[Alicja]
Koła
chrzęszczą dźwięcznie na żwirowym podjeździe, a szron skrzy się
na starannie przyciętym trawniku. Rabatki wyglądają na zadbane,
troskliwie chronione przed styczniowym chłodem, który jednak tego
roku w Kranju nie ma nic wspólnego z prawdziwą zimą i nie
zaowocował nawet śniegiem.
Rozglądam
się ciekawie, kiedy Cene zatrzymuje się przed bramą garażu i
chwilę walczy z pilotem, nim ten łaskawie zechce zadziałać. Duży,
dwupiętrowy dom otacza pokaźnych rozmiarów ogród, w dali
dostrzegam jakiś schowek na narzędzia i kilka drzew - na jednym z
nich wisi sznurowa huśtawka. Więcej nie udaje mi się dostrzec, bo
Cene sapie z zadowoleniem po wygranej walce z pilotem i wrzuca bieg.
-
Uważaj na lusterka - ostrzega go Peter, a młodszy Prevc wywraca
oczami.
-
Ej, raz tylko przytarłem i to zaraz po odebraniu prawka.
-
Ale teraz jedziesz moim samochodem - gasi go Peter, a Cene ostrożnie
wjeżdża do przestronnego garażu, mamrocząc coś cicho pod nosem.
Peter
wysiada i, nim zdążam się zorientować, otwiera mi drzwi. Wysiadam
z uśmiechem, pod którym maskuję lekki niepokój. Ostatecznie, w
normalnych warunkach właśnie mamrotałabym pod nosem ciche
przekleństwa, zaklinając jednocześnie lodówkę w moim mieszkaniu
w Kranju, by magicznym sposobem wypełniła się jedzeniem i nie
zmuszała mnie do wyjścia na dwór i nawiedzenia osiedlowego sklepu.
Ale
to nie są normalne warunki i stoję właśnie w garażu w domu
Prevców i rozglądam się nieco niepewnie.
-
Za szklanymi drzwiami są schody do domu - informuje mnie Peter, po
czym zwraca się do brata, który znowu mocuje się z pilotem. -
Wniesiesz rzeczy?
-
Taaak, znaj moją dobroć... - odpowiada Cene nieco roztargniony. -
Chyba trzeba wymienić baterię, bo to jest już naprawdę... O!
Działa!
Otwieram
wspomniane przez Petera drzwi z mlecznego szkła i powoli wchodzę na
górę, a skoczek podąża pół kroku za mną aż do następnych
drzwi na końcu schodów.
-
Ta klamka nie gryzie - szturcha mnie w plecy, kiedy staję przed nimi
niezdecydowana.
Rzucam
mu spojrzenie przez ramię i z ciężkim westchnieniem otwieram w końcu drzwi i wchodzę do przedpokoju, który również
jest urządzony dość minimalistycznie. Ale mimo wszechobecnej
bieli, jasnego drewna i mlecznych szyb, które sprawiają, że
wnętrze wydaje się bardzo przestronne, nie brak tu dosyć
osobistych akcentów. Ściągając buty, oglądam oprawione w proste
drewniane ramki obrazki bez wątpienia narysowane dziecięcą ręką
wszystkich Prevcowych potomków, od Petera po Emę, o czym świadczą
dołączone do nich podpisy skreślone najpewniej ręką ich mamy.
-
Urocze - stwierdzam, wskazując jeden z obrazków przedstawiający
trzyosobową rodzinę, w tym panią Prevc z dużym brzuchem oraz
strzałkę w jej kierunku z dopiskiem "Cene". Oba "e"
są odwrócone w drugą stronę, a autorem obrazka jest najstarszy z
braci.
-
No, co? Miałem wtedy trzy lata - prycha lekko obruszony, wskazując
na datę.
-
Peeeeteeer...? Ceeeneee...? To wy? - rozlega się nagle gdzieś z
głębi domu, a Peter wzdycha jakby lekko zrezygnowany.
-
Chodź, poznasz małą bestię, która podaje się za mojego
najmłodszego brata - bierze mnie, jakby z lekkim wahaniem, za rękę
i prowadzi do salonu.
-
A więc imię "Demon" to nie przypadek, huh? - mruczę pod
nosem, wywołując u Petera wąski uśmiech.
-
Domen - poprawia mnie chłodno chudy, ciemnowłosy nastolatek
siedzący przy szklanym stoliku do kawy, na którym rozłożone są
liczne podręczniki i kartki z notatkami. - Ty jesteś tą nową
dziewczyną Petera? - obrzuca mnie uważnym spojrzeniem, wyciągając
z kącika ust ołówek.
-
Domen, nie chcesz może iść sobie gdzieś? - sugeruje Peter,
nim zdążam odpowiedzieć i puszcza moją rękę. - Kolorowanki
wzywają - dodaje sarkastycznie.
Chłopak
wywraca oczami i prycha ostentacyjnie.
-
Mam osiemnaście lat, Peter! I muszę się do egzaminu uczyć. A
właśnie, a propos moich podręczników: Jak tam
piżamka? - uśmiecha się złośliwie, a Peter mruży groźnie oczy.
-
Bardzo... przewiewna - cedzi cicho. - Nie możesz się uczyć w swoim
pokoju? Masz tam ciszę, spokój... pluszaki, hm?
-
...a za chwilę wtarabani się tam Cene i zacznie się rozwalać ze
swoimi gratami - wchodzi mu w słowo Domen, a za plecami słyszę
trzaśnięcie drzwi i ciężkie sapanie wspomnianego właśnie
Prevca. - Dziękuję, ale nie. Zostanę sobie tutaj. Jak się
wyprowadziłeś, to miałem przynajmniej swój pokój, a teraz co?
Sprzedałeś mieszkanie, bo Ka-...
-
Domen, nie chcesz sprawdzić, czy mama nie potrzebuję przypadkiem
twojej pomocy? - przerywa mu gwałtownie Peter, zagłuszając koniec
zdania. - Najlepiej na strychu?
-
Rodzice wyjechali na parę dni do dziadków z dziewczynkami, więc
nie, raczej nie potrzebuje mojej pomocy - uśmiecha się uroczo, a ja
przyglądam się bez słowa tej wymianie zdań, niemal czując jak
Peterowi skacze ciśnienie. Powstrzymuję odruch, by położyć mu
uspokajająco dłoń na ramieniu, każdy gest może przecież zostać
wykorzystany przeciwko nam - to jest, dostarczyć Domenowi amunicji w
kolejny słownych potyczkach.
-
A ty nie pojechałeś, bo...? - dopytuje się dalej najstarszy Prevc,
zaplatając ręce na piersi. Chyba zapomina nieco o mojej obecności, zajęty jałową dyskusją z bratem.
-
Bo mam egzamin za parę dni...? - Domen odpowiada podobnym tonem i
kręci głową, jakby musiał nam tłumaczyć najbardziej oczywistą
rzecz pod słońcem, a Peter bierze wyjątkowo głęboki oddech.
Zdaje się, że czyni to, by nie wziąć młodszego brata za fraki i
nie wyrzucić go do jego pokoju.
-
Erm, Peter? - postanawiam nieco się wtrącić i zwracam na siebie
jego uwagę, pocierając lekko ramiona. - Nie będzie to kłopot,
jeśli poproszę o herbatę? Trochę zmarzłam - przyznaję, zgodnie
z prawdą zresztą.
-
Jasne - reflektuje się skoczek i traci na chwilę zainteresowanie
własnym bratem. - Chcesz bluzę? - sięga do suwaka tej, którą ma
na sobie, ale kręcę głową.
-
Nie, herbata wystarczy - uśmiecham się lekko i Peter znika w
kuchni, posyłając jeszcze na odchodne groźne spojrzenie swojemu
bratu.
Ten
z kolei kończy zapisywać coś w zeszycie, więc nawet tego nie
zauważa, po czym ponownie przenosi na mnie swój lustrujący wzrok,
a na jego twarz wypływa kolejny drwiący uśmieszek.
-
Uwielbiam go wkurzać, wiesz?
-
Zauważyłam - wdycham i wskazuję miejsce obok niego na beżowej
kanapie. - Mogę?
-
Jasne, nowa dziewczyno Petera - przesuwa dużą poduszkę i ogarnia
nieco papiery na stoliku, wśród których dostrzegam tablicę wzorów
fizycznych i gruby zbiór zadań.
-
Mam na imię Alicja, najmłodszy bracie Petera - nie pozostaję mu
dłużna i zaglądam do jego notatek. - Widzę, że fizyka jednak
wygrała z kolorowankami?
-
Pff! Mogłem przez nich oblać egzamin z matematyki! - obrusza się,
zaplatając ręce na piersi. - Lubisz fizykę? - pyta z błyskiem w
oczach, widząc, jak wertuję jego książkę.
-
Ja? Żartujesz? Ja humanistka jestem! - unoszę obronnie ręce i
odkładam książkę. - O co ty mnie posądzasz, człowieku? Moja
znajomość fizyki ogranicza się do wzoru na prędkość i gęstość.
-
No to to już podstawa! - przez chwilę mam wrażenie, że zaraz
zacznie mi wyjaśniać tajniki trzeciego prawa Keplera, czy innego
diabelstwa, ale jedynie mierzy mnie ponownie oceniającym wzrokiem i
uśmiecha się nagle. - Chyba cię lubię, wiesz?
-
Szybka opinia jak na dziesięć minut znajomości - zauważam,
uciszając upierdliwy głos w głowie mamroczący coś o efekcie
halo. Cóż, mój nie zaliczał się pewnie do najlepszych.
Przeklęte
przyzwyczajenia zawodowe.
-
To wstępny wniosek, mogę się mylić - zgadza się ze mną tonem
pod tytułem "jeszcze nie zapracowałaś na moje zaufanie".
- Katję też z miejsca polubiłem, jak wszyscy zresztą... Bo
wiesz o Katji, prawda? - pyta nagle podejrzliwie, marszcząc brwi.
Ten gest tak mocno upodabnia go do Petera, że odpowiadam dopiero po
chwili, zaskoczona tym odkryciem.
-
Powiedzmy, że słoweńscy skoczkowie mają problem z trzymaniem
języka za zębami - mówię dyplomatycznie. - Więc co nieco wiem.
-
To dobrze, bo jak zrobisz to, co ona, to skopię ci tyłek, jasne?
No, co? - pyta, widząc moją zaskoczoną minę. - W końcu to mój
brat, nie?
Unoszę
lekko brew, patrząc na niego z ukosa i by zejść z niebezpiecznego
tematu, wskazuję palcem jedno miejsce w zapisanym przed chwilą
przez niego równaniu.
-
Może i się nie znam na fizyce, ale kiedy chodziłam do liceum to
trzy do trzeciej nie równało się dziewięć. Skup się, młody -
szturcham go lekko, a Domen szybko poprawia zadanie i kiedy
niedopatrzenie zostaje naprawione, znowu przygląda mi się ze
zmarszczonymi brwiami. - No co tym razem? - wywracam oczami, lekko
zirytowana tym jego świdrującym spojrzeniem.
-
Nic - posyła mi promienny uśmiech i zamyka zeszyt. - Po
prostu fajnie, że Peter cię ma. Będziesz mega szwagierką.
-
Co? - wyrywa mi się niezbyt inteligentnie.
Domen
wywraca oczami i zerka, czy Peter aby na pewno nie wraca już z
kuchni z herbatą.
-
Ech, przecież jak wraca z zawodów, to o niczym innym nie mówi,
tylko o tobie. Nawet jak mówi o treningu, to ciśniesz mu się na
usta; jak wyjeżdża to tylko "szkoda, że Ala dojedzie dopiero
na miejsce" albo "pośpiesz się, Cene, bo znowu Alicja
będzie na nas czekać" i inne takie. No, zwariować można, ale
efekt jest taki, że znam cię prawie jak własną siostrę. W sumie
zawsze chciałem mieć starszą siostrę - dodaje po namyśle. -
Mogłaby mi doradzać z dziewczynami.
-
A z tym to nie do mnie - śmieję się, w głowie jednak zostają mi
jego wcześniejsze słowa. - Kompletnie się na tym nie znam, zaufaj
mi. Nawet paznokci nie maluję! - na dowód pokazuję mu nietknięte
lakierem dłonie.
-
No trudno, przeżyję. Najwyżej będę musiał poczekać aż Nika
trochę podrośnie... jak się ma trzynaście lat to się chyba
jeszcze nie chodzi na randki, nie? - zastanawia się i niemal
natychmiast porzuca temat, poważniejąc nagle. - Powiem ci w
sekrecie, że masz na niego ogromny wpływ. On sam nawet chyba nie
wie jak wielki - znów zerka niespokojnie w stronę kuchni, skąd nie
dobiega już cichy szum czajnika, co zwiastuje szybki powrót
najstarszego Prevca. - Nie widziałaś go po tej całej aferze z
Katją, aż przykro było na niego patrzeć. Gdyby nie skoki, to
chyba byłoby źle... I właśnie dlatego...
-
O czym rozmawiacie? - Domen milknie gwałtownie, kiedy Peter wchodzi
do salonu.
-
O... stałej Plancka - odpowiadam niemal bez zająknięcia, podając
pierwszy termin, który rzuca mi się w oczy w notatkach młodszego
Prevca. Oboje przenosimy na niego niewinny wzrok, w milczącej
koalicji milczenia, ale Peter chyba nie daje się nabrać.
-
Jakoś wam nie wierzę - mówi, stawiając tacę na stoliku. -
Zrobiłem ci herbatę z różą, może być? - pyta, podając mi
kubek.
-
Cóż, przeżyję - krzywię się lekko. - Za tym smakiem akurat nie
przepadam, ale... ale ta pachnie zachęcająco.
-
Nie umiesz kłamać - odpowiadają bracia jednym głosem, patrząc na
mnie sceptycznie i są przy tym tak do siebie podobni, że aż
zaksztuszam się pierwszym łykiem. - Ej, wara od mojego kubka! -
dodaje Peter, kiedy Domen sięga po drugie naczynie.
-
A herbata dla mnie gdzie? - pyta ten naburmuszony, kiedy Peter
odstawia naczynie na komodę, daleko poza jego zasięgiem.
-
Sam sobie zrób, masz przecież ręce i to obie zdrowe.
Nastolatek
prycha obrażony, zamyka książkę i idzie do kuchni, a Peter
natychmiast zajmuje jego miejsce. W tym momencie na dół schodzi
Cene i podchodzi do nas.
-
Rozpakowałem wszystko - informuje nas z zadowolonym sapnięciem. -
O, herbata. Dzięki, Peter - zagrania kubek z komody.
-
CENE, do cholery! - irytuje się Peter, podrywając się z kanapy, a
młodszy Prevc robi trzy nerwowe kroki w tył, w stronę kuchni.
-
Polizane! - woła, robiąc szybki łyk gorącej herbaty. - Naplułeś
tam wcześniej?
-
Nie - odpowiada Peter z miną, jakby szczerze żałował tego
niedopatrzenia.
-
Więc jest moja. Idę coś zjeść, cześć! - macha nam z miną
niewiniątka i znika w kuchni, skąd po chwili dociera do nas krótka
sprzeczka z Domenem.
-
Dzień jak co dzień - wzrusza ramionami Peter, widząc moje
podniesione brwi i ponownie się do mnie przysiada. - To znaczy,
zazwyczaj jeszcze lata tu Nika w piżamie, marudząc, że Domen
podwędził jej gogle, i że zaraz spóźni się przez to na trening;
Ema rozrzuca zabawki, o które potyka się Cene, a mama chodzi tylko
i ciężko wzdycha, próbując to wszystko jakoś ogarnąć - dodaje
z ciepłym uśmiechem na ustach, a ja dostrzegam w jego wzroku jakąś
iskierkę, której dotąd nie udało mi się zauważyć.
Oczami
wyobraźni widzę poranny harmider panujący w tym domu: bitwy o
łazienkę, gwar przy śniadaniu, Domena próbującego znaleźć
jakiś cichy kąt do nauki, Cene wyjącego z bólu po nadepnięciu na
jakiś zbłąkany klocek i Petera pomagającego dziewczynkom odrabiać
zadania. Choć nie mam żadnych podstaw sądzić, że to, co
podpowiedziała mi wyobraźnia ma jakiekolwiek odbicie w
rzeczywistości, uśmiecham się do tego obrazka, po raz kolejny
uświadamiając sobie jak wiele ominęło mnie podczas mojego
dwudziestoparoletniego życia jedynaczki.
-
Zawsze zazdrościłam Kasi rodzeństwa, wiesz? - mówię cicho. -
Miałam wrażenie, że jest jakaś część życia, która mnie nie
dotyczy i nigdy nie będzie dotyczyć, kiedy patrzyłam jak
przekomarza się z młodszą siostrą. Teraz są najlepszymi
kumpelkami, ale za czasów gimnazjum bywało różnie - uśmiecham
się do tych wspomnień, a mój wzrok nagle pada na kubek z herbatą.
- Jak chcesz, możesz ją wypić. Naprawdę nie cierpię róży -
przyznaję się z lekko zawstydzonym uśmiechem.
-
Zapamiętam - Peter przejmuje ode mnie naczynie. - Jesteś pewna? -
patrzy na mnie troskliwie. - W końcu jesteś zmarznięta.
-
Zawsze jest jeszcze opcja "bluza", prawda? - uśmiecham się
wąsko, a Peter odstawia herbatę, rozpina zamek i narzuca mi na
ramiona polarowe okrycie. Poprawiam je nieco, a skoczek obejmuje mnie
ramieniem.
-
Domen nie był zbyt natrętny? - upewnia się, po chwili rozcierania
moich ramion miarowymi ruchami.
-
Nie, było w porządku. Chyba pomógł mi się zaaklimatyzować -
odpowiadam, zgodnie z prawdą i opieram mu głowę na barku. Peter
opiera policzek o czubek mojej głowy i zatacza leniwe kółka na
moim ramieniu. Milczymy tak sobie w dwójkę, a z kuchni dobiega
szczęk sztućców i nowa kłótnia młodszych braci.
-
Ala? - mówi nagle cicho Peter, a jago ciepły oddech mierzwi mi
lekko włosy.
-
Hmm? - mruczę już nieco sennie. Jest mi ciepło, dobrze i wygodnie,
a ponad to jestem zmęczona po długiej podróży i wykańczającym
Turnieju. Marzę o ciepłym łóżku i kilku godzinach spokojnego
snu, ale tu, w objęciach Petera, też jest mi całkiem dobrze. Nawet
bardziej niż całkiem.
-
Zanim pojedziemy jutro do Lublany - mówi, a ja rzucam mu
nieprzychylne spojrzenie z ukosa, bo miałam zamiar jeszcze przez
kilka godzin nie myśleć o tym przykrym obowiązku - chciałbym cię
zabrać w jedno miejsce.
-
Dokąd? - pytam ciekawie, zwracając twarz w jego kierunku.
-
Niespodzianka - uśmiecha się kącikiem ust i zakłada mi kosmyk
włosów za ucho. - I... i opowiem ci w końcu o Katji, dobrze? -
dodaje ciszej, jakby z obawą.
Patrzę
w jego zielone oczy, w których maluje się z nagła jakaś dziwna ni
to niepewność, ni to smutek, czy też może nawet złość. Ciężko
mi rozszyfrować te uczucia, jednego jestem jednak pewna - maluje się
w nich także nadzieja. Nadzieja, że w końcu nie będzie między
nami żadnych tajemnic i niedopowiedzianych historii.
-
Dobrze - odpowiadam również cicho, głosem nie głośniejszym od
szeptu.
Na
twarzy Petera pojawia się ulga, jakby zrzucił z siebie jakiś
ogromny ciężar. Wiem jednak, że najtrudniejsza rozmowa wciąż
jest przed nami, bo jest jeszcze jedna rzecz, która nas dzieli.
Jeszcze jedna sprawa, która nie pozwala mi dać sobie i Peterowi
szansy, na coś więcej niż jest między nami w tej chwili.
I
wcale, a wcale nie dotyczy ona Katji.
Przesuwa
palcem po linii mojej szczęki, a jego dotyk niespodziewanie powoduje
u mnie gęsią skórkę, co wyrywa mnie z zamyślenia, a senność
mija mi, jak ręką odjął. Nie wiem, które uczucie jest we mnie
silniejsze - czujność, czy nagłe podekscytowanie, ale machinalnie
rozchylam usta, a Peter przyciąga mnie do siebie jeszcze mocniej
i...
-
Ej, nowa dziewczyno Petera, chcesz jajecznicy? - Domen, a zaraz za
nim Cene, wystawiają głowy zza drzwi kuchni i patrzą na nas
wyczekująco, absolutnie nie speszeni.
W
przeciwieństwie do nas.
-
Ze szczypiorkiem! - kusi ten drugi, a ja próbuję opanować wypieki
wypełzające na moją twarz i odsuwam się od najstarszego Prevca.
-
Tak, z chęcią - odchrząkuję, wyplątując się z jego objęć i
mocniej opatulam przydługą bluzą.
-
Ja też się skuszę - Peter również odchrząkuje i zdejmuje rękę
z mojego ramienia.
-
Tobie nic nie proponowałem - prycha Domen i kiwa na mnie ręką. -
Chodź do nas, potem pokażemy ci twój pokój. I nie łudź się, on
się w ogóle nie potrafi całować!
-
Nawet nie daliście mi sprawdzić - wytykam im ze śmiechem, wciąż
lekko czerwona na twarzy i wstaję z kanapy.
Znikam
w kuchni z młodszymi Prevcami, w progu rzucając jeszcze Peterowi
delikatny uśmiech. Odwzajemnia go i bezgłośnie mówi: "Do
jutra", po czym wstaje i znika na schodach prowadzących do
góry.
[Peter]
Rano
budzi mnie zapach kawy unoszący się w całym domu. Przeciągam się
szeroko i siadam na łóżku, napawając się jeszcze chwilę samą
świadomością powrotu do domu. Robię tak po każdych zawodach, to
mój mały rytuał - móc w końcu przespać się we własnym łóżku,
bez drażniącego chrapania Jurija nieopodal.
Uśmiecham
się do własnych myśli, a mój uśmiech rozszerza się jeszcze
bardziej, kiedy przypominam sobie o obecności Alicji. Przeczesuję
włosy dłonią i schodzę na dół, podążając za coraz
intensywniejszym zapachem.
Ala
stoi boso przy blacie w krótkich spodenkach i obcisłej koszulce na
ramiączkach i niecierpliwie przebiera palcami, czekając aż kawa w
ekspresie skończy się parzyć. Poskręcane i nieco poplątane włosy
opadają jej swobodnie na plecy, a na nadgarstku dostrzegam czarną
gumkę. Obraca się na dźwięk moich kroków i uśmiecha się
kącikiem ust.
-
Cene kazał mi się czuć jak u siebie, więc zrobiłam kawę -
wyjaśnia, odwracając się tyłem do blatu i opiera się o niego
rękami. Na policzku odbił jej ślad poduszki, co podpowiada mi, że
dopiero co wstała. Jej poranny, nieco nieogarnięty wygląd jest
uroczy i na swój sposób... pociągający.
-
Trochę wczesna pora, jak na ciebie - zauważam, zerkając na
zegarek, który wskazuje siódmą.
-
Przed nami długi dzień, muszę się jeszcze przygotować - wzrusza
ramionami i przeciera zaspane oczy. Nagle mruży je i przekrzywia
głowę. - Czy tobie nie jest przypadkiem zimno? - unosi brew,
lustrując mnie wzrokiem.
-
Moja piżama nadal jest "zaginiona w akcji" - unoszę lekko
kącik ust, widząc jak czubki uszu Ali robią się powoli czerwone.
Mnie również przypomina się nasza nie do końca jednoznaczna
sytuacja w Ga-Pa, ale nie pozawalam moim myślom odpłynąć za
daleko. - A poza tym jestem u siebie w domu, pamiętasz?
Kiwa
krótko głową, a ja podchodzę bliżej i sięgam ponad jej głową
do szafki po filiżanki. Kładę je na blacie, miłościwie
uwzględniając zarówno Cene jak i Domena, po czym zamykam drzwiczki
i opieram się o nie dłonią.
Ala
zadziera głowę, by móc spojrzeć mi prosto w oczy, a z jej twarzy
znikają wszelkie ślady senności. Kiedy nachylam się nad nią
jeszcze bardziej, otacza mnie cytrusowy zapach jej szamponu, od
którego zaczyna kręcić mnie w nosie. Patrzy na mnie jakby z
zaciekawieniem, z szeroko otwartymi błękitnymi oczami. Nie wykonuje
żadnego gestu w moją stronę, podobnie jak i wczoraj, mam jednak
dziwne wrażenie, że nie miałaby nic przeciwko, gdybym...
-
Czeeeść... - Domen wita nas ziewnięciem i opada na krzesło. -
Śniły mi się całki, muszę je chyba dziś powtórzyć... -
mamrocze pod nosem, opierając głowę o stół.
...myślę,
że nie miałaby nic przeciwko, gdybym właśnie teraz zamordował
swojego młodszego brata.
Ala
wzdycha lekko - jakby zawiedziona...? - wymija mnie, związuje włosy
i rozlewa kawę do czterech filiżanek, po czym jedną wystawia za
okno, a drugą stawia przed Domenem.
-
Myślę, że te twoje całki chciały ci powiedzieć, żebyś sobie
zrobił dzień wolnego - mówi i poprawia mu potargane włosy, a ja
dostrzegam w tym geście jakąś dziwną, siostrzaną czułość.
-
Myślisz? - ten drapie się po głowie w zamyśleniu, obracając całą
jej pracę w niwecz, a Ala opuszcza ręce zrezygnowana . - Może
pójdę dziś na basen, w takim razie. Dawno nie byłem - mówi,
pociągając łyk kawy, a jego spojrzenie, które na nas przenosi,
nagle robi się bystrzejsze. - Ej, czy ja dobrze widzę, że wy...
Przerywa
mu głośne ziewnięcie, kiedy dołącza do nas Cene. Bez słowa
zgarnia jedną filiżankę i siada obok Domena. Alicja ponownie
wzdycha i jemu również próbuje poprawić odstające na wszystkie
strony włosy, ale po chwili się poddaje.
-
Czy w tym domu nie ma grzebienia? - pyta retorycznie, wracając do
mnie i próbuje doprowadzić do porządku i moją fryzurę. Staje na
palcach, a kiedy podnosi ręce, brzeg jej koszulki unosi się ponad
pępek. Dodatkowo dekolt pogłębia się dość mocno, by...
Szybko
opuszczam wzrok, nim moja wyobraźnia zagalopuje się zanadto i
dostrzegam podłużną bliznę nad biodrem, którą odkrył
podniesiony podkoszulek.
-
Co to takiego? - pytam, ostrożnie dotykając jej palcem.
-
To? - Alicja opuszcza ręce i obniża nieco gumę spodenek, ukazując
bliznę niemal w całej okazałości. - Zacięłam się kosą, jak
miałam jedenaście lat.
-
Czym? - dziwię się.
-
Kosą - powtarza, naciągając spodenki jeszcze bardziej, tak
że dostrzegam brzeg koronkowych majtek. Czarnych, dla ścisłości.
Prevc,
ogarnij się. Ogarnij się, do cholery.
-
Braciszku, czy mógłbyś nie rozbierać swojej dziewczyny na środku
kuchni? - prosi w tym samym momencie słodziutkim głosem Domen,
podczas gdy ja łaję się w myślach, spychając natrętne myśli na
sam skraj umysłu.
Obaj
z Cene przyglądają się nam ciekawie, a na twarz Ali nagle wypływa
rumieniec; zdaje się, że dopiero teraz dociera do niej dwuznaczność
tej sytuacji. Odsuwa się o pół kroku i poprawia spodenki oraz
obciąga bluzkę i podchodzi do okna, by móc się ukryć za swoją
ostudzoną już kawą. W kuchni zapada na chwilę cisza, podczas gdy
ja morduję wzrokiem Domena. Ten wydaje się zupełnie niewzruszony,
a Alicja zachowuje od tej pory zauważalny dystans.
Jak
widać, prawie-pocałunki to jedno, a... hmm, nieco dwuznaczne
sytuacje, to drugie.
-
To jak było z tą kosą? - przerywam milczenie, a Ala zerka na mnie
znad krawędzi filiżanki. Odstawia ją ostrożnie na blat i uśmiecha
się lekko do swoich wspomnień. Oczy błyszczą jej przy tym nieco
melancholijnie.
-
Mieliśmy kiedyś ogródek - zaczyna swoją opowieść. - Rosły
tam różne drzewka owocowe, porzeczki oraz agrest, a rodzice
postawili dodatkowo szklarnię i posadzili tam ogórki. Jeździliśmy
tam rzadko, więc ogródek mocno zarastał trawą. Pewnego razu
kosiarka się popsuła, dookoła żywej duszy, a zielska po pas. Tata
wyciągnął więc z szopy nieco zardzewiałą już kosę, a ja -
dziecko z miasta - uparłam się, że chcę nauczyć się jej używać.
Jakim sposobem się skaleczyłam, nie wiem, ale jak widać byłam
równie zdolna, co i niezdarna. Ale koszenie trawy to już zamknięty
rozdział w moim życiu - uśmiecha się jakby z zakłopotaniem i
ponownie zasłania się kawą.
-
Ta kosa musiała być większa od ciebie - uświadamiam sobie,
wyobraziwszy sobie nastoletnią Alę w słomkowym kapeluszu,
machającą ogromną kosą wśród wysokiej trawy.
-
A ty niby nie jesteś niższy od swoich nart, co? - odcina mi się,
biorąc to za przytyk i odkłada filiżankę do zlewu. - Dobra, idę
pod prysznic. O której mnie porywasz? - zwraca się do mnie.
-
Myślę, że możemy wyjechać koło dziewiątej. Samochodem to nie
tak daleko, a potem pojedziemy prosto do Lublany - odpowiadam, a Ala
uśmiecha się i wychodzi z kuchni, delikatnie muskając moją dłoń
swoją.
Być
może mi się wydaje, ale to chyba nie był przypadek.
Odprowadzam
ją wzrokiem, dostrzegając liczne szczegóły, które dotąd umykały
mojej uwadze. Niepodziewanie nachodzi mnie wspomnienie z samego
początku naszej znajomości, kiedy to zauważyłem ją w drzwiach
owiniętą samym ręcznikiem. Nie jestem pewien, co wtedy sobie
myślałem, ale po prostu nie mogłem oderwać od niej wzroku.
Podobnie jak w Ga-Pa, prawdopodobnie po raz pierwszy dostrzegając w
niej po prostu piękną kobietę. Z chyba nieco rozanielonym
uśmiechem, wspominam tamtą chwilę, a na ziemię sprowadza mnie
głos Domena.
-
Bez takich, Peter. Potrafi się sama umyć - mrożę go wzrokiem, ale
posyła mi jedynie złośliwy uśmiech. - Nie uczynisz Emy ciotką w
wieku ośmiu lat, nie ma mowy - kręci karcąco głową, a ja
wzdycham tylko i obracam się w kierunku lodówki, by przygotować
nam prowiant na drogę.
Godzinę
później schodzimy z Alą do garażu i wsiadamy do samochodu. Jej
włosy są ponownie zaplecione w wyjątkowo schludny dziś warkocz,
jedynie jeden kosmyk opada jej niesfornie na czoło.
-
To gdzie jedziemy? - pyta ciekawie, odgarniając go niecierpliwym
gestem.
-
Do miejsca, które jest dla mnie ważne - odpowiadam, nie zdradzając
nic więcej.
Kilkunastominutowa
podróż mija nam na niezobowiązujących rozmowach z szumiącym
cicho w tle radio. W pewnym momencie Ala pogłaśnia, akurat kiedy
Adele śpiewa:
- ...we're
no kids, no more.
-
Lubię tę piosenkę - wyjaśnia, nucąc cicho. - Jest taka...
-
Smutna? - podpowiadam.
-
Nie - kręci głową. - Prawdziwa.
Przez
chwilę wsłuchuję się w głos piosenkarki, śpiewającej
właśnie: I'd be your last love everlasting you and me i
kiwam głową.
-
Fakt, ciężko się nie zgodzić - mówię, a w mojej głowie pojawia
się niepodziewanie inny uśmiech i inne rozśmiane oczy, których
obiecałem sobie już nigdy nie wspominać.
-
To tutaj - informuję Alę chwilę później, parkując na pustym,
leśnym parkingu. - Ale musimy przejść jeszcze kawałek.
Wysiadamy
z samochodu i ruszamy ścieżką pod górę. Zmarznięte liście
szeleszczą pod naszymi butami, a oddechy skraplają się w postaci
niewielkich obłoczków. Idziemy ramię w ramię, nasze dłonie
ocierają się o siebie przez chwilę, nim niepewnie biorę Alę za
rękę. Zerka na mnie, ale nadal nic nie mówi, postanawiam więc
przerwać tę ciszę początkiem opowieści.
-
Kiedy byłem mały, bardzo często chodziłem tą ścieżką - mówię,
wdychając głęboko zapach zimowego lasu. - Zaraz się przekonasz,
że prowadzi na niewielką polankę na szczycie, która z drugiej
strony opada w kierunku rzeki łagodnym stokiem - oczami wyobraźni
widzę ten tak dobrze znany mi widok i mocniej ściskam rękę
Alicji, kiedy drzewa zaczynają się przerzedzać.
-
Zimą, zawsze jest tu pełno śniegu... no, może nie w tym roku -
poprawiam się ze śmiechem, kiedy Ala z powątpiewaniem rozgląda
się dookoła w poszukiwaniu białego puchu. - W każdym razie
wystarczająco dużo, by pojeździć na sankach... albo na nartach.
-
A więc to tu triumfator 66. Turnieju Czterech Skoczni stawiał swoje
pierwsze kroki na nartach - Ala rozgląda się po łagodnie
nachylonej polanie, biorąc się pod boki, a na jej twarzy tańczy
figlarny uśmiech. - No co? Ćwiczę przed dzisiaj - dodaje, kiedy
wywracam oczami, zapominając na sekundę, dlaczego tu z nią
przyszedłem. Mam jednak wiele do opowiedzenia, siadam więc wraz z
nią na obłym kamieniu i wracam myślami do samego początku.
Miałem
wtedy z sześć lat i nie wiedzieć czemu, nie chciałem, żeby
rodzice wiedzieli o mojej nowej pasji. Może dlatego, że tata od
dawna był związany ze światem skoków i bałem się, że w jakiś
sposób go zawiodę. W każdym razie, każdego popołudnia brałem
sanki, ubierałem czapkę i rękawiczki i przychodziłem tutaj po
pretekstem chęci pobawienia się na śniegu. Mieszkaliśmy wtedy
jeszcze niedaleko stąd; przeprowadziliśmy się dopiero po
narodzinach Domena, bo zaczęło nam być nieco ciasno.
Zerkam
na Alę, która uśmiecha się nieco drwiąco.
-
Ciasno, co? Przyznaj, że narobił wam obciachu przed sąsiadami.
-
Liczyłem, że się nie domyślisz - szturcham ją, a ona oddaje mi i
uśmiechem zachęca do kontynuowania historii.
Kiedy
tu przychodziłem, sanki lądowały w krzakach, a ja zakładałem
ukryte tam wcześniej narty i próbowałem swoich sił właśnie na
tej górce. Z biegiem czasu skocznie usypywane przeze mnie stawały
się coraz wyższe i wyższe, aż w końcu rodzice odkryli mój
sekret i zapisali mnie do klubu z prawdziwego zdarzenia. Dostałem
też narty, kask, gogle i uważałem się za najszczęśliwszego
sześciolatka w okolicy.
Przez
jakiś czas myślałem, że to ona zdradziła mój sekret, ale wina
leżała po mojej stronie. Po prostu, pewnego dnia zapomniałem wziąć
ze sobą czapki albo rękawiczek, nie pamiętam już dokładnie i
tata zauważył moje wyczyny, gdy chciał mnie uchronić przed
przeziębieniem. Całą winę jednak zrzuciłem na nią, bo przecież
zaledwie parę dni wcześniej odkryła przypadkiem mój mały sekret.
Milknę
na chwilę, przywołując ten moment w myślach. Ala patrzy na mnie z
uwagą, a z jej twarzy nie da się wyczytać żadnych emocji.
-
Ona...? - odzywa się w końcu, kiedy milczę przez dłuższą
chwilę.
Kiwam
głową i przymykam oczy; mam wrażenie jakby to było zaledwie
wczoraj.
Miała
czarne włosy zaplecione w dwa mysie warkoczyki spięte różowymi
gumkami z Myszką Mickey, duże orzechowe oczy, kilka piegów na
nosie i szczerbaty uśmiech. Na imię miała Katja i poznałem ją
podczas jakże żenującego upadku z mojego nowo zbudowanego K-1, z
którego byłem bardzo dumny. Chłopięca duma ucierpiała nie wiele
mniej niż posiniaczony tyłek, mimo iż nawet się nie roześmiała,
a wręcz poczęstowała cukierkiem wyciągniętym z kieszeni kurtki.
Nie
minęło dużo czasu nim się zaprzyjaźniliśmy, nie licząc tego
jednodniowego epizodu, kiedy podejrzewałem ją o zdradzenie mojego
sekretu, o którym wiedziała tylko ona. Przychodziła tutaj niemal
codziennie i po prostu przyglądała mi się jak ćwiczę. Kiedy
zacząłem uczęszczać do klubu, przestałem tam skakać, ale i tak
co drugi dzień brałem sanki i ruszałem na spotkanie z moją
przyjaciółką.
Alicja
uśmiecha się lekko, wyobrażając sobie zapewne przedstawioną
przeze mnie historię. Widzę po jej oczach, że wie, do czego krok
za krokiem zmierzam, ale nie przerywa mi ani słowem. Jestem jej za
to wdzięczny, bo powrót do tych wspomnień jest słodko-gorzki i
wiele mnie kosztuje.
Kiedy
poszliśmy do szkoły, dowiedziałem się, że mieszka sama z matką;
ojciec zostawił ją jeszcze przed narodzinami Katji. Nie przelewało
im się, ale jakoś dawały sobie radę. Nigdy nie prosiła mnie o
pomoc, była dość zamknięta w sobie i poza mną nie miała zbyt
wielu przyjaciół. Przynajmniej raz w tygodniu przychodziliśmy
tutaj - żeby pograć w piłkę, chowanego, odrobić zadanie albo
porozmawiać o ulubionych filmach. Ja opowiadałem jej o swoich
postępach w sporcie i swoich sportowych marzeniach. Obiecałem jej
nawet kiedyś, że zadedykuję jej medal, który wygram na
olimpiadzie - to wspomnienie wywołuje u mnie smutny uśmiech, bo w
Soczi byłem tak zły po stracie zarówno pierwszego jak i drugiego
złota, że zupełnie o tym zapomniałem. A potem przecież wszystko
się zmieniło. Ona nie mówiła zbyt wiele, zazwyczaj po prostu
rysowała coś w swoim zeszycie i czasem pokazywała mi swoje prace.
Mówiąc krótko, to było takie "nasze" miejsce.
Z
biegiem czasu łącząca nas więź stawała się coraz silniejsza,
oboje też powoli dorastaliśmy, a ja zacząłem odkrywać, że w
relacji z dziewczynami są fajniejsze rzeczy niż ciągnięcie za
warkocze.
Uśmiecham
się nieco zakłopotany, a i na twarzy Alicji pojawia się nikły
uśmiech, kiedy sama tarmosi swój warkocz, zerkając na mnie spod
rzęs.
Moi
koledzy mieli już za sobą pierwsze randki, pierwsze związki i
nawet pierwsze pocałunki, a ja nie chciałem być gorszy. Brakowało
mi tylko chętnej kandydatki. Przynajmniej do czasu, kiedy
zauważyłem, że cóż... że Katja też jest dziewczyną.
Siedzieliśmy sobie tu pewnej wiosny na kocu rozmawiając i żartując
jak zawsze, kiedy odkryłem ten fakt i tak po prostu bez ostrzeżenia
ją pocałowałem. Nie był to pocałunek marzeń, nazwałbym go
raczej nieudanym, ale nie to jest tu najistotniejsze.
"Co
ty zrobiłeś, Peter?" zapytała wtedy, a ja z głupkowatym
uśmiechem odparłem: "Pocałowałem cię". Powiedziała,
żebym nie robił tak więcej, a kiedy spytałem dlaczego,
odpowiedziała: "Bo nie jesteśmy parą" i jak gdyby nigdy
nic wróciła do przerwanego wątku.
-
Może chciała, żebyś jej to zaproponował? - odzywa się cicho
Ala, kiedy milknę na chwilę. Jej głos jest lekko schrypnięty, ale
na jej twarzy nie widać żadnych emocji. - Może to była sugestia?
-
Nie, nie była. Byliśmy jedynie przyjaciółmi i po prostu nie
chciała tego zmieniać - kręcę głową. - Było dobrze tak, jak
było. Nie było nawet sensu o tym więcej rozmawiać, ot krótki
epizod, jeden z wielu w naszej wieloletniej znajomości.
Nie
wracaliśmy do tego tematu, bo i nie było do czego. Nie było między
nami nic prócz przyjaźni, byliśmy bardziej jak rodzeństwo. Znałem
ją po prostu zbyt długo, by umieć spojrzeć na nią jak na inne
koleżanki, a ten pocałunek był jednorazowym wybrykiem; rzekłbym
nawet, że był niczym innym jak szczeniackim eksperymentem, w końcu
miałem wtedy może z piętnaście lat.
Tak
mijały nam kolejne lata. Ja jeździłem na zawody, a po powrocie
pierwsze co robiłem, to umawiałem się z Katją na tej polance i
gadaliśmy długie godziny, spacerując po lesie. Gdy było zimno,
chodziliśmy objęci, owinięci oboje jej długim, wełnianym
szalikiem zrobionym przez mamę. Gdy było ciepło, rozkładaliśmy
koc w plamie słońca i opalaliśmy się, popijając lemoniadę i
odgadując kształty chmur. Nocami obserwowaliśmy gwiazdy, czekając
aż któraś z nich spadnie i spełni nasze życzenia.
Byliśmy
dla siebie wsparciem w każdej sprawie, ale nie było łatwo.
Pocieszała mnie po każdych nieudanych zawodach, po pasmach klęsk,
kiedy chciałem już nawet rzucić w kąt narty, bo nie widziałem
żadnych efektów. Ona i mama były tymi osobami, które zawsze
umiały mi wyperswadować ten pomysł. Ale życie wystawiło ją, a
co za tym idzie i mnie jako jej przyjaciela, na ciężką próbę.
Kiedy miała osiemnaście lat, jej mama przegrała walkę z rakiem
piersi. Jedynym plusem tej sytuacji był fakt, że Katja była już
pełnoletnia i przynajmniej z tej strony nie było problemów.
Siedziałem z nią na kanapie w jej mieszkaniu, a ona przez wiele
godzin płakała mi w ramię. Nie pojechałem na Mistrzostwa Świata
Juniorów tamtej zimy, bo chciałem być przy niej, dopóki do końca
się nie pozbiera. Byłem u niej niemal codziennie, robiłem zakupy,
gotowałem obiady, kiedy nie potrafiła się do tego sama zmusić.
Czasami zostawałem na noc, żeby nie musiała spać sama w pustym
mieszkaniu...
Po
miesiącu sytuacja zaczęła wracać do normy, ponownie dawała sobie
radę sama. Nadal spędzaliśmy mnóstwo czasu razem, ale ja
powróciłem do swoich obowiązków, a że moja kariera rozwijała
się coraz bardziej, mieliśmy dla siebie coraz mniej czasu. Katja
stała się częstym gościem w naszym domu, a moja rodzina bardzo ją
polubiła. Świetnie dogadywała się z dziewczynkami, a zdanie Niki
i Emy zawsze się dla mnie bardzo liczyło.
Ala
uśmiecha się, słysząc te słowa. Jestem pewien, że i ona
przypadłaby moim małym siostrzyczkom do gustu. Milczymy chwilę,
nim decyduję się wznowić opowieść. Wielokrotnie zastanawiałem
się, w którym momencie popełniłem błąd albo kiedy powinienem
dostrzec, że coś jest nie tak. Ale nigdy nie potrafiłem
odpowiedzieć sobie na to pytanie.
Jeśli
się nad tym głębiej zastanowić, to tak naprawdę, nigdy się w
niej nie zakochałem. Znaliśmy się przecież od dziecka, od tamtego
feralnego spotkania tutaj, na łące. Od tamtej pory była zawsze
obecna w moim życiu, była jego częścią, a ja nie potrafiłem
sobie wyobrazić, że kiedykolwiek miałoby być inaczej. Katja,
zdaje się, też traktowała mnie w ten sposób, bo kiedy ciało
zaczęło dostrzegać to, o czym serce wiedziało już od dawna -
czyli, że łączy nas coś więcej, niż tylko zwykła przyjaźń -
nie miała nic przeciwko, że czasem podczas spaceru złapałem ją
za rękę. Że czasem na spotkanie przyniosłem dla niej czerwoną
różę, czego nie robiłem wcześniej. Że pewnego dnia pocałowałem
ją niepewnie, bojąc się, że ponownie mi tego zabroni. Nic nie
mówiła, ale pozwalała na te gesty, czasem nawet sama decydowała
się zrobić podobny krok w moją stronę. Na nowo odkrywaliśmy
swoją relację, wzbogacając ją o te szczegóły, które nie
kwalifikowały się już jako przyjacielskie gesty. Nasze kolejne
pocałunki były zdecydowanie lepsze od tego pierwszego, więc nie
szczędziliśmy ich sobie. W końcu była już wtedy moją
dziewczyną, a lepszej nie mogłem sobie wymarzyć.
Rzucam
okiem na Alę, czy nie wydaje się urażona tym wyznaniem, ale ona
wpatruje się w swoje kolana zagryzając mocno wargę. Myśli o czymś
intensywnie, ale kiedy dotykam jej ramienia uśmiecha się nieco
niepewnie.
-
Brzmi to zbyt pięknie, by mogło mieć dobre zakończenie, prawda? -
odzywa się cicho, a w jej głosie jest więcej smutku, niż mógłbym
się spodziewać.
-
W innym przypadku, nie siedzielibyśmy pewnie tutaj - odpowiadam
niewiele głośniej, nim ponownie powracam myślami do naszej
historii, mojej i Katji.
Kiedy
zacząłem studia, przeprowadziłem się do kawalerki, by nie
siedzieć rodzicom na głowie. Miałem stamtąd bliżej na uczelnię
i na treningi, a mimo to i tak było mi ciężko to wszystko
połączyć. Katja postanowiła mocno stanąć na nogi i zaczęła
rozwijać swoją największą pasję - malarstwo. Zaczęła studiować
sztukę, oboje więc mijaliśmy się jeszcze bardziej. Dlatego każda
chwila spędzona razem była dla nas niezwykle cenna. Kiedy wracałem
z zawodów była częstym gościem w moim mieszkaniu, na ile
oczywiście pozwalały jej studia. Zostawała wtedy na kolację i
dobry film, a czasem również na śniadanie.
Patrzę
na Alicję i dopiero teraz na jej nieprzeniknionej dotąd twarzy
pojawia się ślad jakichś emocji, co potwierdza mój domysł, że
zastosowany przeze mnie eufemizm nie pozostał nierozszyfrowany.
Obiecałem sobie jednak, że będę wobec niej zupełnie szczery, bo
bez tego nie mamy szansy zbudować nic trwalszego.
A
chyba tego właśnie pragnę - by Ala stała się stałym elementem
mojego życia, za który przez tak wiele lat uważałem Katję.
W
tamtym okresie stała się nieomalże członkiem naszej rodziny:
spędzała z nami każde święta, znaczną część wakacji, dużo
czasu spędzała w moim rodzinnym domu czy to z dziewczynkami, czy to
pomagając mojej mamie w kuchni. Mimo że nie miała najłatwiejszego
życia, była bardzo pogodna i wszyscy lubili jej towarzystwo.
Zeszłoroczną
Wigilię, tak jak i parę poprzednich miała spędzić z nami. Ale to
miała być wyjątkowa Wigilia, bardzo wyjątkowa - tamtego wieczoru
miałem zapytać Katję, czy chce się naprawdę stać częścią
mojej rodziny.
Mówiąc
to, sięgam do kieszeni i wyciągam z niego niewielkie, nieco
zakurzone, czerwone pudełko, ignorując jednocześnie nieprzyjemny
szelest papieru. Podaję je Alicji, która bierze je ostrożnie i
zerka na mnie, jakby pytając o pozwolenie. Ostrożnym skinieniem
pokazuję jej, by się nie krępowała. Otwiera pudełko nieco
drżącymi rękami, a naszym oczom ukazuje się srebrny pierścionek.
Kamienie - diamenty i szafiry - lśnią tym samym blaskiem, co i
tamtego popołudnia u jubilera, kiedy wybierałem go, starając się
ignorować głupie docinki młodszych braci, którzy śmieli
twierdzić, że znają gust Katji lepiej ode mnie.
Cóż,
ten spór do dzisiaj nie pozostał rozstrzygnięty.
-
Śliczny - odzywa się Ala wyciągając pierścionek z pudełka i
oglądając go w świetle dnia, po czym uśmiecha się nieco smutno.
- Dla takiego pierścionka aż żal zrywać zaręczyny... - mówi,
odkładając go z powrotem i oddaje mi pudełko.
-
Nie zerwała ich - mówię, chowając je do kieszeni i zaciskam palce
na spoczywającej tam kartce. - W ogóle ich nie przyjęła.
Ala
otwiera szerzej oczy i spogląda na mnie zaskoczona. Doskonale
rozumiem jej zaskoczenie, bo sam nawet nie podejrzewałem, by jej
odpowiedź mogła brzmieć "nie".
Nie
stresowałem się przed tym wieczorem, nigdy nie wątpiłem, że
Katja pragnie tego samego co ja i byłem niemal stuprocentowo pewny
jej odpowiedzi. Kilka dni przed Wigilią zadzwoniłem do niej,
jeszcze z zawodów, by upewnić się, że będzie na kolacji.
Potwierdziła, ale musiała się szybko pożegnać, bo miała coś do
załatwienia na mieście. Uspokojony, zacząłem dbać o takie
szczegóły, jak wyprasowany krawat i garnitur, mama szalała w
kuchni, Domen i Cene nie szczędzili głupich komentarzy, a
dziewczynki były wniebowzięte. Tata tylko uśmiechał się
zagadkowo, a ja martwiłem się jedynie, że któreś z nich nie
wytrzyma i popsuje ten magiczny moment.
Dwa
dni przed Wigilią zadzwoniłem do niej znowu, ale nie odebrała.
Dzień później operator poinformował mnie, że jest poza zasięgiem
sieci, zacząłem się więc martwić. Rodzice uspokajali mnie, że
pewnie ma problemy z telefonem - ten tydzień był bardzo mroźny i
wszystkie komórki wariowały w niskich temperaturach. Ja jednak
miałem jakieś złe przeczucia i pojechałem do niej. Wziąłem
klucze, ale ręce trzęsły mi się tak bardzo, że z trudem trafiłem
do zamka. Kiedy jednak drzwi stanęły otworem, stanąłem w progu
jak wryty. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku, ale zbyt
wiele czasu spędziłem w tych czterech ścianach, by nie zauważyć,
że brakuje jej ulubionych butów w przedpokoju, z łazienki znikły
wszystkie niezbędne kosmetyki, lodówka jest pusta, a w szafie nie
ma połowy ubrań. Moje ostatnie wątpliwości rozwiała kartka,
którą znalazłem na stole w salonie. Zaledwie kilka słów, bym nie
mógł powiedzieć, że "zniknęła bez słowa".
Wyciągam
z kieszeni wymiętoszoną już nieco i wygładzoną od wielokrotnego
czytania kartkę, którą bez słowa podaję Alicji. Sam znam jej
treść na pamięć - kilkanaście wyrazów, które uświadomiły mi,
że prawie dwadzieścia lat znajomości było czymś innym niż mi
się wydawało.
Ala
rozkłada złożony na czworo papier i odczytuje treść wyjątkowo
krótkiego listu.
- Peter,
nie szukaj mnie. Odkryłam właśnie, że w życiu są rzeczy ważne
i ważniejsze. My jesteśmy jedynie ważni. Żegnaj, Kat -
podnosi na mnie wzrok i otwiera usta, ale po chwili je zamyka, nie
wiedząc najwyraźniej, co mogłaby powiedzieć.
Odbieram
od niej kartkę i chowam powrotem do kieszeni, po raz tysięczny
tłumiąc w sobie chęć rozdarcia jej na strzępy. Spoglądam na
Alę, która zrezygnowała z nieprzeniknionego wyrazu twarzy i patrzy
na mnie po prostu ze smutnym uśmiechem, a potem ostrożnie bierze
mnie za rękę. Patrząc na nasze splecione razem dłonie, kończę
opowieść, starając nie dać się ponieść emocjom.
-
Zostawiła mnie, rozumiesz? Niemal zupełnie bez słowa. Ten list
miał mi uświadomić, że osoba, którą znałem niemal dwadzieścia
lat, z którą planowałem swoją przyszłość, która była dla
mnie prawie całym światem, nie jest taka, za jaką ją uważałem.
Czy to wszystko była gra? Czy nawet nasza przyjaźń nic dla niej
nie znaczyła, że z dnia na dzień zrezygnowała ze mnie w imię
czegoś innego? Albo kogoś innego?
-
Szukałeś jej? - pyta Alicja, delikatnie kładąc drugą dłoń na
mojej ręce, którą nieświadomie zaciskam coraz mocniej,
najprawdopodobniej sprawiając jej ból.
Rozluźniam
uścisk i kręcę głową.
-
Chciałem, ale przepadła jak kamień w wodę, nawet nie wiedziałem,
gdzie miałbym zacząć szukać...
Następne
dni były dla mnie sinusoidą totalnego załamania i ataków
wściekłości, nie było nic pomiędzy. Nie wiem, jakim sposobem
moja rodzina wytrzymała ze mną w tamtym okresie, ale jestem im
bardzo wdzięczny, że nie zostawili mnie z tym wszystkim samego.
Nikt nie potrafił zrozumieć, dlaczego Katja odeszła, co takiego
się stało. Szukałem winy w sobie, w niej, analizowałem każdy
spędzony z nią moment w poszukiwaniu czegoś co da mi odpowiedź na
pytanie "dlaczego?". Czy poznała kogoś? A może dostała
jakąś ofertę pracy? Może to miało związek z jej ojcem?
Planowała to od dawna? Czy może wydarzyło się coś nagle? A może
po prostu nie była osobą, za którą ją uważałem.
Próbowałem
zrozumieć, ale te wszystkie pytania doprowadzały mnie do paranoi.
Jedyną ucieczką od myślenia o Katji były skoki, w końcu zaczynał
się Turniej Czterech Skoczni. Skupiłem na tym całą moją uwagę,
całą złość przelałem w skoki i na początku zdawało to
egzamin, ale kiedy wracałem do mieszkania, wszystko przypominało mi
o niej i znów wpadałem w błędne koło. Długo tak nie wytrzymałem
- sprzedałem tę kawalerkę i przeprowadziłem się z powrotem do
rodziców, którzy doskonale rozumieli moją decyzję i nie mieli nic
przeciwko. Tylko Domen trochę marudził, bo Cene wprowadził się
ponownie do niego, ale całe to marudzenie kierował pod adresem
Katji, nie moim. Z numeru jeden w mojej rodzinie stała się nagle
tematem tabu, nikt nie wspominał przy mnie jej imienia. Próbowałem
wyrzucić ją z myśli, a najłatwiej było mi na skoczni.
Zwiększyłem więc liczbę treningów i coraz więcej czasu
spędzałem poza domem. Jedyne miejsce, które starannie omijałem to
ta polana.
Wskazuję
ręką dookoła, a Ala podąża wzrokiem za tym gestem. W jej oczach
widzę jakiś dziwny smutek, jakby ta historia dotknęła ją
bardziej, niż przewidywałem.
-
Jestem tu po raz pierwszy od ponad roku, wiesz? - przenoszę na nią
wzrok, a Ala uśmiecha się cierpko.
-
Przełamałeś się specjalnie, by móc mi o tym wszystkim
opowiedzieć? - pyta łagodnie, mocniej ściskając moją rękę.
-
Tak, chyba nie potrafił bym wrócić do tego w jakimkolwiek innym
miejscu - mówię i zsuwam się z głazu. - Chodź, robi się już
późno. Jeśli masz jeszcze kupić sukienkę, to musimy zaraz jechać
- dodaję, nie mogąc już znieść presji wspomnień.
-
Nie będę kupować ciuchów przez cztery godziny - Ala wywraca
oczami i dołącza do mnie, chwytając mnie za rękę, którą
wyciągam w jej kierunku. - Ale, powiedz mi jeszcze jedno: nigdy nie
pomyślałeś, że być może miała powód, żeby wyjechać?
-
Nie wątpię, że go miała. Dlaczego jednak nie powiedziała ani
słowa? Zostawiła mnie z dnia na dzień z pierścionkiem
zaręczynowym, bez żadnego wyjaśnienia, prócz tego, że nie jestem
wystarczająco ważny, by nadal być częścią jej życia. W taki
sposób zostałem zostawiony przez osobę, z którą chciałem
przeżyć resztę swojego życia - mówię lekko wzburzony, a Ala
kładzie mi uspokajająco dłoń na ramieniu.
-
Nie twierdzę, że zachowała się odpowiednio - mówi łagodnie. -
Choćby ze względu na łączącą was wcześniej przyjaźń,
należało ci się jakiekolwiek wyjaśnienie. Nie wspominając już o
tym, że miała praktycznie tylko ciebie i nagle z dnia na dzień z
ciebie zrezygnowała. To... - Ala wzdycha i mocniej ściska moją
dłoń. - Takich rzeczy nie powinno się robić, nawet jeśli czasem
niewiedza jest błogosławieństwem. Nawet jeśli wydaje nam się, że
ucieczka to mniejsze zło, bo przecież nigdy to nie jest lepsze
rozwiązanie...
W
jej głosie słychać jakąś dziwną gorycz, coś co podpowiada mi,
że rozumie mnie lepiej niż mogłoby mi się wydawać. Ciągnę ją
lekko za sobą w kierunku parkingu, starając się, nie rzucić
ostatniego spojrzenia na tę polanę, której obiecałem już sobie
więcej nie odwiedzać.
-
Wiesz? Ta cała sytuacja ma jedną, dobrą stronę - odwracam się
nagle do Alicji. Podnosi na mnie wzrok, wbity dotąd w ścieżkę pod
jej stopami. Uśmiecham się do niej, bo to ona jest tą dobrą
stroną.
Bo
przecież kiedy Katja odeszła, skupiłem się na skokach, ale tej
negatywnej energii nie starczyło na długo. Wypalałem się z dnia
na dzień i pod koniec sezonu ciągnąłem już to wszystko chyba
jedynie siłą rozpędu. Wiosenne zgrupowanie to był jeden wielki
koszmar, byłem cieniem samego siebie, nawet skoki mnie nie cieszyły.
Próbowałem różnych rzeczy, pracowałem nad techniką, skupiałem
się na szczegółach, ale to wciąż nie było to. Sezon letni
przesiedziałem w domu, po pretekstem indywidualnego toku treningów,
bo Janus nie chciał, żeby wszyscy widzieli mnie w tak beznadziejnym
stanie. Wszyscy jeździli więc na zawody, a ja trenowałem w Kranju
pod okiem asystenta i powoli, powoli wracałem do jako-takiej formy.
Wciąż jednak było to za mało i w lipcu Goran stwierdził, że
trzeba podjąć drastyczne kroki. Po rozmowie ze sztabem i prezesem
zapadła decyzja o tym, że na cito zostanie
zatrudniony psycholog sportowy i to ktoś, kto ma już doświadczenie
w stawianiu na nogi zupełnie pogubionych sportowców.
Opieram
się o maskę samochodu i posyłam jej lekki uśmiech. Ala odpowiada
mi tym samym, nieco chyba zawstydzona tym komplementem i dołącza do
mnie. Nasze ramiona stykają się lekko, kiedy obserwujemy samochody
przejeżdżające główną drogą, które zagłuszają śpiewające
dookoła ptaki.
-
Gdyby nie Katja, nie poznałbym ciebie - mówię, podnosząc do góry
nasze splecione razem ręce. Ala uśmiecha się do mnie, a ja
odgarniam jej z twarzy niesforny kosmyk włosów. - To tak, jakby
życie zabrało mi coś ważnego, by dać w zamian coś równie
cennego - patrzę jej w oczy, bojąc się, że powiedziałem za dużo,
ale taka jest prawda.
Można
by pomyśleć, że będę mieć problemy z zaufaniem, po tym, co
zrobiła Katja. Ale jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, że
jeśli nie Alicja, to już naprawdę nikt.
-
Co masz na myśli? - marszczy brwi, nieco zwiększając dystans
między nami.
-
Ala, nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiała - mówię powoli. -
Wiem, że... że jest jeszcze wiele spraw, które wymagają
rozwiązania, ale po tej całej sprawie z Katją ciężko mi było
komukolwiek zaufać. Ty jesteś pierwszą taką osobą i dlatego...
Biorę
głęboki oddech sięgam do kieszeni, z której wyciągam zarówno
pudełko z pierścionkiem, jak i ten nieszczęsny list.
-
Dlatego chcę, żebyś to wzięła - mówię, wkładając jej to do
ręki, a Ala przygląda mi się z szeroko otwartymi oczami, chyba
nadal nie rozumiejąc. - To wszystko, co mi po niej zostało, nie
licząc wspomnień, oczywiście. Nie obchodzi mnie co z tym zrobisz,
chcę po prostu, aby Katja raz na zawsze stała się zamkniętym
rozdziałem w moim życiu.
-
Dlaczego? - pyta, mocno zaciskając palce na kartce i pudełku.
Patrzy na mnie z wyczekiwaniem, jakby obawiając się mojej
odpowiedzi.
-
Bo... Bo przy tobie udało mi się nieco zapomnieć - odpowiadam
niepewnie, pełen obaw, że mnie źle zrozumie. - I myślę, że
mogłabyś mi pomóc zacząć pisać nowy rozdział. Jeśli
oczywiście chcesz - dodaję.
Ala
przygląda mi się przez dłuższą chwilę bez słowa, nim kiwa
głową i chowa do kieszeni oba przedmioty. Uśmiecham się z ulgą,
bo nasza sytuacja wciąż nie jest do końca jasna i jeszcze długa
droga przed nami, nim uda nam się zbudować to, co myślę, że ma
szansę między nami powstać.
Ale
mam wrażenie, że jeśli moje słowa były pytaniem, to ostrożny
uśmiech Alicji jest ostrożną, ale bez wątpienia twierdzącą
odpowiedzią.
I
nie wiem, czy stanie się dla mnie tak ważną osobą, jaką była
Katja, ale bez wątpienia pokrzepiająca jest myśl, że stanie się
częścią mojej historii.
[Klemens]
Zamykam
za sobą ostrożnie drzwi, wchodząc do pogrążonego w ciszy domu.
Światło na parterze jest zgaszone, zostawiam więc rzeczy i wchodzę
na piętro. Spod drzwi do pokoju Klimka sączy się słabe światło,
dlatego podchodzę i uchylam je odrobinę.
-
...lecz żeby ci nie było żal, dziecino ma kochana: z cukru był
król, z piernika paź, królewna z marcepana. Z cukru był król, z
piernika paź, królewna z marcepana - Aga śpiewa cicho
Klimkowi, który śpi już, mocno przytulony do ulubionego pluszaka,
którego wygrałem kiedyś w Wiśle.
Podchodzę
cicho, by go nie obudzić i obejmuję żonę w pasie. Wzdycha cicho,
a ja całuję ją w skroń.
-
Tęskniłam - mówi cicho i odwraca się do mnie. - Bardzo - dodaje,
zaplatając mi ręce na karku i mocno całuje.
Przyciskam
ją do siebie i zaciągam się jej znajomym zapachem. Dopiero teraz
czuję, że wróciłem do domu; dopiero teraz czuję zmęczenie,
które towarzyszyło mi przez ostatnie dni.
-
Ja też - mruczę cicho, w przerwach między pocałunkami, które
składa na mojej twarzy. - Nawet nie wiesz, jak bardzo.
-
Chodź na dół, podgrzeję ci kolację - bierze mnie za rękę i po
cichu wychodzimy z pokoju.
Czajnik
szumi cicho, kiedy Aga podgrzewa mi na patelni pierogi, a ja
opowiadam jej o tym wszystkim, czego nie miałem czasu przekazać
przez telefon. Potem siada obok mnie i patrzy jak jem, opowiadając
mi o tym, jakie postępy robi Klimek w przedszkolu, o problemach z
szefową w pracy oraz o filmach, które oglądała w samotne wieczory
podczas mojej nieobecności. To tylko boleśnie uświadamia mi, jak
bardzo mi jej brakowało.
-
Klemens, co ty robisz...? - śmieje się Aga, kiedy przyciągam ją
do siebie i sadzam na kolanach, odsuwając niedojedzone pierogi.
-
Nadrabiam zaległości - mruczę cicho, zanurzając nos w jej włosach
i obejmując ściśle w pasie.
-
Najpierw zjedz kolację, jestem pewna, że nic nie jadłeś od rana -
podtyka mi talerz pod nos i kręci ze śmiechem głową. - Potem
musisz iść po prysznic i marsz do łóżka, bo zaraz mi tu zaśniesz
z głową w talerzu - mówi rozbawiona, przeczesując mi włosy
palcami.
Ma
rację, jestem wykończony, ale równie mocno stęskniony jej
obecności. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo.
Po
prysznicem nawiedza mnie myśl, że oddaliliśmy się od siebie jakiś
czas temu, ale paradoksalnie, to dzięki Alicji ponownie się do
siebie zbliżyliśmy. Bez niej wszystko mi zobojętniało - rodzina,
skoki, moja przyszłość. A kiedy wróciła, przypomniała mi, co
jest w życiu ważne.
Tak
po prostu na mnie działała - niczym włącznik światła w
ciemności.
Przyglądam
się, jak Aga śpi spokojnie przytulona do mojej piersi, ale ja nie
potrafię zasnąć. Obserwując, jak rytmicznie oddycha, zastanawiam
się, jak różne formy może przybrać miłość.
Zawsze
byłem nieśmiałą osobą - nie miałem zbyt wielu znajomych,
jedynie dwóch zaufanych przyjaciół, i raczej starałem się nie
zwracać na siebie uwagi. Nieco inaczej było na skoczni, gdzie
dawałem z siebie wszystko i moje wyczyny na Wielkiej Krokwi nie
przeszły bez echa. Nie była to dla mnie komfortowa sytuacja, kiedy
mając dziesięć lat nagle stałem się w szkole kimś na kształt
bohatera. Koledzy wciąż mnie zaczepiali, nie miałem ani chwili
spokoju.
Nie
przeszkadzała mi jedynie obecność jednej osoby - dziewczynki z
młodszej klasy, która wcześniej, nim jeszcze stałem się szkolną
osobistością, rzucała mi ukradkowe spojrzenia i podzieliła się
kiedyś cukierkami. Była między nami niepisana zasada, że
siadaliśmy obok siebie na schodach na strych, naszej kryjówce przed
światem zewnętrznym i w milczeniu jedliśmy swoje drugie śniadania,
wymieniając się od czasu do czasu batonikami albo kanapkami.
Pamiętam doskonale, że nie lubiła oliwek i zawsze oddawała mi
swoje bułki, gdy jej mama o tym zapomniała.
Zresztą,
Aga oliwek nie lubi do dziś.
Minęło
dużo czasu nim zaczęliśmy więcej ze sobą rozmawiać, połączyła
nas nieśmiałość i niechęć do gwarnych szkolnych korytarzy. Ale
nawet kiedy byliśmy już starsi i przyzwyczajeni do okazywanego nam
zainteresowania, nasze spotkania na schodach pozostały miłą
tradycją. Tak samo jak tradycyjnie dzieliła się ze mną swoimi
kanapkami, których zawsze dostawała za dużo, a ja potrafiłem
przyswoić każdą ilość jedzenia - taki wiek i taka przemiana
materii.
Wpuściłem
ją do mojego świata, a ona do swojego i kiedy zaczęliśmy dorastać
nasza dziecięca znajomość zaczęła ewoluować w coś więcej.
Nadszedł czas pierwszych miłości i dotknęło to także i nas.
Wśród naszych znajomych pary schodziły się i rozchodziły w
różnych konfiguracjach i wariantach, my jednak trzymaliśmy się
siebie kurczowo, dobrze czując się w swojej strefie komfortu. Nie
chcieliśmy zmian, baliśmy się nowości. I choć nie zawsze było
idealnie, dotarliśmy się i z roku na rok nasza więź pogłębiała
się.
Nigdy
nie sądziłem, że w moim życiu mógłby się pojawić ktoś inny
niż Agnieszka, byłem pewien, że to, co do niej czuję to właśnie
miłość. I tak chyba właśnie było - byliśmy dla siebie
wsparciem w trudne dni, dzieliliśmy zarówno dobre jak i złe
chwile. I kiedy wszystko potoczyło się nagle niesamowicie szybko -
wtedy, gdy Aga pokazała mi pierwsze zdjęcie Klimka i powiedziała,
że zostaniemy rodzicami - wiedziałem, że sobie poradzimy. Prędzej
czy później poprosiłbym ją o rękę, a fakt, że stało się to
nieco szybciej niż przewidywałem, nie wstrząsnął mną za bardzo.
W
końcu kochałem ją i nie wyobrażałem sobie, że z kimkolwiek
innym mógłbym chcieć spędzić resztę życia. Że mógłbym
poznać kogoś innego, kto rozumiałby mnie bez słów i potrafił
zajrzeć na dno serca. Kogoś, z kim mógłbym porozmawiać o
wszystkim, najlepszego przyjaciela w zupełnie innym wymiarze niż
moja relacja z Agnieszką.
Kochałem
ją i nadal kocham.
Ale
to z inną kobietą połączyła mnie ta dziwna, ale bardzo silna
relacja, która początkowo nie miała w sobie nic romantycznego. Z
inną kobietą połączyło mnie coś, czego długo nie potrafiłem
nazwać. Tak długo, aż uświadomiłem sobie, że to chyba również
jest jakiś rodzaj miłości.
Zasypiam
ostatecznie, obejmując żonę, we śnie nawiedza mnie jednak
wspomnienie zupełnie innej kobiety.
Letalnica
jest jak zwykle skąpana w słońcu. Śnieg lśni na zeskoku,
słoweńskie flagi falują na trybunach. Wśród nich można dostrzec
również wiele innych, w tym całkiem spory odsetek tych
biało-czerwonych, ale barwy gospodarzy bez wątpienia królują.
Opieram
się o barierkę i rokoszuję się słońcem, czekając na
rozpoczęcie kwalifikacji. Nigdzie mi się nie śpieszy i to jest
piękne. Koniec sezonu ma w sobie coś magicznego.
Gdzieś
z boku dobiegają mnie śmiechy, obracam więc głowę i dostrzegam
nasze dziewczyny poprzebierane w kolorowe stroje, zaczepiające
Ammanna i Freunda. Uśmiecham się na ten widok, zwłaszcza gdy
Severin kicha, kiedy żona Kamila łaskocze go w nos puchatymi
farfoclami czapki.
-
A pan co się tak szczerzy? - i ja czuję nagle łaskotanie na karku i
odwracam się, tłumiąc chichot. - Karny gilgotek za podglądanie -
Alicja smyra mnie po nosie, a ja naciągam jej czapkę na twarz.
Prycha
niezadowolona i poprawia ją sobie, uśmiechając się szeroko.
-
Widzę, że humorek dopisuje, co? - szturcham ją.
-
A czemu ma nie dopisywać? - wzrusza ramionami i strzepuje jakiś
niewidoczny pyłek z mojego ramienia. - Słońce świeci, Norwegowie
smażą gofry, Kamil bije się o drugą Kulę i ogółem Planica. Kto
się nie cieszy z Planicy? - spogląda na mnie, a w jej spojrzeniu
pojawia się nagle jakiś smutek. - Choć, w sumie... koniec sezonu.
-
Ale przecież będzie jeszcze lato, a potem następny sezon... -
dziwię się. - Parę tygodni na odsapnięcie, a potem znowu będziesz
musiała się z nami męczyć - szturcham ją ponownie, jednak nie
wywołuje to u niej uśmiechu, jak się spodziewałem.
-
Umowa kończy mi się w kwietniu - rzuca cicho, zagryzając wargę. -
Zastanawiam się, czy przedłużyć ją na lato, ale nie wiem czy
powinnam.
-
Powinnaś, ale nie tylko na lato, a na kolejne dziesięć sezonów -
odpowiadam, zaskoczony, że w ogóle rozważa taką możliwość. -
Czemu niby miałabyś rezygnować?
Alicja
wzdycha i spogląda na mnie.
A
ja po raz pierwszy dostrzegam, że w jej spojrzeniu jest coś
nietypowego. Coś, czego nie ma w nim, gdy tłumaczy po raz
osiemdziesiąty Dawidowi jak pozbyć się skurczu, gdy gratuluje
Kamilowi kolejnego wygranego konkursu, ani gdy kłóci się z Kotem o
to, czy zrobione przez niego zdjęcie nadaje się do udostępnienia
na Facebooku.
Jest
w nim coś... coś bardzo osobistego.
-
Nie chcę się wpędzić w kłopoty - wzrusza ramionami. - Choć,
chyba już to zrobiłam - wkłada ręce w tylne kieszenie spodni i
wbija wzrok w ziemię.
-
Alicja, chcesz o tym pogadać...? - pytam delikatnie, ostrożnie
dotykając jej ramienia.
Wzdryga
się lekko i uśmiecha nieco smutno.
-
To ja tu jestem od rozmawiania, pamiętasz?
-
Ale to ty ewidentnie potrzebujesz rozmowy - mówię i nogi mimowolnie
zaczynają nieść nas poza teren skoczni. - To co to za kłopoty? -
zagajam, kiedy znajdujemy się już w bardziej odosobnionym miejscu.
-
Zdaje się, że trochę przeceniłam moje zdolności do samokontroli
- wzdycha ciężko.
-
To zabrzmiało, jakbyś miała problem ze swoją mocą Jedi - próbuję
zażartować, a Alicja ku mojej uldze śmieje się wesoło. - Chodzi
o nas? Tak zaleźliśmy ci za skórę, że boisz się, że niedługo
nie wytrzymasz i nas pomordujesz w nocy?
-
Coś w tym stylu - odpowiada.
-
Mów, kto ci najbardziej zawinił, a ja już go ustawię do pionu -
puszczam jej oko, a Alicja ku mojemu zdumieniu odpowiada całkiem
poważnie:
-
Ty, Klemens.
Mrugam
zaskoczony.
-
Polubiłam cię, wiesz? - mówi cicho, wbijając spojrzenie w buty i
skubiąc jakąś nitkę przy rękawie kurtki. - Bardziej niż
powinnam, biorąc pod uwagę fakt, że jesteś moim nazwijmy to
"pacjentem".
-
I przyjacielem - dodaję, dotykając jej ramienia i zmuszając, by
spojrzała na mnie. - To nic złego, chyba. A już na pewno to nie
powód, by zostawiać nas na pastwę AUTów i Petera Prevca -
uśmiecham się krótko.
-
Nie rozumiesz, Klemens - Alicja kręci głową. - Ja...
-
O, tu jesteście - nagle obok nas pojawia się Kot. - Klimek, Łukasz
cię szuka, powinieneś już iść na rozgrzewkę. A Ewa mówiła, że
ma coś dla ciebie - zwraca się do Alicji.
-
Okej, już idę - mówię i zostawiam ich.
Zerkam
jednak przez ramię, rzucając Alicji ostatnie spojrzenie. Dostrzega
je i wiem, że odczytała je poprawnie. W końcu od dawna rozumiemy
się bez słów.
Mam
jednak wrażenie, że ta rozmowa była nieco inna niż poprzednie, że
Alicja była inna. Między nami pojawiło się jakieś dziwne
napięcie, ale było to takie... dobre napięcie. Wydaje mi się, że
jest w naszej relacji coś, czego się obawia.
Co
jednak może się między nami wydarzyć...?
-
Tato, a te?
Klimek
ciągnie mnie w kierunku kolejnej pary, ja jednak kręcę głową.
-
Synek, przecież one są dwa razy większe od ciebie! - śmieję się
i prowadzę go na koniec sklepu, gdzie znajdują się najmniejsze
narty.
-
Ale przecież one muszą być za duże...
-
Nie aż tak - wyjaśniam mu. - A poza tym, najpierw musisz się
nauczyć jeździć na nartach. Potem pomyślimy o skakaniu.
Klimek
marudzi nieco, kiedy pokazuję mu fioletowe zjazdówki w jego
rozmiarze, a Aga rzuca mi niespokojne spojrzenie ponad jego głową.
Boi się, że zrobi sobie krzywdę, ale przecież taki jest sport.
Nie chcę go jednak do niczego namawiać, to musi być jego własna
decyzja. Dlatego na początek kupujemy mu zwykłe narty i jeżeli
jego zapał nie okaże się słomiany, to pomyślimy nad zakupem nart
skokowych. A przynajmniej tak ustaliliśmy z Agą.
Kiedy
narty i buty zostają już dopasowane. Aga rusza na poszukiwanie
innych akcesoriów takich jak gogle, kask i rękawiczki, a ja
wychodzę na chwilę ze sklepu, by odebrać wiadomość od Piotrka.
"Klimek,
robimy w Kulm imprezę. Dołączysz się?"
"A
z jakiej okazji?"
"Bo
tak żem se wymyślił, hehe"
Kręcę
głową i odpisuję szybko "Wariaci, dam znać", po czym
wyłączam telefon i popadam w zamyślenie. Niespodziewanie ponownie
moje myśli podążają w tym samym kierunku, co wczorajszego
wieczora i nie mogę się od nich opędzić.
Bardzo
długo nie mogłem zrozumieć, co tak naprawdę łączy mnie z Alicją.
Nasza relacja była zupełnym przeciwieństwem zwykłego zakochania
się. Początkowo nie łączyła nas nawet przyjaźń, ona po prostu
była osobą, która bezwarunkowo wierzyła we mnie i w moje
możliwości. Rozumieliśmy się bez słów i dbaliśmy o siebie
nawzajem. Nie było między nami żadnych romantycznych uczuć - była
to raczej braterska relacja, a kłócić kłóciliśmy się jak stare
dobre małżeństwo.
Dopiero
w Planicy zauważyłem, że coś jest na rzeczy. Że Alicja w pewnym
momencie zaczęła się wycofywać, jakby coś w naszej relacji
budziło w niej lęk. Teraz wiem, czego się bała. Dostrzegłem to
jednak za późno.
Nie
wiedziałem, że można kogoś kochać i o tym nie wiedzieć. Bo
kochałem Alicję, ale uświadomiłem to sobie dopiero wtedy, gdy
pokochało ją i moje ciało. Byliśmy tym dziwnym przypadkiem, w
którym pociąg fizyczny pojawił się dopiero na końcu.
A
wtedy było już za późno.
-
Rusz się.
-
Nie.
-
No, rusz się.
-
Nie ma mowy - zerka na mnie ponad oprawkami wielkich okularów
przeciwsłonecznych, po czym mocniej nasuwa rondo kapelusza na twarz
i przymyka oczy. - Zasłaniasz mi słońce, Klemens.
Wzdycham
lekko i biorę się pod boki. Alicja nadal wyleguje się na leżaku,
korzystając z popołudniowego, chorwackiego słońca. Rozglądam się
na boki, po czym bez ostrzeżenia wrzucam ją do basenu.
-
KLEMENS, DO CHOLERY! - wydziera się, kiedy już udaje jej się
zaczerpnąć tchu. - Mogłam dostać szoku termicznego!
-
Przesadzasz - kucam nad brzegiem basenu, co okazuje się błędem, bo
Alicja łapie mnie za nadgarstek i wciąga do wody.
-
Trafiony-zatopiony! - unosi pięść w geście zwycięstwa i
ochlapuje mnie, a ja nie pozostaję jej dłużny. Siłujemy się
przez chwilę, póki oboje nie zaczynamy sapać ze zmęczenia.
-
Rozjem? - pytam, a Alicja kiwa głową i ociekając wodą wychodzimy
z basenu.
-
Chodź, przejdziemy się to wyschniemy - mówię, kiedy rozgląda się
w poszukiwaniu ręcznika, wkładamy więc klapki i ruszamy przed
siebie.
-
Jesteś okropny - dźga mnie w bok i wykręca włosy. - Kapelusz mi
się odkształci.
-
Oj tam, oj tam - wywracam oczami. - My tu się pocimy i męczymy na
treningach, a ty uprawiasz tu sobie opalanko i drinki z palemkami -
wytykam jej żartobliwie, bo wbrew pozorom ma wcale nie mniej pracy
od nas.
-
Tak...? - zagradza mi drogę i bierze się pod boki. By być ze mną
na równi, staje na palcach, ale traci równowagę i całym ciężarem
opiera się o moją pierś.
Łapię
ją za ramiona, a na jej skórze pojawia się nagle gęsia skórka,
mimo panującego upału. Unosi wzrok, a mnie niepodziewanie robi się
dziwnie gorąco. Czuję mrowienie w miejscach, gdzie moja skóra
dotyka jej skóry. Widzę jak jej źrenice rozwierają się szerzej,
wyczuwam napięcie mięśni.
-
Tak - reflektuję się nagle. - Zdecydowanie się pani leni, panno
Mittner - odpowiadam, odsuwając się nieco, by opanować to dziwne
uczucie.
-
Pff, zobaczymy czy po wieczornym treningu też będziesz taki pewny
siebie - prycha, również wracając prędko do rzeczywistości i
przekomarzamy się dalej, jak gdyby nigdy nic, zachowując jednak
bezpieczny dystans.
I
kiedy rozchodzimy się chwilę później w swoje strony, nie mogę
wyrzucić z głowy jej spojrzenia i tego dziwnego uczucia potrzeby
bliskości.
Potrzeby
bliskości, której nie powinienem był czuć.
A
której niesamowicie mi brakuje.
-
Okej, to już wszystko. Możemy iść do kasy - uśmiecha się do
mnie Aga, kiedy wchodzę z powrotem do sklepu.
Klimek
dzierży w objęciach narty, na szyi ma zwieszone gogle, a na głowie
kask. Odbieram resztę rzeczy od żony i kierujemy się do kasy,
gdzie płacę za zakupy. Potem wsiadamy w auto i jedziemy do domu.
Wraz z Agą pilnujemy, by nasz syn odpowiednio zabezpieczył swój
nowy sprzęt i siadamy w salonie na kanapie, by obejrzeć jakiś
familijny film. Wciąż trwa okres świąteczny, więc telewizja nie
szczędzi nam tego typu produkcji i w trójkę śmiejemy się z
nowojorskich przygód Kevina.
Gdzieś
z tyłu głowy siedzi mi jednak myśl, że na ten uroczy obrazek
cieniem kładzie się moja znajomość z Alicją.
Znajomość,
która podczas letniego zgrupowania w Chorwacji zupełnie wymnęła
nam się spod konroli, nabierając zupełnie nowego wymairu. I choć
oboje byliśmy przestraszeni tym epizodem, z dnia na dzień brnęliśmy
w tę relację coraz dalej, aż pewnego dnia stanęliśmy nad
przepaścią.
I
wtedy Alicja powiedziała "dość".
A
ja przez cały rok jej nieobecności nie potrafiłem zdobyć się na
to samo. Patrząc jednak na to, na jak cienkiej granicy nadal
balansujemy, stwierdzam, że czas najwyższy uczynić podobny krok i
raz na zawsze zamknąć ten rozdział mojego życia.
Rozdział, o
którym jednak ciężko będzie mi tak do końca zapomnieć.
[Alicja]
Półgodzinna
droga do stolicy mija nam prawie w całkowitym milczeniu. W kieszeni
czuję ciężar pudełka z pierścionkiem, który miał należeć do
Katji; pierścionkiem, którego nie otrzymała, nie dając nawet
Peterowi szansy na zadanie tego jednego pytania, które zmienia życie
dwojga ludzi na zawsze.
I,
choć jest mi się do tego ciężko przyznać nawet przed samą sobą,
przez jedną, krótką chwilę byłam ciekawa jak taki pierścionek
wyglądałby na moim placu.
Wyznanie
Petera bardzo mnie poruszyło. Owszem, spodziewałam się jakichś
bolesnych wspomnień, bo byłe dziewczyny zazwyczaj nie bez powodu są
"byłe"; ale to, czego się dowiedziałam, pokazało mi go
w zupełnie innym świetle. Uświadomiło mi, jak niewiele tak
naprawdę o nim wiem, bo przecież podczas naszego pierwszego
spotkania w październiku nawet przez myśl mi nie przeszło, że
niespełna rok wcześniej spotkał się z takim zawodem.
Uświadomiło
mi również, że być może łączy nas znacznie więcej, niż
mogłoby mi się z początku wydawać. Im swobodniej się czułam w
jego towarzystwie, im łatwiej czerpałam z tej bliskości, której
przecież potrzebuje każda żywa istota, tym bardziej byłam
przekonana, że jest prawdopodobnie jedyną osobą, która da radę
wyciągnąć mnie z tej całej zagmatwanej sytuacji, w której się
znalazłam. Historia Katji pokazała mi jednak, że tak naprawdę
Peter potrzebuje mnie niemal tak samo jak ja jego. I być może, to
rzeczywiście mogłoby mieć sens. Każde z nas potrzebuje kogoś,
kto oderwałby go od niezbyt kolorowej przeszłości.
Problem
w tym, że mnie w przeciwieństwie do niego, do tej przeszłości
nadal niesamowicie ciągnie. Trzeba jednak przyznać, że Peter
skutecznie sprawiał, że coraz częściej udawało mi się zapomnieć
o Klemensie i wszystkim, co było z nim związane.
Ale
czy wystarczająco skutecznie...?
-
O czym myślisz? - pyta Peter, kiedy mijamy tablicę z napisem
"Lublana".
-
A jak sądzisz? - odpowiadam, odrywając wzrok od krajobrazu za
oknem. - Dziwię się sama sobie, że nie zauważyłam w twoim
zachowaniu nic, co zasugerowałoby mi, co się wydarzyło. Twoi
bracia twierdzą, że było naprawdę kiepsko, Janus posunął się
do zatrudnienia psychologa, a przecież podczas naszego pierwszego
spotkania w październiku nie zauważyłam nic, co by mnie
zaniepokoiło. Żadnego skrępowania w mojej obecności, a przecież
zaufanie nowej osobie musiało być chyba dla ciebie niełatwe. Nie
zauważyłam niczego, co zasygnalizowałoby mi, że przeszedłeś
taki zawód, że wciąż cię to dręczy. No, a przynajmniej do
czasu, gdy któryś z twoich kolegów nie zdążył ugryźć się na
czas w język - dodaję, uświadamiając sobie, że musiało być
wiele szczegółów, których nie udało mi się dostrzec.
Ale
przecież początek mojej pracy w sztabie Kruczka też nie zaliczał
się do najłatwiejszych.
-
To chyba na tym właśnie polegało. Dopóki nikt o niej nie
wspominał, starałem się o niej nie pamiętać. Wypierałem to z
głowy, bo tylko w ten sposób byłem w stanie funkcjonować. A jeśli
chodzi konkretnie o ciebie... - zerka na mnie, a ja przygryzam wargę,
bo ciężko mi ubrać w słowa, co konkretnie miałam na myśli. -
Cóż, nie chodzi o to, że nie zauważyłem, że jesteś kobietą,
ten fakt raczej ciężko przeoczyć - śmieje się krotko. - Raczej
wynikało to z tego, że z początku traktowałem cię po prostu jako
kolejnego członka sztabu.
-
I na zawodach tak powinno pozostać - przypominam mu, choć mam
wrażenie, że to wcale nie będzie takie łatwe. Zbliżyliśmy się
do siebie bardziej, niż było to konieczne.
Ale
oboje tego potrzebowaliśmy, mimo iż rozsądek podpowiadał mi, że
historia lubi się powtarzać i nie powinnam pakować się w coś, co
miało tak niepewną przyszłość.
Peter
wzdycha, ale uśmiecha się do mnie kącikiem ust.
-
Zobaczymy, co da się zrobić. Tu jest jakaś galeria handlowa, mam
skręcić? - pyta, zmieniając temat, zauważywszy kierunkowskaz.
-
Może być, to będą szybkie zakupy - kiwam głową, a Peter zmienia
pas i zjeżdża na parking przed dużym budynkiem, na fasadzie
którego reklamują się liczne znane marki ubraniowe.
W
ferworze wyjazdowego pakowania, zapomniałam się zaopatrzyć w
odpowiednią sukienkę, w której mogłabym wystąpić dzisiejszego
wieczora na konferencji przedolimpijskiej. Koktajlowa sukienka z
Sylwestra niestety nie nadawała się na tę okazję; mogłabym
znaleźć coś w szafie w moim mieszkaniu w Kranju, ale klucze do
niego zostały w Polsce.
Tym
sposobem okoliczności zmusiły mnie do szybkich zakupów, a Peter
dzielnie postanowił mi towarzyszyć.
-
Może skoczę do kiosku po gazetę - żartuje, kiedy wchodzimy do
galerii, którą wciąż zdobią świąteczne dekoracje. Wywracam
oczami i wchodzę do jednego pierwszych sklepów, w których
zazwyczaj robię zakupy.
-
Nie zdążyłbyś jej nawet otworzyć - uświadamiam go, i zamiast
wejść między wieszaki, jak zapewne zrobiłaby każda kobieta na
moim miejscu, podchodzę po prostu do ekspedientki, poprawiającej
coś przy jednej z półek.
-
Dzień dobry, potrzebuję sukienki - wyjaśniam. - Elegancka,
najlepiej w stylu biznesowym, szara, czarna albo granatowa. Znajdzie
się coś takiego w moim rozmiarze?
Kobieta
szybko ocenia moją sylwetkę i prowadzi mnie do najbliższego
wieszaka, skąd bierze jedną sukienkę, dwie następne znajduje
kawałek dalej. Podaje mi je i wskazuje drogę do przymierzalni.
-
Widzisz? Tak to się robi, kiedy idzie się coś kupić, a nie robić
zakupy - wyjaśniam Peterowi i znikam za kremową zasłonką. - Mogę
mieć prośbę? - wołam jeszcze, rozpinając spodnie.
-
No?
-
Cieliste rajstopy. Jak poprosisz tamtą ekspedientkę, to nawet dobry
rozmiar znajdzie - wyłuszczam mój problem, chcąc zaoszczędzić na
czasie.
-
...jakie? - dziwi się Peter, a ja wywracam oczami.
-
Cieliste. Beżowe, znaczy się - słyszę szurnięcie, świadczące o
tym, że skoczek ruszył wypełnić swoją misję, i zakładam na
siebie pierwszą sukienkę. Jest ciemnoniebieska, lekko rozkloszowana
i... i zdecydowanie nie nazwałbym jej biznesową. Odkładam ją
więc, nawet nie zapinając zamka i sięgam po następną.
-
Chyba mam. Takie? - przez szparę podaje mi opakowanie, a ja
potwierdzam i nakładam drugą sukienkę, tym razem czarną.
Jest
bardzo wąska, z głębokim dekoltem w szpic i rozcięciem niemal do
połowy uda, umożliwiającym jakiekolwiek ruchy. Obracam się parę
razy, po czym odsłaniam zasłonkę.
-
I?
Peter
mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu i od dołu do góry, po czym
zdecydowanie kręci głową.
-
Nie? - dziwię się. Byłam niemal pewna, że ta akurat powinna mu
się spodobać, choć osobiście nie jestem przekonana, czy w stu
procentach pasuje do okazji.
-
Nie. Jeśli w niej wystąpisz na konferencji, to zaufaj mi, nikt nie
będzie cię słuchał - odpowiada, raz jeszcze lustrując mnie
wzrokiem. - A już na pewno nie ja.
Mrużę
oczy, próbując odgadnąć, co też może mieć na myśli, bo to, co
przychodzi mi jako jedyne do głowy jest zdecydowanie...
rumieńcogenne.
-
Cóż, skoro uważasz, że moja przemowa nie będzie na tyle
porywająca, by wygrać z moim wyglądem, to chyba wezmę tę trzecią
- zasuwam mu kotarę przed nosem, gdy robi krok w moją stronę i
sięgam po ostatnią sukienkę, która podoba mi się już na
pierwszy rzut oka.
Szara,
o ołówkowym kroju i z płytkim dekoltem w łódkę, wydaje mi się
najbardziej odpowiednia na oficjalne wystąpienie, nawet jeśli jest
dosyć obcisła i kończy się parę centymetrów nad kolanami.
Wygładzam ją i poprawiam na ramionach, nim proszę Petera o ocenę.
-
Jest... skromna - zauważa na wstępie. - Ale ładna.
-
Tylko tyle? - wzdycham. - Nie pomagasz.
-
Nie, jest dobrze. Bardzo dobrze, tylko...
-
No? - pytam niecierpliwie.
-
Jest trochę... przylegająca - wydusza Peter.
-
Sugerujesz, że to nie mój rozmiar? - ściągam brwi, zanim dociera
do mnie, że chyba nie to ma na myśli. - Ach, tak. Rozumiem. Mam
poszukać czegoś innego?
-
Nie, jest idealna - oponuje skoczek. - Choć nie jestem pewien, czy
nie będzie jeszcze bardziej skuteczna od tej czarnej.
-
To znaczy?
-
No wiesz. Czego oczy nie widzą... - zawiesza znacząco głos.
-
Bardzo śmieszne - stwierdzam kwaśno i odgradzam się kotarą od
niego i jego dziwnych sugestii. Sekundę później jednak odsłaniam
ją z powrotem i odwracam się do niego plecami. - Pomożesz? Zamek
jest dosyć toporny, a nie chcę go uszkodzić w sklepie - wzdycham.
-
Jasne - rozpina suwak do samego końca, a mnie nawiedza wspomnienie
sylwestrowej nocy. Jest jednak zdecydowana różnica pomiędzy
zapięciem, a rozpięciem sukienki, zwłaszcza, że Peter nie cofa
dłoni i czuję bijące z nich ciepło w okolicy krzyża. Skóra w
tamtym miejscu zaczyna mnie mrowić i robi mi się dziwnie gorąco.
Cholera,
Mitter, weź się opanuj. Pomijając wszystko inne, jesteś w miejscu
publicznym!
-
Dasz mi się przebrać? - ścigam go na ziemię, a on odrywa
wzrok od naszego odbicia w lustrze i robi dwa kroki do tyłu. - Zaraz
przyjdę do kasy. Mógłbyś w tym czasie poszukać dla mnie jakiegoś
taniego, czarnego naszyjnika? Muszę czymś przełamać te szarości
- dodaję, a Peter odmrukuje coś potakująco.
Szybko
wciągam na siebie dżinsy, poprawiam zmierzwione włosy i zbieram
swoje rzeczy. Po drodze do kasy odwieszam dwie pozostałe sukienki i
dołączam do Petera przeglądającego ze skupioną miną biżuterię
nieopodal kasy. Akceptuję wybrany przez niego naszyjnik -
kilkanaście czarnych kulek, wiszących na trzech drucikach na różnej
wysokości - dorzucam do tego paczkę czarnych wsuwek, rajstopy oraz
oczywiście sukienkę i kieruję się do kasy.
-
To wszystko? - upewnia się kasjerka, a ja kiwam głową, grzebiąc w
torebce w poszukiwaniu portfela, ale Peter uprzedza mnie, wyciągając
kartę.
-
Co ty robisz?
-
Płacę - odpowiada prosto. - Potraktuj to jako prezent.
-
Nie ma mowy, ta konferencja to część mojej pracy, więc to niejako
mój strój służbowy - oponuję, odwołując się do naszej
niepisanej zasady stosunków służbowych i nieco bardziej
prywatnych.
Nawet
bardzo bardziej prywatnych.
-
Nie, nie, nie. Pracę zaczynasz dopiero o siedemnastej, więc jeszcze
nie jesteś w pracy, a twój strój służbowy to kurtka z logo
reprezentacji i spodnie z goreteksu. To - wskazuje sukienkę - nie
jest więc strój służbowy - kończy dyskusję i podaje kasjerce
kartę, a ja mogę tylko bezradnie patrzeć jak wpisuje PIN i odbiera
potwierdzenie, a następnie podaje mi torbę.
-
Dziękuję - mówię i wzdycham ciężko. - Naprawdę nie musiałeś,
to trochę drogi podarunek, jak na brak specjalnej okazji.
-
Potraktuj to więc jako spóźniony prezent na święta - odpowiada,
ruszając w stronę wyjścia. - Zresztą wybrałaś jedną z tańszych
sukienek, w średnio prestiżowym sklepie plus jakieś niewarte uwagi
dodatki; patrząc na efekt nie powiedziałbym, że przepłaciłem.
Wręcz przeciwnie.
-
Jesteś niemożliwy.
-
Niemożliwie czarujący?
-
Niemożliwie uparty.
Na
tego typu dyskusjach mija nam dojazd do hotelu, w którym ma się
odbyć konferencja. W recepcji dostajemy instrukcje, gdzie mamy się
udać oraz gdzie możemy się przebrać, bo i na Petera czeka w
bagażniku garnitur. Zabieramy potrzebne nam rzeczy i rozdzielamy
się, by przygotować się do wieczornego spotkania.
Zakładam
sukienkę, rajstopy i wyciągnięte z auta buty, a także naszyjnik.
Następnie rozpuszczam włosy i przez dłuższą chwilę próbuję
opanować je za pomocą wsuwek. Nie jest to łatwe, więc kiedy
wychodzę, Peter już czeka na mnie w holu, poprawiając mankiety
garnituru.
-
Zdążyłam zapomnieć jak dobrze wyglądasz pod krawatem... oraz, że
nie potrafisz go równo zawiązać - wzdycham, poprawiając to, co
wymaga poprawy, a więc również przekrzywione spinki do mankietów
i zagięty kołnierzyk koszuli.
-
To twój perfekcjonizm, czy po prostu szukasz pretekstu...? - nachyla
się do mnie, ściszając głos, a ja cofam dłonie, którymi
wygładzałam mu właśnie klapy marynarki.
-
Pretekstu do czego? - pytam podejrzliwie, czując jak robi mi się
niespodziewanie gorąco, a Peter uśmiecha się zawadiacko i nagle
robi pół kroku do tyłu.
-
Mamy jeszcze trochę czasu. Kawa? - proponuje, jak gdyby nigdy nic, a
ja kiwam głową, wciąż nieco oszołomiona.
Mijamy
się z Janusem oraz resztą sztabu i zawodnikami z kadry narodowej,
którzy właśnie przyjechali i ruszamy do położonej po drugiej
stronie ulicy kawiarni.
Siedzimy
w przytulnym kącie, sącząc aromatyczną kawę i wymieniając
drobne uwagi. Zerkam na wyciągnięte z torebki notatki i wzdycham
ciężko, a Peter tylko obserwuje mnie z nieodgadnionym wyrazem
twarzy.
-
Kto wpadł na ten genialny pomysł, że to ja powinnam cokolwiek
tutaj mówić...? - marudzę po raz setny, skreślając jedno ze zdań
i zastępując je innym. - Przecież ja nawet nie jestem Słowenką,
na Igrzyskach będę trzymać kciuki za Polaków... i za was,
oczywiście - dodaję.
-
Myślę, że chodzi raczej o twój dar przekonywania. Bo to był
pomysł prezesa związku - informuje mnie Peter. - To on zaproponował
ciebie jako naszego psychologa, wiesz? Pamiętam, że rozmawiał z
waszym prezesem dwa lata temu, bo nie mógł się nadziwić zmianie,
jaka zaszła w polskiej kadrze. I to niemal z dnia na dzień - mówi,
a ja unoszę wzrok znad swoich notatek.
-
Jak już masz mi tak słodzić, to lepiej posłódź kawę, bo jest
naprawdę mocna - krzywię się, pociągając łyk i dosypując
dodatkową łyżeczkę cukru. - Dobra, daruję sobie te notatki i tak
nie będę z nich pewnie korzystać.
-
Denerwujesz się - zauważa Peter, a ja gromię go wzrokiem.
-
Wcale nie. Po prostu nie lubię występować przed dużą grupą
ludzi. Choć w sumie, jak już występuję to jest w porządku, ale
nie lubię tej myśli, że mnie takie wystąpienie czeka w
najbliższej przyszłości, rozumiesz? To trochę jak ze stresem
przed egzaminem, na początku jest strasznie, ale jak już zaczynasz
pisać, to jest okej. A ponad to nie lubię, kiedy stawia się mnie
przed faktem dokonanym. Absolutnie nie miałam zamiaru się w to
pchać, ale Goran... - przerywa mi cichy chichot Petera. - No co?
-
Nic, jak jesteś zestresowana, to strasznie dużo gadasz, wiesz?
-
Wcale nie!
-
Ależ tak, posłuchaj się przez chwilę.
-
Bardzo zabawne - mrużę oczy i zerkam na zegarek. Minęło więcej
czasu, niż mi się wydawało. - Zbierajmy się lepiej, bo robi się
późno - ucinam tę bezsensowną dyskusję. Chcę się znaleźć na
miejscu konferencji, zanim naprawdę zacznę się denerwować.
Płacimy
za kawę i wracamy do hotelu, gdzie sala konferencyjna już zapełnia
się ludźmi. Przedstawiciele mediów rozkładają kamery i
mikrofony, sportowcy powoli zajmują miejsca, przedstawicie zarządu
również, odszukujemy więc w tym tłumie Gorana z resztą kadry,
którzy na szczęście zajęli nam dwa krzesła.
-
Ala, ładnie wyglądasz - uśmiecha się do mnie Cene i przenosi
wzrok na Petera, a potem znowu na mnie. - Wszystko w porządku?
-
Tak, a czemu miałoby być inaczej? - dziwię się.
Cene
rozpromienia się jeszcze bardziej i posyła jakieś dziwne
spojrzenie Peterowi.
-
A, tak się upewniam. Bo ja dzisiaj śpię u Anze, a Domen idzie z
Borem na nocny maraton filmowy Marvela do kina, wieeeeeęc... -
posyła Peterowi jeszcze jeden znaczący uśmiech i ucieka na drugi
koniec rzędu przed jego piorunującym spojrzeniem.
-
Czy on właśnie...? - marszczę brwi, niepewna czy aby na pewno
wydarzyło się to, co myślę, że się wydarzyło.
-
Tak - odpowiada mi starszy Prevc. - Cene właśnie zasugerował mi,
że mam dzisiaj "wolną chatę".
Przez
dłuższą chwilę nie wiem co powiedzieć, zastanawiając się czy
udusić młodszego Prevca już teraz, czy raczej obmyślić na
chłodno jakąś lepszą formę zemsty za tę sugestię, która chyba
odrobinę zbyt mocno podziałała na moją wyobraźnię. Te
rozważania przerywa mi jednak głos konferansjera, który prosi
wszystkich o zajęcie miejsc i chwilę później rozpoczyna się
konferencja przedolimpijska.
Po
kolei wypowiadają się różne osoby, od tych najważniejszych
zaczynając, a ja z każdą chwilą denerwuję się coraz bardziej.
Całe szczęście, że to jedynie wewnętrzna konferencja
Słoweńskiego Związku Narciarskiego i obejmuje zalewie parę
dyscyplin; tak czy siak, publika jest duża, a ja nadal nie wiem, co
ja tu tak właściwie robię. Mam za chwilę wyjść na środek i
powiedzieć tym, wszystkim ludziom, że...
Że
co, właśnie?
Staram
się słuchać, wokół czego mniej więcej toczy się dyskusja,
kiedy nagle pada moje imię i nazwisko.
-
A teraz prosimy o zabranie głosu panią Alicję Mittner, psychologa
kadry narodowej w skokach narciarskich - zapowiada konferansjer,
szukając mnie po sali wzrokiem.
Biorę
głęboki oddech, wstaję wygładzając sukienkę i podchodzę do
podwyższenia. Uśmiecham się profesjonalnie, ustawiam mikrofon,
odnajduje wzorkiem Gorana, całą resztę tej skaczącej bandy i na
koniec zatrzymuję wzrok na Peterze.
I
już chyba wiem, o czym będę mówić.
[Peter]
Wchodzi
na podwyższenie pewnym krokiem, a całe jej zdenerwowanie gdzieś
się ulatnia. Uśmiecha się i toczy spojrzeniem po publice, aż w
końcu natrafia na mój wzrok. Posyłam jej pokrzepiający uśmiech,
a kąciki jej ust unoszą się milimetr wyżej na ten widok. Bierze
głęboki oddech i rozpoczyna swoją przemowę.
-
Dziś rano, zastanawiałam się, co takiego mogłabym teraz
powiedzieć, skoro już wszystko zostało powiedziane. Szczerze
powiedziawszy, nad tym samym zastanawiałam się jeszcze pięć minut
temu, ale teraz, kiedy stoję tu przed wami, jest tylko jedna rzecz,
którą chciałabym wam powiedzieć: nadchodzą Igrzyska - mówi z
mocą i robi krótką pauzę. - Podejrzewam, że nie słyszycie tego
po raz pierwszy w swoim życiu, a nawet w swojej karierze. Te słowa
zawsze budzą ekscytację i pewną obawę. Obawę, że nie uda się
osiągnąć tego, co sobie zaplanowaliśmy. Że umysł stanie na
drodze ciału i obróci w jednej chwili w niwecz pracę ostatnich
czterech lat. Ja jednak wierzę, że tak się nie stanie.
Opuszcza
na chwilę wzrok i bierze jeszcze jeden głęboki oddech, nim wznawia
swoją przemowę w innym miejscu.
-
Nie jest chyba dla nikogo tajemnicą, że wcześniej przez rok
pracowałam z polską kadrą, która nie była wówczas w najlepszym
stanie. Za to kiedy się z nimi rozstawałam, tamten przepracowany z
nimi sezon okrzyknięto najlepszym w historii polskiego narciarstwa.
Ludzie pytali, jak jest mój klucz do sukcesu, ja jednak nigdy nie
potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Owszem, większość z nich
borykała się z różnymi problemami czy to sportowymi czy to
osobistymi, ale nie w tym tkwił ich problem. Potrzebowali jedynie
osoby, która im powie - po prostu, bez żadnych ozdobników - że
potrafią. Że potrafią skakać, zdobywać punkty, wygrywać. Że
potrafią być najlepsi.
Ala
znowu zatrzymuje wzrok na mnie i uśmiecha się ciepło.
-
Moja praca w Słowenii, wygląda bardzo podobnie, z drobnym
wyjątkiem. Oni wiedzą, że są najlepsi. Czasem tylko trzeba im o
tym przypomnieć i wskazać drogę, by wiedzieli po które laury
sięgać, a które nie są godne ich uwagi.
Igrzyska
Olimpijskie to chyba najważniejsze wydarzenie w życiu każdego
sportowca. Możliwość reprezentowania swojego kraju w tak
prestiżowych zawodach o sięgającej antyku tradycji jest przeżyciem
jedynym w swoim rodzaju. Tytuł Mistrza Olimpijskiego pozwala już na
zawsze zapisać się na kartach sportowej historii i jest swego
rodzaju sposobem na nieśmiertelność. Wyjazd na Igrzyska to równie
wielki zaszczyt co i presja. A tylko wielcy sportowcy są w stanie
udźwignąć tego typu psychiczne obciążenie, a to, w połączeniu z
ciężką pracą i talentem, któremu nikomu na tej sali nie brakuje,
pozwala sięgnąć po najwyższe laury i odznaczenia.
I,
jedyne co wam mogę dziś powiedzieć to to, że absolutnie nie
martwię się Igrzyskami. Bo wielcy sportowcy jadą na nie zdobywać
medale, a na tej sali widzę jedynie takie osoby. Osoby, które nie
dość, że udźwigną tę ciążącą na nich presję, to na dodatek
przekują ją na medale i tytuły. Niech one staną się waszym
kluczem do nieśmiertelności, tak jak talent, ciężka praca i wiara
we własne możliwości są prostą receptą na sukces.
Pamiętajcie
jednak o jednym - kończy Alicja, patrząc mi głęboko w oczy z
podwyższenia - medal to tylko kawałek metalu, tytuł - wpis do
sportowej historii dziejów. Za to sukces, to stanie się bohaterem
dla tych, na których nam naprawdę zależy. Cokolwiek robicie,
róbcie to z sercem, a reszta przyjdzie sama, gdy tylko nadejdzie
odpowiedni czas.
Na
sali panuje niczym niezmącona cisza, wszyscy są chyba oczarowani
jej słowami, dopiero jej kroki, kiedy schodzi z podwyższenia,
sprawiają, że powracamy do rzeczywistości i Ala zbiera gromkie
brawa. Ucieka jednak szybko na swoje miejsce obok mnie i opada na
krzesło, starając się zniknąć wszystkim z oczu.
-
Było tak beznadziejnie jak mi się wydawało, czy gorzej? - pyta
mnie szeptem.
-
Było... niesamowicie - odpowiadam, nie mogąc znaleźć
odpowiedniego określenia. Słowa Ali wniknęły głęboko do mojego
serca, sprawiając, że naprawdę poczułem, że nie ma rzeczy,
której nie mógłbym dokonać. - Jak ty to robisz?
-
Nijak - wzrusza ramionami. - Łatwo jest mówić ludziom to, co chcą
usłyszeć. O wiele ciężej jest powiedzieć im to, co usłyszeć
powinni - wzdycha. - To było zbyt pompatyczne, przerysowane i
zgeneralizowane.
-
Było przejmujące - poprawiam ją. - I prawdziwe.
Alicja
spogląda na mnie z ukosa, ale chyba nie jest przekonana.
-
Już nigdy się nie dam w coś takiego wrobić, nigdy - zapiera się,
ale do końca oficjalnej części już więcej nie marudzi.
Potem
następuje czas na sesję zdjęciową i kiedy oślepiony błyskiem
fleszy uciekam ze szponów mediów próbuję odnaleźć Alicję na
sąsiedniej sali, gdzie rozłożono talerze z przekąskami i napoje.
W tle cicho gra muzyka, prowadzone są rozmowy, na ścianie
wyświetlany jest jakiś promocyjny filmik. Dostrzegam Alicję
rozmawiającą z prezesem związku, czekam więc aż skończy,
podjadając koktajlowe pomidorki z stojącego obok mnie półmiska.
Po
raz kolejny dostrzegam bijący z niej profesjonalizm, kiedy z dłońmi
zaciśniętymi na małej kopertowej torebce, toczy dyskusję, której
temat jest mi niestety nieznany, a przynajmniej do czasu, gdy oboje
nagle spoglądają w moim kierunku. Ale uśmiecha się do mnie ciepło
i wraca do rozmowy, ogarniając z twarzy pasmo włosów.
Dalsze
obserwacje przerywa mi dziennikarka z jakiejś sportowej gazety,
która prosi mnie o krótki wywiad. Cierpliwie odpowiadam na pytania
o moje odczucia po Turnieju, plany na najbliższy czas i oczekiwania
dotyczące Igrzysk. Kiedy próbuję wymyślić dyplomatyczną
odpowiedź na to ostatnie pytanie, kątem oka dostrzegam, że Ala
skończyła już rozmowę i stoi nieopodal, czekając najwyraźniej
na mnie. Dziennikarka chyba dostrzega kierunek, w którym spoglądam,
bo rozpromienia się nagle i woła Alicję, przerywając mi w pół
słowa.
-
Pani Mittner? Możemy panią prosić?
-
Tak? - podchodzi bliżej i ustawia się obok mnie, zachowując jednak
służbowy dystans.
-
Właśnie rozmawiałam z Peterem o jego oczekiwaniach względem
Igrzysk. Powiedział mi, że liczy na dobre skoki, ale... Ale
chciałabym, żeby mi pani powiedziała prawdę: będzie medal? -
podtyka jej pod nos dyktafon, dotąd wycelowany w moją twarz, a Ala
rzuca mi spojrzenie z ukosa.
-
Będzie - odpowiada, a ja unoszę brew, zaskoczony jej
bezpośredniością, ale Ala ma nieco co innego na myśli. - Z tego
co wiem, będzie ich nawet całkiem dużo, bo w tym roku doszły dwie
nowe dyscypliny i chyba z dziesięć nowych konkurencji, zatem
przygotowano bardzo dużo medali. O tym, czy jeden z nich spocznie na
tej piersi - klepie mnie delikatnie po klatce piersiowej - dowiemy
się za półtora miesiąca.
-
Tak, ale...
-
Ale to wszystko, co mogę pani powiedzieć na ten temat. Nie jestem
jasnowidzem, przykro mi - uśmiecha się uroczo, a dziennikarka daje
za wygraną. Robi nam jeszcze tylko zdjęcie do artykułu i zostawia
nas samych. Gdy tylko odwraca się plecami, Ala ściera z twarzy
uprzejmy uśmiech i wywraca oczami.
-
Dzięki, świetnie sobie z nią poradziłaś - mówię, kiedy nagle
przypominam sobie o jednej rzeczy. - A przy okazji... widziałaś
może Cene? Muszę z nim porozmawiać - rozglądam się za bratem.
Jego wcześniejsze docinki nie powinny ujść mu płazem;
postawił mnie w dość niezręcznej sytuacji i powinien sobie
dobitnie zdać z tego sprawę.
-
Rozmawia przez telefon - odpowiada Ala jak zwykle doskonale
poinformowana.
-
Z kim? Z Katką? - dopytuję się, a Ala posyła mi pełne
politowania spojrzenie.
-
Wisi na słuchawce już prawie godzinę, więc sam sobie odpowiedz na
to pytanie. Chyba zgłodniałam - dodaje nagle i odwraca się w
kierunku stolika z przystawkami.
Przyglądam
się jej, jak popija wodę ze szklanki i podjada tartinki z łososiem,
zapatrzona na filmik promujący Słowenię pod kątem turystycznym.
Światło odbija się w jej oczach, a na twarzy błąka się lekki
uśmiech. Włosy przerzuciła przez prawe ramię i swoim zwyczajem,
nawija ich pasmo na palec, zupełnie nieświadomie.
-
Ala? - dotykam jej ramienia, a ona zwraca głowę w moim kierunku. -
Chyba zdecydowanie częściej powinnaś chodzić w sukienkach -
mówię, przyglądając się jej chyba po raz setny tego dnia.
I
nadal jest mi mało.
-
Peter, jest środek zimy - przekrzywia głowę i patrzy na mnie z
politowaniem. - A poza tym, gdzie mam w nich chodzić? Na skocznię?
-
Ja tak ogólnie mówię - bronię się i robię krok w jej stronę. -
Bo wyglądasz wtedy naprawdę...
-
No jak? - dopytuje się, kiedy zawieszam głos.
Nachylam
się do niej i dokańczam cicho, czując bijące od niej ciepło i
nieco przyśpieszony oddech:
-
Naprawdę... interesująco.
-
Tylko tyle? - unosi brew, spoglądając mi prosto w twarz, a ja
uśmiecham się kącikiem ust. Prawdę powiedziawszy, wygląda o
wiele bardziej niż tylko interesująco, ale nie mam zamiaru jej o
tym mówić, skoro sama doskonale o tym wie.
-
Wiesz kiedy ostatnio widziałem cię w sukience i rozpuszczonych
włosach? - pytam, zmieniając nieco temat.
-
To nie jest trudna zagadka - prycha. - W Ga-Pa.
-
A wiesz co wtedy robiliśmy? - drążę dalej, a Ala unosi pytająco
brew. - Tańczyliśmy. Co ty na to?
-
Prevc, przypominam ci, że jestem fatalną tancerką - wzdycha,
wywracając oczami. - A poza tym widzisz, żeby ktoś tu tańczył? -
wskazuje na salę.
-
Możemy wyjść na taras, jeśli ci to przeszkadza - kuszę dalej.
-
Wtedy nie będzie słychać muzyki - torpeduje mnie następnym
argumentem.
-
Czy ty zawsze musisz mieć odpowiedź na wszystko...? - wzdycham,
zrezygnowany, ale nie zamierzam się poddawać. - Dobrze, nie musimy
tańczyć. Ale nie chcę tu tkwić, bo zaraz znowu ktoś podejdzie i
będzie mi zadawał głupie pytania.
-
No dobrze, niech ci będzie - kręci głową z westchnieniem i
pozwala mi poprowadzić się na przeszklony taras.
Stajemy
przy barierce, w milczeniu podziwiając wieczorną panoramę miasta.
Taras jest częściowo zamknięty, dlatego zimowy chłód nie jest aż
tak bardzo wyczuwalny. Mimo to, obejmuję Alicję ramieniem, gdy na
jej ramionach dostrzegam gęsią skórkę. Obserwujemy pojawiające
się pojedynczo gwiazdy, nim decyduję się przerwać ciszę między
nami.
-
To co dziś powiedziałaś, było bardzo ładne. O tej
nieśmiertelności - dodaję tonem wyjaśnienia, gdy spogląda na
mnie, marszcząc brwi.
-
Nic takiego, to była tylko mocno rozbudowana i skonkludowana
parafraza twierdzenia, że istniejemy, póki ktoś o nas pamięta -
wzrusza ramionami. - Nie jestem z siebie zadowolona. Powiedziałam
to, czego się po mnie spodziewano. Czegoś pompatycznego,
doniosłego, motywującego, najlepiej z muzyczką typu "Hall of
fame" w tle - uśmiecha się krzywo. - A ja nie pracuję w
taki sposób. Nie znam większości tych ludzi i nie wiem, co mam im
powiedzieć. Znam was i wiem, że Cene potrzebuje Katki i żelków,
Jurij mocnego trzepnięcia w łeb, Robiemu wystarczy przypomnieć o
żonie, a Laniskowi zagrozić różowym kombinezonem i pożyczyć
słuchawki, bo ciągle zapomina swoich. To są te stymulujące was
impulsy, ale przecież nie mogłam tego powiedzieć. Może i brzmiało
to ładnie, ale nie było prawdziwe. Te słowa nie zagrzewają do
walki, nie pomagają skupić myśli przed ostatnim, decydującym
skokiem, meczem czy wyścigiem. Każdy człowiek jest inny i takie
generalizowanie jest po prostu niewłaściwe - wzdycha.
-
Mnie najbardziej podobała się ta końcówka - mówię, wysłuchawszy
jej narzekań. - O tym, że mamy być bohaterami dla tych, na których
nam zależy. Zawsze mi się wydawało, że wygrywam dla siebie, że
sam jestem dla siebie wystarczającą motywacją. Ale kiedy wracam do
domu, nic nie cieszy mnie bardziej niż dumny uśmiech na twarzy mamy
i pełne aprobaty mruknięcie ze strony taty - mówię i przypomina
mi się jeszcze jedna scena. - Gdy byłem młodszy, Cene i Nika
często podkradali moje świeżo przywiezione trofea i sprawdzali jak
medale wyglądają na ich szyjach. Domen wolał mnie denerwować i
chował mi je po całym domu, tak że nie potrafiłem ich znaleźć -
Ala śmieje się na te słowa i odgarnia włosy z twarzy. Uśmiecha
się ciepło, wyobrażając sobie pewnie moje rodzeństwo, które,
jestem tego pewien, zdążyła już polubić. I to ze wzajemnością.
Odpowiadam
jej podobnym uśmiechem i przejeżdżam palcem po jej ramieniu w
poszukiwaniu ręki, którą mógłbym pochwycić. Tętniące życiem
miasto, rzuca cienie na jej twarz, kiedy unosi wzrok, by spojrzeć mi
w oczy.
-
Domen nazywa mnie twoją dziewczyną, wiesz? - odzywa się
niespodziewanie, kiedy moja dłoń dociera do jej.
-
Wiem - odpowiadam, zaplatając nasze palce, nie do końca pewien, do
czego zmierza. Odważam się jednak zaryzykować pytanie. - A co?
Chciałabyś? - pytam nieco zaczepnie.
-
Co bym chciała?
-
Być moją dziewczyną - rzucam pozornie niedbale, nadając temu
zdaniu dość żartobliwy ton.
Wydawało
mi się, że jestem za stary, by denerwować się takimi pytaniami.
-
Peter - wzdycha Ala ciężko. - Przypominam ci, że weekendami łączą
nas stosunki zawodowe i nie powinniśmy... nawzajem przekraczać
swoich kompetencji. A bycie twoją dziewczyną z pewnością nie
zalicza się do zakresu moich obowiązków - uśmiecha się krótko.
- I jest, zdaje się, zajęciem długoterminowym, gdzie weekendowe
przerwy raczej nie są wskazane.
-
Nie są - zgadzam się z nią i nachylam się odrobinę. - Ale... mam
chyba doraźne rozwiązanie tej sytuacji.
-
To znaczy? - Ala przekrzywia głowę, a włosy zsuwają się jej na
plecy, odsłaniając jej twarz. Przesuwam palcem po linii jej szczęki
i uśmiecham się zagadkowo.
-
Pokażę ci - mówię, zmniejszając odległość między naszymi
twarzami, dziwiąc się skąd we mnie nagle tyle śmiałości. -
Jeśli mi tylko na to pozwolisz - szepczę, zamierając w oczekiwaniu
na jej reakcję.
Niemal
stykamy się nosami, kiedy szukam w jej oczach przyzwolenia. Niczego
takiego się jednak nie dopatruję. Za to sekundę później Alicja
po prostu pokonuje ostatnie milimetry dzielące nasze usta.
Przyciągam
ją mocniej do siebie i obejmuję w pasie, chcąc, by ta chwila trwała
jak najdłużej. Jej usta są nieco spierzchnięte, włosy łaskoczą
mnie w twarz i zdaje się, że depcze mnie po prawym bucie, ale nie
przeszkadza mi to w najmniejszym stopniu. Czuję jak rozciąga usta w
uśmiechu, cofam więc głowę i patrzę na nią urażony.
-
No co? - pytam pewien, że podśmiewa się ze mnie.
-
Nic - jest zarumieniona z emocji, a oczy jej błyszczą. - Po prostu
przypomniało mi się nagle, że Domen uważa, że nie potrafisz się
całować.
-
I co w związku z tym? - marszczę groźnie brwi, ale nie potrafię
pozbyć się z twarzy uśmiechu.
-
Cóż, teraz mogę oficjalnie powiedzieć, że nie ma racji.
Zupełnie.
-
Tobie też nie poszło najgorzej - uśmiecham się zaczepnie, a Ala
przekrzywia głowę i mruży oczy.
-
Uważasz, że powinnam się bardziej postarać? - zagryza wargę, a
mnie robi się dziwnie gorąco.
Czuję
jej ciepły oddech na policzku, kiedy przyciągam ją do siebie
ponownie. Nagle jednak Ala odsuwa się, a ja dostrzegam za jej
plecami jakichś ludzi wchodzących na taras. Opieram się o
barierkę obok niej i jak gdyby nigdy nic obserwujemy miasto pod
nami. Uśmiechamy się jednak do siebie pod nosem, nie mogąc ukryć
rozbawienia - to z powodu tej konspiracji. W końcu, paradoksalnie,
jesteśmy właśnie "w pracy". W tym momencie ktoś z nowo
przybyłych woła mnie, opuszczam więc Alicję i wdaję się w
krótką rozmowę z grupą sponsorów stojących nieopodal.
Kiedy
w końcu wracają do środka, ponownie zostaję z nią sam. Nastrój
jednak już prysnął, a ja czuję irytację na myśl, że podobnych
rozmów czeka mnie jeszcze tej nocy kilkanaście.
-
Chodźmy stąd - szepczę jej do ucha, obejmując ją w pasie. Jej
włosy łaskoczą mnie lekko w nos. - Chodźmy, mam dość tego
przyjęcia. Jestem sportowcem, nie celebrytą.
-
Dobrze, ja też mam już dość - Ala kiwa głową ledwo wyczuwalnie,
obejmuję ją więc w talii i idziemy do samochodu.
Na
szczęści nikt nas nie zatrzymuje, nikt nie chce robić zdjęć, ani
przeprowadzać wywiadów. Uciekamy też przed czujnym wzrokiem
Janusa, który pewnie zmyje nam głowy za tę ucieczkę, ale w tym
momencie trener to ostatnia osoba, o której myślę. W nosie mam
sponsorów i media, kiedy pragnę teraz obecności tylko jednej
osoby.
-
Nie będą nas szukać? - pyta Alicja, kiedy wyjeżdżamy na drogę
prowadzącą do Kranja.
-
Nie wiem. A jeśli tak, to co? - pytam nieco buntowniczo.
-
Wiesz - udaje oburzoną - ja, w przeciwieństwie do ciebie, mogę
łatwo wylecieć z roboty.
-
Nie pozwolę na to - odwracam się do niej, jednak szturcha mnie i
każe patrzeć na drogę.
Sama
opiera głowę o szybę i kiedy zaledwie parę minut później
wjeżdżam do garażu, Ala przysypia już lekko. Budzę ją
delikatnie i oboje wchodzimy na górę. Kiedy wchodzi po schodach,
jej przylegająca sukienka robi się jeszcze bardziej przylegająca,
a w połączeniu ze świadomością całkowicie pustego domu,
powoduje to u mnie koleją falę gorąca.
Zabiję,
naprawdę zabiję Cene.
W
przedpokoju, Ala z ulgą zdejmuje buty i wyciąga wsuwki z włosów.
-
Poczekaj, jeszcze jedna została - mówię i ostrożnie wyplątuję
ostatnią. Oddaję ją jej, a Ala przeczesuje włosy palcami.
-
Peter? - zagaja, zagryzając ponownie wargę. - Jeśli chodzi o
jutrzejszy dzień...
-
Nie myślmy o jutrzejszym dniu - odpowiadam i przyciągam ją znów
do siebie. Teraz każda odległość większa niż grubość atomu,
która nas dzieli, wydaje mi się zbyt duża.
Ala
z lekkim westchnieniem opiera mi głowę o ramię i tak stoimy oparci
o siebie. Głaszczę ją lekko po plecach, czując jej spokojny
oddech. Nic więcej nie jest mi potrzebne do szczęścia. Choć...
Choć
gdzieś na granicy mojej świadomości tkwi irytująca myśl, że tuż
obok znajdują się drzwi do gościnnej sypialni, należącej obecnie
do Alicji. Spycham ją jednak jeszcze głębiej, bo i tak dzisiejszy
dzień to więcej, niż mogłem sobie wymarzyć.
-
Lepiej już pójdę do siebie, zaraz zasnę na stojąco - odsuwa się
ode mnie odrobinę. - Zresztą, mam jutro samolot o wpół do
dziewiątej.
-
Musisz jechać? - pytam, nie po raz pierwszy, choć odpowiedź zawsze
jest taka sama.
-
Tak, obiecałam mamie, że pojawię się w domu przynajmniej na
chwilę - wzdycha. - Poza tym, mam umówionego mechanika na przyszły
tydzień, a samochód zostawiłam u kolegi na podjeździe, więc
muszę go jeszcze odebrać - tłumaczy, kładąc rękę na klamce.
-
Odwiozę cię - mówię, kiedy wchodzi już do pokoju. Opieram się o
framugę i luzuję krawat. - To niby niedaleko, ale jednak kawałek.
-
Dziękuję. I dobranoc - próbuje zamknąć drzwi, ja jednak się nie
cofam. - No? - pyta zmęczona, ledwie stojąc na nogach.
-
Ja... - waham się. Jakaś, całkiem duża, część mnie nie
chce, by ten wieczór się tak szybko skończył. Ale rozsądek
podpowiada, że na dziś już wystarczy. I to jego głosu postawiam
posłuchać. - Już nic, kolorowych snów - mówię ostatecznie i
całuję ją w czoło.
-
Dobranoc, Peter - uśmiecha się sennie i zamyka drzwi.
Stoję
przed nimi jeszcze przez dłuższą chwilę, biorąc kilka głębokich
wdechów nim idę do łazienki i biorę szybki, zimny prysznic.
Dopiero to pozwala spojrzeć mi na tę całą sytuację trzeźwo i
spokojnie zasnąć.
Cieszę
się, że udało nam się wykonać z Alą ku sobie kolejny krok,
nawet jeśli wciąż wiele nas dzieli. I, choć przed nami jeszcze
długa droga, wiem, że ciężko mi będzie zachować chłodny
profesjonalizm podczas zawodów. Faktem jest jednak, że na skoczni
nie mogę mieć Alicji tylko dla siebie.
Leżąc
już w łóżku, uświadamiam sobie, że chyba po raz pierwszy od
odejścia Katji zasypiam z tak szerokim uśmiechem na ustach.
[Alicja]
Budzik
dzwoni o szóstej, wyłączam go szybko i bez zbędnych drzemek idę
pod prysznic. Puszczam zimną wodę, by się skutecznie dobudzić i
wejść trzeźwo w rozpoczynający się dzień.
Dopiero
rano tak naprawdę docierają do mnie w pełni wydarzenia
wczorajszego dnia. Zarówno prawda o Katji jak i pocałunek podczas
konferencji ogłuszają mnie jak obuchem, aż przysiadam na ścielonym
właśnie łóżku.
Chyba
nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo potrzeba mi
bliskości drugiego człowieka. Nie przyjacielskiego przytulenia, nie
rodzicielskiego całusa ani nawet kradzionych, pełnych poczucia
winy, chwil spędzonych z Klemensem. Potrzebowałam zwykłego
poczucia, że w czyichś ramionach jest moje miejsce, że pocałunki
to nie objaw zdrady, a oznaka uczucia.
Myślę,
że oboje z Peterem tego potrzebowaliśmy.
A
mimo to, nie jest mi do końca dobrze z tą świadomością. Bo, choć
wczorajszy wieczór był na swój sposób cudowny, gdzieś pod fasadą
tego wszystkiego jest natrętna myśl, że nie jestem z nim
całkowicie szczera. Że pozwalając sobie na takie gesty, daję mu
nadzieję, że być może...
Że
być może uda mi się wypełnić miejsce po Katji. A przecież, ja
nadal nie potrafię z mojego serca skutecznie wyrzucić Klemensa. Nie
mam więc żadnej pewności, że pewnego dnia nie zrobię tego samego
co ona. Lepiej, by Peter był przygotowany na taką ewentualność.
Pakuję
swoje rzeczy i ubieram niebieską koszulę w prążki oraz
materiałowe spodnie, zaplatam włosy w warkocz i wystawiam swoją
walizkę do przedpokoju. Następnie udaję się od kuchni, by
zaparzyć kawę i przygotować śniadanie, tak jak poprzedniego dnia.
Te
niecałe trzy dni spędzone w domu Petera podziałały na mnie w dość
specyficzny sposób. Wbrew wszelkiej logice, niemal od razu poczułam
się tu jak u siebie, poczułam atmosferę wieloosobowej rodziny,
której nigdy nie miałam szansy doświadczyć. To chyba bardzo
zbliżyło mnie do skoczka; nie wiem, czy w innym przypadku,
pozwoliłabym sobie na taką śmiałość jak podczas konferencji.
Bo,
jakby nie było, to ja go pocałowałam.
Zdaje
się, że zbyt wiele ostatnio było takich newralgicznych sytuacji z
naszym udziałem i musiałam jakoś rozładować to powstałe między
nami napięcie. Ale efekt, zdaje się, okazał się inny od
zamierzonego.
I
nie mówię tu bynajmniej jedynie o reakcji Petera.
Z
zamyślenia wyrywa mnie dźwięk bulgoczącej kawy, wyciągam więc
filiżanki i do jednej z nich nalewam czarnego napoju. Popijam ją,
zapatrzona w okno, kiedy nagle ktoś obejmuje mnie od tyłu.
-
Dobry - Peter mruczy mi do ucha, chyba jeszcze nieco rozespany.
-
Bry - odpowiadam, zerkając na niego przez ramię.
Włosy
na jego głowie ponownie wyglądają jak po wybuchu małej bomby
atomowej, uśmiecham się więc pod nosem, a Peter całuje mnie w
kącik ust.
-
Wyglądasz, bardzo... elegancko - zauważa, kiedy wymykam się z jego
objęć, by dokończyć robienie nam obojgu kanapek na śniadanie.
-
Moja mama nie lubi, kiedy "pałętam się w dresie po miejscach
publicznych" - cytuję, opłukując nóż i podaję mu kanapkę.
- A poza tym lubię dobrze wyglądać. Smacznego - opieram się
pośladkami o blat i biorę drugą.
Odmrukuje
coś niewyraźnie, pochłonąwszy w tym czasie już połowę kromki.
Przeżuwa ją powoli, przyglądając mi się z przymrużonymi oczyma.
-
No co tym razem...? - wzdycham, a Peter w tym czasie przełyka
ostatni kęs.
-
To... tak ma być? - unosi brew, celując palem w moją pierś.
Zerkam
w dół i klnę pod nosem, dostrzegając nierówno zapięte guziki.
Odkładam kanapkę i odwracam się od niego, by poprawić koszulę.
Peter śmieje się cicho, widząc moje zakłopotanie, mnie jednak nie
jest do śmiechu.
-
Peter, jeżeli chodzi o wczoraj - mówię poważnie, spoglądając na
niego ponownie, kiedy wszystko jest już jak należy - to chciałabym,
żebyś wiedział, że...
-
...że na zawodach musimy zachować profesjonalizm, wiem - wchodzi mi
w słowo, a ja wzdycham poirytowana.
-
To też. Ale... pamiętasz, co ci kiedyś mówiłam? - pytam, a Peter
podchodzi bliżej z wyrazem niezrozumienia w zmrużonych oczach. - O
tym, że nie powinieneś mi ufać?
-
Owszem, powiedziałaś mi wtedy też, że możesz mnie zranić - kiwa
głową, dotykając mojego ramienia, a mnie przechodzi dziwny
dreszcz.
-
To nadal jest aktualne - mówię z ciężkim westchnieniem, odsuwając
się nieco. - Nie chcę, żebyś spodziewał się po mnie zbyt wiele,
bo nie mogę ci zbyt dużo zaoferować.
-
Ala, nie możesz mnie zranić bardziej niż...
-
...niż Katja? Nie byłabym tego taka pewna - zaplatam ręce na
piersi, czując, że brnę w niebezpieczny temat. Temat, którego nie
chcę na razie poruszać.
-
Co...
-
To długa historia, Peter - wzdycham, odwracając głowę. - Bardzo
długa i nie chcę o tym teraz rozmawiać. Zresztą nie zdążę ci
jej opowiedzieć przed odlotem - dyskretnie przypominam mu, że za
chwilę musimy jechać na lotnisko.
-
Racja - odpowiada z niejakim zawodem. - Za pięć minut będę
gotowy, możesz zejść do garażu, jeśli chcesz - dopija resztkę
kawy, całuje mnie w czoło i wychodzi z kuchni.
Dokańczam
kanapkę, po czym ogarniam pozostałości po naszym śniadaniu,
zabieram walizkę i schodzę na dół. Peter dołącza do mnie po
chwili, pakuje mój bagaż do auta i w milczeniu ruszamy w niedługą
trasę na lotnisko. Podjeżdżamy niemal pod sam terminal, ale jakoś
żadne z nas nie kwapi się, by wysiąść.
-
To do zobaczenia - mówię w końcu, sięgając ku klamce. - Nie
wiem, jak mi wypadną połączenia, ale pewnie zobaczymy się dopiero
w Austrii.
Peter
kiwa głową i pomaga mi wyjąć walizkę. Stoimy chwilę
niezdecydowani przy samochodzie; żadne z nas nie chce jako pierwsze
ruszyć w swoją stronę.
-
Muszę już iść - odzywam się, łapiąc za rączkę walizki, kiedy
Prevc nagle chwyta mnie za drugą rękę.
-
Ala, posłuchaj...
Zmuszam
się, by na niego spojrzeć; boję się, że zrobię lub powiem coś,
co go zrani. A nie chcę tego.
-
Jeśli chodzi o to, co powiedziałaś dziś w kuchni... - chwilę
bije się z myślami, a ja w napięciu czekam na jego następne
słowa. - To chcę, żebyś wiedziała, że niezależnie do tego, z
czym się borykasz, ja postaram ci się pomóc. Tak jak ty pomogłaś
mnie - bierze głęboki oddech, nim kończy. - Poradzimy sobie z tym.
Razem, jeśli tylko chcesz.
Uśmiecham
się smutno, mimo iż doceniam jego słowa. Nie jestem jednak pewna,
czy to coś, z czym można sobie tak po prostu poradzić. Wiem
dobrze, że muszę zacząć od siebie. I mam zamiar zrobić to już
dziś.
-
Dziękuję, Peter. To wiele dla mnie znaczy - odpowiadam w końcu, bo
nadal czeka na moją odpowiedź. - I obiecuję ci, że wyjaśnię ci
wszystko, bo na to zasługujesz, ale... Ale potrzebuję jeszcze
trochę czasu, dobrze? Muszę najpierw zamknąć kilka spraw,
kilka... rozdziałów w moim życiu - zerkam na niego, a on uśmiecha
się ciepło.
-
Dobrze - całuje mnie w czubek głowy i zamyka w mocnym uścisku. -
Uważaj na siebie - szepcze mi jeszcze do ucha.
-
Ty też - wspinam się na palce i składam szybki pocałunek na jego
policzku, po czym chwytam walizkę i ruszam do hali odlotów. W
drzwiach odwracam się jeszcze i macham na pożegnanie Peterowi, choć
przecież zobaczymy się ponownie za parę dni.
Załatwiam
wszystkie formalności i opadam na plastikowe krzesełko. Mam jeszcze
trochę czasu do odlotu, dlatego sięgam po telefon, by sprawdzić
wiadomości, które mnie ominęły. Ledwie udaje mi się go włączyć,
a już dostrzegam przychodzące połączenie.
Kasia,
a jakże.
-
MITTNER POWIEDZ MI, ŻE DOBRZE WIDZĘ.
-
Tak, też się cieszę, że cię słyszę - sarkam. - A co widzisz,
bo wybacz, ale to nie wideokonferencja.
-
Zdjęcia. Twoje i Petera. Z wczoraj - wyrzuca z siebie. - I, powiedz
mi jak można wyglądać tak dobrze, w tak... przeciętnej sukience?
- pyta urażona.
-
Chciałaś powiedzieć "brzydkiej", prawda? - wzdycham. -
Nie wiem, nie widziałam żadnych zdjęć i chyba nie chcę.
-
Dobra, mniejsza o zdjęcia. Lepiej opowiadaj. Ze SZCZEGÓŁAMI -
Kasia zmienia temat nie znoszącym sprzeciwu głosem.
-
O czym niby? - dziwię się. - Kupiłam sukienkę, pojechałam na
konferencję, nagadałam pseudomotywacyjnych bzdur, z czego nie
jestem dumna, ucięłam sobie pogawędkę z szanownym panem prezesem
i wróciliśmy do domu - wzruszam ramionami, bo naprawdę nie ma o
czym rozmawiać.
-
Właśnie, do domu. I? - podchwytuje Kasia, a mnie nachodzi nagła
myśl.
-
Chwiiila... Czy ty przypadkiem nie...? - zastanawiam się na głos. -
A ja się zastanawiałam, skąd Cene wytrzasnął taki beznadziejny
pomysł - wzdycham, uświadamiając sobie, że "wolna chata"
to sprawka Katki.
-
E, jak bezna-... - urywa, zadając sobie sprawę z tego, że się
zdradziła. - No wiesz? Ty w ogóle w niego nie wierzysz! - obrusza
się. - A teraz, gadaj, co się działo!
-
Dzikie orgie i rozpusta - prycham. - Poznałam Demona... Domena,
znaczy się - poprawiam się.
-
No i...? - dopytuje się niecierpliwie.
-
I nic, uroczy dzieciak. Wczoraj Peter opowiedział mi o Katji, pomógł
wybrać sukienkę, pojechaliśmy na konferencję i tyle - streszczam
szybko, omijając co mniej wygodne fragmenty. - Musiałam wcześnie
wstać, więc zaraz po powrocie, poszłam do łóżka.
-
Sama? - pyta natychmiast Kaś.
-
Tak, sama - wywracam oczami.
-
To ja ci załatwiam pusty dom, romantyczną sytuację, a ty idziesz
spać? - pyta oburzona. - Jestem zawiedziona. Całowaliście się
chociaż? - pyta bezwstydnie, a na moją twarz wypływa rumieniec.
-
Nie - odpowiadam po sekundzie wahania.
Zdaje
się jednak, że wahałam się odrobinę za długo.
-
Kłamiesz! - wytyka mi śpiewnie Kaś, jak zwykle bezbłędnie mnie
rozszyfrowując.
-
W sumie wychodzi na to, że to ja go pocałowałam - wzdycham ciężko.
- Ale to on zaczął! - podkreślam.
-
No wreszcie!
-
Jakie wreszcie? - prycham, nie rozumiejąc jej ekscytacji. Osobiście
nie uważam, by wczorajsze wydarzenia były rozsądnym posunięciem.
- Znamy się trzy miesiące, czego ty się spodziewałaś? Zresztą,
nie powinniśmy - dodaję ciszej.
-
Niby czemu nie? - dziwi się Kasia.
-
A Katja? A jeśli ja też go tak zranię? - zastanawiam się po raz
kolejny na tym, co gnębi mnie od wczoraj. Było miło, nawet bardzo,
ale ma to też swoje konsekwencje. - Przecież...
-
Lojalnie cię ostrzegam - przerywa mi Kasia zimno - że jeżeli w
następnym zdaniu padnie słowo "Klemens" to cię znajdę i
cię zdzielę czymś ciężkim w łeb.
-
Spokojnie, nie miałam takiego zamiaru - wzdycham. - Chcę skończyć
z tym raz na zawsze. Właśnie po to, by nie zranić Petera.
-
Chyba do niego nie pojedziesz? - pyta Kaś podejrzliwie, a ja milczę,
bo przecież i tak się domyśli. - ALKA, DO CHOLERY...!
-
Zostawiłam u niego auto, pamiętasz? A mam mechanika umówionego, bo
coś mi ręczny szwankuje, a i przegląd mi się zbliża - wyjaśniam.
-
Alicja, poproś tatę, mamę, kogokolwiek...! Tylko tam, cholera
jasna, nie jedź!
-
Nie wyślę taty sto siedemdziesiąt kilometrów po samochód, ma
wystarczająco dużo roboty - wywracam oczami. Zresztą, po paru
dniach spędzonych z Peterem, jestem zmotywowana do poważnej rozmowy
z Klemensem; nie wiem, czy później będę mieć wystarczająco dużo
samozaparcia.
-
TO JA PO NIEGO POJADĘ! - woła Kasia desperacko. - Choć, kurde,
nie. Nie umiem jeździć tym twoim gratem.
-
Dzięki - stwierdzam kwaśno. - Spokojnie, poradzę sobie. I
obiecuję, że nie zrobię nic głupiego - mówię łagodnie.
-
Alicja...!
-
Kaś, chcę zamknąć już ten rozdział. I tyle - wzdycham, a na
wyświetlaczu pojawia się informacja, że rozpoczyna się boarding.
- Raz na zawsze, bez owijania w bawełnę. Muszę lecieć, odezwę
się, jak wyląduję - rozłączam się, nim Kasia zdąża coś
jeszcze powiedzieć i idę do bramki.
Wchodząc
na pokład samolotu do Krakowa, zastanawiam się czy aby na pewno mam
w sobie wystarczająco dużo siły, by odciąć się od Klemensa. I
to definitywnie.
Ale
wiem, że muszę to zrobić, bo inaczej skrzywdzę kolejną osobę. A
tego chyba nigdy bym sobie nie wybaczyła.
[Klemens]
Nie
mogę znaleźć telefonu, odbieram więc w ostatniej chwili, nawet
nie patrząc na wyświetlacz.
-
Jesteś w domu?
-
Alicja? - wyduszam zaskoczony. - Tak, coś się stało? - pytam zaraz
zaniepokojony. Nie spodziewałem się wiadomości od niej.
Zasadniczo, powinniśmy jak najbardziej ograniczyć swoje kontakty.
A
mimo wszystko, cieszę się, że słyszę jej głos.
-
Nie, wszystko okej - uspokaja mnie od razu, widocznie wyczuwając mój
niepokój. - Chcę tylko odebrać swój samochód - mówi z jakimś
zmęczeniem w głosie.
-
A tak, jasne. Odebrać cię? - pytam, już szukając kluczyków do
samochodu na półce nad kominkiem.
-
Jeśli byś mógł. Za chwilę będę na dworcu PKS - odpowiada, a ja
zerkam nerwowo na zegarek.
-
Dobrze, poczekaj przy kiosku, będę za kwadrans - mówię, jedną
ręką próbując założyć kurtkę i rozłączam się.
Ostatecznie
mija trochę więcej niż piętnaście minut, ale Alicja bez słowa
przyjmuje moje spóźnienie. Stoi oparta o ścianę sklepu w walizką
u stóp i opuszczoną głową, którą unosi dopiero, kiedy
zatrzymuję się przy chodniku i wyłączam silnik. Wsiada na
siedzenie pasażera, rozpinając płaszcz i uśmiecha się do mnie
blado.
-
Zmęczona? - pytam, kiedy jej walizka znajduje się już w bagażniku.
-
Odrobinę, w busie było strasznie gorąco - mówi, nie patrząc na
mnie. Za dobrze ją znam, by wiedzieć, że to nie gorąco i nie
tylko zwykłe zmęczenie.
-
Mogłem cię odebrać z lotniska - sugeruję cicho, kierując się do
domu.
-
Nie mogłeś - zaprzecza jedynie i nie mówi nic więcej.
Milczymy
przez dłuższą chwilę, a Alicja bez słowa kontempluje ośnieżone
Zakopane. Nie przerywam jej, zerkając jedynie na nią od czasu do
czasu. Jest skupiona, jakby nad czymś intensywnie myślała. Odnoszę
wrażenie, że po raz pierwszy do dawna, jeśli nie od zawsze, nie
czujemy się komfortowo w swoim towarzystwie. Dlatego dopiero tuż
przed końcem naszej podroży odważam się zapytać:
-
Jak było w Słowenii? Wyglądałaś bardzo ładnie - wyrywa mi się,
a kiedy spogląda na mnie zaskoczona, dodaję tonem wyjaśnienia. -
Widziałem zdjęcia, krążą w sieci.
-
Dlaczego nagle wszyscy interesują się moim życiem osobistym...? -
wzdycha, jakby poirytowana, kiedy skręcam w ulicę, na której
mieszkam.
-
Osobistym? Nie byłaś tam przypadkiem służbowo? - dziwię się i
wyłączam silnik, stając obok jej citroena.
-
Nie tylko - odpowiada krótko i wysiada, nie dodając nic więcej.
Jest
wyobcowana, jakby na siłę starała się utrzymać dystans między
nami. Nie ten bezpieczny, który niestety nie zawsze zdawał egzamin;
odsuwa się ode mnie znacznie dalej niż kiedykolwiek, nie licząc
jej nagłego wyjazdu rok wcześniej.
Wyciągam
z bagażnika walizkę, kiedy Alicja otwiera samochód i wrzuca do
środka torebkę. Potem opiera się o maskę i zaplata ręce na
piersi, jakby podkreślając swoją wycofaną postawę.
-
Jest Agnieszka? - pyta cicho.
-
Nie, do siedemnastej jest w pracy. A Klimek w przedszkolu, więc
jestem sam - odpowiadam na to i kolejne niezadane pytanie, podchodząc
do niej bliżej. - Napijesz się herbaty? - proponuję ostrożnie.
-
Nie, ale musimy porozmawiać, Klemens - mówi z ciężkim
westchnieniem. - Poważnie porozmawiać.
-
Wiem - kiwam głową. - Ale wejdźmy do środka, dobrze? Jest zimno -
proszę ją łagodnie, a ona po chwili wahania potakuje i idzie
za mną.
Staje
niezdecydowana w przedpokoju, dopiero na moje zaproszenie wchodzi do
salonu i siada na kanapie. Przynoszę dwie szklanki z wodą, które
stawiam na stoliku i opadam na fotel naprzeciw niej.
Przez
dłuższą chwilę wpatruje się w swoje splecione razem dłonie, nim
odzywa się cicho:
-
Miałam tu tylko przyjechać po samochód, powiedzieć ci, że czas
definitywnie z tym skończyć i wyjść - nie patrzy na mnie, kreśląc
wskazującym palcem wzory na wilgotnej powierzchni szklanki. - Być
może jeszcze złamać ci w jakiś sposób serce, bo tak będzie
łatwiej nam o sobie zapomnieć i już nikogo więcej nie ranić,
ale... - unosi wzrok i w końcu patrzy mi w oczy. - Ale nie potrafię.
Nie potrafię, bo chcę w końcu zrozumieć, co zrobiliśmy nie
tak...
W
jej wzroku jest jakiś dziwny smutek, kiedy przygląda się mi, jakby
próbujący wyczytać z mojej twarzy odpowiedź. Odpowiedź, której
tam nie znajdzie.
-
Dużo... dużo myślałem ostatnio o nas - odzywam się w końcu,
zaskoczony, jak bardzo zachrypnięty mam głos. Zaciskam mocniej dłoń
na szklance, nim udaje mi się kontynuować. - O mnie, tobie i
Agnieszce, o całej tej sytuacji. Ja też chciałem zrozumieć,
ale... to nie my zrobiliśmy coś nie tak. Nie ma sensu się obarczać
winą, po prostu znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu w
niewłaściwym czasie.
-
Tak sądzisz? - Alicja unosi brew i pociąga długi łyk ze szklanki.
- To nie musiało się tak skończyć. Wydawało mi się, że mogę
cię darzyć taką platoniczną miłością, bez żadnych
konsekwencji - mówi jakby z wahaniem. - Ale nie przewidziałam...
-
...że ja też cię pokocham? - dopowiadam cicho, a Alicja odwraca
wzrok. - Dziwnie jest w końcu mówić o tym otwarcie, co?
Uśmiecha
się smutno, ale kiwa głową.
-
Dosyć uciekania, Klemens. Dosyć owijania w bawełnę, dosyć
niedomówień i eufemizmów - mówi twardo. - Zakochałam się w
tobie, to fakt. I ty we mnie też. Ale to Agnieszka jest twoją żoną
i to jej ślubowałeś wierność oraz miłość. I ich nie
dotrzymałeś - mówi ciężko, a ja nie mogę się z nią nie
zgodzić. - Ja z mojej strony popełniłam nie mniejsze świństwo,
bo przecież Aga to moja przyjaciółka; w głębi serca wiedziałam,
że nie dam rady do końca okiełznać swoich uczuć. A mimo to, nie
potrafiłam zrezygnować z ciebie i twojego towarzystwa.
-
Masz rację - mówię łagodnie, zabierając jej wciąż prawie pełną
szklankę, bo zaciska na niej tak mocno palce, że boję się, że ją
zmiażdży i się skaleczy. - Za długo udawaliśmy, że nie stało
się nic złego, że to wszystko nic nie znaczy i w końcu nam minie.
-
Nie minie, nie samo z siebie - Alicja wzdycha ciężko i zaciska
mocno pięści. Mam ochotę złapać ją za dłonie, by ją odrobinę
uspokoić, ale wiem, że to nie byłby dobry gest. - Ranimy
Agnieszkę, siebie nawzajem, a ja jeszcze teraz na dodatek ranię
Petera - dodaje ciszej.
Przez
chwilę docierają do mnie jej słowa, nim odważam się zapytać
cicho:
-
Kochasz go?
Alicja
unosi wzrok, ale wyjątkowo nie potrafię nic wyczytać z jej oczu.
-
Nie chcę, by przeze mnie cierpiał - odpowiada po chwili namysłu.
-
To nie to samo - zauważam, sam dziwiąc się swojemu uporowi.
Czy
naprawdę chcę to usłyszeć z jej ust? Czy naprawdę wierzę, że
dzięki temu przestanę się w końcu łudzić?
Przygląda
mi się przez kolejnych parę chwil, jakby czytając mi w myślach. W
jej oczach wciąż jest pełno smutku, ale dostrzegam w nich również
jakiś nieznany mi wcześniej błysk.
-
Tak - odpowiada w końcu cicho. Bardzo cicho. - Dlatego musimy w
końcu zamknąć ten rozdział, Klemens. Dla niego, dla Agnieszki, a
także dla nas. Po co ciągnąć coś, co daje więcej bólu niż
złudnych chwil szczęścia i na dodatek rani wszystkich dookoła? Po
co? Powiedz mi, Klemens, po co? - wpatruje się we mnie, a w jej
spojrzeniu jest jakieś dziwne cierpienie. Jakby na moich oczach
rozpadała się na malutkie kawałeczki.
-
Nie wiem - odpowiadam, mimo iż wbrew logice, za nic nie potrafię
zrezygnować z tych "złudnych chwil szczęścia". - Więc
lepiej po prostu dajmy sobie spokój z szukaniem rozwiązania.
Alicja
kiwa głową i podnosi się bez słowa z kanapy. W przedpokoju ubiera
buty i szuka kluczyków w kieszeni płaszcza. Przyglądam się jej,
oparty o ścianę, zastanawiając się, jak teraz będzie wyglądać
nasza relacja.
-
Alicja...?
-
Nie, Klemens - przerywa mi, nim zdążam skończyć pytanie. - Albo
wszystko, albo nic. Nie ma nic pomiędzy - kręci głową i poprawia
czapkę. - To nasze ostatnie spotkanie, nie szukaj mnie na skoczni.
Otwiera
drzwi i wychodzi na zewnątrz. Idę za nią i pilotem otwieram bramę,
ale kiedy wsiada do auta i zapala światła, odczuwam nagłą
potrzebę zrobienia czegoś. Ostatniego gestu, nim na zawsze zniknie
z mojego życia. Podchodzę więc i pukam w okno kierowcy.
-
No? - zerka na mnie, jakby zniecierpliwiona albo zawiedziona, ale
uchyla drzwi.
-
Jeśli chcesz, to pomogę ci wyjechać, podjazd jest nie odśnieżony
i... - mówię, ale Alicja przerywa mi w pół słowa:
-
Nie.
Chce
zamknąć drzwi, ale chyba dostrzega chyba w moich oczach zaskoczenie
albo coś jeszcze innego, bo wzdycha lekko i dodaje:
-
Dam sobie radę, Klemens. Zawsze daję - zagryza wargę, nim dodaje.
- Zbyt długo mówiliśmy sobie "od przyszłego weekendu"',
"od jutra", "za chwilę". To tak nie działa. Już
nic nas nie łączy, Klemens. Od teraz, nie od jutra.
Kiwam
głową, a Alicja zamyka drzwi i uruchamia silnik. Koła buksują
nieco w głębokim śniegu, ale tak jak powiedziała, daje sobie radę
i wyjeżdża na ulicę. Zamykam bramę i obserwuję tylne światła
jej samochodu, póki nie znikają za zakrętem. Stoję tam jeszcze
przez chwilę, rozważając jej słowa.
Skończyło
się. Teraz, zaledwie przed chwilą.
I,
choć pewnie będziemy mijać się na skoczni, choć nie wymażemy
tak łatwo z pamięci wszystkich wspólnie spędzonych chwil, to
jednak Alicja jest już zamkniętym rozdziałem w moim życiu.
A
taką przynajmniej mam nadzieję.
__________
Dla dociekliwych śpieszę
z wyjaśnieniem: efekt
halo.
A
użyta piosenka to oczywiście Adele
- Send my love (dzięki,
Charlie! Choć to akurat do czegoś innego było :P). Trochę
pokićkałam kolejność, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie.
Kołysankę pewnie
wszyscy znacie, ale jakby ktoś nie znał, to proszę bardzo :)
Dla
ciekawskich dodatkowo pierścionek,
a tu sukienka.
Miało
być szybciej, ale nie pykło. Może przed październikiem sklecę
następny, ale nie obiecuję. Szansa jest, bo ponoć ma być krótszy.
Ponoć.
Dobra,
kto się czuje zawiedziony wątkiem Katji, łapka w górę, przyjmę
to na klatę. Jakieś dziwne paralele mi tu wyszły, ale jak
obiecałam - Prevców wiele. Za to Katki mało, nie można mieć
wszystkiego.
Obawiam
się, że ja to jednak nie umiem w romanse, ale pozostawiam to do
oceny Wam (Charlie, dzięki, że pomogłaś mi nad nimi
zapanować :P). Podobało się chociaż? Bo ja mam mieszane uczucia,
jak zwykle chyba...
PS:
Tak naprawdę, Peter pojechał na te MŚJ w 2010 roku i nawet zgarnął
srebrny medal. Ale udajmy, że o tym nie wiemy, okej? To w
końcu zdecydowanie alternatywna wersja
rzeczywistości.
PS2:
Wszelkie podobieństwa do czegokolwiek (czyt. do
Karolinowych Precelków)
są ABSOLUTNIE niezamierzone i zostały skonsultowane z ww. autorką.
PS3:
Jak Wam się nowy szablon podoba, huh? I polecam piosenkę z
"Aktualności", jest naprawdę piękna!
PS4: Dziś urodziny Petera ;). Przypadek?
PS4: Dziś urodziny Petera ;). Przypadek?
Jak nie Tepes, to Kasia coś próbuje insynuować. Ciekawe co Cene obiecał Domenowi, aby ten dom opuścił. No i u którego z Anże się on zatrzymał, bo jak u tego, co myślę, to się nie dziwię, że brat chce go mordować.
OdpowiedzUsuńSpodziewałam się czegoś o wiele gorszego z Katją, że sprzed ołtarza mu zwiała czy coś.
Jak nigdy przeczytałam za dnia i na laptopie, zwykle czytam na telefonie po nocy i śmieję się z tego, co to kumple pana jubilata nie wymyślą.
No i nie jestem dobra w komentarze, jak nic Charlie przybędzie i napisze epopeję, pod którą można się podpisać.
Kasia nie insynuuje, ona od razu swata :P
UsuńCóż, mogę Wam zdradzić, że przypadł mu miesiąc czyszczenia kibli. Cóż, nic dziwnego, że Katka była zła, że jego poświęcenie pójdzie na marne :P.
Tsa, Lanisek.
Co do Katji, to w sumie prawie jakby mu sprzed ołtarza zwiała, ale fakt, też uważam, że ten motyw jest słaby. Ale... nic nie mówię, show must go on, że tak powiem.
Czytać za dnia! Bo potem oczy się psują, a ja Wam za bryle płacić nie będę!
E tam! Każde słowo się liczy :>
A Charlie przybędzie z epopeją i mi głowę zmyje za błędy XD.
Buziak! Idę pić herbatkę ;)
Obstawiałam Semenica, bo on też Anże.
UsuńAle ja noszę bryle, więc za nim nie byłoby dopłaty!
Komentarz w stylu Szur, czyli lista wypunktowana ;)
OdpowiedzUsuń* Domen zapowiada się na świetną postać. Taki inteligentny, że Cene wydaje się być z nich najmłodszy :p
* Cene i herbatka Petera <3
* Taa… bycie jedynakiem jest do nosa wsadzić :D No chyba, że akurat Twoje rodzeństwo postawiło sobie za punkt honoru wykończyć Cię psychicznie
* Scena z jajecznicą… brak słów xD
* Jurij nie chrapie
* Domen mistrz taktu -_-/xD
* Oj, a myślałam, że czarne, koronkowe majtki są dla kogoś innego ^^
* Historia z kosą mnie nie kupiła -_-
* Pleców sobie sam nie umyje ;)
* Mam wrażenie, że brakuje kilku myślników w rozmowie o.O
* Historia z Katją… nie do końca tego się spodziewałam (bo w sumie niczego się nie spodziewałam), ale chyba w mojej głowie zrodził się powód, dla którego Katja wyjechała.
* Co Ty masz z tymi cukierkami? Głodnaś?
* Nie lubię Klimka
* Chcę norweskie gofry *-*
* Nie zaufałabym ekspedientce w wyborze sukienki ;p
* Peter i jego wiedza na temat odzieży damskiej mnie rozwala :D
* Ależ z niego flirciarz
* Ja też dużo gadam jak się stresuję :D
* Marvel *_* zabierzcie mnie ze sobą
* Głodowe Igrzyska?
* Jaka przemowa, wow o.o
* Katka i Cene <3
* Ale ta Alicja smęci :/
* Ten pocałunek… brak słów :p
* Ach ta subtelnie wprowadzona CHEMIA :D
* Mama psuje klimaty :p
* Ale zmarnowali okazję pff
* HAHAHA… bez drzemek? pff to niemożliwe w wypadku Ali xD
* Może zamiast go zwodzić, Ala powinna mu w końcu powiedzieć?
* O tak! Ta sukienka jest brzydka :D
* Beznadziejny? :’(
* Katka *-*
* Coś ciężkiego… hmmm… polecam patelnię, albo sztangę
* Czemu mnie nie dziwi, że Alicja ma takie głupie pomysły?
* Do siedemnastej w przedszkolu? Biedaczysko :(
* Klemens to kretyn
To tyle z mojej strony
Szur :)
S&S
Osz ty, marchewka... w końcu napisałaś mi porządny komentarz, zła kobieto :P.
Usuń(jakbyś zrobiła to numerkami, byłoby łatwiej odpisać :/)
"No chyba, że akurat Twoje rodzeństwo postawiło sobie za punkt honoru wykończyć Cię psychicznie" - patrz: Domen i Cene. No i Stuknięta :P (nie mów jej!!!)
"Jurij nie chrapie" - SKĄD WIESZ?!
"Oj, a myślałam, że czarne, koronkowe majtki są dla kogoś innego ^^" - spadaj. [tak, to jest kropka nienawiści]
"Pleców sobie sam nie umyje ;)" - Prevce posiadają takie specjalne gąbki na sztylu :P
"Mam wrażenie, że brakuje kilku myślników w rozmowie" - nope, tak miało być. Zalecenie profesjonalnej korektorki ;). Czy wyszło, dowiem się jak skomenci.
"w mojej głowie zrodził się powód, dla którego Katja wyjechała" - powiadasz...? Well, sądząc po tym, jak dobrze mnie znasz i po tym, że nasz gust literacki się pokrywa, myślę, że rzeczywiście mogłaś mnie rozszyfrować. Ale zobaczymy :P
"Głodowe Igrzyska?" - ale, że co, proszę...?
"Ten pocałunek… brak słów :p" - ale, że na tak, czy że na nie...?
"Ach ta subtelnie wprowadzona CHEMIA" - zboczenie zawodowe? :P
"HAHAHA… bez drzemek?" - pozostawię to bez komentarza. Ala to nie ja, przypominam.
"Ta sukienka jest brzydka" - once more: SPADAJ. De gustibus non est disputandum, o!
"Klemens to kretyn" - chyba już to od Ciebie słyszałam... jakieś milion razy.
Dziękuję Ci pięknie za ten wywód.
Też Cię kocham,
Szal S&S :P
Na przyszłość zapamiętam i będę numerować :D
UsuńPodejrzewam, że zarumieniłaś się przy majtkach :D
W sensie, że "Igrzyska Śmierci" po naszemu :p
Brak słów na plus :D
Nie mówię, że Ala to Ty :p
A ja Cię nie,
Szur S&S :)
Pff!
UsuńAle inni mnie kochają :P
I nie, nie zarumieniłam się.
Do zo!
Rozdział cudowny :*
OdpowiedzUsuńDużo Prevców i dobrze :D
Więcej takich miłych sytuacji Ali i Petera ;)
Klemens niech da sobie już spokój, niech się zajmie synem i żoną... Może o rodzeństwie dla Klimka by pomyśleli :P
Pisz szybciutko następny :)
Życzę dużo weny ;)
Ojejku, dziękuję :)
UsuńMiłych sytuacji parę będzie, a Klimek ma się ogarnąć to fakt.
Się postaram, ale nie obiecuję.
Dzięki i duża buźka!
No, i się doczekałam! Rozdział jak zwykle długaśny, przez nawał obowiązków musiałam go sobie podzielić na pół. Dla mnie jeszcze lepiej - mogłam przez dwa popołudnia raczyć się tą piękna historią! :D Swoją drogą, nie myślałaś może o podzieleniu rozdziałów na pół i wstawianiu ich co 2 tygodnie? Bo nie wiem, czy wiesz, ale skazujesz nas na tortutę, każąc czekać cały miesiąc... :D
OdpowiedzUsuńWątek Katji mnie nie zawiódł, za to zrobiło mi się ogromnie szkoda Petera. W sumie to nie do końca podobało mi się zachowanie Alicji. Ten opowiada jej o swojej najbardziej bolesnej historii, a ona nie dość, że milczy jak grób o sprawie z Klemensem, to jeszcze mówi Prevcowi, że może go zranić! Nie ma co, fajnej rzeczy się Pero dowiedział po wyjawieniu swojej tajemnicy.
Tak na poważnie, jestem ogromnie szczęśliwa z tych "pozamykanych rozdziałów" - i w życiu Petera, i w życiu Ali i Klimka. Czekałam na to już baaardzo długo. Nic tylko czekać teraz, aż Klimek zacznie spełniać się w życiu małżeńskim, a Ala z Peterem nawzajem pomogą sobie poradzić z przeszłością i będą żyli długo i szczęśliwie. No tak, ale czy to nie byłoby zbyt proste? Zapewne.
Swoją drogą, oszczędna jesteś jeśli chodzi o te momenty bliskości Petera i Ali. Może dlatego, jak już się pojawiają, są takie wyjątkowe :)
Tak czy tak, rozdział ten był genialny i już czekam na następny. Pozdrawiam ciepło, życzę dużo wolnego czasu na pisanie i przede wszystkim motywacji :)
Niestety dzielić rozdziałów nie mogę, bo stanowią one fabularną całość. W zamierzeniu są krótkie (wgl jak zaczynałam,to się bałam, że króciutkie będą te rozdziały), ale niestety moi bohaterowie zazwyczaj wyskakują z czymś niespodziewanym.
UsuńCieszę się, że historia Katji się spodobała, a Ala jest oszczędna w słowach, no bo cóż - trochę zagmatwane to wszystko i boi się postawić fałszywy krok. W końcu ostatnio skończyło się to nie najlepiej.
Pozamykane rozdziały owszem są. Ale też jeszcze parę ważnych wydarzeń przed nami, więc ja nic obiecać nie mogę.
Oszczędna? Hola, hola... Oni się znają trzy miesiące. I oboje introwertycy, ja i tak uważam, że się pośpieszyłam z tymi czułościami...
A dziękować, dziękować odrobina czasu na pisanie zawsze w cenie.
Buziaczki!
Cześć, czołem, kluski z rosołem :D Czy jesteś gotowa na kolejną porcję moich zachwytów? Uwaga, zaczynam.
OdpowiedzUsuńKocham to <3 Pomijając już to, o czym piszę zawsze, muszę podkreślić (a skłonili mnie do tego bracia Prevc), że postaci konstruujesz bajeczne. Każdy tu jest wyrazisty. Nie ma takich przezroczystych ciołków, którzy istnieją sobie w czasoprzestrzeni, ale w zasadzie równie dobrze mogliby nie istnieć, bo wszyscy są tacy sami. Absolutnie najlepszym przykładem są tu bracia Prevc. Sorry, Peter, ale co młodszy to lepszy XD Znana jestem z tego, że lecę na dzieciaków, więc ta opinia chyba nikogo nie dziwi :P A poza tym to Twoja wina, bo stworzyłaś Petera świetnym, Cene jeszcze lepszym, a przy Domenie już całkiem wyszłaś poza skalę XD
A teraz przejdźmy do poważniejszych wątków. Między Alicją i Peterem jest chemia, ale... Ale wiemy dobrze jak wygląda sfera uczuć tej kobity. Skomplikowana jest, delikatnie mówiąc. I to jej niby zerwanie kontaktów z Klemensem zapewne wiele w tej materii nie zmieni.
Kurde, tak bardzo się boję, że to się znów skończy jak z Katją. Peter o wszystkim opowiedział Ali, otworzył się całkowicie i liczy na to, że doczeka się wzajemności. Z tym, że może się cholernie rozczarować. Utrzymuję opinię, że najbardziej potrzebna jest im szczerość. Tylko, że Peter był na nią gotowy, a Ala wciąż nie jest. Jego rany zaczęły się goić, a ona wciąż na nowo rozdrapuje swoje. I nie wiadomo, czy to się kiedykolwiek zmieni. Ala musiałaby przestać kochać Klemensa, ale... to chyba nie jest możliwe. Już to kiedyś mówiłam, ale no naprawdę - słaby timing mieli oni wszyscy. Albo Ala powinna wcześniej poznać Petera przed zakochaniem się w Klemensie, albo Klemensa zanim został mężem Agnieszki. Ale cóż. Mamy, co mamy.
Jestem ciekawa, jak Peter zareaguje na historię Ali, jeśli ona w końcu zdecyduje się opowiedzieć mu o Klemensie. Bo jeśli do tego nie dojdzie - to jestem niemal pewna, że nie stworzą z Peterem trwałego związku. Choć coraz bardziej nabieram przekonania, że to i tak nigdy nie nastąpi - paradoksalnie, bo przecież krok po kroku idą do przodu i coraz lepiej się im układa. Ale wydaje mi się, że dlatego dochodzę do takich przykrych wniosków, bo Alicja mimo tego wszystkiego wcale nie radzi sobie z uczuciem do Klemensa. Tak, wiem. To wymaga czasu. Mnóstwo. A i tak pewnie nie uda jej się wyleczyć z niego całkowicie. Powstaje pytanie: w jakim stopniu, czy może w ilu procentach powinna opróżnić z niego swoje serce. I w tym momencie wchodzimy znów brutalnie w tę samą kwestię: co na to Peter? Jak on się ma czuć w sytuacji, gdy zawsze będzie tym drugim. A może nie, może kiedyś awansuje na pierwszego.
Ale nigdy nie będzie jedynym.
Bam, bam. Werble. Odkryłam wielką prawdę.
Chcę się mylić. Ale obawiam się, że niestety mam spore szanse na to, żeby mieć rację.
Proszę, powiedz, że się mylę.
Bo ja im tak strasznie kibicuję! Ali i Peterowi, dodam dla ścisłości, żeby chociaż tutaj nie było niedopowiedzeń, skoro już między nimi są.
Dobra, bo się smuteczkowo zrobiło, więc powiem, że sukienka jest ładna. Skromna, ale ładna. Kasia się nie zna :P
No i w ogóle strasznie chaotyczny mi ten komentarz wyszedł i pewnie nie do końca zrozumiały, a i tak podejrzewam, że nie napisałam wszystkiego, co bym chciała. Więc na koniec powtórzę po prostu jeszcze raz - kocham to bardzo, bardzo <3
buziak! :*
YES, I AM READY!
UsuńHeh, a ja mam wrażenie, że posiadam postaci bezbarwne (przynajmniej niektóre, zwłaszcza te główne. Wgl, uważam, że postaci drugoplanowe wychodzą mi lepiej XD).
"A poza tym to Twoja wina, bo stworzyłaś Petera świetnym, Cene jeszcze lepszym, a przy Domenie już całkiem wyszłaś poza skalę XD" - to nie ja, to moja Shauma... znaczy się, to Prevce. Tacy są i już. A przynajmniej ja ich tak widzę :>. Ale to bardzo miłe, co mówisz, dziękuję :*
Peter się wzajemności doczeka, znaczy się w sensie szczerości. Ala po prostu sama musi sobie poukładać w sercu, co tak naprawdę czuje. Bo niby kobieta zmienną jest, no ale niefajnie by było, jakby mu co chwila inną wersję przedstawiała.
"słaby timing mieli oni wszyscy. Albo Ala powinna wcześniej poznać Petera przed zakochaniem się w Klemensie, albo Klemensa zanim został mężem Agnieszki" - mówiłam Ci już kiedyś, że Cię kocham? No to mówię, ASIK JESTEŚ GENIUSZEM (ups, to chyba nie są synonimy).
Oj tak, Ala sobie z uczuciem do Klimka nie radzi, on zresztą też. I to jest chyba najtrudniejsze. I tak, odkryłaś wielką prawdę.
Nic Ci nie powiem, bo nie będzie niespodzianki. Spoilery są złe! Ale na pocieszenie powiem, że jeszcze wiele się będzie dziać, o!
Owszem, ładna. Ale gustu Kasieńki nie podważaj, bo ja potem zbieram :P
E tam chaotycznie. dobrze jest, ja też Cię kocham <3
Mocno, mocno!
Echhhh jak ja lubie to opowiadanie 😃 lubie wlasnie to ze rozdziały sa takie długie bo człowiek zdarzy sie wciągnąć i nie ma odrazu zakończenia. Co do treści ciesze sie ze Ala i Peter wrescie cos ze sobą, a bracie Prevc skutecznie zachęcają do tego ze rodzeństwo to jednak fajna sprawa😃
OdpowiedzUsuńTobie życzę dużo weny i niecierpliwie czekam na nowy rozdział
Pozdrawiam,
Miska
Dziękuję :).
UsuńDługie to moja zmora, nie umiem krótko.
Bo rodzeństwo to fajna rzecz :)
Dzięki, za rodział wezmę się po weekendzie, jak wrócę z Wisły :3
Buziak!
Mam wyrzuty sumienia, że dopiero teraz się tutaj przyczołgałam, ale z drugiej strony ostatnie trzy dni spędziłam przyjemnie na lekturze.Serwujesz nam tutaj skomplikowaną historię między dwojgiem ludzi - a gdyby spojrzeć szerzej to nawet pomiędzy czworgiem, choć jedna wciąż pozostaje nieświadoma dramatów jakie rozgrywają się tuż obok. Ciekawi mnie, czy Agnieszka się w końcu dowie, że jest coś między Klemensem a Alą, czy domyśla się, że jej mąż, no nie wiem, nie koncertuje całej swojej miłości wyłącznie na swojej rodzinie? W każdym razie mam nadzieję, że Klemens teraz skupi się na ratowaniu swojego małżeństwa (tak, jestem #TeamPrevc), zanim wszystko posypie się tak, że nie będzie co zbierać.
OdpowiedzUsuńCo do spraw między Alicją a Peterem, podobało mi się to, jak powoli i bez zbędnego pośpiechu coś się między nimi tworzyło, jakąś więź, uczucie, zaufanie. To jak powoli się do siebie zbliżali, świadomi tego, jak bardzo są poturbowani przez poprzednie związki. Alicja bardziej bała się zrobić ten decydujący krok, Pero był bardziej otwarty, ale myślę, że to jednak nie było tak, że bez żadnego lęku podszedł do tego, co poczuł do Ali. Generalnie trzymam za nich kciuki.
Po pierwszych kilku rozdziałach byłam pewna, że napiszę, iż to Kubacki jest moim ulubionym bohaterem (ach to jego słodkie nieogarnięcie), ale ostatecznie bracia Prevc całkowicie skradli moje serce! Domen to prawdziwy demon, ale jest świetny! Wyszczekany nastolatek XD
W ogóle w wielu miejscach płakałam ze śmiechu, kocham Twoje poczucie humoru wplątywane do rozdziałów, piżamki w misie, docinki Jurija itd. Czad!
Meh no i teraz będę cierpieć na kaca opowiadaniowego, więc proszę mi napisać szybciutko nowy rozdział :D
Buźka!
Aaaa! Cam <3
UsuńAch, bardzo się cieszę, że tu dotarłaś i podziwiam samozaparcia, bo zusammen to ma chyba już 200stron XD.
Szczerze powiedziawszy, Peter też nie do końca jest świadom sytuacji. A Aga? Aga jest trochę bladą postacią, ale pracuję nad nią.
Ech, chyba nikt nie jest team Murańka :(. Ale w sumie rozumiem dlaczego, w końcu nie byłoby to fair.
Kubacki jest fajny, ale chyba musi troche dorosnąć. A Prevce? Prevce to Prevce :').
Cóż mam tendencje do smęcenia, więc czasem muszę to przerwać jakimś humorystycznym akcentem. Ale samej komedii pisać nie umiem, więc podziwiam tych co umieją.
Postaram się wyrobić przed studiami jeszcze ;). Ale nic nie obiecuję.
Buziaczki back!
Łojejeje, ależ mię tam dużo pod spodem! Wszystko wybaczam, za wszystko dziękuję, o wszystkim wiem! A teraz bierę się za komentarz. :)
OdpowiedzUsuńNie wiem, czy wiesz, ale zrobiłaś ładną instrumentację zgłoskową w pierwszym zdaniu. :P Bardzo dużo głosek szeleszczących.
Następuje scenka rodzajowa z cyklu „między nami, braćmi Prevcami”, czyli mamy szansę obserwować zachowania stadne jednej z największych rodzin w skokach narciarskich. Tam wszyscy skaczą. Mama co rusz po nowe kombinezony do sklepu, tata na swym tronie sędziowskim z niecierpliwości, a resztę znamy. Przyznam, że powieszenie dziecięcych malunków w ramkach do naprawdę uroczy pomysł. :) Co znamienne, prawie wszyscy widzą braci Prevc tak samo: Peter to ten poważny i kąśliwy, kiedy trzeba, Cene jest uroczym dzieciaczkiem, który ma dobre serduszko, choć czasem z lekka nie ogarnia, a Domen wyrasta wrzodem na dupie całej Prevcowej familii. Wykłada kawę na ławę bardzo szybko w kwestii Petera i Ali, przy Tośce nie przeżyłby nawet kwadransa. XD Co do wieku trzynastu lat i randek, to na miejscu Domena wcale nie byłabym taka pewna. Ja w tym wieku zastanawiałam się, z kim wyjdę na podwórko po szkole, a nie co włożyć na spotkanie z „kraszem”... Ale może ja po prostu stara jestem? Taaaak, to chyba to.
„(...) w milczącej koalicji milczenia (...)” – To się nazywa pleonazm, chociaż go rozumiem i w sumie nie byłby pleonazmem, ale... brzmi jak pleonazm. Któreś „milczenie” powinno było zniknąć, a sens by pozostał. ;)
Z tym „polizane!” to mi skojarzył kolega, który tak robił z wszystkim. Jak dzieci, jak dzieci... Ale sceny urocze i zabawne jednocześnie, podobają mi się. I widzę, że dostosowałaś się do zaleceń w cięciach. XD
I wszyscy o tej Katji. Robią z niej tajemnicę Poliszynela.
„Patrzę w jego zielone oczy, w których maluje się z nagła jakaś dziwna ni to niepewność, ni to smutek, czy też może nawet złość. Ciężko mi rozszyfrować te uczucia, jednego jestem jednak pewna - maluje się w nich także nadzieja. Nadzieja, że w końcu nie będzie między nami żadnych tajemnic i niedopowiedzianych historii.” – Złudna to nadzieja, wszyscy o tym wiemy. Bo przecież biedny Peter nawet sobie nie zdaje sprawy z tego, jaki mroczny sekret skrywa serce Ali... Wcześniej ten fragment jakoś mi umknął, a według mnie jest ważny.
Myślę, że nie ma sensu rozwodzić się nad Peterowo-Alicjowymi podchodami po raz enty, koń, jaki jest, każdy widzi, choć warto tu wyróżnić zabawę z kosą. I głupi docinek Domena, ale do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Dlatego skupię się na historii z Katją.
Z technicznych uwag – mogłaś rozdzielić pojedynczymi akapitami historię snutą przez Petera od tego, co działo się na bieżąco, ale to tylko taka podpowiedź. Bo ja wiem, że to pierwotnie był dialog, ale czytelnik może być nieco skonsternowany. Nie wiem, może się czepiam i tylko mnie się to nieładnie zlewa? Z tego, co widzę po poprzednich komentarzach, to chyba tak. :)
Wybacz, ale wizja Petera chodzącego po lesie opatulonego grubym szalikiem albo popijającego lemoniadę, albo wypatrującego gwiazd z Katją wydaje mi się... wydumana. I raczej mało prawdopodobna. Mogę się zgodzić, że obgadywał z nią każde zawody, ale chłopcy, zwłaszcza w wieku nastoletnim, nie chcą robić takich „głupich, babskich bzdur”. Mam brata w takim wieku, wierz mi, powiedziałby, że to dla debili. A i dwudziestokilkuletni Peter też, tylko może użyłby bardziej cywilizowanego słownictwa. Chyba że źle rozumiem jego postać, w takim razie przepraszam.
Z kolei następujący rozwój ich relacji bardzo mi się podoba. W tym już jest wiele prawdziwości. Może po prostu nie pasował mi ten mały szczegół. A gdybyś bardziej rozwinęła motyw malarstwa Katji, mógłby być z tego dobry wątek. Ale to już moje widzimisię, nie zwracaj na nie uwagi. :P
Usuń„A chyba tego właśnie pragnę - by Ala stała się stałym elementem mojego życia, za który przez tak wiele lat uważałem Katję.” – Można by pomyśleć, że Peter zwyczajnie szuka „klina”... Choć z drugiej strony, dopiero wtedy byłby to uczciwy układ, bo Peter jest poniekąd klinem Ali.
W dogodnym milczeniu przecierpię fakt, że podobieństwo do pewnego „Polaroidu” jest niebywałe bliskie, przez co dziwnie mi się to komentuje. :P Wiem jednak, że zupełnie osobno pisałyśmy te historie, więc nie ma szans, żeby to był świadomy plagiat, poza tym, istnieje wiele szczegółów, które różnią te dwie historie na tyle mocno, że zgadzają się tylko pewne motywy. A motywy, jak wiadomo, mają prawo się powtarzać. Swoją drogą – to chyba w samym Peterze jest coś takiego, co skłania do myślenia, że on nie mógłby być stroną raniącą, a ranioną. I to za nic. No powiedz, czy się mylę? Chociaż wrażenie to może być mylne.
„Ten list miał mi uświadomić, że osoba, którą znałem niemal dwadzieścia lat, z którą planowałem swoją przyszłość, która była dla mnie prawie całym światem, nie jest taka, za jaką ją uważałem.” – Cóż, ta część jest jeszcze w toku, ale zawarte są w niej podobne przemyślenia. :P Niemniej często się mówi o tym, że nigdy się tak naprawdę nie poznaje drugiej osoby. To zawsze jest obcy, który może zaskoczyć nawet po dwudziestu latach przyjaźni i bliskiej znajomości. I chociaż to piękne, że uczymy się czyichś zwyczajów, znamy granice, wiemy, co mu/jej poprawia humor, a co może zranić, to jednak nigdy nie można zakładać, że się kogoś zna. Czasem nas samych zaskakują nasze decyzje, więc jak możemy twierdzić, że znamy na wylot drugi, niezależny organizm?
Opowieść Petera „zatoczyła koło”, wreszcie bowiem mamy spójność fabuły. Nie to, żeby wcześniej byłą niespójna, ale zatrudnienie psycholożki ma tutaj wyraźny sens i powód. Nie wiem, czy w innych fanfiction ta obecność jest czymś usprawiedliwiona, a nie jedynie „muszę gdzieś wcisnąć moją Mary Sue!!!1!”. Cóż mogę powiedzieć... Sama nie jestem w stanie ocenić, na ile pomylił się Peter w swojej ocenie „ostrożnej odpowiedzi” Ali, bo mnie się wydaje, że ona ma tylko takie momenty, kiedy brnie w układ z Prevcem całą sobą. Bo wie, że poniekąd to najlepsze rozwiązanie. Być może epizod z Katją tylko utwierdziłby ją w przekonaniu, że byłaby to sprawiedliwa „umowa”, bo byliby dla siebie wzajemnie zastępstwem. Z drugiej strony – czyż taki związek nie byłby nieszczęśliwy? Nie sądzę, żeby miał rację bytu na dłuższą metę. Nikt nie chce być kimś niewystarczającym dla drugiej osoby. Ale jeśliby stwierdzili, że i tak nikt nie będzie dla nich „w pełni”, to być może... To chyba zbyt trudny dylemat dla mojej małej głowy. I zdaje się, że roztrząsałam go już wcześniej.
Ciekawi mnie tylko, czy Katja wróci. W końcu Mila wróciła. Nie bezpośrednio, ale los najwyraźniej tak chciał, żeby spotkała się z Peterem. (Los, czyli ja, cóż za skromność autorska. Samą siebie mianuję wszechwładną. AVE JA!) A już powrót Katji i upublicznienie romansu z Klemensem w jednym czasie byłoby bombą z opóźnionym zapłonem.
A po wszystkim zostałoby tylko pogorzelisko.
Na początku tego Klemensowego fragmentu masz bardzo dużo słowa „cicho”. Za dużo. ;)
UsuńZauważyłam, że historia Klemensa i Agi ma wspólny motyw z historią Petera i Katji – przyjaźni budowanej od dziecka. I cukierków na zgodę.
Aaaa, i wytłumaczyło się Dawidowe zapominalstwo w sprawie skurczów. :D
No dobra, ta retrospekcja trochę mnie przekonała do Klemensa. A raczej do jego relacji z Alą. Była naprawdę fajna, choć nie wiem, czy nie miało to związku z planicową atmosferą, w końcu kilka godzin temu sama skończyłam o niej pisać. :D Tzn. jeszcze NIE skończyłam, ale tylko w tym rozdziale... Zresztą rozumiesz, jak mniemam. Nie mamy ciągu dalszego – ach, te wszędobylskie koty – ale mam wrażenie, że być może Ala nieumyślnie reaktywowała w Klimku coś, czego sam nie był świadom i nie uświadomiłby sobie albo nigdy, albo do czasu jej odejścia, które w przypadku niewyłożenia kawy na ławę musiałoby być zniknięciem zupełnym (bo inaczej Klimek mógłby przyjeżdżać, dzwonić, prosić o powrót). A mówią, że szczerość jest złotem. Być może i jest, ale nie wiem, czy w tym wypadku...
Na pewno nie lubię Klimka za zdradę, ale jego postać obrazuje dylematy moralne osoby zdradzającej nie na zasadzie „ja po prostu jestem casanovą” albo „wypiłem za dużo Pana Tadeusza”, a kogoś, kogo serce rozerwane jest na pół. Bo przecież kocha Agę, ale jednocześnie kocha Alę. I myślę, że być może z Agą, ze względu na czas, który upłynął, jest to już uczucie nieco platoniczne. A Alicja jest kimś nowym, przy kim duszony ogień wybucha. Bo przecież największą przyjemność sprawiają podchody. A że Klimek i Ala nigdy się z sobą nie przespali, to tym większy jest między nimi żar. Bo namiętność lubi balansowanie na granicy.
„Bo tak żem se wymyślił, hehe.” – Już Ci to pisałam, ale usłyszałam w głowie głos Wiewióra i... parsknęłam śmiechem. XD I jeszcze to jego firmowe „hehe” na końcu...
Na zakończenie dodam, że jeśli przez rok jej nieobecności nie pozbył się jej z głowy, to z jej stałym dyżurem „gdzieś w pobliżu” na zawodach, też tego nie dokona. Dobrze wiemy, że Klemens oszukuje samego siebie.
Ohoho, czyżbym trafiła z tym „wzajemnym potrzebowaniem się”? Tylko Alicja ujmuje to jako oderwaniem od niezbyt kolorowej przeszłości”, a dla mnie to szukanie substytutu. I kropka. Takaż to ja jestem nieromantyczna. Ala wydaje się trochę obwiniać, że nie do końca zapomina o Klimku, ale gdyby Katja wróciła, Peter byłby w identycznym położeniu. A może nawet odrobinę gorszym.
Ta czarna z rozcięciem kojarzy mi się z tą pastelową sukienką Mili na spotkaniu autorskim. Ja bym w tej poszła, chociaż może rzeczywiście daleka była od biznesowego charakteru, a raczej nadawała się na bal. Choć powiem Ci, że zerkałam wcześniej na tę szarą kieckę i, niestety, nie przypadła mi do gustu, więc – zgodnie z prawem – wyobrażam sobie ładniejszą o takim kroju. :P
Co więcej, zauważam, że historia się powtarza i zaczyna się fascynacja fizyczna. Ale to chyba żadna niespodzianka, wszystkie „początki” tak wyglądają.
Podoba mi się dżentelmeńskość Petera, mimo że jest nieco nachalna i przypomina płacenie za kawę z kumpelami, ale jego późniejsza „potyczka słowna” z Alą jest przeurocza. :D
„Na igrzyskach będę trzymać kciuki za Polaków” – Jedyna słuszna postawa! :D
Pani psycholog, która z niechęcią przyznaje, że jest zdenerwowana? ;)
Przemowa Alicji była naprawdę ładna, chociaż ja wyczułam, że mówi to, co wszyscy sportowcy i członkowie sztabów przyzwyczaili nas słyszeć z ich ust – słowa zapewnienia o wygranej, pocieszenia. Jak nasi siatkarze, który w Rio przypieczętowali szesnastoletnią klątwę olimpijskiego ćwierćfinału. :< Bardzo byłam smutna, bo wiem, ile ich to kosztowało, żeby tam się dostać.
UsuńOdnoszę wrażenie, że Alicja od pewnego czasu jest... wredna i nachmurzona. I nieco arogancka. Nie chodzi mi o sytuację z dziennikarką – w przypadku tych hien trzeba mieć tupet – ale o ogólne relacje z Peterem. Może ja to źle odbieram, ale ciągle mi się wydaje, że ona jest dla niego zwyczajnie niemiła. Zbywa go sarkazmem i nieuprzejmościami. Zaczyna mi do złudzenia przypominać... Tośkę.
„Nic takiego, to była tylko mocno rozbudowana i skonkludowana parafraza twierdzenia, że istniejemy, póki ktoś o nas pamięta” – Skojarzyło mi się to trochę z „Gwiazd naszych wina”. :) I z „exegi monumentum”.
No dobra, mam problem. Nie wiem, jak skomentować ten pocałunek i cały rozwój sytuacji. Z jednej strony amerykański efilmy i seriale podpowiadają mi, że rozejście się do osobnych łóżek w pustym domu to scenariusz nierealny, wpisujący się w jakieś seriale dla nastolatek, a z drugiej – ja też bym pewnie nie skorzystała z „oferty domu”. Z jednej strony to fajnie, że wykonali kolejny krok, a z drugiej – stało się to jakoś tak zwyczajnie, że mam wrażenie, że zrobienie go nie było ani trochę ekscytujące. Nie chodzi o to, że źle go opisałaś, po prostu... chyba ja liczyłam na większe fajerwerki. Może jednak jestem trochę romantyczna? Trochę za bardzo, można powiedzieć. Bo Ala wcale się nie wahała, nie miała setek myśli w głowie, zanim Peter ją pocałował, tylko sama wykazała się inicjatywą. Jakby Klimek przestał istnieć. Niby to dobrze, ale potem dla odmiany była taka ospała, że aż mnie na spanie wzięło. Przeszła nad tym do porządku dziennego, wymigała się sennością i nadeszła wizja powrotu do domu. Może tam najdą ją jakieś przemyślenia?
No i mamy przemyślenia. Całkiem zresztą trafne i początki sielanki – z perspektywy Petera jego relacja z Alą to zawsze sielanka – zostają natychmiast obrócone w ruinę. Nie ma szczerości. Nie ma spokoju. Nie ma wielkiej miłości.
Źle zapięte guziki. MILA ELIN ALERT!
I wraca wewnętrzny niepokój. Alicji nagle odwidziało się budowanie czegokolwiek „głębszego” z Peterem, przestrzega go niczym Edzio Cullen swoją Belkę, że jej zagraża. Martwi mnie tylko ich raczej niezbyt wylewne pożegnanie, choć spodziewam się, że nachodzące Mittner koszmarne myśli i jeszcze gorsze słowa zabiły klimat. Nie wydaje mi się natomiast słuszne stwierdzenie: „To nie jest coś, czym można sobie tak po prostu poradzić”. Można. Gdyby Alicja wykazała choć odrobinę chęci, mogłaby z łatwością wybić sobie z głowy Klemensa, koncentrując się na Peterze, ale wydaje mi się, że Ala trochę lubi matnię, w którą wpadła. Nie wiem, na ile słuszne są te oskarżenia, bo chyba kilka wersów wyżej twierdziłam, że to niełatwa sytuacja, ale może ta cola tak na mnie groźnie podziałała. Nie dawać mi kofeiny! Pod żadną postacią!
Trochę nie wiem, czego się Alicja przyczepiła tych trzech miesięcy. Bywają ludzie, którzy znają się kilka minut na imprezie i już się całują. No, chyba że Alicja to była zakonnica.
„- Lojalnie cię ostrzegam - przerywa mi Kasia zimno - że jeżeli w następnym zdaniu padnie słowo "Klemens" to cię znajdę i cię zdzielę czymś ciężkim w łeb.” – #GOKASIA!
Oczywiście, nie umykają mi uwadze owe powtarzające się nawiązania do „zamkniętego rozdziału” – czy to u Petera, Ali, czy Klemensa. Być może słaba ze mnie jasnowidzka, ale mam dwie wizje tego spotkania:
1) niby sobie wzajemnie przysięgną skończyć ze wszystkim po kolei, a potem jednak się okaże, że to były puste słowa
2) wydarzy się coś co najmniej niechcianego.
I żadna z tych wizji mi się nie podoba.
I w duszy sobie myślę, że gdyby Katka była taka uparta, jaka próbuje być, to jeżdżenie żadnym gratem by jej nie odstraszyło, ale to tak na marginesie.
Chyba pierwszy raz od dawna nie mam ochoty rzucić w Klimka traperkiem Sochy. A to ciężkie bydlę jest. Poza tym, że liczył w ogóle na jakąś intymność między nimi, prawie w ogóle mnie nie wkurza. Ale prawie robi wielką różnicę – jak to nauczyła nas lata temu reklama Tyskiego.
UsuńNie bardzo wiem, co powiedzieć o tej scenie. Jednej, nieco dłuższej. Nie wiem, czy Alicjowe „tak” w kontekście „Kochasz go?” na temat Petera było szczere czy stanowiło tylko próbę szczelniejszego zabarykadowania się przeciwko ewentualnym próbom Klemensa. Zaskakujące jest to, że Klimkowi poniekąd nie przeszkadza ta sytuacja. Okej, niby tam czasem ma jakieś wyrzuty sumienia, ale chce to ciągnąć dalej. Nie po to się przecież pyta, czy będą się dalej widywać, żeby usłyszeć negatywną odpowiedź. Murańce najwyraźniej podobało się tkwienie w marazmie. Wybacz, ale Klemens zawsze wydawał się tym o wiele mniej wstrząśnięty niż Ala. W niej wywoływało to zawsze masę sprzecznych uczuć, a Klemens był tym kusicielem. I wybacz raz jeszcze, ale nigdy go nie będę postrzegać w korzystnym świetle. Właśnie przez to wszystko, o czym Ci tu napisałam. Murańka rzekomo sobie postanawia się odciąć, ale jak przychodzi co do czego, to próbuje ją zatrzymać. Rozumiem, że żądze dominują nad rozsądkiem, ale prawdziwie kochająca osoba zawsze chce dobra drugiej osoby. A Klemensa to nie obchodzi – bo wolałby dalej tkwić w tej sytuacji bez wyjścia, wolałby igrać z uczuciami dwóch osób, które rzekomo są mu bliskie. To Alicja dba o jego małżeństwo, o uczucia przyjaciółki, Petera i samego Klemensa, który – jak Mittner sądzi – jest w rozsypce i emocjonalnym rozdwojeniu.
A już najbardziej się bałam, że ją pocałuje, a wtedy przyjechałabym go Zakopanego i zrobiłabym z jego dupy jesień średniowiecza.
Zaś końcowe „zawsze sobie radzę” jest moim zdaniem Alicjowym wołaniem o pomoc. Ale w tym przypadku może pomóc sobie tylko ona sama.
I tym nieoptymistycznym, hejterskim akcentem nie podsumuję całego rozdziału – w moim odczuciu komentowane „na żywo” cząstki same składają się na jednolity obraz aktualnej sytuacji. Muszę tylko dodać, że naprawdę jestem ciekawa, czy Katja wróci i jak Peter zareaguje na wieści o Klimku. W tym kontekście trochę lepiej zrozumiałam oziębłe zachowanie Ali przed wylotem – była zdenerwowana czekającym ją spotkaniem. Chciałabym, żeby to się zakończyło szczęśliwie, ale znam Ciebie i wiem, że to płonne nadzieje.
Mam tylko nadzieję, że mnie nie zeżresz za słowa szczerości.
Ale czy się można pod tym podpisać? Hmm, nie jestem tego taka pewna... ;)
W ogóle to loffkam Cię. Uruchomiłaś moje zardzewiałe przewężenia Ranviera i moje synapsy jęły się na nowo stykać. Niech Ci będzie za to wieczna chwała i dzięki.
Amieni.
Albo Ty robisz się coraz bardziej szczera, albo ja piszę coraz gorzej XD.
UsuńNie no, tak naprawdę to jestem Ci bardzo wdzięczna, bo otwierasz mi oczy na ważne kwestie i wiem przynajmniej, co jeszcze muszę poprawić.
Człowiek uczy się całe życie, nie?
Szczerze Ci powiem, że nie wiem, czy ta wizja Prevcowej familii utkała mi się. bo te schematy powielają się w każdym prawie opowiadaniu, czy dlatego, że oni naprawdę wydają się właśnie tacy. Po LPK stwierdzam, że Domen to naprawdę mały diabełek :P
(ale Cene wbrew pozorom też potrafi wywinąć niezły kawał, dobrze się z Katką w tym względzie dobrali)
Chyba jesteś stara, przykro mi. W gimnazjum już były pierwsze miłosne dramy, co ciekawe, niektóre pary przetrwały do dziś :O.
Tsa, to jest właśnie to 50% poprawionych błędów, które sprawdzałam bez wifi i mi się wzięło i nie zapisało. Ech, a wstawiłam chyba ze 135 przecinków... :<
Ja tam rodzeństwa nie mam, ale mam tatę. Jak se batonika nie ugryziesz, to potem znika z lodówki, choćby był podpisany. Amylaza ślinowa jest tutaj niezastąpionym znacznikiem terenu gastronomicznego :>
No martwią się o Petera, martwią. Może dlatego, że wszyscy wiedzą jak bardzo ważna była dla niego i nikt tak naprawdę nie rozumie, co się stało. A Peter chyba już w ogóle najmniej.
Ważny, czy nieważny - Peter szuka zrozumienia, i znajdzie je u Ali, ale niestety nie wie w jakie bagno się pakuje. A Alka mówiła, że ma jej nie ufać!
(nie ma się co rozwodzić, mam fetysz kuchni po prostu. Może dlatego mi te romanse nie wychodzą...?)
Też tak sobie myślę, że mogłam Ci jednak ten fragment podesłać do korekty, bo i tak Ci go zaspojlerowałam wcześniej. Mnie też się zlewa, ale skoro powiedziałaś, że na dialog się ta forma nie nadaje, to się nie kłóciłam. Obawiam się, że to był lekki przerost formy nad treścią, ale z perspektywy narratora wszechwiedzącego dla mnie ta historia jest bardziej touching niż mogłoby się wydawać.
Już żeśmy o tym rano rozmawiały, no ale raz jeszcze:
Fakt, może się to wydawać nieco 'dziewczyńskie', i nie zdziwiłabym się, gdyby facet mi się popukał po głowie na taką propozycję, ale Katja jest artystką i miewała różne dziwne pomysły. A Peter zrobiłby dla niej wszystko, by tylko spędzić trochę czasu razem. Z tymi gwiazdami bywało tak (będę się ich uparcie trzymać, sorry.), że czasami wieczorny spacer przeciągnął im się do rana, bo przecież mieli sobie wiele do opowiedzenia. Nie ukrywam, że trochę przerysowałam i może trochę za słabo zarysowałam postać Katji, by móc się czuć usprawiedliwioną. Mam nadzieję jednak, że to nie wpłynęło aż tak negatywnie na odbiór tej, nie da się ukryć, ważnej historii.
Z tym klinem to masz rację i nie masz racji :D
Bo Peter na Katji położył już krzyżyk, a tam przynajmniej mu się wydaje. Położył, by móc z czystą kartą zacząć od nowa i nie miałby nic przeciwko, by w tym "od nowa" znalazło się miejsce dla Alicji. Problem w tym, że ona nie bardzo chce z tego skorzystać. A Prevc, nie ma pojęcia dlaczego.
(chyba będę musiała przyśpieszyć te wyjaśnienia, bo mnie zjecie z tym "brakiem szczerości")
Upsi, jak wspomniałam - nie chciałam. Ale wiesz przynajmniej jak się czułam czytając Precle :P. I jak dziwnie mi się komentowało, by podświadomie nie wstawić tam jakiegoś spojlera (tzn pogdybać w kierunku, w którym mam zamiar poprowadzić "Odchodzę"). Ciężko było, naprawdę!
A co do tego ranionego Petera masz rację, choć... ja znam jedno opowiadanie, gdzie to Peter rani, choć nieco nieświadomie. Jedno z moich ulubionych! (ciekawe czy autorka to przeczyta, czy jest zbyt leniwa, huh?)
Z tym zataczaniem koła wyszło nieco przypadkiem. Bo w sumie postać Katji początkowo nie była w planach. Podobnie jak i Cene... W sumie, to to opowiadanie wcale nie miało być o Prevcu, miał być jedynie tym drugim, gdzieś na marginesie relacji Ala-Klimek... well, coś poszło nie tak (ale chyba Wam się podoba, co?)
CDN
Szczerze powiedziawszy, jeśli Ala miała wcześniej wątpliwości, co do Petera, to wątek Katji, jedynie te wątpliwości pogłębił. Ale jednocześnie przez ostatnie dni bardzo zbliżyła się do Prevca na tym bardziej prywatnym gruncie i... i wyszło, co wyszło.
UsuńPowiem jedynie tak: Katja jeszcze się pojawi. Ale tylko Szur rozszyfrowała mnie do A do Z (no doba, od A do Y, coś tam jeszcze udało mi się zataić), więc chyba nie jestem aż tak bardzo beznadziejna w budowaniu napięcia. Ona mnie po prostu za dobrze zna :P
Oj tam, oj tam. Cichutko. Nikt nie jest idealny, nie?
Paralele, badum-tss, paralele. Mnożą mi się ostatnio, wiesz? Bez udziału umysłu, żeby było śmieszniej.
Hurra! W końcu mi się udało przedstawić ich relację w dobrym świetle. Uf! Bo już myślałam, że naprawdę jestem do niczego. Ja Wam nie każę go lubić, no ale odrobina zrozumienia dla człowieka... Errare humanum est, no nie?
Klemens analogicznie do Petera, Agę znał "od zawsze". Nie powiedziałabym, że wieź z Aga stała się platoniczna, że jest z nią z przyzwyczajenia. Ala była nowością, to fakt, ale na zupełnie innych zasadach niż mogłoby się wydawać. Oni naprawdę na początku byli tylko przyjaciółki, tak dobrymi, że rozumieli się bez słów. Jak to się mówi 'przyjaciel to jedna dusza w dwóch ciałach' i tak są nadal postrzegani przez otoczenie. Ale Ali...
Ale chwila, co ja się będę tłumaczyć. Mam jeszcze na to jakieś piętnaście notek! :P I mnooooooóstwo retrospekcji!
Żyła ;D
Pozwolisz, ze zacytuję "Jesteśmy sobie potrzebni", rozdział 17. bodajże.
Jeżu, ja muszę naprawdę wprowadzić lepsiejsze rozkminy, bo chyba za bardzo kluczę. Pierwsza osoba jednak ciężka jest, bo jak bohaterka nie wie czego chce, to nie mogę sama jej w usta wkładać gotowego rozwiązania.
(Pff, czarna się nie nadawała, a ta szara to na zdjęciu nie jest dokładnie to, o co mi chodziło. Ale podoba mi się taki krój :>)
"Ale to chyba żadna niespodzianka, wszystkie „początki” tak wyglądają" - z jednym małym wyjątkiem, brzemiennym w skutki.
Jakby Pero nie wyskoczył od razu z portfelem, to by Alicji nie przekonał. A on chciał jej prezent zrobić i kropka.
Ona nie jest typowym psychologiem, chyba już to ustaliliśmy? Zresztą, Alicja nawet nie lubi psychologów, jest swego rodzaju paradoksem, bo uważa, ze te wszystkie techniki są beznadziejne i skutkują tylko w niewielkiej liczbie przypadków, bo nie każdego człowieka dla się "zaszufladkować".
Przemowa Alicji jest beznadziejna, co sama przyznaje. Choć mnie, po 5. przeczytaniu pod rząd zaczyna się podobać XD.
Ala jest... zagubiona, rozdarta. A to nie sprzyja byciu łagodną owieczką i kwitnącym kwiatem lotosu na tafli jeziora. W pracy musi taka być, prywatnie - musi odreagować. zresztą, kto powiedział, że ona taka milusia jest? Ej, kumpluje się z Katką! Uczyła się od najlepszych! (nie, nie zrobię z niej Tośki, spokojnie. Ala po prostu jest z natury sarkastyczna, po bliższym poznaniu. Z daleka stwarza pozory XD).
Miało być "exegi monumentum", miało. A w pierwotnej wersji, była mowa o "cieniu wiatru", bo to z tego cytat. Ponoć, bo nie wiem skąd się pojawiło w mojej głowie. Kiedyś Zafona czytałam, ale to było dawno.
JA NIE UMIEM W ROMANSE, NIE MUSISZ MI PRZYPOMINAĆ.
Oczywiście, że nie skorzystała. I to nie było wymawianie się, Mittner naprawdę była zmęczona - wieczorem i całą tą sytuacją, bo choć wydaje się, że podeszła do tego pocałunku dość frywolnie, to dużą ją to wszystko kosztowało. Mętlik ma w głowie nielichy, bo rozsądek jedno, sumienie drugie, a ciało nadal swoje. (wiem, że komenciłaś na bieżąco, wiem. Pierwotnie to miało być z perspektywy Ali, noale. Nie wiem czy byłoby lepiej, obawiam się, że nie).
"Nie ma szczerości. Nie ma spokoju. Nie ma wielkiej miłości" - jest za to jedno wielkie "on zasługuje na coś lepszego, czemu do cholery się tak upiera. I czemu do cholery, wcale mu w tym nie pomagam?"
Dobra, dobra. Poświęcę to przejściowe Kulm na garść wyjaśnień, bo widzę, że tu ten bajzel w alicjowym serduchu bardziej mglisty jest, niż mi się wydawało.
CDN
Znowu Mila? ZNOWU? Ech. Kończ te Tośki i róbmy tego crossa, bo inaczej się od siebie nie uwolnimy, no!
Usuń(Porównujesz mnie do "Zmierzchu"? Naprawdę tak nisko upadłam? Ech, a liczyłam na "still better love story than Twilight")
"wydaje mi się, że Ala trochę lubi matnię, w którą wpadła" - nie lubi, wierz mi. A to, że nie widzi rozwiązania, które miałoby sens, to inna bajka. Jest takie rozwiązanie, ale tutaj ma wewnętrzny konflikt interesów i chyba podświadomie odsuwa je od siebie.
Tak, tak, wiem. Musi pogadać z Peterem. Się zrobi. Soon.
Bo Ala to grzeczna dziewczynka i nie całuje się z pierwszym lepszym chłoptasiem, o. Jej związkowe skille są ujemne, więc wygląda to tak, jak wygląda. I wgl, w pierwszej wersji to oni całowali się dopiero tam, gdzie się dzieje wysłany Ci wczoraj spojlerek. Więc ten, i tak jest nieźle.
Kasia <3
No, ba! Nawiązania są chyba oczywiste, nie?
Katka by pojechała. A potem Ala musiała by auto zezłomować, bo w kawałkach by wróciło :P
"Nie po to się przecież pyta, czy będą się dalej widywać, żeby usłyszeć negatywną odpowiedź" - zasadniczo, Klemens nie pyta, czy będą się dalej widywać. A jeśli, to w kontekście tego, jak teraz te przypadkowe spotkania na skoczni będą wyglądać. Bo będą cały czas w zasięgu swojego wzroku, tego nie da się uniknąć. A jednak, byli przyjaciółmi, łączyło ich wiele, nie mówię tu o niczym romantycznym. To nie jest coś, co da się tak łatwo wymazać z pamięci. Ale trzeba, bo ich relacja działa na zasadzie "wszystko albo nic". Muszą zrezygnować nawet z przyjaźni, ograniczyć się do krótkiego "cześć" w windzie. O to pyta Klemens, tylko o to.
Fakt, tak to wygląda, że to Klimek był "tym złym", ale i Ali zdarzało się popłynąć. A wtedy do Klemens mówił "dość" (odsyłam do rozdziału ósmego tym razem ;P).
Coś w tym jest, z tym wołaniem o pomoc, ech.
No, się trochę rozpisałam, ale czułam potrzebę wytłumaczenia się z tego i owego. A tłumaczą się winni. Więc ASAP siadam i piszę dalej, by uniknąć kolejnych niedomówień.
Wielbię Cię bardzo za Twoją szczerość. Obawiam się, że ta historia nie potoczyła się do końca tak jak planowałam. I obawiam się, że zjecie mnie za zakończenie, ale trudno.
Też kocham mocno, uciekam piec, a nuż mnie natchnie?
Miłości wiele! <3
Przepraszam ale nie ogarniam rzeczywistości i zaległości nie jestem w stanie nadrobić dlatego zostawiać po sobie śladów pod poprzednimi rozdziałami nie będę. Spróbuje skomentować ten tu ale nie wiem co z tego wyjdzie.
OdpowiedzUsuńJak Peter mógł zostawić Cene z tymi tobołami?! Toż to walizki trzech osób a pewnie i sprzęt sportowy, narty i wychodzi nam z tego cały bagażnik. Ok, koloryzuje. Wyobraziłam sobie Cene pod walizkami i żal mi się chłopaka zrobiło :(
Kolejny brat- Domen, irytująca bestyjka sprawdzająca "bratową". Jeden narzeka na drugiego, robią sobie psikusy, zostawiają z walizkami a jak przyjdzie co do czego to jeden stanie za drugim murem. Demonie jak ty troszczysz się o brata :D
Trzech braci bije się o herbatę a Ala swoją chętnie by oddała. Peter jak mogłeś nie napluć xD Odzwyczaił się chyba od życia z szarańczą.
"I nie łudź się, on się w ogóle nie potrafi całować! " haha tak, tylko młodsze rodzeństwo potrafi zrobić taką reklamę (wiem co mówię, jestem ta młodsza xD siostra miała ze mną piekło).
Dużo tu takich uroczych scenek: herbatka, jajeczniczka, poprawianie czupryny. Zrobiło się rodzinnie, jakby Ala należała już do rodziny (a teściów nadal nie zna)
Katja, malarka, artystyczna dusza. Obudziła się pewnego pięknego grudniowego poranka i postanowiła rzucić swoje dotychczasowe życie i rozpocząć nową przygodę? Może coś skłoniło ją do tego wyjazdu. Może pojawił się ktoś kto wywrócił jej życie do góry nogami? Byłaby tak okrutna? Zobaczymy, może Katja pojawi się jeszcze w tym opowiadaniu a jeśli nie to płakać za nią nie będziemy.
Peter wykonał pierwszy krok, jest gotowy zapomnieć o Katji, zacząć pisać nowy rozdział swojej historii. Plus dla niego. Nie można żyć przeszłością, wspomnieniami, wyidealizowaną wizją Katji. Dla Ali jest chyba jeszcze za wcześnie na wyrzucenie Klemensa ze swojej głowy i swojego serca.
Do Klemensa czuje coraz większą niechęć, leży w łóżku z żoną, obejmuje ją a w jego głowie obraz Alicji, następna sytuacja- zakupy, wybieranie nart dla syna, spędzanie czasu z rodziną a w głowie znów Alicja. Mam wrażenie, że gdy piszesz o Alicji albo jej relacjach z Peterem to Klemens nie przewija się tak często jak Alicja w myślach Klemensa. (Nie wiem czy zrozumiałaś to co napisałam... Brak w tym ładu i składu).
Alicja :O Serio? Da się tak robić zakupy? Kiedyś byłam świadkiem jak starsza pani o kulach zaczepia ekspedientkę przy samym wejściu i pyta o czarne buty na płaskim obcasie bez dziwnych ozdób. Po 3 minutach wyszła ze sklepu z pustymi rękami- obsługa nie zdołała jej pomóc. (ok... w tym komentarzu będzie wszystko, coś o rozdziale, przygody z życia wzięte czytaj: jeden wielki miszmasz)
Trenerze szukaj innego mówcy na następne tego typu spotkania. Drugi raz Alka nie da się w to wrobić ;D
Cene zorganizował wolną chatę bratu a tu co? Zero wdzięczności.
Alicja mnie zaskoczyła. Wiedziałam, że nastąpi ten moment w którym powie "Dość" Klemensowi ale nie spodziewałam się twierdzącej odpowiedzi na jego pytanie.
A Klemens jak zwykle wszystko utrudnia. Chłopie! Nie chciałabym być w twojej skórze jeśli Aga pozna waszą miłosną historię. Żywy z tego nie wyjdziesz a dziecko straci ojca.
Jeśli Ala opowie wszystko Peterowi to Klemens też powinien przyznać się do wszystkiego Agnieszce. Jeśli ona dowie się o wszystkim przez przypadek będzie jeszcze gorzej. Aga zasługuje na kogoś lepszego. Na kogoś kto będąc daleko od niej nie poszuka sobie zastępstwa.
Rozpisałam się, pominęłam mnóstwo ważnych wątków a pisze ten komentarz już chyba godzinę. Nie ma dla mnie nadziei :(
Do następnego :) Może wreszcie pojawię się na czas :*
Spokojnie, trzsba być szalonym, by porwać się na pisanie komentarzy pod każdą nadrabianą notką (co nie znaczy, że ja tak nie robię :p).
UsuńWidzę, że Prevcowa rodzinka przypadła wszystkim do gustu :D
Cóż, ja w kwestii rodzeństwa doświadczenia nie mam, ale wyobrażam to sobie właśie tak :).
Zdradzę, że Katja się jeszcze poniekąd pojawi, ale nic więcej nie powiem! (to mi się udało, a co!)
Trafiłaś w mój słaby punkt. Klemens. To nie jest do końca tak, że Ala o nim myśli mniej niż on o niej. Ona po prostu tak mocno zakorzeniła w sobie myśl, że to jest złe, że zepchnęła go na sam skraj umysłu. Ale mimo to, Murańka cały czas jej towarzyszy i nie pozwala normalnie funkcjonować. Mittner trzyma Prevca na dystans nie tylko ze względu na niewyjaśnione sprawy między nimi i obawę przed zranieniem go, alw także ze względu na Klemensa, choć sama do siebie tej myśli nie dopuszcza.
Klemens ma nieco wieksze problemy z Alą, ale to chyba dlatego, że z nienacka ponownie pojawiła sięw jego życiu, kiedy myślał już, że więcej jej nie zobaczy. A poza tym, muszę się Wam przyznać, że musiałam gdzieś 'upchnąć' wyjaśnienie i porownanie relacji Klimka z Agą oraz Klimka z Alą. Tym drugim zadaniem mogłabym dla równowagi obarczyć Mittner, ale... Ale w tym rozdziale była już nieco zajęta ;).
Zero wdzięczności, bo Pero wiedział, że ciężko mu będzie trzymać łapki przy sobie, a nie chciał Alicji wystraszyć jeszcze bardziej ;).
(Ej, pominęłaś calkowicie wybitnie schrzanioną super romanyczną scenę :<)
Co do tej twierdzącej odpowiedzi, też niewiele powiem, będzie, wszystko będzie (mam nadzieję, że nie pogubię wątków). A czy Aga się dowie? I jak zareaguje? Cóż na rozwiązaniw tej kwestii musicie trochę poczekać.
Spokojnie, ja komentarze czasem tworzę cały dzień :p. Nie krępuj się.
Bardzo dziękuję za bardzo trafny komentarz i postaram się przybyć z nowym rozdziałem wkrótce!
Buziaki!
Liczę, ze jak sezon wrócił to ty tez wrócisz 🙈 #pelnanadzeji
OdpowiedzUsuńRozdział 21. na finiszu! Będzie przed Świętami (myślę). Stay tunned! :*
UsuńO rany, wpadłam zupełnym przypadkiem, zerknęłam na 20 rozdział i zainteresował mnie Twój styl pisania, bo piszesz naprawdę świetnie, a ciężko jest coś dobrego mi ostatnio znaleźć. Postanowiłam dać szansę tej historii i koniec końców poszłam dzisiaj spać o drugiej, bo musiałam przeczytać wszystkie rozdziały. Kocham to chyba za mało powiedziane. Liczę, że rozdział jeszcze się tutaj pojawi, a Alicja nie spieprzy relacji z Peterem, bo jak mam być szczera to moi ulubieńcy. Klemens i Alicja denerwowali mnie od samego początku i dobrze, że w końcu Ala postanowiła to wszystko między nimi zakończyć, bo się plątali obok siebie i w żadnym kierunku to nie szło.
OdpowiedzUsuńDobrze się składa, bo właśnie kończę następny rozdział i pojawi się przed Świętami, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem :)
UsuńBardzo się cieszę z każdego nowego czytelnika! <3 To naprawdę wiele dla mnie znaczy!
Jej, naprawdę podziwiam, bo to przecież ma już ponad 200 stron A4 razem! :O
W kibicowaniu Prevcali (??? w sumie chyba czas im wymyślić shipa, nie?) nie jesteś osamotniona. A co się z nimi będzie dalej dziać.. cóż, sama zobaczysz.
Muah, dziękuję bardzo za miłe słowa. Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej ;)
E_A
Domen! Ty jedna wielka paplo! Normalnie jak jakaś przekupa na bazarze.
OdpowiedzUsuńAle już mialam nadzieję na spotkanie Ali z teściami, a ci wyjechali sobie i tylko nowego szwagra pozna.
Peter oddający bluze... Mmm. Też bym wolałaby jednak jego bluze niż herbatę. A zwłaszcza różaną.
Prevcowie czyli przykład idealne rodzeństwa. Ale za wejście z jajecznicą to im się solidne lanie należy. Ze tez nie wiedzieli kiedy wyjść z kuchni tylko w takiej chwili. Echhh.
Z chęcią pomoge Peterowi z zabójstwem. A nawet sama to za niego zrobię!
"-Kosą - powtarza, naciągając spodenki jeszcze bardziej, tak że dostrzegam brzeg koronkowych majtek. Czarnych, dla ścisłości.
Prevc, ogarnij się. Ogarnij się, do cholery."
Pomijając fakt, że ciężko mi sobie wyobrazić Alę z kosą, to błagam cię Peter! Nawet nie probuj mi się tam ogarnąć! Weź ją w ramiona i zanieść do sypialni zamykając drzwi za sobą co by braciszkowie nie weszli znowu w nieodpowiednim momencie!
Panie Domen! Niech pan brata nie powstrzymuje. Niech się dzieci rodzą, bo kto na pana emeryturę będzie pracował, co?!
O matulko. Co ta Katja zrobiła naszemu biednemu Peterowi? Nie dość, że został z pierścionkiem, to jeszcze znikneła bez słowa. Biedny chłopaczyna.
No Klemens! Wreszcie cię szanuje za zachowanie! Wreszcie robisz to co należy! A z Agnieszką zakładam klub hejtowania oliwek!
Ooo imprezka w Kulm. Lubię to :D
Chyba przeceniłam cię Klemens. Jesteś z żoną to wspominaj pierwsze wakacje czy podróż poślubną, a nie Chorwacja z Alicją!
A Alicji myśli zaczynają powoli, z dnia na dzień, godziny na godzinę iść w coraz lepszym kierunku. Tylko jak to schrzani to zaraz po Domenie stanie się moją ofiarą.
Przyszli Państwo Prevcowie. To ze macie moje błogosławieństwo nie oznacza, że możecie zachowywać się bardzo nieprzyzwoicie w miejscach publicznych. Proszę się opanować, bo i tak pewnie zaraz zza kotara wyskoczył któryś z braci lub Tepes.
Peter, było po kryjomu kupić jej tą czarną sukienkę. Może wam się kiedyś przydac ;p
Mmm Pero w garniaczku. I wcale nie jest tak, że czego oczy nie widza tego sercu nie żal:D
Cene, dziecko me najukochansze. Jak ty potrafisz wszystko zorganizować. Kochany Cenuś.
Boże mój kochany! To wystąpienie Ali... aż nie wiem co powiedzieć. Było genialne. Po takich słowach to Słowenia zostanie zwycięzca w klasyfikacji medalowej. Piękne słowa. Choć potem ma racje. To jest to co chcemy tylko usłyszeć, a w decydującej chwili potrzebujemy raczej czegoś indywidualnego, a nie ogólnie znanych sformułowań motywacyjnych.
A z Kasią chyba mogę się nieco utożsamiać z oczekiwaniem na ten pocałunek :)
Wcale mi się ta rozmowa z Klemensem nie podoba. Zdecydowanie NIEEEE!
Awwww!!!! Tarasik!!!! Wreszcie!!!!
UPS. Cene będzie zawiedziony, ze zostawił pusty dom a oni tego nie wykorzystali. Ale co zaduzo to niezdrowo.
Przepraszam bardzo, ale ze co? Ze niby Alicja myśli ze zrobi to samo co Katja? Obejdzie bez słowa? O nie moja droga, nie można nawet przez sekundę tak myśleć! Chyba, ze chcesz się pożegnać z życiem równie szybko jak Domen. Zdobądź się wreszcie na odwagę i mu wszystko powiedz, a nie dajesz nadzieje a potem jednak zabierasz.
No dobra. Rozmowa z Klemensem chyba się udała. Bogu dzięki jednak jej nie zatrzymywal i pozwolił odjechać. Tylko niech mi się na skoczni nie pałęta pod jej nogami. Bo jeśli będzie go tam zdecydowanie zbyt dużo to mam nadzieję, że "nie żeby specjalnie, ale całkiem przez nieuwagę " dostanie Prevcowymi nartami przez łeb. A jak nie, to ja chętnie nabiorę z szopy stare Kłuskowe narty i przybede z odsieczą.
Jeden wielki plus z tej rozmowy, to że Ala powiedziała na głos, że kocha Pero. Mam nadzieję że teraz będzie robić tylko mądre rzeczy by za kilka lat i ona mogła śpiewać kołysanki małemu Peterkowi lub małej Alicji. Czekam na ten piękny dzień.
Rozdział cudo. Chyba będzie moim ulubionym, choć sylwester w Ga-Pa to spora konkurencja ;D
Ps. Pierścionek cudo, sukienkę miałam nadzieję, ze pokazesz ale tą czarną ;)
To żeś mi elaborat strzeliła! XD Ale lubię to, serio!
UsuńDemon to... Demon XD i już!
Ej, jajecznica dobra jest! Ze szczypiorkiem!
...proszę mi tu Alicją nie dysponować wbrew jej woli! A na braciszków zamki nie pomogą. Jak nie drzwiami, to oknem :P
Katja to... Katja. Jeszcze zobaczysz.
#teamOLIWKI
Oni się bardzo grzecznie zachowują, biorąc pod uwagę okoliczności :P
Wystąpienie jest kiczowate, ale jak je czytam 125 raz, to zaczynam się do niego POWOLI przekonywać.
Ogółem wszystko jest prawie okej, ale Alce taki profilaktyczny raz nartą w potylicę by się przydał, nie przeczę.
Żadnych Peterków i żądnych Alicji! Przecież matka byłaby z niej okropna!
Zdradzę ci, że to jeden z moich top rozdziałów :P.
Czarną kajś miałam, ale mi ją znikło :P Miło, że zajrzałaś w linki :D