkę obok mnie. Wpatruje się we mnie przez chwilę z niedowierzaniem, po czym ściąga rękawiczkę i przykłada mi dłoń do czoła.
- Dziecko drogie, masz gorączkę czy może uderzyłeś się czymś w głowę…? - pyta. - Skąd taki pomysł?
- Kubacki – odpowiadam zażenowany.  - Przepraszam, to było głupie, nie powinienem… - mruczę zmieszany, a Alicja ku mojemu zdumieniu śmieje się tylko dźwięcznie.
- No tak, zapomniałam, że faceci to gorsze plotkary niż baby. A już zwłaszcza Kubacki – wzdycha. - Skąd on ma takie rewelacje…?
- Z tego, co zrozumiałem, to pośrednio od Freunda – uśmiecham się lekko, bo z tej perspektywy ta sytuacja rzeczywiście wygląda zabawnie. Nie ma to jak na wstępie zaatakować kogoś wyjątkowo intymnym pytaniem.
- Kto by pomyślał, że Niemcy to takie pleciugi – Alicja kręci głową, zupełnie nie przejmując się moim niestosownym pytaniem. - Jak tak dalej pójdzie, to za dwa tygodnie będę musiała zacząć wybierać imiona dla dzieci…
- Ksawery i Felicja – wyrywa mi się.
- Pamiętasz to…? - Alicja odwraca się do mnie zaskoczona.
- No pewnie. Wymyśliłaś już to zdrobnienie…? - pytam.
- Nie, nic mi nie przyszło do głowy.
- Może Ksawcio? - proponuję, wspominając naszą rozmowę sprzed dwóch lat.
- Ugh, okropność! - krzywi się. - Jak można tak skrzywdzić dziecko…?
- Ksaw? - droczę się z nią dalej.
- Pamiętaj, że rozmawiamy o moim przyszłym synu! - grozi mi palcem ze śmiechem. - Odpada, to brzmi jeszcze gorzej. Już prędzej Wer albo Wery, ale i tak nie umywa się do pełnej wersji…
- Coś wymyślisz – pocieszam ją. - Zresztą, skąd wiesz, że Peterowi się spodoba…? - żartuję, choć te słowa z trudem przechodzą mi przez gardło.
- Et tu, Brute…?! - Alicja zapowietrza się i zaczyna okładać pięściami moje ramię. - Et tu, Brute, contra me?!
Łapię ją za nadgarstki, uniemożliwiając jej dalsze ataki, a Alicja zaczyna śmiać się na cały głos, sam dołączam do niej po chwili. Pokładamy się ze śmiechu na zimnej i mokrej ławce, a ja uświadamiam sobie, że te rozmowę o imionach toczyliśmy przecież właśnie tu, w Innsbrucku. Choć nieco w innych okolicznościach.
- Kocham cię, powodzenia jutro! - Aga żegna się ze mną, bo wzywają ją już obowiązki.
- Ja ciebie też, ucałuj Klimka ode mnie – odpowiadam i odkładam słuchawkę. Unoszę wzrok, a obok mojego stolika stoi uśmiechnięta Alicja, owinięta po czubek nosa grubym szalikiem.
- Nie podsłuchiwałam! - zastrzega od razu. - Dopiero teraz weszłam. Mogę się przysiąść? Pizga na dworze tak, że nos mi chyba zaraz odpadnie.
Przesuwam się bliżej ściany i Alicja siada obok mnie, odwijając szalik. Za oknem szaleje śnieżyca, kwalifikacje przeniesiono na następny dzień, mamy więc cały wieczór na obijanie się.
- Mogę ci zadać pytanie? - odzywa się nagle dziewczyna, tuż po tym, jak zamawia mocną herbatę z cytryną.
- Jasne.
- Dlaczego nazwałeś syna Klimek? Wybacz, ale to trochę mało oryginalne – uśmiecha się. Widzę, że nie chce mnie obrazić, tylko jest po prostu po ludzku ciekawa.
- Nie podsłuchiwałaś, co? - droczę się z nią odrobinę. - To w sumie… To w sumie był pomysł Agi. Stwierdziła, że jest do mnie tak podobny, że to niemal moja kopia. I tak jakoś wyszło. Po prostu pasuje do niego to imię. A czemu pytasz?
- Tak mi się przypomniało, bo w mojej rodzinie była podobna sytuacja i wiem, jak wiele z tym czasem jest kłopotów. Tata i dziadek nazywają się tak samo i w urzędzie często wychodzą niezłe kwiatki, zwłaszcza że mieszkają na tej samej ulicy. Żeby było śmieszniej, gdybym była chłopcem, też bym była Adamem – wzrusza ramionami, a mnie, nie wiedzieć czemu, jakoś strasznie bawi ta wizja.
- Serio? Mogę teraz do ciebie mówić "Adaś"?
- Ani się waż! - grozi mi placem. - Bo cię wypchnę z busa gdzieś na jakiejś polnej drodze, jak będziesz spał!
- No dobrze, dobrze, nie będę. Pod warunkiem, że mi coś powiesz – odpowiadam. Alicja wie o nas bardzo dużo. My o niej – prawie nic. Jest dla nas zagadką, którą powoli, krok po kroku, staramy się odkrywać. Mam wrażenie, że dzieli się z nami tą wiedzą dość chętnie, ale z własnej woli nie mówi o sobie niemalże nic.
- Słucham.
- Skoro już wiem, że twój syn będzie się nazywał Adam…
- Absolutnie nie! - przerywa mi.
- ...to jak w takim razie nazwiesz córkę? - kończę. Nie jest to jakaś bardzo istotna dla mnie informacja, jednak poprzez takie nieznaczące nic szczegóły mam wrażenie, że poznaję Alicję coraz lepiej. A ona jest osobą, którą chce się poznawać. Coraz bardziej i bardziej.
- Zdecydowanie Felicja – odpowiada, zupełnie niezaskoczona moim pytaniem. - Można ją zdrobnić na wiele sposobów. Szkoda, że z Ksawerym tak nie jest, bo bardzo mi się to imię podoba, a zdrobnić go nie ma jak. Bo co, niby? Ksawi…? Brzmi fatalnie. A nie będę przecież do dziecka wołać Ksawery - wzdycha.
- Czemu nie? - dziwię się.
- NIE ZNOSIŁAM, jak ciotki w dzieciństwie wołały do mnie "Alicjo, ależ ty nam pięknie wyrosłaś! Ile to ty już masz lat, dziecinko…?" - krzywi się. - Teraz dla odmiany coś im się pokićkało i przeholowały w drugą stronę: "Alutko, Alutko, kiedyż to sobie znajdziesz w końcu jakiegoś kawalera…? Czas ucieka, zegar tyka...". Spotkania rodzinne to jakiś koszmar – wzdycha ciężko, jest jednak coś uroczego w tej jej złości, więc śmieję się cicho pod nosem.
- Alutka. Podoba mi się – chichoczę. - Mogę tak do ciebie mówić…?
- A chcesz mieć jakiś ciężki wypadek...? - mruży groźnie oczy. - A ty? Jakbyś nazwał córkę?
- Alicja, mógłbym do niej mówić "Alutko" - dalej sobie z niej żartuję, a Alicja obrusza się i rzuca we mnie swoimi wełnianymi rękawiczkami.
- Klemens? - głos Alicji ponownie sprowadza mnie na ziemię. Siedzi obok mnie zarumieniona z emocji. Odruchowo poprawiam jej szalik i czapkę, które przekrzywiły się podczas naszego ataku śmiechu.
- No?
- A co by było, gdybym powiedziała, że tak?
Milczę. Alicja pewnie myśli, że próbuję zrozumieć, o co dokładnie pyta, ale ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że chodzi jej o sam początek naszej rozmowy. Choć zna mnie na tyle dobrze, że pewnie widzi wszystkie uczucia wypisane na mojej twarzy.
A ja sam dobrze nie wiem, jak bym zareagował na wieść, że rewelacje Dawida to nie plotki. Ostatecznie, sam jej sugerowałem, że najlepszym wyjściem z naszej pokręconej sytuacji będzie znalezienie kogoś, kogo będzie mogła spokojnie pokochać. Kogoś, kto będzie mógł przyjąć jej uczucia, nie posuwając się do zdrady.
Ale z drugiej strony myśl, że miałaby… z kimś…
Alicja uśmiecha się smutno, widząc zapewne jak na dłoni, co dzieje się w mojej głowie. W jej oczach widzę zrozumienie, bo nie było chyba dnia, w którym któreś z nas nie próbowałoby znaleźć rozwiązania, które mogłoby coś między nami zmienić.
- Kolejny plan, który nie ma szans wypalić, co? - stwierdza kwaśno.
- Chcę, żebyś była szczęśliwa. Nawet jeśli… - zaciskam zęby, nie mogąc dokończyć zdania. Cokolwiek bym nie powiedział, i tak nie będzie to właściwe, bo udowodni, że jestem do niej przywiązany bardziej, niż powinienem.
Alicja wzdycha i przytula mnie mocno, a ja z ulgą zatapiam nos w jej jasnych włosach. Pachnie tak cudownie znajomo i choć wiem, że nie pomnieniem, całuję ją delikatnie w skroń. Tak delikatnie, że jestem niemal pewien, że nawet tego nie czuje. Mylę się jednak, bo chwilę później odzywa się cicho:
- Nie rób tak, proszę.
- Jest bardzo wiele rzeczy, których mi zabraniasz – odpowiadam równie cicho, nie wypuszczając jej z objęć.
- Bo robisz wiele rzeczy, których robić nie powinieneś – mówi, po czym poprawia się jeszcze ciszej. - Oboje robimy.
- A gdybyśmy nie próbowali ich nie robić…? - pytam, choć to beznadziejny trop. - Gdybyśmy postąpili wbrew wszelkim zasadom i…
- Nie – wysuwa się gwałtownie z moich objęć. - Nie wybaczyłabym tego ani tobie, ani sobie – kręci głową, jakby sama ta myśl – zupełnie teoretyczna – była dla niej nie do zniesienia.
- Ja też nie – zgadzam się z nią po namyśle.
Zapada między nami cisza, gdy każde z nas pogrążone jest we własnych myślach. Czasem zastanawiałem się, czy trwanie w tym impasie ma jakikolwiek sens, skoro i tak ciężko powiedzieć o mnie jako o wiernym mężu. Alicja jednak zdaje się wierzyć, że obecny stan rzeczy da się jeszcze jakoś racjonalnie usprawiedliwić i wybaczyć. Przekroczenie pewnej granicy, przed którą zawsze mnie wstrzymuje, chociażby teraz, oznaczałoby definitywne naruszenie zasad, jakimi oboje kierujemy się w życiu. Zasad, między którymi nie ma miejsca na otwartą zdradę.
- Późno już – zauważa nagle Alicja, wskazując na księżyc, który od dłuższego czasu świeci nad nami. - Powinieneś wracać, jutro ważny dzień.
- Owszem, Peter zapewni sobie pewnie zwycięstwo w Turnieju już tutaj – zgadzam się z nią, pewien, że to o to jej chodzi.
- Miałam na myśli, że według tendencji zwyżkowej powinieneś jutro stanąć co najmniej na podium. Mógłbyś mu nieco utrudnić to zwycięstwo – mówi, ku mojemu zdziwieniu.
- Czemu? Nie powinnaś mu przypadkiem  kibicować…?
Alicja uśmiecha się tajemniczo.
- Owszem, ale kiedy zbyt wiele rzeczy przychodzi zbyt łatwo, tracimy motywację, by sięgać po więcej. Nie ma dla sportowca gorszej rzeczy niż brak konkurencji. Wam obu dobrze zrobi taka rywalizacja – wyjaśnia spokojnie, a mnie ciężko się z nią nie zgodzić.
- Więc mam jutro wygrać, pani psycholog…? - pytam zaczepnie, w głębi ducha czując, że właśnie na to mnie stać.
- Pff… - waha się. - To by znaczyło, że zaprzepaścisz jego szanse na wyrównanie wyczynu Hannawalda, na co po cichu liczy, ale… po starej znajomości… - udaje, że się głęboko zastanawia. - Po starej znajomości daję ci zielone światło.
- Do usług – uśmiecham się. - W ten sposób jestem w stanie pomagać choćby i najgorszym wrogom – żartuję, a Alicja wywraca oczami,
- Idź już, skoro masz jutro wygrać… Tylko ani słowa nikomu o tej rozmowie! Bo mnie wywalą za sabotaż – mruga do mnie i szybko całuje mnie w policzek. - Dobranoc, Klemens.
- Dobranoc, Alicjo – odpowiadam i ruszam w kierunku hotelu. Kiedy obracam się przez ramię, widzę, jak z nogami przerzuconymi przez barierkę i lekko przekrzywioną głową, wpatruje się w gwiazdy.

[Alicja]
Czuję, jak ktoś szturcha mnie w ramię, więc w akcie buntu odwracam się na drugi bok, mocniej owijając się kołdrą.
- Budzik jeszcze nie dzwonił, spadaj – mruczę pod nosem w ojczystym języku.
- Nie wiem, co tam mamroczesz, ale mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia…
Otwieram niechętnie jedno oko i kiedy obraz się wyostrza, udaje mi się połączyć pochylającą nade mną twarz z odpowiednim imieniem i nazwiskiem, otwieram więc i drugie oko, po czym unoszę się na łokciach.
- Czego? - pytam kulturalnie. - Czego ode mnie chcesz, Prevc, o godzinie... – zerkam na zegarek i natychmiast przytomnieję. - CZEMU, DO CHOLERY, BUDZISZ MNIE O SZÓSTEJ RANO…?!
- Wspominałaś ostatnio, że brakuje ci ruchu – uśmiecha się przebiegle i wyciąga zza pleców parę butów do biegania. MOICH butów do biegania.
- Zapomnij – cedzę przez zęby. - Ja nie biegam. A już na pewno nie o takiej nieludzkiej porze – nakrywam się kołdrą i odwracam do niego plecami.
Trzydzieści sekund później poduszka zostaje brutalnie wyrwana spod mojej głowy, a kolejnych trzydziestu sekund Peter potrzebuje, by pozbawić mnie kołdry.
- Grabisz sobie, Prevc! - burczę i przekornie owijam się prześcieradłem. - Nie wiem, czego ode mnie chcesz, ale przyjdź o normalnej porze. Najlepiej po śniadaniu.
- Chcę tylko spędzić z tobą trochę czasu.
- Koniecznie w środku nocy?
- Jest rano.
- Jest środek nocy. Normalni ludzie o tej porze śpią.
- Chyba że wzywają ich obowiązki.
- Ich sprawa, że wybrali taką pracę. Ja was niańczę od śniadania. A śniadanie jest za dwie godziny. Dobranoc!
Zapada cisza i już jestem niemal pewna, że wygrałam i mogę wrócić w objęcia Morfeusza, kiedy materac mojego łóżka ugina się nieco i dobiega mnie ciche westchnienie.
- Nie musisz biegać, możesz posiedzieć na ławce i być moją motywacją do treningu – odzywa się po chwili. Skrzypniecie materaca mówi mi, że przysuwa się odrobinę bliżej. - Obejrzymy wschód słońca, bo ma być dzisiaj ładna pogoda… - kusi dalej.
- Wolę zachody – odpowiadam, ale odwracam się w jego kierunku. - Wschody jak już, to oglądam niejako od tyłu. Przed pójściem do łóżka, nie po.
- Ale zrobisz dla mnie wyjątek? - unosi brew, nachylając się nade mną.
- Sugerujesz, że zasługujesz na wyjątkowe traktowanie…? - małpuję jego gest, unosząc się ponownie na łokciach, a nasze twarze znajdują się nagle bardzo blisko siebie.
Nadzieja, że uda mi się go zbić z pantałyku, jest niestety złudna.
- Potraktuj to jaką nagrodę za dzisiejszy konkurs – odpowiada, wyjątkowo pewny siebie i nachyla się jeszcze mocniej.
- ...który się jeszcze nie odbył – przypominam mu. - A jak Cene wygra, to co? Będę jedną nagrodę w plecy! Nie ma nagród na kredyt.
- Nie? - pyta zaczepnie, patrząc mi prosto w oczy.
- Nie – odpowiadam, a Peter uśmiecha się krzywo.
- No to nie. Ale skoro już udało mi się cię dobudzić, to rusz się trochę – odsuwa się nagle, uświadamiając mi jak blisko siebie byliśmy jeszcze przed chwilą i rzuca we mnie moim dresem. - Czekam przed hotelem.
Wychodzi z pokoju, a ja chcąc nie chcąc ubieram się niechętnie i parę minut później dołączam do niego, akurat kiedy kończy się rozciągać.
- Współczuję twojej mamie – odzywa się w ramach „dzień dobry”. - Wyprawianie cię do szkoły musiało być ciężkim obowiązkiem.
- Moja mama dała sobie spokój, kiedy skończyłam dziesięć lat i zagroziła, że po prostu przestanie mi usprawiedliwiać spóźnienia – odpowiadam. - A tata używał wody i znajomości moich łaskotliwych miejsc – dodaję, kiedy ruszamy truchtem w kierunku niewielkiego parku nieopodal. - Choć kiedyś przypłacił to rozkwaszonym nosem…
- Rozumiem, że próbujesz mnie zniechęcić do podobnych prób wyciągnięcia cię z łóżka w przyszłości…? - pyta retorycznie, przystając kawałek dalej i czeka, aż do niego dołączę.
- Jestem typem dziewczyny którą łatwiej zaciągnąć do łóżka, niż ją z niego wyciągnąć – odpowiadam i dopiero kiedy podnoszę na niego wzrok, uświadamiam sobie, co tak właściwie powiedziałam. - Cholera, to nie zabrzmiało najlepiej.
- Zwłaszcza, że wcale cię nie trzeba było do niego zaciągać… - dodaje Peter z dziwnym uśmiechem. - Sama do niego wskoczyłaś.
- Ja… - otwieram usta, bo po prostu nagle brakuje mi słów. Wpatruję się tylko lekko osłupiała w twarz Petera, który nachyla się do mnie i…
- Dość tego lenistwa, bo spóźnimy się na wschód słońca – mierzwi mi włosy pod nausznikami i rusza dalej szybkim truchtem, a ja wydycham gwałtownie wstrzymywane nieświadomie powietrze, nim ruszam powoli za nim.
Pobudka, Mittner. Opanuj hormony i weź się w garść.
Wbiegamy na szczyt niewielkiego wzniesienia, akurat kiedy wiatr rozwiewa część chmur na horyzoncie. Ciemne pagórki odcinają się wyraźnie od zaróżowionego nieba, a ponad nami wciąż jeszcze skrzą się gwiazdy, które obserwowałam do późnej nocy. Widok jednak wart jest wczesnej pory, siadamy więc na obłym kamieniu i czekamy na pierwsze promienie słońca, które wkrótce zaczynają przebijać się przez niewielkie obłoczki, które złocą się delikatnie nad górami.
Po przeciwnej stronie nieba gwiazdy blakną jedna za drugą, jedynie Gwiazda Polarna wytrwale świeci do samego końca. Kiedy gaśnie, nad horyzontem pojawia się właśnie wąski pasek tarczy słonecznej, która majestatycznie wędruje coraz wyżej i wyżej.
- Zapowiada się pogodny dzień – stwierdzam, obserwując ten niemy spektakl w wykonaniu przyrody. - I na dodatek bezwietrzny – rzucam okiem na Petera i z zauważam, że nawet przez moment nie spojrzał na wschodzące słońce. Jego spojrzenie skupia się na moim profilu i kiedy przenoszę na niego wzrok, uśmiecha się do mnie nieśmiało.
- Było warto? - pyta.
- Było – zgadzam się z lekkim uśmiechem, a Peter ostrożnie bierze mnie za rękę.
Siedzimy tak bez słowa, czekając aż słońce w całości pojawi się na horyzoncie. Powietrze dookoła nas rozgrzewa się powoli, a mnie ponownie dopada senność, opieram więc ostrożnie głowę o ramię skoczka. Nie protestuję, kiedy obejmuje mnie ramieniem, mówię jedynie cicho:
- Dziękuję, że mnie tu zabrałeś.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiada.
- Ech, gdybym tylko miała duszę romantyka… Czy tak właśnie wygląda podryw na Petera Prevca…? - nie mogę sobie darować małego żartu.
- A skąd niby pomysł, że cię podrywam? - spogląda na mnie z ukosa.
- A nie?
- Masz zbyt wysokie mniemanie o sobie – wzdycha teatralnie, a ja dźgam go za karę w bok. - A poza tym, przecież oboje jesteśmy w pracy - dodaje lekko złośliwie, cytując moje słowa.
- To ta wczesna pora. Nie myśl sobie zbyt wiele – uświadamiam go. - Przed dziewiątą mój mózg pracuje w trybie awaryjnym i włożył tę sytuację gdzieś pomiędzy mój sen o fioletowych jednorożcach, a ten, w którym zdobywam K2 zimą.
- Z tego wynika, że fantazjujesz o mnie nocami – Peter mruży oczy i unosi do góry jeden kącik ust.
- Zamknij się, Prevc – nie stać mnie na lepszą ripostę, wstaję więc i otrzepuję spodnie od dresu. - Chodźmy lepiej, bo jeszcze tego by brakowało, żebyśmy spóźnili się na śniadanie… - odwracam się w kierunku, z którego przyszliśmy, ale Peter łapie mnie za nadgarstek.
- Ala… - przyciąga mnie do siebie, a ja zaskoczona tym gestem, wpadam gwałtownie w jego ramiona. - Ja…
Zamieram, bo nagle bardzo wyraźnie uświadamiam sobie, że odległość, która dzieli w tym momencie nasze twarze jest tak mała, że wystarczyłoby tylko…
- Przepraszam – Peter reflektuje się nagle i odwraca wzrok. - Masz rację, trzeba wracać – mówi niewyraźnie i nie oglądając się na mnie, rusza z powrotem do hotelu.
Stoję jeszcze chwilę na szczycie, zupełnie oszołomiona tym, co się właśnie wydarzyło. A raczej tym, co mogło się wydarzyć.
I ku mojemu wielkiemu zdziwieniu odkrywam, że naprawdę żałuję, że Peterowi zabrakło odwagi.

[Klemens]
Zaciskam mocno place na belce, czekając na znak od Łukasza. Pogoda jest niemal bezwietrzna, ciężko jest więc odlecieć, wiem jednak, że muszę dać z siebie wszystko. Jestem pewien, że stać mnie na naprawdę dobry skok. Kiedy chorągiewka opada, odpycham się energicznie i przyjmuję starannie dopracowaną pozycję. Moje mięśnie napięte są jak postronki, a ja skupiam się, by całą tę skumulowaną siłę oddać na progu.
Wybijam się minimalnie za późno, jednak to szczegół, który tylko ja jestem w tej chwili w stanie zauważyć. Nie odbija się to zbytnio na odległości, która wydaje mi się zadowalająca i po pierwszej serii daje mi czwarte miejsce, za Freundem i Prevcami, którzy razem prowadzą na półmetku.
Znad kubka herbaty, podanego przez Jędrka, który niestety został zdyskwalifikowany jeszcze na górze, obserwuję, jak kawałek dalej Dawid konwersuje z Alicją, okraszając swoją wypowiedź zamaszystą gestykulacją. Zmuszam się, by odwrócić wzrok i dostrzegam Petera, który z nie mniejszym zainteresowaniem obserwuje wspomnianą wcześniej parę. Uśmiecha się lekko do siebie, nie spuszczając oczu z Alicji, a ja mimowolnie cały się spinam. Próbuję się pozbyć tego uczucia, jednak w głowie słyszę fragment naszej wczorajszej rozmowy: „Dobrze wam zrobi taka rywalizacja”.
- Ej, Klimek! - Andrzej sprowadza mnie nagle na ziemię. - Kacper się pluje przez mikrofalówkę, że ci telefon dzwoni jak narwany i jak w tej chwili nie ruszysz zadka i go nie odbierzesz, to będziesz go szukać zaraz po zaspach – informuje mnie, a skrzeki w krótkofalówce zdają się potwierdzać jego słowa.
- Cholera, miałem zadzwonić do Agi – przypominam sobie i biegnę do domku. - Dzięki-Stęki! - wołam jeszcze przez ramię.
Dopadam telefonu i ignorując narzekanie serwisanta, wychodzę przed domek, by złapać lepszy zasięg. Dostrzegam informację o trzech nieodebranych połączeniach i szybko wykręcam numer do żony.
- Cześć, kochanie! - wita mnie radośnie. - Wiem, że nie powinnam dzwonić w przerwie, żeby ci nie przeszkadzać, ale chciałam, żebyś wiedział, że siedzimy z Klimkiem przed telewizorem i ci dzielnie kibicujemy.
- Jak zawsze, dziękuję – uśmiecham się do słuchawki. - Najwierniejsi kibice na świecie…
Słyszę jakiś szum, po czym nagle rozlega się dziecinny głos:
- Tata lata na końcu świata, a mama śle buziaki przez telewizor do taty! - nuci mój synek, na jakąś nieznaną mi melodię.
- Sam to wymyśliłeś? - pytam z niedowierzaniem.
- Tak! - odpowiada z dumą. - A mama powiedziała, że jak będę grzeczny, to kupisz mi narty – dodaje.
- A jesteś grzeczny? - pytam podejrzliwie.
- Jestem!
- Na pewno?
- Na milion procent! - odpowiada z niezachwianą pewnością.
- No, to jak wrócę to pójdziemy do sklepu razem z mamą i wybierzemy narty, dobrze?
- Dobrze! - woła z radością Klimek, po czym znów słychać szum i po oddechu poznaję, że przy telefonie ponownie jest Agnieszka.
- Myślisz, że powinniśmy? - pyta z wahaniem.
- Kupić mu narty…? To jeszcze nie uczyni z niego skoczka – odpowiadam. - Porozmawiamy o tym w domu, dobrze?
- Dobrze – zgadza się Aga. - Uważaj na siebie, trzymamy kciuki i dmuchamy pod narty. Kocham cię – kończy rozmowę, a ja jeszcze przez parę chwil uśmiecham się do telefonu, nim przypominam sobie, gdzie jestem i jakie zadanie przede mną stoi.
Wracam do domku, gdzie kompletuję strój, odbieram od udobruchanego już Kacpra narty i idę na wyciąg. Po drodze wpadam na Dawida, który gorączkowo próbuje wepchnąć pod kask swoje włosy.
- Klimek masz może grzebień? - wzdycha nagle.
- Grzebień? A po co mi grzebień na skoczni…? - wytrzeszczam oczy, a Kubacki wzdycha raz jeszcze, tym razem jakoś smętniej.
- No, bo rozmawiałem z Alicją przed chwilą. I mam teraz problem, bo jak ja teraz stanę na podium, taki nieuczesany, no…? - kręci z boleścią głową, a ja powstrzymuję śmiech.
Dawid po pierwszej serii zajmuje trzynaste miejsce, więc jego szanse na podium są raczej niewielkie. Mimo to, siła perswazji Alicji jest tak silna, że nie dziwię mu się, iż rozważa taką możliwość na tyle poważnie, by zacząć martwić się o swoją prezencję.
- Spokojnie, Maciek na pewno ma coś przy sobie. Pożyczy ci przed dekoracją – poklepuję go pocieszająco po plecach i oboje kierujemy się do windy.
Na górze atmosfera jest nieco napięta, bo jak się okazuje, tuż po zakończeniu pierwszej serii, młodszy Prevc został zdyskwalifikowany, co automatycznie winduje mnie na trzecie miejsce. Oprócz niego i Stękiego, zdyskwalifikowano jeszcze czterech innych zawodników. Coś mi się zdaje, że Sepp nie jest dziś w najlepszym humorze…
Pogoda psuje się już doszczętnie i rozpoczyna się loteria zwana serią finałową. Życzę Dawidowi powodzenia, gdy nadchodzi jego kolej i z uwagą śledzę jego lot. A Kubacki wybija się i leci, i leci, i leci, i leci…
...i ląduje trzy metry za rekordem skoczni. Co prawda w kiepskim stylu i z dużą ujemną bonifikatą, ale i tak daje mu to pewne prowadzenie. Wytrzeszczam oczy i wymieniam spojrzenie z Peterem. Myślę, że obojgu nam przychodzi do głowy to samo pytanie – co też Alicja powiedziała takiego Dawidowi…?
Nie zdążam przejść nad tym do porządku dziennego, kiedy nadchodzi moja kolej. Skupiam się nad każdym detalem i wykorzystuję niewielki podmuch wiatru, by odlecieć jeszcze parę metrów za punkt K. I choć skok nie zalicza się na pewno do rekordowych, to i tak jestem z niego zadowolony, zwłaszcza że dostaję dużą bonifikatę za niekorzystny wiatr i bardzo ładne oceny do sędziów. To wszystko sprawia, że jestem pierwszym zawodnikiem, któremu udaje się zebrać więcej punktów niż Kubackiemu, zmieniam go więc na stanowisku lidera. Tuż za mną skacze Freund, który odlatuje dalej niż ja, ale przy lądowaniu wypina mu się narta i zalicza niegroźny upadek. Służby ratunkowe upewniają się czy nic mu się nie stało i pomagają mu się pozbierać, ale skoczek spada na czwarte miejsce.
To drobne zamieszanie nie ma żadnego znaczenia dla Prevca, który leci tak pewnie i niewzruszenie, jakby w ogóle nie zauważał zmieniającej się średnio co dziesięć sekund pogody. Ląduje w tym samym miejscu co i ja i z ciekawością wbija wzrok w tablicę wyników. Nikogo nie dziwi jedynka, która wyświetla się przy jego nazwisku, więc kiedy schodzi z areny skoczni, podchodzę, by mu pogratulować.
- Brawo, to był bardzo ładny skok – mówię, ściskając jego rękę. - Zdaje się, że orła masz już w kieszeni – dodaję, nieświadomie cytując Jędrka.
- Dzięki – uśmiecha się wąsko. - Aczkolwiek obawiam się, że nie mam spodni z tak dużymi kieszeniami – śmieje się krótko. - To co? Dzisiaj ty zgarniasz kwiatki?
Patrzę na niego zaskoczony, nie jestem do końca pewny o czym teraz mówi.
- Ale co masz na myśli…? - pytam, kiedy nagle mnóstwo osób rzuca mi się na plecy.
- Brawo, Klimek!
- Mistrzu!
- No, no, no…! To się nazywa wyczucie…!
Koledzy w końcu mnie puszczają, a ja wpatruję się w tablicę wyników, by upewnić się, że dobrze widzę. Wzrok jednak nie robi mnie w balona i także obok mojego nazwiska stoi jedynka, która zdaje się mrugać do mnie znacząco.
- Że niby znowu razem wygraliśmy…? - przenoszę wzrok na Prevca, który zdawkowo kiwa głową, a koledzy znowu pokrzykują ochoczo.
Nad to wszystko nagle wybija się spanikowany głos Dawida, który ostatecznie zajmuje ostanie miejsce na podium:
- Przepraszam bardzo, czy ktoś ma może grzebień…?

[Alicja]
- ...no i patrzy się na mnie tym swoim sępim wzrokiem, a ja tylko się kurczę pod tym spojrzeniem i kurczę… no i chyba się za bardzo skurczyłem, bo te pomiary z kosmosu wyszły – wzdycha Cene. - A potem zmrużył oczy, podniósł wzrok znad linijki i z szerokim uśmiechem wycedził disqualified, na dodatek z paskudnym, niemieckim akcentem – chłopak aż wzdryga się na to wspomnienie.
- A przecież dotąd nie miałeś problemów z Seppem… - patrzę na niego zaskoczona, robiąc łyk mojej jaśminowej herbaty. - Więc skąd nagle ten problem?
- Chyba go dziś ząb bolał, czy coś. A poza tym – dodaje konspiracyjnym szeptem – tak naprawdę to dawałem fory Peterowi. Niech ma tego Hannawalda, ja wygram sobie za rok – dodaje łaskawie, a ja hamuję śmiech.
- Tą pewnością siebie to byś mógł obdarzyć kilka reprezentacji, przydałoby się niektórym – wzdycham.
- No co ty? - patrzy się na mnie oburzony. - Wtedy miałbym konkurencję! Idę kupić kwiatki dla Katki. I żelki – dodaje po namyśle, macha mi na pożegnanie i znika w tłumie.
Dopijam herbatę i wpatruję się w gorączkowe przygotowania do dekoracji. Nie dane jest mi jednak nacieszyć się samotnością, ponieważ zalewie dwie minuty po odejściu Cene, przed moim nosem pojawia się kubek z parującą zawartością.
- Mam nadzieję, że to nie kawa – unoszę podejrzliwie brew, odbierając kubek.
Kot wywraca oczami i siada obok mnie na ławce. 
- No co ty, przecież pamiętam, że pijesz tylko zimną. Każdy ma jakieś wady, co zrobisz – szturcha mnie żartobliwie. - Ala?
- No? - zerkam na niego znad kubka i ostrożnie obwąchuje jego zawartość. Jakieś cytrusy, jabłko i… chilli? W każdym razie, pachnie zachęcająco.
- Chciałem ci podziękować. Za Ga-Pa – dodaje, kiedy patrzę na niego bezrozumnym wzrokiem.
- A, za to. Nie ma sprawy, przecież nic nie zrobiłam – wącham dalej, próbując określić, czy mam do czynienia z pomarańczą czy grejpfrutem.
- Możesz śmiało pić, to nie trucizna – mówi Kot, obserwując moje machinacje z herbatą. - Jedynie czerwona pomarańcza, antonówka i chilli – potwierdza moje domysły.
- Tak właśnie myślałam – wzdycham z ulgą i pociągam długi łyk. Herbata smakuje jeszcze lepiej, niż pachnie. - Chodźmy może powoli pod podium, bo chyba zaraz się zacznie – mówię i Maciek podaje mi rękę.
Toruje mi drogę przez tłum, podczas gdy ja chronię kubek z herbatą. Docieramy niemal pod samo podwyższenie z trzema boksami, udającymi stopnie podium, kiedy nagle rozlega się donośny głos:
- ALICJO KLARO JOANNO MITTNER!
Kasia dopada mnie zaledwie sekundę później i mocno łapie za ramię, a wszystkie moje wcześniejsze wysiłki idą na marne i herbata ląduje na mojej kurtce, która jest na szczęście na tyle gruba, że nie udaje mi się poparzyć.
- Gdzie ty się szwendasz, szukam cię i szukam, a ciebie nigdzie nie ma…! - woła rozgniewana, gestykulując zamaszyście, nic sobie nie robiąc z moich gniewnych pomruków dotyczących rozlanej herbaty.
- O co tyle larma…? - wzdycham, wiedząc, że i tak moje marudzenie do niej nie dotrze.
- Widziałaś Cene? - pyta spokojniej, skoro tylko zwróciłam na nią uwagę.
- A czy ja jestem jego matką, żoną lub kochanką? - pytam retorycznie, przerywając na chwilę wycieranie kurtki. - To z tobą spędza dziewięćdziesiąt procent czasu, którego nie przeznacza na sen.
- Czy ty właśnie zasugerowałaś…? - Kasia mruży groźnie oczy, na szczęście dostrzegam młodszego Prevca w tłumie za jej plecami i odwracam ją o sto osiemdziesiąt stopni, nim zdąża dokończyć myśl.
- ...że jesteś jego matką? Bynajmniej. Idź do niego, z tego, co wiem, ma coś dla ciebie – popycham ją lekko w jego kierunku i z westchnieniem odwracam się z powrotem do Kota, który przygląda mi się dziwnie. - No co?
- Masz na drugie imię Klara…? - wpatruje się we mnie z szeroko otwartymi oczami, jakby to było najważniejsze pytanie na świecie.
- Nazwiesz mnie tak kiedyś, to poszczuję cię krokodylem! - ostrzegam go, grożąc mu palcem, Kocur chyba jednak nie dostrzega tej subtelnej aluzji literackiej, bo nadal gapi się na mnie jak ciele w malowane wrota.
- Krokodylem…? - potrząsa głową, wracając od rzeczywistości. - Mniejsza, po prostu właśnie sobie uświadomiłem, jak mało cię znam – wzdycha.
- Oj, Kicia, Kicia… - kręcę głową i obejmuję go ramieniem. - W prawdziwym życiu nie liczą się fakty, a uczucia i emocje. Możesz być czyjąś bratnią duszą, a nawet nie znać jego imienia – mówię, a Kot uśmiecha się lekko i znienacka naciąga mi czapkę na twarz.
- Musiałeś…? - pytam retorycznie, spod wełnianej powłoki i w tym momencie rozpoczyna się ceremonia dekoracji. Poprawiam szybko czapkę, a Maciek nachyla się do mnie jeszcze na chwilę.
- Z ciekawości: co takiego pozwiedzałaś Dawidowi? - pyta.
Zerkam na niego z ukosa i mówię prostą, wręcz trywialną prawdę:
- Powiedziałam mu, że chcę dostać od niego tego miśka – brodą wskazuję pluszaki, dołączone do pucharów z wygrawerowanym miejscem i datą zawodów.
- I tyle? - dziwi się Kot.
- Tyle – odpowiadam lakonicznie, kiedy Kubacki wspina się na najniższy stopień podium.
Chwilę później dołączają do niego Peter i Klemens, którzy ledwie mieszczą się na najwyższym stopniu podium wraz z nartami i naręczem nagród. W tym roku organizatorzy okazują się bardzo hojni i oprócz pucharu, kwiatków i miśka, każdy z zawodników otrzymuje wielką torbę słodyczy i jakieś dziwne urządzenie, które podejrzanie przypomina malakser.
Rozbrzmiewają oba hymny, a ja z uśmiechem obserwuje zarówno Petera, jak i Klemensa, jednak największą radość sprawia mi szeroki uśmiech na twarzy Dawida, który zaraz po dekoracji zeskakuje z podium ku rozpaczy reporterów i biegnie wprost do mnie.
- Alaaaaaaaaa…! - woła i zamyka mnie w niedźwiedzim uścisku, a mnie nie udaje się uniknąć zderzenia z jego nartami. - Patrz! Mam dla ciebie miska! Tak, jak obiecałem! - wciska mi w objęcia pluszaka, którego przytulam ze wszystkich sił.
- Jest cudny! Dzięki, mannerowa panienko! Jesteś najlepszy! - daję mu buziaka w policzek, a Dawid czerwieni się jak pomidor.
- Ala, bardzo mi przykro, ale niestety nie możesz zostać moją dziewczyną – odsuwa się ode mnie z poważną miną. - Bo mam już jedną i to byłoby wobec niej nie w porządku – wyjaśnia mi, po czym wraca do dziennikarzy, by dać sobie zrobić zdjęcia i odpowiedzieć na kilka pytań, zostawiając mnie z wyrazem totalnego zbaranienia na twarzy i zwijającym się ze śmiechu Kotem u boku.
W takim stanie zastaje nas Peter, który podchodzi do nas chwilę później i podaje mi torbę z cukierkami. Dostrzega moją minę i przekrzywia głowę, przyglądając mi się podejrzliwie.
- Coś się stało?
- Przeżywam fakt, że Kubacki ma dziewczynę – odpowiadam sztywno, powoli wracając do rzeczywistości. - I próbuję zrozumieć, jak do tego doszło, skoro jego umiejętności interpersonalne są, oględnie mówiąc, niewielkie - kręcę głową i dostrzegam cukierki. - To dla mnie?
- Ja jestem na diecie, pamiętasz? - przypomina mi.
- To ja już pójdę – Maciek niestety nie grzeszy dyskrecją. - Do zobaczenia w Bischofshofen! - macha nam jeszcze z oddali.
- Zastanawiałem się, czy dać ci kwiatki… - mówi Peter, kiedy Kot znika z zasięgu wzroku. - Ale uznałem, że będziesz bardziej zadowolona z cukierków.
- Austriackie słodycze…? - pytam, zaglądając do torby i uśmiecham się szeroko. - Kupiłeś mnie!
Peter uśmiecha się i mocniej opiera na nartach.
- A co do dzisiejszej nagrody…
- ...to wyciągnąłeś mnie z łóżka w środku nocy. Jako nagrodę potraktuj fakt, że cię wtedy nie zamordowałam – zaplatam ręce na piersi.
- Skoro tak twierdzisz… - wzdycha, jakby zawiedziony.  - Ale pod warunkiem, że  w Bischofshofen się postarasz! - zastrzega.
- Postaram się tak, że ci szczena opadnie do samej Australii, Prevc – naciągam mu czapkę na oczy i wrzucam sobie do ust jednego cukierka. - Do zobaczenia w busie, idę na miasto po żelkowy haracz dla Janusa – obracam się na pięcie i znikam w tłumie, nim Peter doprowadza do porządku swoją fryzurę po moim ataku.

[Peter]
Udaje mi się szybko spakować, zresztą Jurij znowu pogania nas wszystkich, przebierając niecierpliwie nogami. Pośpieszany jego gniewnymi pomrukami, pakuję rzeczy do busa i opadam na moje ulubione miejsce. Chwilę później w wejściu pojawiają się mój brat wraz z Katką i, nie przerywając rozmowy, sadowią się zaraz za mną.
Minuty mijają szybko, bus się zapełnia, na miejsce dociera nawet Janus, a Alicji nadal nigdzie nie widać. Obracam się więc do tyłu, by zapytać o to Katkę.
- Nie wiesz może…
- Nie, nie mam pojęcia, gdzie jest Alicja, nie jestem jej matką – odpowiada mi nim zdążam skończyć pytanie. Zaskakuje mnie jej wrogi ton, po chwili jednak reflektuje się nieco. - Wybacz, po prostu nie wiem, czemu wszyscy pytają o nią właśnie mnie - przeprasza mnie. - Ale odpowiadając na twoje pytanie, ostatnio widziałam ją pod skocznią… Albo nie! Jakąś godzinę temu gadała z Kamilem pod sklepem spożywczym – przypomina sobie jednak.
- Z Kamilem? - dziwię się. - Niby o czym…?
- O tym, że powinien w końcu poinformować żonę o naszym ognistym romansie -  słyszę sarkastyczny głos Alicji za plecami. - Trenerze, żelki! - obraca się do Janusa i rzuca mu dużą paczkę Haribo, po czym ponownie przenosi wzrok na mnie. - Uważasz więc, że kiedy spotykam w sklepie przyjaciela, powinnam w niego czymś rzucić? Albo przyłożyć mu w twarz…? - pyta dalej ironicznie.
- Nie, po prostu… - urywam, bo w sumie nie wiem, jak się wytłumaczyć. - Byłem po prostu ciekawy.
- Oj, Prevc… - wzdycha Ala i kręci głową. - Przecież żartuję, myślałam, że wiesz… - wsuwa się na siedzenie obok mnie i wyciąga z torby cukierki, które jej dałem.
- No, wiesz, ten ognisty romans zabrzmiał bardzo realistycznie – rzuca Kasia zza siedzenia, Ala jednak nie śmieje się, jak się tego spodziewam, tylko rzuca jej ciężkie spojrzenie, a jej przyjaciółka natychmiast się peszy. - Racja, Kamil i ogniste romanse to raczej mało prawdopodobny scenariusz...
Alicja uśmiecha się lekko, dostrzegam jednak na jej twarzy jakieś dziwne napięcie, które wydaje mi się niezbyt na miejscu przy okazji tak niewinnego żartu.
- Alicja… - zaczynam.
- Ani słowa – przerywa mi. - Mam zamiar teraz iść spać i nie obchodzi mnie, że będziemy jechać krótko. Dobranoc!
Odwraca się do mnie bokiem, opiera głowę na moim ramieniu i w zaledwie parę chwil zasypia. Przez dłuższy moment obserwuję, jak oddycha spokojnie, zastanawiając się, czy mógłbym już powiedzieć, że mi ufa. Wiem jednak, że do tego jeszcze długa droga. 
Jest między nami coś, co nie pozwala nam sobie w stu procentach zaufać.
I mam wrażenie, że tu nie chodzi jedynie o Katję.
- Peter? - woła mnie cicho Cene.
- No? - oglądam się do tylu i zauważam, że i Katka zasnęła z głową opartą o szybę. Uśmiecham się lekko, widząc ich splecione dłonie, bluzie rzuconej niedbale między nich nie udaje się mnie zwieść.
- Powinieneś porozmawiać z Alą. O Katji – mówi ostrożnie, jakby obawiając się mojej reakcji. I całkiem słusznie, bo przez długi czas, to imię w naszym domu było okryte tabu.
Odkąd jednak poznałem Alicję, jakoś łatwiej jest mi myśleć o tamtej dziewczynie, która tak wiele zmieniła w moim życiu. Jakoś łatwiej jest mi pogodzić się z tym, co się wydarzyło. Pojawiła się w moim życiu w momencie, w którym jej najbardziej potrzebowałem, choć nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę.
- Wiem – odpowiadam cicho, nie chcąc jej obudzić. - Ale to jeszcze nie teraz.
- Może w domu? - sugeruje Cene.
- Może – zgadzam się, bo to naprawdę nie brzmi źle.
Tutaj Alicja jest w pracy. A ta rozmowa na pewno będzie wykraczać poza jej „obowiązki”.
- Rodzice wiedzą? - pytam, łagodnym gestem wskazując na Katkę.
- Rodzice wiedzą? - odpowiada kpiącym tonem, wskazując na Alicję. - Wbrew pozorom, jestem dorosły, Peter – przypomina mi.
- Racja – wzdycham. - Wybacz, ciągle o tym zapominam.
Milczymy chwilę, nim Cene znowu odzywa się niepewnie:
- Myślisz, że mama ją polubi…?
Uśmiecham się pod nosem na te słowa.
- Oczywiście, że tak – mruczę sennie. - Nie masz się czego obawiać – dodaję jeszcze, nim zasypiam.
Zdaje mi się, że mija zaledwie parę minut, nim budzi mnie mało delikatne dźgnięcie w żebra.
- Wstawaj, śpiochu, dojechaliśmy! - dociera do mnie dziarski głos Alicji, nim jednak otwieram oczy, ona już znika z zasięgu mojego wzroku.
Razem z resztą ekipy niemrawo wygramalam się z busa, podczas gdy Ala już od dobrych paru minut konwersuje z panią z recepcji. Zdaje się, że ma jakieś problemy, ale kiedy tam docieramy, już ponownie ma wszystko pod kontrolą.
- Znowu nie ma jedynek – krzywi się, podając nam klucze do pokojów.
- Okej, to ja się wyniosę do Robiego – podchwytuje natychmiast Jurij, puszczając do mnie mało dyskretnie oko. - Skoro ostatnio nie skorzystaliście z propozycji…
- ...dlatego domówiłam jeszcze jeden pokój dla mnie i dla Katki – kończy Alicja lodowatym tonem, nie zaszczycając Tepesa ani jednym spojrzeniem. - Odpiszę to sobie od wypłaty – zwraca się do Gorana.
- Nie ma problemu, to nie twoja wina – wzbrania się trener i odbiera od niej klucz.
Towarzystwo szybko się rozłazi, tak że przy blacie recepcji zostaje tylko Alicja, Cene, ja i Katka. Ta pierwsza przegląda jeszcze jakieś papiery, mrucząc coś pod nosem, a Katka i Cene dzielą między siebie ostatnie żelki.
- Okej, to ja lecę pod prysznic – odzywa się nagle Kasia, a Ala nie odrywając głowy znad papierów, podaje jej klucz. - Śpię pod oknem! - woła jeszcze ze schodów.
- Mhm – mruczy tylko pod nosem jej współlokatorka. - A wy śpicie razem? Bo został mi jeden klucz… - zwraca nagle na nas uwagę.
- Nie, no co ty! - obrusza się Cene. - Wystarczy mi, że przez pierwsze dziesięć lat życia spałem z nim w jednym pokoju i wiesz co ci powiem? NIGDY WIĘCEJ.
Ala patrzy na mnie zaskoczona, jakby zastanawiała się, co też czyni ze mnie tak okropnego współlokatora.
- Chrapiesz może? - strzela na chybił-trafił.
- Gorzej – Cene nie ma oporów, by wyjawić mój sekret. - Jak był mały, to lunatykował i kiedyś obciął mi przez sen włosy – krzywi się na to wspomnienie.
- Tylko raz mi się to zdarzyło! - bronię się jak zawsze.
- A raz przestawił kuwetę kota pod moje łóżko, tak że rano wdepnąłem prosto w… sama wiesz co – dodaje, marszcząc nos.
- To też zdarzyło się raz!
- Mama pozwoliła mi się wynieść do Domena, kiedy obwiązał mnie tak prześcieradłem, że nie mogłem się ruszyć i dopiero rano tata musiał pociąć je, żeby mnie uwolnić… - dodaje gorzko.
- Ej, teraz to już koloryzujesz…! - przerywam mu. - To wcale nie było tak…!
Alicja przenosi wzrok z Cene na mnie i z powrotem, a jego ostatnia rewelacja wywołuje u niej wąski uśmiech. To jednak jedyna reakcja, jakiej się doczekujemy, bo po chwili ponownie zerka na swoją listę.
- Dobra, to mówcie, czyj to klucz, bo nie wiem, co wpisać w papiery – wzdycha jakby zmęczona.
- Mój – zgłasza się Cene. - Myślałem, że Anze go wziął, ale jak widać kwitnie teraz na wycieraczce.
- Prevc, rusz zadek! Ile można plotkować z recepcjonistką!? - dobiega nas krzyk z pierwszego piętra.
- Idę, już idę, nie drzyj się tak… - wzdycha Cene i rusza w kierunku pokoju, machając nam na odchodne.
Odwracam się w stronę Alicji, która właśnie składa podpis na jakiejś kartce i oddaje ją recepcjonistce.
- Czyżbyś poszerzyła swoje kompetencje o specjalizację z logistyki? - pytam, przyglądając się, jak mocuje się z rączką od walizki. - Daj, pomogę.
- Nie trzeba – kręci głową, a oporny sprzęt rzeczywiście poddaje się jej woli. - Nic z tych rzeczy, po prostu Goran jest już tak wykończony tym wszystkim, że postanowiłam go trochę wyręczyć. On też musi być wypoczęty w czasie zawodów – zauważa.
- A ty? Nie jesteś zmęczona? - pomagam jej wnieść walizkę po schodach, a Ala opiera się o ścianę obok drzwi do swojego pokoju.
- Ja? Może trochę – zgadza się niechętnie. - Ale ja mogę być zmęczona. Wy – nie.
- Przydałyby ci się długie wakacje – zauważam.
- Odpocznę po sezonie – wzdycha. - Taką przynajmniej mam nadzieję – dodaje ciszej.
- To już ci nie przeszkadzam, wypocznij – nachylam się i całuję ją w policzek. - Dobranoc, Ala.
- Dobranoc, Peter – uśmiecha się słabo i znika za drzwiami.
Kiedy wchodzę do pokoju, z łóżka pod oknem dobiega już głośne chrapanie Jurija. Biorę szybki prysznic i padam na łóżko, gotów do zbliżającej się ostatecznej walki o złotego orła.

[Alicja]
Następnego ranka opadam z westchnieniem na krzesło w jadalni i bez słowa sięgam po dzbanek z kawą. Ignoruję wlepione we mnie spojrzenia, sama doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak wyglądam.
A konkretnie: wyglądam jak trup.
- Wpadłaś pod schody ruchome…? - pyta z zatroskaną miną Nejc.
- Twoja fałszywa troska jest nie na miejscu – krzywię się, upijam łyk kawy i dolewam jeszcze więcej mleka. Po chwili namysłu sięgam również po cukier. - Tak się składa, że przez całą noc nie zmrużyłam oka…
Z całkowicie nieznanego mi powodu wszystkie spojrzenia jak na zawołanie przenoszą się na Petera. Nawet Janus się na niego gapi!
Wywracam oczami i zaczynam smarować tost masłem.
- Co was opętało…? Już nie może człowiek sobie spokojnie umierać przez pół nocy na ból brzucha, a drugie pół rzygać do wanny…? - skrzywiłam się, licząc, że odechce im się pytać o szczegóły.
Okres to jednak wredna suka. Zwłaszcza w stresie i podróży. Zwłaszcza w moim przypadku. Zwłaszcza, gdy przyłapuje cię bez środków przeciwbólowych.
- Jesteś w ciąży?! Tak szybko?! - wykrzykuje Jurij, zdecydowanie za głośno jak na mój gust. Puszczam mimo uszu to „tak szybko” - życie z Dawidem Kubackim, Wiewiórem i resztą tej szalonej bandy dawno temu wywindowało mój próg zawstydzenia gdzieś w okolice szczytu Mount Everestu. 
- Wręcz przeciwnie. Nie zapytam skąd ten pomysł, nie chcę wiedzieć – unoszę ręce na znak protestu, bo paru z nich już otwiera usta, by oświecić mnie swoją wiedzą tajemną.
- Dajcie jej już spokój – niespodziewanie odzywa się Peter. - Każdemu zdarza się czymś zatruć.
...hormonami, na przykład. Co miesiąc.
- Dziękuję ci serdecznie, dobrze wiedzieć, że jest wśród was ktoś z IQ wyższym niż wartość ujemna – rzucam, wgryzając się w kromkę. Nocne mdłości już mi przeszły, ale wolę nie szarżować z dietą – kawior, śledzie i korniszony odłożę jednak na inną okazję.
- Dobra, misiaczki, nie wykręcicie się – Jurij, wbrew moim cichym modlitwom, nie wykazuje zainteresowania zawartością swojego talerza i postanawia nas nadal dręczyć. Tym razem za pomocą jakiegoś plotkarskiego portalu, który otwiera teraz na tablecie. - Uwaga, uwaga…
- Tepes, błaaagam… - przerywam mu z jękiem. - Myślałam, że pudelki czy inne jamniki są jednak poniżej twojej godności… Zawiodłam się na tobie, łudziłam się, że czytasz jednak ambitniejszą literaturę.
- To jest raczej makulatura – mruczy pod nosem Peter, rzucając mi jakby niespokojne spojrzenie.
- Zamknijcie się wszyscy, czytam! - Jurij nie daje się zbić z pantałyku, odchrząkuje niczym prawdziwy lektor i zaczyna czytać. - Nowa dziewczyna Petera Prevca. Peter Prevc (l.25), gwiazda słoweńskich skoków narciarskich, zdobywca licznych tytułów w tejże dziedzinie (m.in. Mistrzostwo Świata w Lotach w latach 2013-2015), ostatnio bardzo często widywany jest w towarzystwie młodej członkini sztabu o niemieckim pochodzeniu, Alicji Mittner (l.25), która w kadrze pełni rolę psychologa. Z tygodnia na tydzień ich relacja staje się coraz bardziej zażyła. Czyżby próba wyprowadzenia na prostą Prevca po niedawnych zawodach miłosnych i sportowych, miała przybrać zbyt osobisty obrót, by ich relacje można było uznać za czysto zawodowe…? Prevc ma już za sobą…
- Dość – przerywa gwałtownie Peter, choć ja zaczynam się całkiem dobrze bawić, mimo iż znalezienie się pod ostrzałem mediów nie widnieje na mojej liście życzeń na najbliższy czas. Artykuł jest pełen błędów, przez co mocno traci na swojej wiarygodności. Nawet jeśli okraszony jest zdjęciami, które nie zostały tknięte Photoshopem… 
- Nie przeginaj, Tepes – dodaje Prevc chłodno, a ja uświadamiam sobie, że Jurij przez przypadek dotknął sprawy, do której Peter nie ma zamiaru wracać publicznie. Mam wrażenie, że „ta sprawa” posiada w swoim genotypie dwa chromosomy X, a po niedawnej rozmowie z Cene, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że jej imię brzmi Katja.
- „Niemieckiego pochodzenia”? - pytam z niedowierzaniem, próbując rozluźnić atmosferę, która staje się jakby nieco zbyt gęsta. - Na miłość boską, to, że mam niemieckie nazwisko, wcale nie znaczy, że trzeba mnie brać za jakąś Helgę czy inną Gertrudę! Niemieckich przodków mam dopiero siedem pokoleń wstecz! I na dodatek mnie postarzyli…! - obruszam się, zaplatając ręce na piersi.
- Mhm… A Peterowi dodali parę medali - Cene zagląda Jurijowi przez ramię. - Brat, zdaje się, że nie wygrałeś trzy razy MŚ w Lotach, co nie? Mała Kula, owszem, ale Mistrzostwa? Pazeeerny… - kręci głową, wznosząc oczy do nieba.
Uśmiecham się na ten widok i marudzę jeszcze przez kilka chwil na przekłamania w artykule, najbardziej ubolewając nad postarzeniem mnie o CAŁE DWA LATA. Atmosfera jednak siadła już na dobre i wszyscy zaczynają się powoli zbierać, mimo iż mamy pełno czasu do treningów na skoczni. Jedynie Peter siedzi niewzruszony, bez słowa przeżuwając swoje tosty ze wzrokiem wbitym w ścianę. Mam wrażenie, że każdy kęs staje mu kością w gardle, kiedy siedzi naprzeciw mnie, całkowicie nieobecny duchem. Ostatecznie zostajemy sami, kiedy Tepes podnosi się jako jeden z ostatnich i odchodzi, klepiąc po drodze Petera  przyjacielsko po ramieniu.
- Sorry, stary. Przesadziłem tym razem.
Peter odmrukuje coś w odpowiedzi, a jak chowam twarz za filiżanką kawy, chyba już trzecią tego ranka. Siedzimy w milczeniu przy pustym stoliku, każde zajęte swoim śniadaniem. Sączę kawę powoli, czekając aż Peter się odezwie, sama bowiem nie bardzo wiem od czego zacząć.
- Lepiej się już czujesz? - pyta niespodziewanie, przenosząc na mnie wzrok. - Nie wyglądasz najlepiej…
- Miałam ciężką noc, ale już mi lepiej – uspokajam go. - Nie musiałeś gasić Jurija, mnie nie przeszkadzają takie docinki, przyzwyczaiłam się do takich żartów. Ale to i tak było miłe z twojej strony – uśmiecham się wąsko znad filiżanki.
- Nie. Jurij nie wie, kiedy dać sobie spokój – oponuje Peter, zaciskają mocno szczęki. - Powinien się w końcu nauczyć, że czasem trzeba trzymać język za zębami…
- To tylko głupi artykuł – uspokajająco kładę rękę na jego dłoni zaciśniętej w pięść. - Kiepskiej jakości zresztą, a co za tym idzie, mało wiarygodny. Naprawdę nie ma się czym przejmować… - przekonuję go, choć sama wiem, że to nie tu jest pies pogrzebany.
- Wiem, ale nie o to chodzi – Peter natychmiast potwierdza moje domysły. - Jest coś, co powinnaś o mnie wiedzieć, ale nie chcę żebyś dowiedziała się o tym w przypadkowy sposób. To skomplikowana sprawa i bardzo dla mnie bolesna, mimo iż minęło już sporo czasu, ale chciałbym, żebyś… - milknie i odwraca wzrok.
Wzdycham cicho, jednak postanawiam zaryzykować.
- Katja, prawda? Miała na imię Katja – mówię cicho, a Peter przenosi na mnie natychmiast wzrok. Czuję jak jego ciało się napina, jakby chciało się przygotować na niespodziewany atak.
- Skąd…? - otwiera szeroko oczy.
- Cene się bardzo o ciebie martwi... aż za bardzo – odpowiadam wymijająco. - Ale spokojnie, nie powiedział mi nic więcej. Potwierdził jedynie moje domysły – dodaję, kiedy Prevc rzuca pod nosem dość dosadny epitet pod adresem młodszego brata.
- Nie powinien się w to mieszać, to nie jest jego sprawa… - mruczy gniewnie.
- Jest – wstaję i przesiadam się na krzesło obok Petera. - To twój brat i martwi się o ciebie, a ta sprawa ewidentnie nadal cię gnębi. Cene uważa, że mogę ci pomóc, ale nie chcę cię do niczego zmuszać, Jeśli uznasz, że chcesz mi o tym powiedzieć, to cię wysłucham. Jeśli nie – nie będę pytać.
Peter unosi głowę i przez dłuższą chwilę patrzy mi prosto w oczy. Na tyle długo i intensywnie, że zaczynam się czuć lekko niekomfortowo pod tym spojrzeniem. Po chwili jednak mruga i uśmiecha się kącikiem ust.
- Jasne. Ale to coś, o czym musimy porozmawiać na spokojnie. Nie dziś i nie jutro. Ale wkrótce – zaznacza, a ja wiem co ma na myśli. I wiem też, jak bardzo jest to dla niego ważne.
- Oczywiście. Masz jeszcze Turniej do wygrania – wstaję i uśmiecham się szeroko. - Wcinaj tego tosta do końca, musisz mieć dużo siły. Ten orzeł wygląda na naprawdę ciężkiego – mrugam do niego i w końcu puszczam jego dłoń, gotowa do odejścia.
- Ala…? - zatrzymuje mnie jednak jeszcze, ponownie łapiąc za rękę. - Jeszcze co do tego artykułu… Wiesz, że takie informacje zaczną się pojawiać coraz częściej…? - pyta, bacznie badając moją reakcję.
Uśmiecham się lekko. Prasa jest uciążliwa, ale nauczyłam się już jak sobie z nią radzić. Przez pół roku byłam nazywana dziewczyną Maćka Kota, przez cały letni sezon – Kubackiego. Bycie dziewczyną Petera Prevca nie różni się od tego praktycznie niczym.
...prócz tego, że jest ciut bliższe prawdy.
- Wiem, dlatego mam dla ciebie radę – odpowiadam spokojnie. - Ustawiaj się do kamer prawym profilem, lewy wypada wyjątkowo niekorzystnie w soczewce aparatu – puszczam mu oko i wychodzę z jadalni.
Czekają mnie jeszcze dwa intensywne dni Turnieju, a na dodatek powrót do domu to nadal pieśń przyszłości. Czekają mnie jeszcze obowiązki w Słowenii i niełatwa, jak mi się wydaje, rozmowa z Peterem.
Aczkolwiek wątpię, by powiedział mi coś, co będzie w stanie mną wstrząsnąć. Nic nie wstrząśnie mną bardziej niż słowa „kocham cię” z ust osoby, która przysięgała kochać kogoś zupełnie innego. Nic nie wstrząśnie mną bardziej niż świadomość, że moje serce już na zawsze będzie w jakiejś niewielkiej części należeć do osoby, która nie ma do niego żadnych praw.

[Klemens]
Ostatni konkurs Turnieju zapowiada się obiecująco, zwłaszcza, że mam do obronienia podium; pierwsze i drugie miejsce bezsprzecznie należą już do Prevców, ten starszy ma tylko do wyrównania wyczyn Hannawalda – cztery wygrane konkursy TCS. Ja za plecami mam Freitaga, Kamila i Maćka, ale miejsce w czołowej piątce powinno zapewnić mi ostatnie miejsce podium ostatecznej klasyfikacji.
Kiedy rozgrzewam się przed kwalifikacjami, w oddali dostrzegam Alicję, rozmawiającą z Kasią. Ta ostatnia gestykuluje mocno, lekko zaczerwieniona, czy to od zimna czy to od emocji, a przyjaciółka potakuje jej słowom. Przyglądam się chwilę temu obrazkowi, nim ktoś przypomina mi, że na mnie już czas.
Całe dzisiejsze skakanie mija mi wyjątkowo szybko, jakby czas nagle przyśpieszył, wiedząc, że do końca Turnieju już niewiele ulegnie zmianie. W kwalifikacjach zajmuję wysokie, czwarte miejsce i trafiam do pary z Bresadolą. Reszta drużyny dostaje się do konkursu bez większych problemów, choć niektórym trafiły się dość ciężkie pary. Mimo to, jesteśmy nastawieni bojowo przed zbliżającym się konkursem.
Wieczór wszyscy poświęcamy na relaks, dlatego idę do centrum w poszukiwaniu jakichś prezentów dla Agi i Klimka. Robię szybkie zakupy, kiedy nagle mój wzrok przykuwa jakaś kolorowa gazeta sportowa. A raczej zdjęcie na jej okładce przedstawiające  Alicję i Petera. Niewiele myśląc, kupuję pismo i siadam na murku w okolicy niewielkiego ryneczku naprzeciwko nieczynnej o tej porze roku fontanny i zagłębiam się w ledwie zrozumiały dla mnie tekst.
- Widziałaś ten ostatni artykuł? - zwracam się do Alicji, siadając na kamiennym murku w centrum Bischofshofen i klepię miejsce obok siebie.
- Ten, w którym znajduje się dziewięć dowodów na to, że jestem nową dziewczyną Kocura…? - pyta niedbale, siadając obok, i zdejmując resztki waty cukrowej z brody i szalika. - Tak. Najbardziej bolą mnie te fotki z lewego profilu – krzywi się komicznie, na co ja wybucham śmiechem i wyciągam jeszcze parę cukrowych nitek z jej włosów.
- Jesz jak świnka – śmieję się z niej.
- Nie obrażaj świnek – puszcza mi oko i sadowi się wygodniej. - Szczerze powiedziawszy, dziwię się, że dopiero teraz pojawiają się takie artykuły, skoro spędzam z wami tak wiele czasu. I, zasadniczo – obraca się w moim kierunku – idąc tym tropem, to powinni mnie wkręcić w romans z tobą, a nie Maćkiem. To z tobą spędzam chyba najwięcej czasu…
- Bo potrzebuje wnikliwej psychoanalizy – śmieję się. - Nie martw się, mnie w to nie wciągną, mam przecież żonę.
- Ano racja. Ale podejrzewam, że to byłby tym bardziej chwytliwy temat – mruży  oczy w zamyśleniu. - Czołowy polski skoczek zdradza żonę ze swoją psycholożką…
- Czołowy? Trochę przesadziłaś – śmieję się, bo sam ten tytuł brzmi komicznie.
- I ta „psycholożka”… Nie, czekaj wymyślę coś innego – przerywa mi i znowu popada w zamyślenie.
- Masz zamiar coś z tym zrobić? - wskazuję gazetę na wystawie w kiosku.
- Z tym? Nie, informacje dementowane są przecież prawdziwe… A ja nie mam zamiaru zostać wrobioną w romans z Kotem! – wywraca oczami. - Przecież on jest marudny jak baba w ciąży… Bez obrazy dla bab w ciąży.
Śmieję się pod nosem i pociągam łyk wody z butelki.
- Musimy się zbierać, wiesz?
- Wiem – podnosi się z murku i nagle klepie mnie w ramię. - Kto ostatni w hotelu, ten stare skarpety Wiewióra…! - woła i ucieka co sił w nogach.
Wpatruję się w zdjęcie z niedowierzaniem. To znaczy, nie ma w nim nic, czego nie widziałbym na własne oczy, ale bije z niego jakaś taka otwarta zażyłość, która uświadamia mi, że „związek” ten dostrzegam nie tylko ja, czy też nieliczne postronne osoby. Widzą to wszyscy, którzy mają szansę poobserwować ich przez chwilę razem.
Artykuł nie wnosi zbyt wiele nowych informacji – z tego, co udało mi się zrozumieć, zawiera jedynie krótką charakterystykę Petera, kilka niespecjalnie pokrywających się z rzeczywistością faktów dotyczących Alicji i spekulacje na temat ich relacji. 
Mimo to, kiedy patrzę na te gazetę, mam dziwne uczucie bezsilności, jakby Alicja wymykała mi się z rąk… Choć przecież wcale nie powinienem tak tego odbierać.
- Klemens? Wszystko cacy? - niespodziewanie dosiada się do mnie Andrzej, zajadający się olbrzymim hamburgerem. - Chcesz gryza? - pyta, widząc mój zaskoczony wzrok. - Tylko ani słowa Łukaszowi, jasne?
- Jasne, ale nie, podziękuję raczej. Co tu robisz?
- Szukam źródła nielegalnego żarcia, ale to już znalazłem – wskazuje burgera, po czym dostrzega gazetę. - Hej, czy to nie jest przypadkiem Mittner?
- Ano jest – wzdycha, a Andrzej uważniej przygląda się zdjęciu na okładce.
- Kurde, naprawdę zero prywatności… Ale, cholera, dobrze wyszła na tym zdjęciu. Niezła laska z tej naszej Alki, co? Szkoda tylko, że pracuje dla konkurencji... – wzdycha i oddaje mi gazetę. - Chodź, Klimek,  trza się wyspać przed jutrem. Muszę przeca skopać tyłek Krausowi.
Ruszam za nim do hotelu, wchodzę do pokoju, który dzielę z Maćkiem i zasypiam niemal natychmiast po wślizgnięciu się pod kołdrę.
Następnego dnia podczas śniadania dostajemy informację o tym, że konkurs odbędzie się wcześniej, ponieważ wieczorem warunki atmosferyczne mają być niesprzyjające. Mówiąc prościej – popołudniu będzie burza.
Trener pogania nas więc, bo plan dnia ulega gwałtownej zmianie i szybko ewakuujemy się na skocznię. Rozgrzewamy się w trybie przyśpieszonym, a po serii próbnej robimy jeszcze ostatnie ćwiczenia i poprawki kombinezonów, żeby nie połapać dyskwalifikacji jak parę dni wcześniej. Pochłonięty rutynowym wirem przygotowań, działam jak w transie, z którego wyrywa mnie dopiero dość niecodzienny widok na górnej stacji wyciągu.
- Alicja?  Co ty tu robisz? - dziwię się, dostrzegając znajomą postać ukrytą pod lichym daszkiem.
- Ukrywam się – odpowiada krótko.
- Przed kim? - pytam zaskoczony.
Posyła mi krótkie spojrzenie.
- Po pierwsze, kolejnej osobie, która zapyta mnie o Petera, wydrapię oczy. Przed chwilą cudem uniknął tego Kubacki, ale on ma taryfę ulgową – mówi zirytowana. - Po drugie, Kasine zachwyty nad jej randką z Cene były fajne, ale tylko za pierwszym, drugim i trzecim razem. Po trzecie jest mi zimno, po czwarte się nie wyspałam, po piąte chcę zabić Tepesa i po szóste mam okres – wyrzuca z siebie jednym tchem, po czym reflektuje się nagle. - Wybacz, ta ostatnia informacja chyba nie jest ci potrzebna do szczęścia.
- No, rzeczywiście niespecjalnie – uśmiecham się lekko, odkładam narty i ostrożnie ją przytulam. Wzdycha ciężko, opierając głowę na moim ramieniu, po czym wysuwa się z moich objęć.
- Idź lepiej, bo się spóźnisz – kręci głową. - Złapię Cene, bo mam do niego sprawę i wracam na dół – poprawia czapkę i odwraca się w kierunku wyciągu, wypatrując młodego Prevca.
Zabieram narty, Alicja jednak woła mnie jeszcze raz.
- Klemens?
- No? - obracam głowę.
- Powodzenia – mówi cicho, a ja jedynie uśmiecham się pod nosem.
Odnoszę wrażenie, że to będzie dobry konkurs.

[Alicja]
- Spóźnisz się, młody – zaplatam ręce na piersi, kiedy Cene w końcu dociera na górę. Ten tylko wzrusza ramionami i uśmiecha się do mnie radośnie.
- Zagadałem się z Katką i potem nie mogłem znaleźć kasku… a miałem go na głowie.
Wywracam oczami i wzdycham ciężko.
- Ja właśnie w sprawie Katki – mówię. - Musimy pogadać po konkursie, okej?
- Jasne – odpowiada z nie mniejszym uśmiechem. - Rozmawiałaś już z Peterem o konferencji? - pyta.
- Nie, to też załatwię po południu – odpowiadam, klepię go po łopatce, życząc powodzenia i zjeżdżam na dół.
Przy barierkach, w moim ulubionym miejscu już czeka na mnie Kasia. Trochę koloryzowałam, mówiąc Klemensowi, że uciekam przed nią i jej rewelacjami, bo tak naprawdę chciałam po prostu pobyć trochę sama. A tu, na dole, cały czas ktoś coś ode mnie chciał.
Kasia uśmiecha się na mój widok i przywołuje mnie gestem. Obejmuje mnie ramieniem i mocno przytula.
- Dziękuje – mówi mi do ucha.
- Za co? - dziwię się. - Przecież nic nie zrobiłam…
- Jak to nic? A bilety? No i Cene do tego! - wyjaśnia mi.
- To ostatnie to akurat nie moja wina – śmieję się. - Cieszę się, że jesteś szczęśliwa – mówię szczerze.
- No, szkoda tylko, że to już ostatni dzień… - wzdycha. - Myślisz, że związek na odległość ma jakieś szanse…? - pyta nagle.
- Oczywiście, że ma! A przecież zawsze można sprawić, żeby nie był na odległość – sugeruję. - Robiłaś już bardziej szalone rzeczy niż przeprowadzka do innego kraju – przypominam jej.
- Tak, i to był zawsze BARDZO ZŁY POMYSŁ – dorzuca i obie śmiejemy się z naszego prywatnego żartu.
Plotkujemy tak przez całą pierwszą serię, wyniki poznaję więc dopiero, gdy rzucam okiem na tabelę. Niepokoi mnie fakt, że do serii finałowej nie dostał się ani Nejc, ani Jurij, a po pierwszej serii prowadzi Cene przed Peterem i Hayboeckiem.
- Meh, obowiązki mnie wzywają – mówię do Kasi, dostrzegając w tłumie Jurija. - Jak będziesz się widzieć z Cene, to wybij mu z głowy wygrywanie tego konkursu, bo inaczej go rodzina wydziedziczy – rzucam jeszcze na odchodne.
- Phi! On to wygra! - krzyczy za mną Kasia, a ja podchodzę do Jurija i kładę mu dłoń na ramieniu.
- Mam ochotę powiedzieć, że pokarało cię za głupie teksty, ale to chyba trochę nie na miejscu - mówię, wskazując brodą tabelę wyników, Jurij wzrusza tylko ramionami.
- Nie mam teraz do tego głowy… - wzdycha.
- Coś się stało? - poważnieję natychmiast i siadam obok niego na ławce, kiedy on w skupieniu zapina torbę na buty.
- Parę dni temu Anja, moja siostra, upadła na treningu. Niby nic jej nie było, ale jak dziś rano się rozgrzewała, to okazało się jednak, że miała nadwyrężone to kolano i strzeliło jej więzadło – krzywi się.
- To może się pożegnać ze skokami na parę miesięcy – podsumowuję smętnie. - Jesteś z nią bardzo zżyty, prawda?
- Liczyłem, że razem pojedziemy na Igrzyska – wzdycha. - Cztery lata temu się nie załapała do kadry, potem kontuzja, ale pozbierała się po tym i choć przez chwilę chciała poważnie rzucić to wszystko, to tym bardziej zmotywowała się do tego, by w tym roku wystartować. A tu teraz znowu zerwane więzadło…
- Przykre – mówię, szczerze zmartwiona. - Jakby było trochę więcej czasu, to mogłabym ci dać numer do świetnego ortopedy, ale w dwa miesiące to nawet on nic nie zdziała – wzdycham. - Tak czy siak, zadzwonię wieczorem do niego, a nuż da się coś zrobić…
- Naprawdę? Mogłabyś? - ożywia się Jurij.
- No pewnie, szkoda dziewczyny. Zwłaszcza, że jak dalej się będziesz tak martwić, to sam na Igrzyska nie pojedziesz, a tego byśmy nie chcieli, prawda? - puszczam mu oko. - Kto będzie mnie tam irytował jak nie ty…?
- Przyznam, że czasem bywam wredny… Ale zaufaj mi, z Petera też był kiedyś niezły śmieszek – dodaje na swoje usprawiedliwianie. - Po… potem trochę spoważniał i tak mu zostało do dzisiaj – słyszę wahanie w jego głosie, jednak udaję, że nic nie zauważyłam.
- Dobra, przypomnij się z tym numerem, a ja lecę jeszcze pogadać z Nejcem – mówię, poklepując go po plecach. - Idź się przebierz, zadzwoń do siostry i pozdrów ją ode mnie.
- Jasne. Aha, Ala? - woła mnie jeszcze.
- No?
- Przepraszam za tę gazetę wczoraj. Nie powinienem sobie żartować z waszego szczęścia – dodaje, a ja uśmiecham się nieco smutno.
- Nie ma sprawy, już zdążyłam zapomnieć – mówię, jednak robi mi się jakoś ciężko na sercu,
Wszyscy widzą we mnie i Peterze zgraną parę, a prawda jest taka, że powinien się trzymać ode mnie z daleka. Dla własnego dobra. Ja jednak nie potrafię zrezygnować z jego towarzystwa, bo czuje się przy nim po prostu dobrze. 
Ale nie na tyle dobrze, by móc w pełni odwzajemnić jego uczucia.
Nejca odnajduję w momencie, w którym miał się właśnie schować w naszym domku. Łapię go za ramię i razem wchodzimy do środka.
- Czego chcesz? -warczy do mnie.
Jestem ciekawa, czy jego postawa jest spowodowana nie najlepszymi wynikami w ostatnich konkursach, czy jego niechęć do mnie ma o wiele bardziej złożone podłoże. Instynkt podpowiada mi, że chodzi raczej o to drugie.
- Próbuję pomóc – mówię spokojnie. - Ale zdaje się, że zanim porozmawiamy o twoich skokach, muszę zapytać, dlaczego tak bardzo mnie nie lubisz – walę prosto z mostu. - I pamiętaj, że cenię sobie szczerość, więc chętnie zniosę nawet najgorszą prawdę. 
- Będzie krótko: nie jesteś nam potrzebna – Nejc skwapliwie korzysta z propozycji, by wyrzucić z siebie swoje żale. - Wprowadzasz tylko zamieszanie, mącisz w głowie Peterowi i znowu będzie jak z Katją. A my go potrzebujemy. Chadzasz sobie na konkursy za związkową kasę, a nie ma z ciebie żadnego pożytku – mówi gniewnie.
- Hm, ostre zarzuty – kiwam głową, puszczając mimo uszu uwagę o Katji. Już wcześniej postanowiłam sobie, że jedyną wersję wydarzeń jaką chcę na jej temat usłyszeć, to ta, którą przedstawi mi Peter. - Z tym ostatnim pozwolisz, że się nie zgodzę, bo od dwóch tygodni próbuję wyciągnąć z ciebie, co jest nie tak, ale niestety nie pozwalasz sobie pomóc.
- Nie chcę twojej pomocy – Dezman obraca się do mnie plecami, kończąc rozmowę.
- ...bo jestem dziewczyną? - pytam cicho.
- Nie. Bo nie jesteś facetem.
- Trzeciej opcji nie ma – zauważam bystro. - Więc w sumie na jedno wychodzi.
- I nie jesteś sportowcem.
- Biorąc pod uwagę, że jestem psychologiem sportowym, to pojęcie rywalizacji nie jest mi obce, zwłaszcza że na studiach reprezentowałam uczelnię w narciarstwie zjazdowym, ale skoro twierdzisz, że to za mało… - moje słowa nie wywołują u niego żadnej rekcji, wzdycham więc i próbuje od innej strony. - Nejc, posłuchaj. Nie wiesz, czy będę potrafiła ci pomóc, czy też nie. Nie przekonasz się, jeśli nie spróbujesz. A jeśli okażę się bezsilna, to będziesz mógł powiedzieć „a nie mówiłem”, dobra? Daj mi chociaż spróbować. Od tego tu jestem. I właśnie za to, jak już wcześniej zauważyłeś, mi płacą.
Dezman opada ciężko na ławeczkę i otwiera usta, kiedy nagle do domku wpada bez pukania Lanisek.
- Anze, wyjdź – mówię zimno.
- Ale ja…
- Wyjdź – powtarzam. - Prowadzę właśnie ważną rozmowę.
- Ale ja… No dobra, pójdę do toi-toia – kapituluje i wychodzi, nim udaje mi się zaoponować.
- Trzeba przyznać, autorytet to ty masz – uśmiecha się krzywo Nejc. - A ja, zdaje się, utknąłem w błędnym kole.
- To znaczy?
- To znaczy, że… wiesz, że moja dziewczyna też skacze, prawda? - przerywa, a ja kiwam głową. - No i mówiąc krótko, ona skacze lepiej ode mnie. Za każdym razem, gdy to sobie uświadamiam, czuję irracjonalny gniew, a to sprawia, że nie mogę się skupić i skaczę jeszcze gorzej… I tak w kółko. Jej to nie przeszkadza, ale mnie tak i ostatnio coraz częściej się o to kłócimy… I co, pani psycholog? Wiesz co z tym zrobić? - kpi.
Przyglądam mu się w milczeniu przez chwilę, nim uśmiecham się lekko.
- Oj, Dezman, Dezman… Ale ty głupi jesteś – mówię łagodnie, bez grama złośliwości. - Ktoś cię kiedyś uświadomił, że kobieta i mężczyzna różnią się jednak nieco…? - pytam, a Nejc strzela buraka i mruczy coś cicho pod nosem. - To, że twoja dziewczyna zajmuje wyższe miejsca od ciebie, nie ma żadnego znaczenia. Z kilku powodów. Po pierwsze, kobiety skaczą w zupełnie innych warunkach i jest zaledwie parę zawodniczek, które byłby w stanie konkurować z wami. Ponadto ilość zawodniczek startujących w Pucharze Świata w porównaniu z konkursami mężczyzn jest śmiesznie mała. Tak naprawdę to są dwie zupełnie różne dyscypliny, nie ma więc sensu ich przyrównywać – konkluduję. -  Twoja dziewczyna ma rację, nie powinieneś się tym przejmować i skupić się na sobie i swojej formie, a nie na tym, by porównywać się do niej, gdyż wasze wyniki są absolutnie nieporównywalne. To tak, jakbyś próbował porównać wyniki rzutu młotem i rzutu oszczepem. Albo czasy pływaka płynącego stylem dowolnym i tego płynącego stylem motylkowym. Po prostu się nie da.
- Nie powiedziałaś mi nic nowego – upiera się Nejc.
- Owszem – zgadzam się. - Ale czasem pewne rzeczy musisz usłyszeć głośno od kogoś obcego, by naprawdę dotarły do twojej świadomości. Więc weź telefon, zadzwoń teraz do dziewczyny i zaproś ją do kina oraz na kolację, podczas której nie będziecie rozmawiać ani o jej skokach ani o twoich, bo przecież nie po to się chodzi na randki, żeby rozmawiać o pracy, prawda? - pytam.
- No, nie – zgadza się Nejc i nagle się uśmiecha. - Wiesz co? W twoich ustach brzmi to tak jakoś prosto. Tak jakoś sensownie… Jak ty to robisz? - dziwi się.
Wzruszam ramionami i wstaję z wąskiej ławeczki.
- Bo życie jest proste, Dezman. Tylko ludzie je niepotrzebnie komplikują – stwierdzam i wychodzę, by obejrzeć chociaż końcówkę serii finałowej. Dzisiejszy konkurs jest jedynie formalnością, bo czołowe lokaty są już porozdzielane.
A rozmowa z Nejcem uświadomiła mi jedną, istotną rzecz – pewne rzeczy naprawdę trzeba powiedzieć głośno, by do nas dotarły.
Zdążam akurat obejrzeć trzy ostatnie skoki. Hayboeck utrzymuje pozycję, ale Peter spycha go niemal natychmiast na drugie miejsce. Z napięciem wpatruję się belkę, z której ściągają młodszego Prevca, zbliża się bowiem zapowiedziana rano burza i wiatr wzmaga się coraz bardziej.
- Mam nadzieję, że uda mu się skoczyć – odzywa się Peter, stając obok mnie. - Bezpiecznie skoczyć.
- Dostanie taki huragan pod narty, że ci jeszcze tego orła zabierze – mruczę, zerkając na niego.
- Nie zrobi tego, bo wie, że Nika go wtedy spierze na kwaśne jabłko, jak wróci do domu – uśmiecha się pod nosem, a na tablicy pojawia się informacja, o piętnastominutowej przerwie. - Okej, to idę się szybko przebrać. Jakby coś się działo, to wołaj przez walkie-talkie, okej?
- Jasne – kiwam głową i odprowadzam go wzrokiem.
Wiatr jednak okazuje łaskawość po zaledwie kilku minutach, wołam go więc przez krótkofalówkę i kilka sekund później dołącza do mnie, w biegu naciągając na kurtkę żółty plastron.
W tym momencie Cene odpycha się od belki i przyjmuje wypracowaną pozycję. Na telebimie wyraźnie widać skupienie malujące się na jego twarzy, kiedy zbliża się do progu.
- Nie popuści, skubany – mruczę pod nosem, choć wiem, że Peter nie byłby zadowolony, gdyby brat zepsuł skok tylko po to, by mógł się cieszyć czterema wygranymi w Turnieju.
Wybija się bezbłędnie i leci daleko - tak jak myślałam, zbliżająca się burza zafundowała mu huragan pod narty. Nieco niestabilnie ląduje trzy metry dalej od Petera i wygląda już na to, że zwycięstwo ma w kieszeni (pobicie przez młodszą siostrę również), kiedy nagle tuż przed linią choinek wypina mu się narta i Cene wywija popisowego orła w przód. Zbiera się jednak o własnych siłach, nim ktokolwiek zdąża zareagować i zaczyna się śmiać sam z siebie, po czym odszukuje nartę i schodzi z areny skoczni.
W tym czasie zdezorientowani sędziowie próbują dojść do ładu z ocenami, nie są bowiem pewni, czy zaliczyć jego akrobacje jako upadek w obszarze ocenianym czy też nie.  Ostatecznie oceny wahają się od jedenastu do siedemnastu punktów i z napięciem wszyscy wpatrujemy się w tabelę wyników, w oczekiwaniu na werdykt.
- Nosz, cholera jasna…! - wyrywa mi się, kiedy obok jego numeru startowego pojawia się informacja o wygranej. Gdzieś niedaleko słyszę uradowany pisk Kasi, która rzuca się Prevcowi na szyję. - Małe, wredne, wyrodne…
- Ala?  - przerywa mi moje żale Peter. - Nie chciałbym ci przerywać wieszania psów na moim małym braciszku, bo słucha się tego naprawdę przyjemnie, ale chyba powinnaś wiedzieć, że mamy tyle samo punktów – informuje mnie z szerokim uśmiechem. - Wygraliśmy!
- Co? - wyrywa mi się mało inteligentnie, nim Peter porywa mnie w objęcia i entuzjastycznie całuje mnie w policzek, nic sobie nie robiąc z błyskających dookoła nas fleszy.
- Prawy profil – syczę mu do ucha. - Skoro już będziesz na okładce, to wyglądaj jak człowiek – mruczę, próbując uciec z zasięgu kamer, jednak Peter uniemożliwia mi to i tak stoję obok niego dopóki nie wywołują go na podium.
- Jak wyglądam? - pyta mnie, kiedy wołają go ponownie, wygładzając jeszcze kurtkę.
Przyglądam mu się z przekrzywioną głową i uśmiecham się lekko.
- To aż dziwne, że ci jeszcze tego nigdy nie powiedziałam, ale… Świetnie wyglądasz w żółtym – mówię, mrużąc lekko oczy i wygładzam jakąś niewidzialna fałdkę na plastronie.
- Lepiej niż w garniturze? - unosi lekko brew, a mnie przed oczami staje kilka scen z sylwestrowej nocy. Opanowuje wypełzający mi na twarz rumieniec – po minie Petera poznaję, że pomyślał dokładnie o tym samym.
- Zależy od sytuacji – odpowiadam, po czym dodaje nagle. - Ale nie kupuj żółtego garnituru, błagam!
Peter śmieje się głośno, odchylając głowę do tylu, całuje mnie raz jeszcze w policzek i rusza za jakimś poważnie wyglądającym mężczyzną, który pośpiesza go po niemiecku i prowadzi w kierunku podium.
- Ładna z was para – słyszę obok siebie głos Kota, kiedy odprowadzam Petera wzrokiem.
Zerkam na niego, a w jego spojrzeniu dostrzegam jakiś dziwny smutek.
- Wszystko w porządku, Kicia? - pytam.
Kiwa głową, ale chwila wahania, którą dostrzegam, wystarcza mi, by wiedzieć, że nie jest ze mną szczery. Wbijam w niego wzrok, a Kot wzdycha, domyślając się, że go przejrzałam.
- To skomplikowane… - mówi, nie patrząc mi w oczy. - Boję się, że mnie źle zrozumiesz…
- Kicia, przecież mnie znasz. Jestem od tego, żeby was zrozumieć. I pozwalam wam mówić tak długo, aż dotrze do mnie to, co chcecie mi przekazać. Pamiętasz? - pytam.
- Pamiętam. Po prostu mam wrażenie, że zaprzepaściłem dwa lata temu szansę – mówi, zerkając na mnie ostrożnie.
- Szansę na co? - pytam, a serce staje mi na moment, bo coś w jego postawie napawa mnie niepokojem.
- Szansę na… - Kot bierze głęboki oddech, nagle traci jednak odwagę. - Nieważne, chodźmy lepiej, zaraz zacznie się dekoracja.
Nie wracamy już do tematu, ale odnoszę wrażenie, że Maciek robi wszystko, byleby tylko nie musieć patrzeć w kierunku podium, zawłaszcza wtedy, gdy staje na nim Peter. 
A Słoweniec staje na nim dwukrotnie i za każdym razem na najwyższym jego stopniu. Najpierw jako zwycięzca konkursu dzieli je z Cene, a na trzecim miejscu towarzyszy im Hayboeck, a potem jako triumfator Turnieju Czterech Skoczni, wyprzedzając w klasyfikacji generalnej swojego brata i Klemensa.
Z dumą przyglądam się obu dekoracjom. Wiem, że czeka go teraz sesja zdjęciowa, wywiady, uściski dłoni i konferencje, uciekam więc z tłumu i wsuwam się na tył busa, gdzie niespodziewanie spotykam trenera.
- A trener nie pławi się w blasku chwały naszego triumfatora? - pytam zaskoczona.
- Nie jestem zbyt fotogeniczny. Zresztą  to jego dzień – mówi i siada na miejsce obok mnie. - Widziałem jak rozmawiałaś z Tepesem – zagaja.
- To moja praca – wzruszam ramionami.
- Chyba nie tylko. Ty naprawdę skradłaś serca tych chłopaków. Zwłaszcza niektórych – uśmiecha się do mnie, a ja odwracam wzrok, by nie dostrzegł w moich oczach poczucia winy. - Nie rozumiałem nigdy, na czym polega fenomen Polaków, wiesz? Ale kiedy związek postanowił cię zatrudnić, zaufałem ci i nie żałuję. Bo widać efekty, naprawdę je widać. I nie chodzi tu tylko o Petera.
- Cieszę się, że trener to dostrzega  - mówię. - Nie ze wszystkimi jest łatwo – wspominam mimochodem rozmowę z Nejcem. - Ale staram się jak mogę.
- Pamiętasz o konferencji, prawda? - upewnia się.
- Tak, tak. Dobrze się składa, bo mam parę rzeczy do zabrania z mojego mieszkania w Kranju – przypominam sobie. - Przez to ciągłe życie na walizkach, non stop coś gubię. W tym miesiącu kupiłam chyba już piątą szczoteczkę do zębów, bo co rusz zostawiam ją w innej torbie.
Janus śmieje się chrapliwie, po czym zerka na telefon.
- Wzywają mnie. Jeśli chcesz, możesz wrócić z chłopakami do hotelu. Chyba dobrze ci zrobi odpoczynek, prawda? - spogląda na mnie jakoś tak po ojcowsku, a jak kiwam głową.
- Jakby co, będę pod telefonem – mówię, a Goran kiwa mi głową na pożegnanie i wychodzi z autobusu.
Kilkanaście minut później stoję już pod prysznicem, rozkoszując się strumieniem gorącej wody i zastanawiam się, co przyniesie kilka następnych dni. A trzeba przyznać, że zapowiadają się bardzo… interesująco. I męcząco zarazem.

[Peter]
Zwycięstwa wiążą się niestety z licznymi obowiązkami, dlatego chwilę dla siebie mam dopiero wieczorem, a przecież trzeba się jeszcze spakować przed powrotem do domu. Kiedy jednak otwieram drzwi do pokoju, moim oczom ukazuje się absolutna pustka i jedynie mój plecak leżący na środku dywanu. Podchodzę bliżej i na wierzchu dostrzegam kartkę z logo hotelu.

Wisisz mi piwo, Pero.
Spakowałem nawet twoje gacie.
Ech, czego się nie robi dla kobiety,
Jurij

Uśmiecham się, widząc tę wiadomość, bez problemu łącząc wątki. Zabieram jeszcze kilka osobistych rzeczy i schodzę piętro niżej do pokoju, który Ala dzieli z Katką. Pukam energicznie i słysząc „proszę”, naciskam klamkę.
- Jest Katka? - pytam, patrząc jak mocuje się z zapięciem walizki. Kucam obok i pomagam jej ją zapiąć.
- Dzięki. Nie, odprowadziłam ją na autobus do Salzburga – odpowiada.
- Nie chciała jechać z nami do Lubljany? - dziwię się. Cene o niczym innym nie mówił przez ostatnie dni. Konferencja przedolimpijska, która ma się odbyć w tym tygodniu, jest dla niego okazją by poprzebywać jeszcze trochę z Katką, zaskakuje mnie więc informacja uzyskana od Ali.
- Chciała. Cene jej to zaproponował, ale musi wracać do pracy – wyjaśnia. - I tak ukradłam jej kilka dni urlopu…
- A gdzie pracuje? - pytam ciekawie. Kiedy emocje związane z Turniejem opadły, zaczynam dostrzegać więcej z tego, co dzieje się dookoła mnie.
- W laboratorium medycznym – odpowiada Alicja, wchodząc do łazienki, by sprawdzić, czy nic nie zostawiła. - Głównie analizuje próbki krwi i moczu. Ale ostatnio wkręciła się w badania naukowe, więc więcej czasu spędza w laboratorium niż w domu.
- Cieszysz się, że mogłaś spędzić z nią trochę czasu, co? - domyślam się, siadając na skraju pościelonego łóżka.
- Aha, choć Cene kradł mi ją systematycznie – uśmiecha się do mnie i siada tuż obok. - Ale to nie o Kasi chciałeś rozmawiać, prawda? Gdzie zgubiłeś orła?
- Zapakowany już do busa – odpowiadam. - Goran się do niego bardzo przywiązał – uśmiecham się na wspomnienie trenera tulącego moje trofeum do łona. - Mam coś dla ciebie.
- Tak? - patrzy na mnie ciekawie.
Sięgam do kieszeni i wyciągam niewielkie pudełko. Ala otwiera szerzej oczy i rozchyla usta, a kiedy wyjmuję z niego kluczyki do samochodu, na jej twarzy pojawia się coś na kształt ulgi.
- Oprócz orła dostałem też samochód… ale pomyślałem sobie, że tobie bardziej się przyda – mówię po prostu, wkładając jej prezent do ręki.
- Peter, ja… ja nie mogę tego przyjąć – odzywa się po dłuższej chwili. - To twój samochód. Twoja nagroda.
- A ja chcę, żebyś ją wzięła. Przecież ten stary grat, którym jeździsz, zaraz się rozleci – namawiam ją, ona jednak się obrusza.
- To nie jest stary grat, tylko moje kochane autko, które nigdy mnie nie zawiodło! - zaplata ręce na piersi. - Nie ma mowy. Myślałam, że już cię oduczyłam kwiatków, a tu jak nie kwiatki, to samochód. Co następnym razem? Gwiazdka z nieba…? - pyta lekko poirytowana.
- Gdybym tylko potrafił tak wysoko latać… - odpowiadam bez wahania.
Alicja wzdycha ciężko i kręci głową.
- Nie, Peter. Dziękuję ci bardzo, naprawdę doceniam ten gest, ale nie – mówi stanowczo i oddaje mi kluczyki. - Jeśli nie chcesz tego auta, to oddaj je na jakąś aukcję charytatywną.
Kiwam głową, chowając je do pudełka, jednak dręczy mnie jedno pytanie.
- Dlaczego? - pytam prosto.
Alicja zastanawia się chwilę, ale kiedy odpowiada, chyba nie jest ze mną do końca szczera.
- Po prostu nie lubię niemieckich samochodów. Podobnie jak i zbyt drogich prezentów.
- A propos prezentów… - przypominam sobie nagle. - Pragnę ci przypomnieć, że nie dość, że wygrałem dziś konkurs, to na dodatek cały Turniej… Jestem ciekaw co dla mnie przygotowałaś… - uśmiecham się kącikiem ust, ciekaw jej odpowiedzi.
Ala wydyma usta i prycha przez nos.
- Aleś niecierpliwy…! Za Hannawalda też oczekujesz nagrody? Interesowna bestia…! - unosi oczy do nieba. - Ale niech ci będzie. Ujmę to tak: od jutra nie jestem w pracy. Zinterpretuj to sobie jak chcesz.
Przyglądam się jej chwilę z namysłem, zastanawiając się, jak powinienem wykorzystać tę informację, co powinienem zaproponować, nie nadużywając jednocześnie jej zaufania.
- Pamiętasz o konferencji, prawda? - w mojej głowie nagle pojawia się pomysł.
- Owszem, a co to ma do twojej nagrody? - pyta podejrzliwie Alicja.
- A to, że nic nie sprawiłoby mi większej przyjemności niż kilka dni spędzonych w twoim towarzystwie – odpowiadam. - Mam nadzieję, że przyjmiesz moje zaproszenie, zwłaszcza że to sprzed świąt jest nadal aktualne – przypominam jej.
- Ale… ale ja mam mieszkanie w Kranju, naprawdę nie musisz… - próbuje się bronić, kręcę jednak głową.
- Nie wykręcisz się. Przyjeżdżasz do nas i kropka – mówię stanowczo.
Ala sięga niepodziewanie do torebki i grzebie w niej przez dłuższą chwilę, po czym wzdycha zrezygnowana.
- Cholera. Zapomniałam kluczy do mieszkania, więc… i tak będę musiała poprosić o nocleg – mówi pokonana. - To ma być nagroda dla ciebie, naprawdę…? - dziwi się.
- Owszem – kiwam głową poważnie. - Najlepszą nagrodą dla mnie będziesz po prostu ty – dodaję, sam zaskoczony otwartością swoich słów.
Alicja przygląda mi się przez dłuższą chwilę nic nie mówiąc, a ja zdaję sobie nagle sprawę z naszej bliskości. Ostrożnie dotykam jej ramienia, lecz kiedy nasze spojrzenia się spotykają, rozbrzmiewa nagle dźwięk przychodzącej wiadomości. Niechętnie zerkam na telefon i odczytuje ją jednym rzutem oka.
- Jesteś gotowa? - pytam. - Bo czekają już na nas.
Ala kiwa głową, biorę więc jej walizkę i wychodzimy z hotelu. Tuż przed wejściem do busa, zatrzymuję ja jeszcze na chwilę, łapiąc za rękę, bo nachodzi mnie jeszcze jedna myśl.
- Ala?
- No?
- O czym pomyślałaś, kiedy wyciągnąłem z kieszeni to pudełko? - pytam, bo dopiero z perspektywy czasu dostrzegam, jak ta sytuacja mogła wyglądać w jej oczach.
- O niczym – odpowiada po sekundzie wahania. - A czemu pytasz?
- Na pewno? - upewniam się.
- Na pewno – rozciąga usta w lekki uśmiechu. - Chodź lepiej, czekają na nas – pociąga mnie za sobą.
Mnie jednak jeszcze długo dręczy myśl, czy to możliwe, by pomyślała, że wyciągnięte przeze mnie pudełko zawiera coś zupełnie innego. 
Oraz co oznacza ulga malująca się na jej twarzy, kiedy zorientowała się, że to tylko kluczyki do samochodu.
_________
Okeeej. Trochę to potrwało, ale dotarłam już z tym rozdziałem. Mam nadzieję, że wynagrodzi Wam to stężenie Prevców na jeden akapit :P. Dziękuję wszystkim, którzy trzymali kciuki, niestety dużo nie pomogło, ale i tak baaardzo dziękuję wszystkim, którzy we mnie wierzyli <3.
Co do spraw częściowo organizacyjnych, polecam zaglądać do "aktualności", bo ciekawe rzeczy się tam od czasu do czasu pojawiają. No i procentowy postęp następnego rozdziału ;). 
Pojawiła się też zakładka "rozdziały",  jakby ktoś preferował taką formę nad "archiwum".
Dziękuję za wzięcie udziału w ankiecie. Bez wątpienia wygrał Peter z Alą (10 głosów), na drugim miejscu ex aequo Cene z Kasią oraz Klemens z Alą (po 2 głosy). 
A! I zachęcam do kliknięcia "obserwuj" gdzieś tam het! na dole :).
Dobra wiadomość: w następnym rozdziale będzie jeszcze więcej Prevców. Cieszycie się? :)
PS: Jakieś dziwne rzeczy mi się dzieją z czcionką i akapitami, ale co złego to nie ja! Samo się robi, o!
PS2: Postaram się ograniczyć takie duże poślizgi, a Wy nie zostawicie mnie na pastwę losu. Deal?
PS3: Wyszło mi dużo nawiązań do... do różnych rzeczy. M.in. dużo nawiązań do TOŚKÓW, ale Charlie ponoć mi już wybaczyła (tak, tak, to JEST kryptoreklama). 
PS4: Opis wschodu słońca ze szczególną dedykacją dla Szur  :P - odezwijże się, kobieto! (i Kubusie Puchatki też, a co!)
PS5: Charlie: DZIĘKUJĘ ZA KOREKTĘ, CIERPLIWOŚĆ I ZA TO, ŻE  MNIE NIE ZABIŁAŚ ZA TE WSZYSTKIE ZJEDZONE PRZECINKI (nawet smaczne nie były :/). Przy najbliższej okazji możesz mnie zdzielić słownikiem.

19 komentarzy:

  1. Super, ze Wróciłaś! Rozdział jak zawsze fenomenalny, mam tylko nadzieje, ze następny pojawi sie szybciej niz ostatnio!!

    Pozdrawiam i życzę weny,
    Miska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się cieszę, że wróciłam :D I też nam nadzieję, że będzie szybciej.
      Dzięki za komentarz i miłe słowa:*

      Usuń
  2. To opowiadanie jest fantastyczne, jedno z najlepszych o skocznej tematyce. Żałuję, że tak późno odkryłam to cudo.
    Jestem, czytam, czekam na więcej a w najbliższym czasie postaram się ogarnąć i przyjść z jakimś przyzwoitym komentarzem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojejku to takie miłe! Czekam aż nadgonisz, ciekawa jestem Twojej opinii :).

      Usuń
  3. Będzie krótko ale treściwie ;-)
    To K2 to pewno Katka Alę zaciągnęła :P
    Twój wschód słońca jest prawie tak epicki jak ten Bellamy'ego ;-)
    Cene ♡
    Szur :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toć oczywiste, że Katka! Ala nie miewa takich BARDZO ZŁYCH POMYSŁÓW :p.
      Zwięźle i na temat. To lubię (zresztą resztę miałam na bieżąco).
      Buźki!

      Usuń
  4. Och jej. Tęskniłam <3 Chociaż może brzmi to idiotycznie, bo pojawiam się tu z komentarzem dwa tygodnie po czasie. Ale pomijając fakt, że ja zawsze przybywam jak już jest po ptokach, to teraz dodatkowo nie mam zupełnie głowy do blogosfery. Nie umiem w tym momencie ani pisać, ani czytać, a co za tym idzie - komentować też nie bardzo.
    A tu przyszłam sobie w to piękne niedzielne popołudnie i pożarłam cały ten długaśny rozdział od jednego zamachu. I to kocham w tym opowiadaniu najbardziej - zawsze mogłoby być więcej. A bardzo rzadko tak mam. Tutaj zawsze towarzyszy mi to samo uczucie - ten zachwyt, który odczuwałam kilka lat temu, znajdując pierwsze opowiadania w blogosferze. Ale to było dawno i czytałam wszystko jak leciało, zupełnie bezkrytycznie. A teraz, kilkadziesiąt przeczytanych opowiadań później, bez wątpienia wyrobił mi się już jakiś gust w tej materii. A przy tym opowiadaniu reaguję dokładnie tak, jak reagowałam wtedy. A wiesz, co to znaczy? To znaczy, że jest zajebiste. Że takiego nieparlamentarnego słowa użyję. I w tym jednym zdaniu mógłby się właściwie zamknąć ten komentarz. Ale jeszcze chwilę Cię pomęczę.
    Kilka luźnych myśli mi się nasunęło.
    Po pierwsze Andrzej i rozmowa przez mikrofalówkę mnie powaliły XD
    Po drugie Kot chyba lektur w szkole nie czytał, a przynajmniej na pewno nie "Zemstę".
    A po trzecie ciekawe, czy Maciejka pożyczyła Dawidowi ten grzebień przed dekoracją. Chyba tak, bo taki szczęśliwy przecież był.
    I wiesz, tak czytam to opowiadanie już jakiś czas i co chwile mi się nasuwają jakieś ważne wnioski. A może nawet nie tyle wnioski, co trudne i ważne pytania. I dziś zaczęłam się zastanawiać czy można kochać dwie osoby naraz. W ten określony, wyjątkowy sposób. Bo tak, mamy Alę, a przy niej Klemensa i Petera. Ale mamy też Klemensa z Alą i Agnieszką. O ile co do Ali już ustaliłam, że być może obudzi się w niej jakieś głębsze uczucie do Petera, ale w jej sercu zawsze będzie miał, nie taki mały, kącik Klemens, to jego sytuacja jest chyba mimo wszystko podobna. Nie wierzę, żeby przestał kochać Agnieszkę. Nawet te rozmowy telefoniczne pokazują, że coś tam między nimi wciąż jest. Tak mi się wydaje. Łączy ich dziecko, chociaż to akurat zupełnie nie jest gwarantem i potwierdzeniem miłości, to Klemens wciąż żywi względem Agnieszki jakieś uczucia. Ale może tylko opiekuńcze. Może dopatruję się czegoś, czego nie ma. Nie wiem. Mam wrażenie, że perspektywa Ali jest dla mnie bardziej klarowna w tym względzie. Nie mówię, że lepsza czy gorsza, ale po prostu bardziej czytelna.
    Prevców było dużo i bardzo dobrze. Rozmowa Alę i Petera czeka i też bardzo dobrze. Szczerość, szczerość i jeszcze raz szczerość.
    Pisz nam dalej tak pięknie! I nie każ tyle czasu czekać na następny rozdział. Może być krótszy, ale nie będzie szybciej!
    Aha, btw nie założyłabyś sobie twittera? Wiesz, jak nam tam wszystkim fajnie? ;)
    Buziaki! :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaasik! Jak ty to robisz, że Ty zawsze w sedno trafisz, no? Aż mi głupio, że mi u Ciebie takie kiepskie analizy wychodzą, ale jakoś tak się zawsze składa, że wpadam do Ciebie w biegu (bo potem zapominam, ze miałam skomentować i sama wiesz co mi wychodzi).

      Już w pierwszym komentarzu, bodajże, zasugerowałaś mi z tym "początkiem czytania opowiadań", ale nie zrozumiałam do końca o co Ci chodziło. Teraz już wiem, i mogę jedynie powiedzieć, że czuję się STRASZNIE DOCENIONA, więc dziękuję! :*. Ja moje pierwsze kroki w blogosferze stawiałam na gruncie potterowskim, a i tam parę perełek się zdarzyło. Z perspektywy czasu jednak... sama rozumiesz ;).

      Tak! Ktoś dostrzegł mikrofalówkę. Samej mi się często te dwa słowa mylą (tak samo jak wieszak z trzepakiem), zupełnie nie wiem dlaczego. Czekałam, aż ktoś się doczepi, że się pomyliłam, ale widzę, że dobrze zinterpretowałaś to jako Stękusiowy błąd, nie mój ;)
      O, i literackie nawiązanie też znalazłaś :D Choć chyba nie było zbyt trudne, co?
      (nie, to nie Kocur uratował Dawida. Dostał od fanki - różowy :P)

      Ech, sama zauważyłam, że nagle z jednego trójkąta zrobiły mi się dwa, czy to już podpada pod wenezuelską telenowelę...? W zamierzeniu ten układ miał być dość prosty, ale przecież mowa tu o głębokich uczuciach, nie można więc tego tak po prostu rozpatrywać na chłodno. A z drugiej strony, cytując Alę "życie jest proste, a ludzie sami je komplikują". Mam nadzieję, że uda mi się rozwikłać i powyjaśniać wszystko tak, żeby wszyscy zrozumieli, co autor miał mniej więcej na myśli. Ala jest bardziej klarowna, to fakt, bo jednak jest kobietą - Klemens nie może się tak bardzo wybebeszać, toć to facet w końcu jest, nie? I tak mam wrażenie, że zrobił się jakiś taki... miękki?

      Prevców będzie jeszcze więcej! A rozdział będzie szybciej i będzie krótszy, taki abrdziej standardowy. Teraz miałam naukowy Armagedon, ale powoli wychodzę na prostą, więc tak jak napisałam gdzieś - połowa września pojawi się dwudziestka :D.

      Buziaki, raz jeszcze powtórzę - uwielbiam Twoje komentarze!

      PS: Tsa, rozważałam, ale ja i technologia trochę na bakier jesteśmy ze sobą. Na razie stalkuję SJFandom z pomocą Charlie (sorry-not-sorry). Ale ja zmienię zdanie, to dowiecie się natychmiast! :*

      Usuń
  5. TAM-TARAM-TAM-TAM-TAAAAAAAM! OTWÓRZCIE BRAMY, OTO WJEŻDŻA KSIĘŻNA CHARLIE NA SWYM CZARNYM KONIU!
    Znaczy ja tu z czymś komentarzopodobnym przychodzę, więc cudów na kiju to Ty się nie spodziewaj. To taka krótka uwaga tytułem wstępu, czy jak to się tam mówi.

    Zaczynamy od Kotowej retrospekcji, a potem przechodzimy do Cenego (ja wciąż nie wiem, czy jego imię powinno się odmieniać. Dobra, sprawdziłam. MOŻNA, ale nie trzeba, a ja se będę, bo e mogę i lubię, a co), który szuka kwiatów dla damy swego serca. No i wypływa słynny, traktowany jak tajemnica Poliszynela temat Katji. Wiadomo, że Peter by nie chciał, żeby go ktokolwiek z tą opowieścią wyprzedzał, więc Ala w porę reaguje. Słusznie zresztą. W tej scenie wygrały piżamki w kaczki i tęczowe kuce własności Katji Prevc.

    Ładnie połączyłaś obydwie retrospekcje – jakby Ala i Klimek myśleli o tym samym i uzupełniali swoje myśli. :) I widzę, że przy okazji jakieś darmowe porady fizjoterapeutyczne dostajemy, choć dla mnie to nic nowego. :P Kiedyś złapał mnie skurcz łydki w nocy, nie polecam. Klimek nadal robi wiele rzeczy pod kątem Alicji, co nie jest dobre, chociaż zaczyna wracać na właściwą ścieżkę, bo koniec końców robi też coś dla siebie. Nie wiem, może to celowo wywołane złudzenie albo tylko moje odmienne odczucie, ale mam wrażenie, że uczucie Murańki i Mittner słabnie.
    Mylę się, prawda?
    Ech.
    I czy mi się wydaje, czy Klimek nie przepada za Kubackim?

    Znowu ktoś u Ciebie rozwiązuje/zawiązuje buty. Fetysz masz, babo zbereźna!
    I co ten Ceneł z tymi dzieciorami? Za młody, niech lepiej skakania patrzy, a nie bratu pod kołdrę będzie zaglądał! A naczelnik rodzeństwa wcale nie lepszy. Też już sobie w głowie wizje przytulnego gniazdka układa.
    (To jeden z tych momentów, w których żałuję, że nie znam zakończenia i nie umiem przewidywać ciągów dalszych).
    Dziwne, że Ala życzy źle Cenemu. Bo chyba... raczej... powinna być bezstronna, czy coś? Nawet w żartach to wygląda dziwnie, jeśli mam być szczera.
    „Umiejętność niekomplikowania najprostszych nawet spraw to coś, czego mi zdecydowanie brakuje.” – Piona, bro.
    „Lubię te nasze przegadywanki. Choć wydają się niewinne i całkiem naturalne, odnoszę wrażenie, że kryje się za nimi coś więcej.” – Typowy facet. Nie rozumie przyjacielskich zachowań kobiet.
    Jakoś tak mi do serca przypadła ta rozmowa filmowa Ali i Pero po odejściu Kaśki. Trochę przypomina w tym Tośkę. Ona w ogóle zaczyna się w tym rozdziale do niej upodabniać tymi groźbami. A to zła ścieżka życiowa jest, powiadam Ci!
    Borze, czy Jurij jest tutaj odpowiednikiem szaflarskiej mendy? Tylko jedno mu w głowie!

    Stęki...
    „Jak ja mam niby wygrać z Freitagiem jutro, przecież on hilsajzy sadzi jeden za drugim, a ja wciąż nie mogę wyprostować lotu. Jakbym miał tak daleko lecieć, to bym chyba na trybunach wylądował...!” – Kubacki na ratunek! „Sadzić hilsajzy” mnie kupiło. <3 Dawid to menda jest i bałwan, to nie wymaga żadnego zrozumienia. (Żarcik, żarcik, of course!).
    A nie mówiłam? Rewelację taką przyniósł, że ho, ho. A Klimek też wypalił z tym pytaniem jak jakiś z kosmosu. Ogłady zero. Przypomina mi to mojego byłego, który w kwietniu mi wyjechał „Masz kogoś?”, jak się przypadkiem natknęliśmy na siebie w Kato. Skąd się takie indywidua biorą, powiedz mi?
    A tu znowu gadki o dzieciach, co oni tacy rodzinni jak combiki toyoty się zrobili?
    Fajną mają tę rozmowę, chociaż niczego odkrywczego w niej nie ma, temat ten sam. Ale nie zmienia to faktu, że Klimka nie lubię i nie polubię. (Oczywiście, postaci, nie skoczka, bo przesz Muraniek <3).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja wolę wschody oglądane od przodu, zwłaszcza latem. Choć zimą są bardziej pokrzepiające.
      Prevc, czyli „przystawiamy się do Ali, vol. 22341”. Ja to szanuję, ja to nawet rozumiem. Ale żeby tak kogoś zmuszać? Ja nie mam problemu z wczesnym wstawaniem dla celów joggingowych, ale z relacji świadków wiem, że śpiochów z łóżka lepiej tak nie wyciągać, inaczej naprawdę można to przypłacić życiem. Zwłaszcza jeśli więcej niż biegania jest marznięcia na zimnie. Generalnie robi się trochę cukierkowo, a ja takich rzeczy nie umiem komentować, więc tego nie zrobię (zwłaszcza że znam ciąg dalszy). Przełomowe jest chyba tylko końcowe stwierdzenie Ali, ale w końcu niech dziołcha coś ma też z tego psychologizowania, nie? Potrzeby by swoje mogła zaspokoić (i jego przy okazji, nie, żebym coś sugerowała).

      Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie przekonuje mnie mannerowa panienka. XD Po prostu Kubacki ani z wyglądu, ani z wypowiedzi nie wydaje się takim człowiekiem, choć z drugiej strony, Maciek Kot też nie, a ja z niego kogoś takiego czynię, więc wybaczam. XD
      Scena z dzieleniem wygranej, jak już Ci pisałam, dla mnie znacząca. Bo obaj jednocześnie wygrali, a jednocześnie nie wygrali serca Mittnerówny. Każdy z nich ma jego kawałek, ale nikt całości. Wilk nie jest syty, nie ma więc też całej owcy, bo Ala na tym cierpi, niestety. Jest zarówno ofiarą, jak i sprawcą, toteż nie można nad nią od razu wieszać aureolki.

      Już Ci pisałam, że napiłabym się tej Kotowej herbatki, nie? Cóż, nie zmieniłam zdania.
      „Larmo”. Śląsk mocno, lubię to!
      Czy Kot przeszedł kiedykolwiek podstawówkę/gimnazjum? Albo chodził bardziej ZA szkołę niż DO szkoły?
      Kubackiemu mannerowatą panienkowość można wybaczyć, skoro dla miśka wali takie hilsajzy, czy nawet rekordy.
      Trochę szkoda, że Skarb sobie idzie, bo jestem ciekawa, co się w nim kotłuje (a chyba wszyscy podejrzewamy co) i jak to zamierzasz rozwinąć/rozwiązać, bo ten wątek byłby ciekawy. Chociaż aż trzech zakochanych w głównej bohaterce to trochę za dużo.
      „- Postaram się tak, że ci szczena opadnie do samej Australii, Prevc – naciągam mu czapkę na oczy i wrzucam sobie do ust jednego cukierka. - Do zobaczenia w busie, idę na miasto po żelkowy haracz dla Janusa – obracam się na pięcie i znikam w tłumie, nim Peter doprowadza do porządku swoją fryzurę po moim ataku.” – Spodobało mi siem. Zwłaszcza „żelkowy haracz dla Janusa”.

      Zmierzłe te baby coś są.
      W sumie w tym fragmencie nic się nie dzieje, prócz tego, że Cene i Pero rozmawiają o Katji i o tym, że trzeba o niej pogadać z Alą. A to już wiemy od X czasu.

      No i się wyjaśniło to marudzenie! Niefajny okres swoją drogą.
      I co my tam mamy? Słoweńskiego zdrajcę narodu, którego nikt nadal nie lubi, chamski artykuł w prasie i gniew Prevca. I zapowiedź ciężkiej rozmowy. I Alicjowe przemyślenia – mniej lub bardziej otwarte – na temat swojego statusu uczuciowego względem Prevca.
      „Nic nie wstrząśnie mną bardziej niż słowa „kocham cię” z ust osoby, która przysięgała kochać kogoś zupełnie innego. Nic nie wstrząśnie mną bardziej niż świadomość, że moje serce już na zawsze będzie w jakiejś niewielkiej części należeć do osoby, która nie ma do niego żadnych praw.” A to mi się spodobało, bo tak.

      W następującym później fragmencie Klemensowym mamy „przebitkę” na podobną sytuację i to, jak Ala beztrosko reaguje na te wszystkie brukowcowe rewelacje. „Jesz jak świnka” – pewnych podobieństw nie będę komentować, to wykracza poza mój warsztat interpretatorski. :P Nie wiem, mózgi nam połączyli, czy ki czort? W każdym razie ja nadal uważam, że to balansowanie na krawędzi Ali i Klimka nie jest fajne i nie wiem, czy sama bym na coś takiego poszła. Ale ja to ja; po pierwsze jestem inna, a po drugie mam zdroworozsądkową perspektywę, która na ten moment nie rozumie uczuciowych zawirowań. Nawet tych, które przechodzą moje postaci.

      Usuń
    2. „Wszyscy widzą we mnie i Peterze zgraną parę, a prawda jest taka, że powinien się trzymać ode mnie z daleka. Dla własnego dobra. Ja jednak nie potrafię zrezygnować z jego towarzystwa, bo czuje się przy nim po prostu dobrze.
      Ale nie na tyle dobrze, by móc w pełni odwzajemnić jego uczucia.” – Powiem tak: nie przejmuj się. On Twoich też nie będzie w stanie dobrze odwzajemnić, bo przecież ma na karbie Katję i myślę, że w tym aspekcie ona też mu będzie stawać „ością w gardle”. Chociaż ja z doświadczenia wiem, że każda niekarmiona miłość zdycha z głodu, więc gdyby się Ala z Klimkiem odcięli od siebie na dobre, i ich miłość spotkałby podobny los. Nie mówię, że prędko, ale na pewno by tak było.
      Podziwiam cierpliwość Ali w scenie z Nejcem. Prawdę mówiąc, ja jestem dość wybuchowa, więc po prostu bym zdzieliła go w twarz, ale istnieją powody, dla których nie zostałam psychologiem. XD Ale fakt, wszyscy psychologowie tacy są. I tacy raczej być muszą, choć gdzieś poza pracą pewnie nie raz szlag ich trafia. W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi. Wspominałam już o tym, ale ktoś z nastawieniem Nejca raczej nie ustąpiłby tak łatwo. Tak przynajmniej uważam. Ala ma oczywiście rację, ale... zaufaj mi, musiałaby mieć moc a la Potter i rzucać Imperiusami na prawo i lewo, żeby go tak szybko przekonać. A to byłoby już marysuistyczne.
      A teraz wjeżdża scena z Kotem! Powtarzam się, ale bardzo mnie ciekawi rozwiązanie całego tego szwindla.
      Przykro mi, Ala i Janus to nie to, co Kruczuś i Tosiek. :P (JOKE!)

      Co do ostatniej sceny, to myślę, że wiele tu dodawać nie trzeba.
      Zbliżają nam się do siebie Ala z Prevcem jak dwa bieguny (??? jest po drugiej, nie odpowiadam za swoją wypowiedź) i wszystko zmierza we właściwym kierunku... podobno. Ale ja za dobrze znam literackie schematy, żeby nie wiedzieć, że wszystko pierdzielnie. Bo w końcu Peter nie wie o Klimku, nie? I kiedyś mu się z ust sypnie „kocham cię”, tylko że Ala dostanie od tych słów wysypki i ataku paniki. Bo nie odpowie szczerze, a przynajmniej nie całkiem. A poza tym mam przeczucie, że Prevcowi nie będzie odpowiadać rola „tego drugiego” (wiemy, że tej liczby nie lubi), zastępcy w sercu Mittnerówny. Ale ja może już lepiej nic nie przeczuwam, bo mi źle to idzie.
      Najlepsze dopiero przed nami, a tutaj chyba raczej poza wygrywaniem nie było dużo akcji. Dlatego podsumowanie nieco uszczuplone.
      I w ogóle wniosków nie mam, kill me.
      I ten komentarz ssie, kill me x2.
      I jak za dwa dni dodasz następny rozdział, to Ci przyjadę tam i naklupię.

      Meanwhile – dobranoc. I błagam o przebaczenie.

      Koffusiam.


      PS. WITAMY NA TWITTERZE! :D

      Usuń
    3. Charlie :D. Przeczytałam po nocy i śmiechałam pod kocem, coby rodziny nie budzić :P.
      Ja tam byda pisać CENE i już. BO MOGĘ.
      Tam były misie, ale fakt, u Tośków były kaczuszki (pamiętam!). Czy to jakaś sugestia do crossa...?
      Porad żadnych nie dostajecie, Dejvi po prostu jaki jest każdy widzi i czasem mu trzeba takie banały tłumaczyć. I Kubackiego lubią wszyscy, tylko czasem bywa bardzo... ekspresywny. Aż za bardzo.
      Słabnie uczucie? Heh, chcieliby, nie?

      Nie wiem co Cene ma z tymi dziećmi, może obecność Katki mu zaszkodziła :P. I fakt, Alka powinna być bezstronna. Dlatego między innymi trzyma pero na dystans, bo wie, że zacznie go faworyzować, a to nie jest profesjonalne. Wie to z doświadczenia, bo przecież dwa lata wcześniej wcale nie było inaczej. Co nie zmienia faktu, że wcale Cene nie broniła wygrywać, tylko podeszła do tego bardzo... emocjonalnie.
      Tsa, Alka mi tośkowacieje. Albo z biegiem czasu na tyle zaprzyjaźnia się z słoweńskimi orzełkami, że zaczyna być bardziej sobą - bo, moi drodzy, panna Mittner to nie łagodny baranek wbrew pozorom, oj nie!

      Też polubiłam te "hilsjazy' :P
      Cóż Ten rozdział jest w ogóle mało odkrywczy (ale postaram się wynagrodzić następnym!).
      Nie, nie... Ala podobnie jak i ja to nocny marek. A Peterowi się upiekło i uszedł z życiem tylko dlatego, że ma do niego Mittnerówna słabość, o.
      "Potrzeby by swoje mogła zaspokoić (i jego przy okazji [...])" - no ja nie wiem, czy to taki dobry pomysł ;P.
      Nie wiem, skąd mi się mannerowa panienka wzięła, ale tak jest i już. Ale nie ukrywam, że kreacja mendy szaflarskiej jest lepsza *bije pokłony*.
      "Jest zarówno ofiarą, jak i sprawcą" - zdajesz sobie sprawę, że to cytat z Precli...? XD. Alem pod wrażeniem, ze takie wnioski wyciągasz, bo ja tam nic takiego nie widziałam (to chyba nie świadczy o mnie najlepiej...).

      Też bym się napiła tej herbatki, ale jest tylko w mojej wyobraźni :< I - Śląsk <3.
      A WĄTEK KOTA ROZWIĄZAŁAM DZIŚ RANO! I nie będzie wiochy, o! Tyle Wam powiem. O ile nie schrzanię, ale cii.
      Bo Janus to taki łasuch na żelki, jakich mało! Ustępuję tylko Katce i młodemu Prevcowi, o!
      (nic się nie dzieje, bo ten rozdział to zapchajdziura. Tylko na kija tak długi...?)

      "Nie wiem, mózgi nam połączyli, czy ki czort?" - napiszemy crossa to nam przejdzie :P.
      (i fajnie, że podobają ci się te fragmenty, z których jestem prawie dumna)
      Denerwujący jest fakt, że relację Ali i Klimka mogę przedstawić tylko w retrospekcjach. A nawet i tam muszę uważać, żeby nie przesadzić. Bo jak mam pokazać Wam coś, czego nie mogę Wam pokazać? Ech.

      "każda niekarmiona miłość zdycha z głodu, więc gdyby się Ala z Klimkiem odcięli od siebie na dobre, i ich miłość spotkałby podobny los" - próbowali, pamiętasz? Ale rok to chyba mało. I w ogóle całe te Twoje przemyślenia mi się bardzo spodobały, ale nie ustosunkuję się - sami zobaczycie!
      Fakt, Nejc nie powinien ustąpić tak łatwo. Ale on się jeszcze do Alki chyba nie przekonał, po prostu przyjął dobrą radę. W końcu nie każdy musi ją lubić, nie? (nie każdy ma dobry gust, jak powiedziałaby Mała Mi).
      To nie Kruczusie, fakt. Nawet nie próbuję dorównać :P
      "Prevcowi nie będzie odpowiadać rola „tego drugiego” (wiemy, że tej liczby nie lubi)" - piękny masz ten wywód, wiesz? Zdradzę Ci jednak, że Peter to altruista, więcej nie powiem. Zresztą zobaczymy co wykombinują.

      Eee tam. Nie Twój komentarz ssie, tylko ten rozdział jestem pozytywnie zaskoczona, ze tyle udało Ci się z niego wyciągnąć! Nie dodam za dwa dni, chill, muszę się z Klimkiem uporać wpierw.
      Uciekam pisać Klimki i robić kawę, bo przeczytałam "kawusiam" zamiast "koffusiam" i mnie się zachciało :P.

      miliony serduszek, za późnonocne poświęcenie!

      PS: Tsa, mała, zdradziecka mendo. To miała być tajemnica.

      Usuń
  6. Rzadko komentuję, a jak to robię, to robię to bardzo krótko i w punktach. Więc...
    - Jurij lifegoalem śmieszkowania w tym rozdziale. Nie wiem, co on zrobił, że cała ekipa rzuciła złowrogo-śmieszkowe spojrzenie na biednego Petera łącznie z trenerem.
    - To pytanie nigdy nie przeminie, czyli co oni ćpają w tym polskim teamie, że tak to ujmę poszukiwania grzebienia i Stękaczełę.
    - Gdyby nie to, że oba teksty idą w podobnym tempie, to pomyślałabym, że Katka w poprzednim życiu była Tośką.
    - Coś czuję, że te klucze do mieszkania Ali nie zaginęły przypadkowo i możliwe, że albo Kasia albo któryś ze Słoweńców (pewno Jurij) zaiwanili klucze.
    - Cene w piżamce w Kubusie? On nie tylko się nie starzeje, ale chyba i nie rośnie, skoro się zmieścił jakoś w strój przygotowany przez brata. No i Peter taki śmieszek, że pomagał w spisku? Nie wierzę.
    - Nie daje się samochodu komuś, kogo się zna około pół roku panie Prevc. Cukierki owszem, ale auto to dużo jak na "początek" znajomości.
    - Płomienne romanse? Nie za dużo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, cieszę się, że się odezwałaś :>
      Nie liczy się forma, ważne, że jest :P
      Nie, Katka nie ma nic wspólnego z Tośką. Katka to Katka, koniec i kropka. Tośka jest jakieś tryliard leveli wyżej w skali "Kubacki" ;)
      Klucze nie zginęły przypadkowo - Ala to po prostu gapa pierwszej wody. Tak to jest, jak przez parę miesięcy żyjesz na walizkach.
      Pół roku? Trzy miesiące! Auto pełne cukierków, to jeszcze by przeszło :P
      Jak romanse to tylko płomienne!
      A Jurij chyba się wkrótce doczeka fanklubu...
      Czyli... się podobało? ;)

      Usuń
    2. Jest mało opowiadań, które czytam po kilka razy od początku, więc raczej tak.

      Jurij faktycznie zasługuje na fanklub albo na tytuł śmieszka ekipy :D

      Usuń
  7. Kolejny re-we-la-cyj-ny rozdział! Cieszę się ogromnie, że znów wstawiasz rozdziały. Notatka w pasku bocznym informująca, ile procent już napisałaś i kiedy można się spodziewać posta - strzał w dziesiątkę! Już odliczam godziny do jutrzejszego rozdziału :D Cieszę się że jesteś - pisz dalej, bo to absolutnie najlepsze ff jakie czytałam (a zazwyczaj nie darzę ich specjalną sympatią :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dziękuję Ci bardzo za miłe słowa :>
      Ja też odliczam godziny, wczoraj dopisałam ostatnie słowa, a dziś wieczorem jeszcze zerknę, czy nie przeoczyłam jakichś literówek (pewnie i tak przeoczyłam) i oddam rozdział do Waszej dyspozycji :)
      Cieszę się, że ktoś docenił "Aktualności" :>
      Buziak!

      Usuń
  8. A kto to się wreszcie zjawił na samym dole tej strony 😄
    Jestem ciekawa czy równie dobrze przepowiedziałaś podium Olimpijskie co i TCS, bo jednak trzeba przyznać, ze wiedziałaś kiedy pisać o rekordzie Svena😄 W sumie podium Dawida, coprawda w innym mieście, ale zawsze to przepowiedziane pudło😄
    Ale co do treści. Ala i Peter...❤❤❤ echhh brak mi słów do opisu ich relacji. Niech się tylko Ala wreszcie odważy i pozwoli Peterowi na coś więcej. Już miałam nadzieje, ze skoro na sylwestrze się nie udało (choć ta noc w jednym łóżku wiele oznacza) to chociaż po konkursie w Bischo będzie jakiś piekny, czuły całus. Echhh mam nadzieje że nie będę długo czekać.
    Cene i Katka też świetni, łasuchy żelkowe 😄
    A Klemens niech się zajmie Agą i synkiem a nie sercem Ali. Tam jest lepszy kandydat do zamieszkania w nim na stałe.
    Ciekawi mnie Maciek. Coś tajemniczy jest bardzo. I te dwa lata?? Hmmm chyba nam się nie podkochuje Kicia w Ali?
    Zakochańce, mniej lub mniej świadome, Słoweńcy, Polacy ogólnie byli świetni, ale całe show skradła manerkowa panienka "- Przepraszam bardzo, czy ktoś ma może grzebień…?" 😍 Nawet piżama Cene tego nie przebiła 😄

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak dawno tonoisałam, ze musiałam sobie przeczytac, by ogarnąć ten komentarz xd. I widze mnóstwo niescislosci teraz, ech.
      Bardzo się cieszę, że dotarłaś!
      Ja mam tendencje do przepowiadania przyszlości tutaj. Nieco na opak alw jednak ;).
      Lasuchy zelkowe <3
      A Dawid jest moją fav postacią tutaj, tak nieskromnie powiem :p.
      Dzięki bardzo za odzew! To bardzo miłe :3

      Usuń