Do Ga-Pa docieramy bardzo późnym wieczorem, więc tylko odbieramy
klucze i kładziemy się spać. Znów dzielę pokój z Jurijem, który
standardowo wygrywa wyścig do łazienki i siedzi tam dobre
czterdzieści minut, nim mogę wziąć szybki prysznic. Piętnaście
minut później gaszę światło i idziemy spać.
- Prevc? - zaczepia mnie Tepes, kiedy już prawie zasypiam.
- No?
- Jak to spieprzysz to cię znajdę i wsadzę ci te twoje narty tam,
gdzie światło nie dochodzi, jasne? - mówi, a ja mimo iż jestem
pewien, że mówi o Turnieju...
...to w pierwszej chwili na myśl przychodzi mi zupełnie inna
sprawa, której naprawdę nie chciałbym, jak to określił Jurij,
„spieprzyć”.
Uśmiecham się lekko do swoich myśli, rad, że Tepes tego nie może
zobaczyć.
- Jasne. Idź już spać, bo zaczynasz filozofować.
- Ja ci tylko daję dobre rady... Dobranoc! - przewraca się na drugi
bok i w końcu daje mi spokój.
A ja zasypiam z uśmiechem na twarzy, mając przed oczami postać
Alicji.
[Klemens]
Po przyjeździe do Ga-Pa rozglądałem się za wozem Słoweńców,
nawet nie zdając sobie sprawy z tego co robię. Szybko jednak
uświadomiłem sobie, że ponownie są zakwaterowani w innym miejscu
i poczułem z tego powodu zupełnie niezrozumiały zawód.
A raczej zupełnie zrozumiały.
Bo przecież to tam jest Alicja.
Tym razem dzielę pokój z Maćkiem i Jankiem, który od konkursu w Obersdorfie
jest nieskory do żartów. Podobnie jak i mnie, nie wszystko poszło
po jego myśli i zgodnie z turniejową tradycją, ten który gorzej
spisze się w noworocznym konkursie zostanie wymieniony na innego
zawodnika na austriacką część Turnieju.
A ja nie mogę sobie na to pozwolić.
Noc mija mi na niespokojnych snach, pełnych dziwnych wizji. Wizji,
które w swej nierealności są bardzo przyjemne. Wizji, na które
pozwolić sobie mogę jedynie w snach.
Kiedy więc schodzę rano na śniadanie, absolutnie nie czuję się
wyspany. Niemrawo zabieram się za smarowanie chleba masłem,
rozmyślając jak silnie przywiązany jestem do Alicji, że nie mogę
zapomnieć o niej nawet na kilka chwil.
W zamyśleniu kończę śniadanie i wracam do pokoju, by przygotować
się do popołudniowego treningu, jednym uchem rejestrując gniewne
mamrotanie Janka, który nie może znaleźć swoich rękawiczek.
Nie może tak być. Jeśli nie chcę postradać zmysłów, muszę
nauczyć się nie oglądać ciągle wstecz. Muszę nauczyć się, że
Alicja należy już do przeszłości, do której nie powinienem
wracać. Należy do przeszłości, mimo iż jest tak blisko.
Wiem, że nie będzie to łatwe. Ale muszę spróbować.
Muszę spróbować zapomnieć o tym, co do niej czuję.
Bo wątpię, by udało mi się przestać czuć.
Przestać ją...
- Klimek, odbierzesz w końcu ten cholerny telefon, czy mam go
wypieprzyć za okno...?! - z zamyślenia wyrywa mnie głos
zirytowanego Janka, który pakuje się przed wyjściem na trening,
gniewnie wrzucając rzeczy do torby.
Porywam
telefon ze stolika i ostatniej chwili naciskam zieloną słuchawkę,
nawet nie zerkając na wyświetlacz.
- Już się bałam, że nie odbierzesz.... Czemu nie zadzwoniłeś
wczoraj? - słyszę zmartwiony głos Agnieszki.
Wychodzę na korytarz, by nie drażnić Janka jeszcze bardziej i
opieram się o ścianę koło drzwi do naszego pokoju.
- Przepraszam, wyjeżdżaliśmy w wielkim pośpiechu i kompletnie o
tym zapomniałem – mówię, z przykrością uświadamiając sobie,
że zbyt często zapominam o tym by do niej zadzwonić.
- Nie szkodzi, domyśliłam się – uspokaja mnie. - Po prostu się
martwiłam. Jak się trzymasz?
- W porządku – odpowiadam, wiedząc, że ma na myśli mój
nieudany konkurs. Doskonale mnie zna i wie, jak mocno potrafię
przeżywać tego typu porażki. - Wypadek przy pracy, który już się
nie powtórzy.
- To dobrze, pamiętaj, że razem z Klimkiem mocno trzymamy za ciebie
kciuki! - mówi, a ja uśmiecham się na myśl o naszym małym synku.
- Właśnie, jak Klimek? Przeszedł już mu ten katar? - pytam,
siadając na ziemi.
- Tak, posmarkał trochę, ale po tej maści, którą dał lekarz od
razu mu przeszło – uspokaja mnie. - Dobrze, ja już ci nie
przeszkadzam, bo zdaje się, że zaraz masz trening. Zadzwonię
wieczorem, okej...?
- Tak, do usłyszenia – odpowiadam.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też – rozłączam się i przez chwilę wpatruję się
w drzwi naprzeciw mnie.
Muszę się postarać. Jeśli nie dla siebie, to dla Agnieszki. I dla
Klimka. Bo oni też we mnie wierzą i trzymają za mnie kciuki. Świat
przecież nie kończy się na Alicji, czas najwyższy by to do mnie w
końcu dotarło.
- Klemens, a ty się dobrze czujesz...? - w drzwiach pojawia się Dawid. - Czemu stalkujesz moje drzwi...? - pyta podejrzliwie.
- Uciekłem przed wkurzonym Jankiem – odpowiadam.
- No, dzisiaj bez kija to nie ma co do niego podchodzić... Okres ma czy, jak...? - zastanawia się na głos, drapiąc się po blond brodzie. - Ale
lepiej się już zbieraj, bo i tak jesteśmy spóźnieni –
informuje mnie, więc podnoszę się i wracam do pokoju po swoje
rzeczy.
Na skoczni skupiam się na rozgrzewce, a dźwięk na odtwarzaczu MP3
podkręcam bardziej niż zazwyczaj, by zagłuszyć chęć rozglądania
się w poszukiwaniu Słoweńców. Moim planem na dziś są dobre
kwalifikacje, by mieć dobrą pozycję wyjściową w jutrzejszym
konkursie. Chcę udowodnić, zwłaszcza sam sobie, że potrafię
zapanować nad swoimi uczuciami i nie poddawać się im podczas
zawodów.
Chcę sobie udowodnić, że wcale nie potrzebuję Alicji.
Dlatego może Maciek zwraca na siebie moją uwagę, dopiero kiedy
mocno mną potrząsa.
- Klimek, coś ty dziś taki nieobecny...? Pytałem, czy nie
widziałeś Ali – mówi, kiedy już ściągam słuchawki, w których
wciąż dudni moja energetyczna playlista. - Chciałem z nią
porozmawiać jeszcze przed kwalifikacjami...
- Nie, nie widziałem jej... A Tepesa pytałeś? Albo Prevca? -
proponuję.
- No, oni właśnie też jej nie widzieli... - wzdycha zmartwiony
Maciek. - Naprawdę nie wiesz, gdzie może być...?
- Pewnie zaszyła się z Kasią w jakiejś kawiarni – mówię po
chwili zastanowienia. - Mogą gadać godzinami i jeszcze im mało, a
przecież teraz mają niepowtarzalną okazję...
- Okej, to ja się za nimi rozejrzę. Dzięki, Klimek! - klepie mnie
po łopatce i rusza w swoją stronę.
A ja ponownie zakładam słuchawki i wracam do rozgrzewki. Zdaje się,
że mam dziś kwalifikacje do wygrania.
[Alicja]
- Nie możesz ich ciągle faszerować żelkami...! - wzdycham,
energicznie mieszając herbatę. - Potem zaczną spadać na bulę i
będzie na mnie, a przecież nie mogę ich ciągle pilnować. To nie
małe dzieci w końcu...!
Siedzimy znowu w pobliskiej kawiarni, z dobrym widokiem na skocznię.
Standardowo już ignorujemy treningi, choć ja jestem nieustająco
pod telefonem „na wypadek gdyby”. Nie jestem pewna o jakie
wypadki może chodzić, ale pilnuję by mój telefon był sprawny i
wyjątkowo nie był wyciszony.
- Więc ich nie pilnuj, mają w końcu własny rozum – wzrusza
ramionami Kasia i nalewa sobie herbaty z pękatego czajniczka. - A ja
chciałam być po prostu miła...
- Ty będziesz miła, a ja potem zbiorę za kiepskie wyniki... -
mruczę, wciąż nieudobruchana. Zapach goździków, pływających
na powierzchni mojego napoju, przyjemnie drażni mój nos, zaciągam
się więc nim, co nieco łagodzi wydźwięk mojej wypowiedzi.
- Kiepskie wyniki? Nie zauważyłaś przypadkiem, kto jest obecnie
głównym faworytem do wygranej? - prycha. - Peter Prevc? Mówi ci
coś to nazwisko...?
- To było zanim zeżarli połowę twojego zapasu słodyczy –
wywracam oczami. - To raz. A dwa, Peter to zupełnie osobna historia
– mówię z ciężkim westchnieniem.
- Czyżbyś się zakochała, czy mi się wydaje...? - Kasia zaczyna
mi się podejrzliwie przyglądać.
- Mam nadzieję, że nie. Przypominam ci, że w przeciwieństwie do
ciebie, ja jestem w pracy, jakby nie było – mówię gorzko. -
Zakochiwanie się kiepsko się sprawdza w moim przypadku, nie
sądzisz...?
- A przyłożył ci ktoś kiedyś czymś? - moje słowa wywołują u
niej niespodziewany gniew. - Alicja, do jasnej cholery! Czasami mam
wrażenie, że wciąż ci się roi, że Klemens jest realną opcją.
Otóż, uwaga: NIE JEST. Ma żonę. I dziecko. Więc, nie, NIE
BĘDZIECIE RAZEM – kończy wyjątkowo gniewnie.
- Kaś, co w ciebie wstąpiło...? - pytam, zaskoczona jej wybuchem,
zamierając z łyżeczką w połowie drogi do ust. - Ja przecież nigdy nie mówiłam...
- Ale czasem się tak zachowujesz. Klemens zresztą też – prycha.
- Oboje jesteście siebie warci. Problem w tym, że nic z tego. I ty
dobrze o tym wiesz. Ale to się robi powoli irytujące, zwłaszcza,
że Peter... - milknie gwałtownie.
- Mam wrażenie, że coś przede mną ukrywacie. Ty i Cene – mówię powoli,
kiedy jej milczenie się przedłuża i bardzo intensywnie zaczyna
interesować się swoją herbatą. - Ale masz trochę racji. Gdybyś
nie miała, to nie byłoby mnie tu.
Kasia wzdycha ciężko.
- Po prostu nie chcę, żebyś czegoś potem musiała żałować,
rozumiesz? Przecież widzę, co się z tobą dzieje, to kwestia
czasu, a stanie się coś, czego się nie będzie dało odkręcić. A
Agnieszka? - pyta nagle. - Myślisz o niej czasem?
- Myślę. Prawie codziennie – odpowiadam krótko, obejmując
mocniej kubek dłońmi.
Codziennie zastanawiam się, co by było gdyby Aga się o tym
wszystkim dowiedziała. Co by było, gdybyśmy z Klemensem posunęli
się za daleko, jak bardzo oboje czulibyśmy się z tym źle, ze
względu na Agę właśnie.
Ale myślę też co by było, gdyby... Gdyby nasze ścieżki, moja i
Klemensa, skrzyżowały się choćby parę lat wcześniej. Co by
było, gdybyśmy poznali się, kiedy nie miał ani żony, ani
dziecka. Co by było, gdyby... Gdybyśmy mogli po prostu być razem.
- Jakby nie ona to nie byłoby problemu, nie? - stwierdza Kasia
kwaśno, jakby czytając mi w myślach. A ja muszę przyznać jej po
cichu rację. Taka jest bolesna, niewygodna prawda.
- No i jest jeszcze Peter – przypomina mi Kaś. - Jesteś właśnie
na najlepszej drodze, by doprowadzić go do obłędu. Nawet ja nie
wiem, czy ci na nim zależy, tak jak jemu na tobie. Bo mam nadzieję,
że zauważyłaś, że mu zależy, co?
- Zauważyłam – mruczę i chowam się za kubkiem z herbatą. -
Boję się, że ufa mi o wiele za bardzo w tym względzie... - mówię,
jednak w mojej głowie niespodziewanie pojawia się wczorajsza scena
z kwiatkami, wieczór w Obserdorfie i inne liczne, drobne gesty.
Gesty, które wywołują na mojej twarzy cień uśmiechu. Gesty,
które sprawiają, że jakoś łatwiej jest mi nie myśleć o
Klemensie i całej tej porąbanej sytuacji. Gesty, dzięki którym
czuję się bezpieczna i szczęśliwa.
Gesty, które pozwalają mi myśleć, że być może mogłabym...
Mogłabym go rzeczywiście...
...pokochać?
- Więc czas najwyższy, żebyś na to zaufanie zasłużyła... –
Kasia wywraca oczami, nieświadoma myśli, które właśnie krążą
mi po głowie. Myśli, do których ciężko mi się przyznać nawet
przed samą sobą. - Czemu nie możesz po prostu przyjąć do
wiadomości, że jest najlepszym co może ci się przytrafić...? Że
to jego właśnie potrzebujesz? A on ciebie, bo przecież...
- Ty coś wiesz – mrużę oczy, bo znów urywa w pół słowa.
- Wiem – stwierdza krótko. - Ale ci nic nie powiem. To sprawa
między tobą i Peterem. A ty musisz sama sobie zacząć radzić...
- Kiepsko mi to wychodzi, nie? - wzdycham. - Ech, jeszcze ten
nieszczęsny Sylwester dzisiaj... - zmieniam temat, bo zaczyna mnie
już boleć od tego głowa.
Mam wrażenie jakby w mojej czaszce siedział rój pszczół,
brzęczący, bzyczący i kłujący. Doświadczenia ostatnich dni,
wszystkie uczucia, gesty, niewypowiedziane słowa, domysły i
rozważania kłębią się w moim umyśle, nie dając jasnego obrazu
sytuacji. Potrzebuję czegoś, co pozwoli mi twardo stanąć na ziemi
i sprecyzować w końcu czego tak naprawdę chcę. Sprecyzować, czy
chcę dalej brnąć w to bagno, w które się wpakowałam, czy
przyjąć pomocną dłoń, którą wyciąga do mnie Peter, ze
świadomością, że nigdy nie uda się nam zbudować tak czystej
relacji, jakbyśmy oboje o tym marzyli.
- E tam, rozerwiesz się trochę – głos Kasi wyrywa mnie z tych
dziwacznych rozważań. - Wypijesz dwie lampki szampana, potańczysz,
a potem mi wszystko opowiesz – puszcza mi oko. - Nawet nie wiesz,
jak bardzo chciałabym móc tam pójść...!
- To się ze mną zamień, z chęcią ci odstąpię moje miejsce –
mówię, choć doskonale wiem, że taka zamiana jest niemożliwa. -
Ostatnio było tak nudno i sztywno, że uciekłam stamtąd czym
prędzej.
- E tam, Anze mówił, że rok temu było lepiej. Norwegowie ponoć rozkręcili imprezę i nawet Hofer poszedł w tango – informuje mnie Kasia,
dopijając herbatę do końca i oblizując łyżeczkę, w sposób
całkowicie sprzeczny z jakimkolwiek savoir-vivre'm. - Zresztą
i tak mam już zaplanowany wieczór - rzuca jakby mimochodem.
- O, to ciekawe... - zagajam.
- Anze i Cene obiecali mi, że nauczą mnie grać w pokera –
rozwija temat, zachęcona moim zainteresowaniem. - Bo nie znam ich
ulubionej wersji. I w szachy, bo chcę się w końcu dowiedzieć, jak
w to się gra...
- A ja od dawna ci mówię, że mogę ci to wytłumaczyć –
wzdycham, choć wiem, że przecież to nie o szachy tutaj chodzi.
Tylko po co tam Anze, w takim razie...?
- A czy ty wyglądasz jak Cene Prevc? - odcina mi się Kasia.
- Nie, od jakiejś dekady nie wyglądam na trzynaście lat – nie
pozostaję jej dłużna i też dopijam resztki swojej herbaty. -
Sprawdź może najpierw czy nie jest wampirem, czy coś... To
nienaturalne tak młodo wyglądać...
- Przed CZYM mam to sprawdzić...? - pyta podejrzliwie Kaś.
- Przed... bo ja wiem...? - udaję głęboką zadumę. - A tak w
ogóle, to wiesz, że on jest od ciebie dwa lata młodszy? - zmieniam
szybko temat, bo uświadamiam sobie, jak to mogło zabrzmieć.
- Wiem. A teraz mów O CZYM POMYŚLAŁAŚ – domaga się Kasia, tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- O niczym. Nie przeszkadza ci to? - pytam retorycznie, bo Kaś
zawsze miała słabość do młodszych facetów.
- Nie – odpowiada krótko i podnosi się z krzesła, zbierając bez
słowa swoje rzeczy.
- Ej, obraziłaś się...? Czy porzucasz mnie na rzecz wcinania
kolejnej porcji słodyczy z Cene...? - pytam, zaskoczona jej
zachowaniem, patrząc jak poprawia włosy pod czapką.
- Nie, po prostu od dwóch minut trwają kwalifikacje – odpowiada
spokojnie, a więc tonem zupełnie nie pasującym do zaistniałej
sytuacji.
- O cholera jasna! - zrywam się gwałtownie z miejsca, o mało nie
przewracając ażurowego stolika. - Dlaczego nic mi nie mówisz?! -
pytam z wyrzutem, wypychając ją z kawiarni i nakładając w biegu
kurtkę.
- A czy ja jestem twoim zegarkiem...? Zresztą Peter i Cene i tak
skaczą na końcu, więc po co się tak śpieszyć...? - wywraca
oczami.
- Bo ja jestem w pracy! - jęczę, ciągnąc ją w kierunku skoczni.
- I jak tak dalej pójdzie, to przez ciebie mnie z niej wyleją!
- Eee tam! Peter na to nie pozwoli – żartuje, nim mrożę ją
wzrokiem.
- Pośpiesz się - mówię tylko. - Dezman skacze jako dwudziesty,
muszę mieć co powiedzieć Janusowi potem – marudzę, choć
przecież istnieje nikłe prawdopodobieństwo, byśmy spóźniły się
aż tak bardzo.
- Alka? - odzywa się nagle Kaś, po dłuższej chwili milczenia,
kiedy docieramy już pod skocznię.
- No? - pytam zniecierpliwiona.
- Ale ubierz się ładnie na tę imprezę, co? - proponuje.
- Po co? - dziwię się, zaskoczona jej słowami, które wydają mi
się zupełnie wyrwane z kontekstu.
Uśmiecha się dziwnie, a mi się ten uśmiech bardzo nie podoba.
- Zaufaj mi, jeszcze mi za to podziękujesz. Peter zresztą też.
I tym razem to ona musi mnie pociągnąć w kierunku słoweńskiego
boksu, bo staję zaskoczona na środku parkingu. Przez głowę
przelatuje mi kilkanaście dziwnych myśli, łącznie z obrazem
czekającej na mnie w szafie sukienki oraz wspomnieniem spojrzenia
Petera, którym zwykł mnie obrzucać coraz częściej ostatnimi
czasy. A wizja zbliżającego się wieczoru, robi się nagle
dziwnie...
...ekscytująca?
[Klemens]
Po treningach czuję się naładowany pozytywną energią. Pierwszy
skok był taki sobie, ale dał mi miejsce w dziesiątce, drugi jednak
był już taki, jaki powinien być. Dlatego też do kwalifikacji
podchodzę z optymizmem. Mimo kiepskiego konkursu inaugurującego
Turniej, nie spadłem w klasyfikacji generalnej aż tak bardzo, więc
wyjeżdżam na górę z wysokim numerem startowym. Tam też przybijam
piątkę z Kamilem i Maćkiem, który po ostatnim konkursie wskoczył
do „dziesiątki” jako trzeci Polak. Czekając na swoją kolej,
wiążę buty i poprawiam kombinezon, pilnując by wszystko było
idealnie.
Niech nic nie popsuje tego skoku.
Bracia Prevcowie siedzą po drugiej stronie pomieszczenia i
rozmawiają o czymś cicho, choć wygląda to trochę, jakby się
kłócili. Cene zauważa, że się im przyglądam i milknie
gwałtownie, a Peter opiera głowę o ścianę, pewnie próbując się wyciszyć przed skokiem.
Skupiam się ponownie na postawionym przede mną zadaniu. Kiedy więc
ruszam w kierunku belki jestem maksymalnie skoncentrowany na tym, co
muszę zrobić.
Pomyślnie przechodzę kontrolę kombinezonu, zakładam narty i robię
jeszcze jeden przysiad, czując jak naprężają się moje wszystkie
mięśnie. Jestem gotowy.
Siadam na belce, poprawiam wiązania, robię znak krzyża i czekam na
znak od Łukasza. Zwleka z tym dość długo, mimo iż widzę odblask
zielonego światła, którego źródło jest za moimi plecami. Ufam
mu jednak i wiem, że stara się po prostu wybrać dla mnie najlepsze
warunki z możliwych. Warunki, które w połączeniu z odpowiednim
przygotowaniem i techniką dadzą najlepszy skok na jaki mnie w tej
chwili stać.
Chorągiewka opada w końcu tuż przed końcem czasu i energicznie
odpycham się od belki. Lata doświadczenia i tysiące oddanych
skoków mówią mi, że prędkość, którą właśnie rozwinąłem,
jest bardzo duża, muszę więc to dobrze wykorzystać. Trafiam w
próg, tak czysto, jakby wczorajszy konkurs był tylko złym snem i
układam się do lotu. Pęd powietrza szarpie moim ciałem, jednak
nie pozwalam mu wytrącić mnie ze starannie wypracowanej pozycji.
Minimalnie koryguję sylwetkę, gdy dostaję boczny podmuch i skupiam
się na linii wyznaczającej rozmiar skoczni. Kiedy czuję, że nie
dam razy wyciągnąć z tego skoku już ani centymetra więcej,
przyjmuję pozycję do lądowania, a moje narty dotykają śniegu tuż
za wspomnianą wcześniej linią. Czuję przyjemne napięcie, kiedy
nogi przyjmują obciążenie całego ciała, zwiększone poprzez siłę
grawitacji i przeciążenie, wkładam więc jeszcze więcej energii w
to, by utrzymać idealny telemark.
I chyba mi się to udaje, bo dostaję naprawdę świetne noty. Jeden
z sędziów nagradza mnie nawet „dwudziestką”, co w połączeniu
z wyśmienitą odległością daje mi pewne prowadzanie, nawet mimo
licznych punktów odjętych za sprzyjający wiatr.
Schodzę z areny skoczni i zmieniam na stanowisku lidera Maćka,
który ściska mnie serdecznie i klepie po plecach.
- No, Klimek! - mówi tylko, jednak szczerze cieszę się z takich
gratulacji. - Dzięki, że mnie zmieniłeś. Lecę pogadać z Alą,
bo udało mi się ją w końcu wypatrzeć – szepcze mi szybko,
kiedy pochylam się, by zdjąć buty i znika w tłumie.
Odruchowo podążam za nim wzrokiem i gdzieś tam daleko rzeczywiście
ją dostrzegam. Uśmiecha się na widok Maćka, a ja prędko odwracam
wzrok. Odwracam wzrok, bo wiem, że to się może źle skończyć.
Obiecałem przecież sobie nie robić już żadnych głupstw.
Obiecałem sobie zapomnieć o Alicji i skupić się na skokach.
Czekam w boksie lidera, aż komuś uda się mnie pokonać, jednak na
próżno. Najbliżej tego jest Cene, który ląduje w tym samym
miejscu co ja, jednak przy jeszcze silniejszym wietrze i plasuje się
tuż za mną. Peter z kolei skacze jeszcze dalej lecz ma problemy
przy lądowaniu i sędziowie odejmują mu za to kilka punktów.
Dlatego tuż po jego skoku podchodzi do mnie jakiś okrąglutki gość
i wręcza mi czek na dwa tysiące euro, nagrodę za wygrane
kwalifikacje. Szczerzy się przy tym do kamery i potrząsają moją
ręką, po czym mamrocze coś do mnie po niemiecku, czego niestety
nie udaje mi się zrozumieć i odchodzi.
Odkładam czek na bok i zaczynam zbierać swoje rzeczy. Kamil, który
ostatecznie uplasował się na piątym miejscu, podchodzi do mnie z
gratulacjami, a ja zerkam na tabelę wyników.
1. Muranka
2. Prevc C.
3. Kot
4. Prevc P.
5. Stoch
Uśmiecham się pod nosem, bo wygląda to całkiem obiecująco.
Niewielkie flagi umieszczone obok naszych nazwisk układają się w
ciekawy wzorek, mnie jednak interesuje tylko jedna rzecz – nie ma
najmniejszych szans na to, bym skakał ponownie z Peterem. Jedynie
jeśli...
- No to jest chyba jakiś żart...! - Kot siada obok mnie gwałtownie,
ewidentnie mocno wkurzony. - Jak to centymetr za dużo...?!
- Ale o co chodzi? - pytam zaskoczony jego wzburzeniem.
Maciek tylko wskazuje gniewnie na wyświetlacz, gdzie właśnie
pojawia się zaktualizowana lista wyników, z której jasno wynika,
że Kot został przed chwilą zdyskwalifikowany, co automatycznie
spycha go na sam dół tabeli.
- Zdaje się, że polskie pojedynki to już taka mała tradycja w
Ga-Pa – wzdycham, szukając wzrokiem biało-czerwonych flag w
pięćdziesiątce i z ulgą odkrywam pełen komplet. Większość
zmieściła się w piętnastce, jedynie Janek odstaje trochę od
grupy ze swoim dwudziestym piątym miejscem.
- Dyskwalifikacje chyba też... Już nie mają się czego czepiać,
tylko długości nart – mruczy dalej do siebie Kot. - Skurcz mnie
złapał przy pomiarze, to się trochę zgarbiłem... - mamrocze do
siebie.
- Idź do Gębali, żeby cię rozmasował przed imprezą – radzę
mu. - Żeby ci się to jutro nie przydarzyło...
- Chyba tak zrobię. A ty idziesz wieczorem? - dziwi się Maciek.
- A ty nie?
Kot krzywi się lekko.
- Nudnawo tam jest. Chyba zostanę w pokoju. Choć Ala wspominała,
że się wybierają całym sztabem, więc z sumie mógłbym z nią
pogadać, bo przez tę kontrolę, to zdążyłem się tylko przywitać
w sumie... - zastanawia się na głos, a ja odruchowo wręcz
odszukuję ją w tłumie.
Stoi roześmiana w otoczeniu Prevców, Laniska i Kasi kilkanaście
metrów ode mnie. Widzę jak śmieje się z jakiegoś żartu Anze,
zatykając usta dłonią, po czym naciąga Cene czapkę na oczy, co
ten kwituje naburmuszoną miną. Wygląda na szczęśliwą. A Prevc
patrzy na nią przy tym tak...
Tak, że nagle cała moja euforia z wygranych kwalifikacji znika,
jakby jej w ogóle nie było.
[Peter]
Oficjalna impreza, a w sumie to bal sylwestrowy, zaczyna się o
dwudziestej, więc po przyjeździe do hotelu nie mamy zbyt wiele
czasu na przygotowanie. Szczęśliwie, tym razem udaje mi się
wepchnąć do łazienki przed Tepesem, więc istnieje szansa, że uda
mi się nie spóźnić. Jurij marudzi mi pod drzwiami, więc wychodzę
w ręczniku i ubieram się pośpiesznie w przygotowany wcześniej
garnitur, wysłuchując niestety fałszywego zawodzenia Tepesa, który
jak zwykle podczas kąpieli spełnia się wokalnie.
Nie jest to coś, co moje uszy są w stanie znieść w takim
natężeniu, więc gdy tylko jestem gotowy wychodzę z pokoju.
Naprawdę, z dwojga złego wolę już chyba mieszkać z bratem. On
przynajmniej nie próbuje śpiewać.
Nawet nie zauważam, że nogi same niosą mnie piętro niżej, wprost
pod drzwi Alicji. Chwilę stoję przed nimi niezdecydowany,
ostatecznie jednak podnoszę rękę i pukam energicznie.
- Otwarte! - słyszę jej stłumiony przez ścianę głos.
Wsuwam się do środka, w momencie, gdy Ala wychyla się zza drzwi
łazienki. Owinięta w biały puchaty szlafrok i z wilgotnymi włosami
uśmiecha się na mój widok, wyłączając trzymaną w prawej ręce
suszarkę.
- Uciekłem przed zawodzeniem Tepesa – wyjaśniam, w odpowiedzi na
jej pytający wzrok.
- Wiem, niesie się rurami – krzywi się lekko, nasłuchując przez
chwilę. - Czy on próbuje parodiować Adele...?
- Obawiam się, że raczej próbuje ją coverować... – mówię z
pokerową twarzą, a Ala zaczyna się śmiać.
- Okej, widzę, że ty już gotowy... - zauważa po chwili, mierząc
mnie wzrokiem od stóp do głów. W jej wzroku pojawia się jakiś
błysk, który sprawia, że na nagle czuję przypływ sympatii do
Hofera, za narzucony na dzisiejszy wieczór dress code. - Daj
mi trzy minutki i będziemy mogli iść. Muszę tylko włosy wysuszyć
– mówi i znika w łazience.
Siadam na jej łóżku i obserwuję ją przez szparę w drzwiach,
które nie domknęły się do końca. Nuci coś pod nosem,
energicznie potrząsając suszarką, a ja uświadamiam sobie, że
chyba pierwszy raz widzę ją bez jej obowiązkowego,
charakterystycznego warkocza. Wygląda bez niego zupełnie inaczej.
Mniej profesjonalnie. A bardziej elegancko.
Bardziej kobieco.
Ala odkłada w końcu suszarkę i przeczesuje włosy szczotką.
Chwilę później uświadamiam sobie, że chyba powinienem zapewnić
jej trochę prywatności i odwracam wzrok, przyłapuję się jednak
na tym, że zaczynam myśleć o...
- No nie... - słyszę nagle jej poirytowane westchnienie, które
gwałtownie wyrywa mnie z zamyślenia. - Naprawdę...?
- Coś się stało? - pytam, ostrożnie podchodząc do drzwi
łazienki.
- Zamek się zaciął – mówi. - Chyba materiał mi się wsunął
do suwaka... - słyszę ciche szamotanie i jeszcze jedno bezsilne
westchnienie.
- Mogę wejść? - minimalnie uchylam drzwi i naprzeciw lustra
dostrzegam Alicję, szarpiącą się z zamkiem z tyłu sukienki.
- Zdaje się, że tylko ty mnie możesz uratować – wzdycha z
lekkim uśmiechem, dostrzegając mnie w drzwiach.
Wchodzę więc do łazienki i staję za nią, by zobaczyć co stało
się z zamkiem. Obciągam lekko ciemnoniebieski materiał poniżej
suwaka i wszystko wraca do normy. Zapinam ostrożnie sukienkę,
starając się ignorować intensywny zapach jej perfum. Oraz ciepło
promieniujące z jej ciała. Czuję jak Ala lekko napina mięśnie,
gdy przez przypadek dotykam jej nagiej łopatki. Cały czas czuję
jej wzrok odbity w lustrze, uważnie śledzący moje ruchy.
...jej włosy lekko łaskoczą mnie w nos, kiedy obejmuję ją w pasie i
ostrożnie całuję ją w szyję. Widzę w lustrze, jak przygryza z
zadowoleniem wargę, więc przyciskam ją do siebie jeszcze
mocniej...
- O czym tak intensywnie myślisz...? - jej głos sprowadza mnie z
powrotem na ziemię i uświadamia mi, że moja wyobraźnia chyba na
zbyt wiele sobie pozwala.
Prevc, co się z tobą do cholery dzieje...?
- O niczym – odpowiadam szybko i zdejmuję dłonie z jej ramion. -
Gotowe. Polecam się na przyszłość.
- W takim razie wykorzystam cię jeszcze trochę, skoro już mi się
wpakowałeś do łazienki - obraca się z uśmiechem w moim kierunku
i podaje delikatną srebrną bransoletkę.
- Podziękuj Jurijowi, choć zdaje się, że już skończył swoje
występy – mówię, lekko drżącymi rękami zapinając
bransoletkę. - Mówiłem ci już, że wyglądasz dziś bardzo
ładnie...? - dodaję, nie puszczając jej dłoni.
- Dziękuję – uśmiecha się skromnie. - Ty też wyglądasz nie
najgorzej w tym garniturze – zagryza wargę i strzepuje
jakiś niewidoczny pyłek z mojego ramienia.
- Nie najgorzej, hm...? Co w takim razie mógłbym poprawić...? -
pytam, unosząc brew i zmniejszając dystans między nami, a Ala
opiera się o umywalkę z figlarnym uśmiechem na twarzy. Kiedy tak
na nią patrzę, w mojej głowie znów pojawiają się bliżej
niesprecyzowane myśli... A raczej bardzo sprecyzowane.
- Myślę, że było by zdecydowanie lepiej, gdybyś potrafił
porządnie zawiązać krawat - ponownie sprowadza mnie na ziemię, luzując
węzeł po czym wyrównuje materiał i wiąże go od nowa w widoczną
wprawą. Śledzę jej pewne ruchy, kiedy z pełnym skupieniem
poprawia mi kołnierzyk i upewnia się, że wszystko jest idealnie
prosto.
- Teraz to czysta perfekcja – stwierdza z zadowoleniem, wygładzając
jeszcze klapy marynarki.
- W takim razie idealnie do siebie pasujemy – mówię cicho,
nachylając się do niej, a Ala lekko odwraca wzrok. Stoimy tak
blisko siebie, że czuję na szyi jej ciepły oddech.
Przesuwam placem po jej nagim ramieniu i nachodzi mnie myśl, że
chyba nie bardzo mam ochotę gdzieś się stąd ruszać. Że z chęcią
spędził bym tego Sylwestra tutaj, w tej łazience, po prostu
patrząc na tę odmienioną Alicję.
Na Alicję, która w swojej ciemnoniebieskiej koktajlowej sukience
wygląda tak, że ponownie błogosławię Hofera i jego dziwaczne
pomysły z balem sylwestrowym. Na Alicję, która na dodatek nie
protestuje, gdy biorę ją za rękę i zaplatam jej palce z moimi.
- Naprawdę bardzo chcesz tam iść? - szepczę, bo każdy
głośniejszy dźwięk wydaje mi się niestosowny, kiedy jesteśmy
tak blisko siebie.
Tak blisko, jak jeszcze nigdy wcześniej.
Tak blisko, że mógłbym...
W głowie pojawia mi się milion dokończeń tego zdania, jednak
wiem, że każde z nich było by nadużyciem tego zaufania, którym
mnie obdarza, dopuszczając mnie daleko poza granice swojej
przestrzeni osobistej.
- A myślisz, że po co się tak wystroiłam? - odpowiada również
szeptem po dłuższej chwili. Mam wrażenie, że napawa się tą
bliskością, podobnie jak i ja. - Chodźmy już lepiej. Skoro Jurij
skończył swoje wycie pod prysznicem, to niechybny znak, że jesteśmy ostro spóźnieni – dodaje, a nastrój tej chwili momentalnie
znika.
Odsuwam się na dwa kroki, nie kryjąc swojego zawodu, a Ala to chyba
dostrzega, a nawet podziela, bo nie puszcza mojej dłoni. Nie puszcza
jej także wtedy, gdy zamyka drzwi do pokoju, gasząc po drodze
światło, ani gdy czekamy na windę, która ma nas zawieść na
ostatnie piętro, gdzie już powinna rozpocząć się ostatnia w tym
roku zabawa.
W windzie natykamy się na Freitaga i Freunda, którzy witają się z
nami kurtuazyjnym Guten Abend, a ich wzrok pada na nasze
splecione razem dłonie. Alicja zdaje się tego nie zauważać,
podobnie jak i tego, że bez wątpienia obaj są pod jej wrażeniem.
Nic dziwnego, skoro na skoczni, ubrana w standardową kadrową kurtkę
nie wyróżnia się niczym szczególnym. Teraz jednak dokładnie
widać, że nie ma się czego wstydzić i za niechlujnym warkoczem i
pod warstwą ciepłych ubrań kryje się po prostu piękna kobieta.
Dlatego kiedy wychodzimy z windy, obejmuję ją w pasie, a Ala
spogląda na mnie z zaskoczeniem.
- Pamiętasz, co ci mówiłem kiedyś o Austriakach? Że kiepsko u nich z ładnymi dziewczynami? - mówię cicho,
w odpowiedzi na to spojrzenie, a ona powoli kiwa głową. - No, u
Niemców w tej kwestii jest jeszcze gorzej, więc lepiej
się nie oddalaj za bardzo, okej? - dodaję, a Ala śmieje się
bezgłośnie, bo Freitag poprawiający mankiety koszuli wciąż jest
w zasięgu słuchu.
- Chyba powinnam ci podziękować za ten ukryty komplement – mówi
po chwili, kiedy wchodzimy już na powoli zapełniającą się salę.
- Mimo iż niedawno coś podobnego padło z twoich ust...
- Jeśli chcesz, mogę powtórzyć to jeszcze raz – wyglądasz dziś
zbyt ładnie, bym mógł cię spuścić z oczu.
- Bo...? - pyta, mrużąc figlarnie oczy.
Kiedy nie odpowiadam, zaczyna się cicho śmiać i szybko całuje
mnie w policzek.
Przechodzący obok kelner podaje nam kieliszki z szampanem, a na
podwyższeniu pojawia się Walter Hofer, co oznacza, że przyjęcie
zaraz się oficjalnie rozpocznie.
- Zasłużyłem...? - pytam jeszcze szeptem, a Ala wywraca tylko
oczami i daje mi jeszcze jednego szybkiego buziaka, po czym skupia
wzrok na dyrektorze Pucharu Świata, który zaczyna swoją tradycyjną
już sylwestrową przemowę.
Ja również przenoszę na niego wzrok i chyba jak nigdy wcześniej
mam ochotę podziękować mu za jego dziwne pomysły, dzięki którym
uśmiechnięta Alicja stoi teraz obok mnie. Stoi obok, chyba nie do końca świadoma tego, że właśnie ostatecznie do mnie dotarło, że...
Że po prostu ją kocham.
Życzcie mi powodzenia.
[Alicja]
Oficjalna część mija stosunkowo szybko i sala powoli wypełnia się
cichym gwarem głosów. Muzyka gra cicho w tle, jednak parkiet wciąż
jest pusty, większość zaproszonych gości stoi w małych grupkach
nieopodal stołów z jedzeniem.
Peter zgodnie z obietnicą nie odstępuje mnie na krok, a mnie to
wcale nie przeszkadza. Oprócz nas na przyjęciu pojawili się
jedynie Jurij oraz Nejc. W tłumie mignął mi chyba jeszcze gdzieś
trener, jednak mogło mi się wydawać. Rozmawiamy w czwórkę w
sposób całkowicie niezobowiązujący, a ja podjadam owocową
sałatkę i zapijam ją szampanem. Peter cały czas obejmuje mnie w
pasie, ignorując dziwne spojrzenia Tepesa, które ten posyła mu z
nieprzyzwoicie dużą częstotliwością. To przypomina mi jego
nieudane covery piosenek Adele, których wysłuchiwałam przez sufit
łazienki tuż przed tym, jak przyszedł do mnie Peter.
Właśnie.
Przyszedł i zrobił ze mną coś, czego sama nie jestem w stanie
dobrze zrozumieć. Owszem, zawsze miałam słabość do mężczyzn w
garniturach, ale to co się wydarzyło w łazience...
Obiektywnie rzecz ujmując, nie wydarzyło się nic. Pomógł mi
zapiąć sukienkę i bransoletkę, ja zawiązałam mu krawat,
poprawiliśmy sobie komplementy i poszliśmy na imprezę. Nic
nadzwyczajnego.
Ale moje subiektywne odczucia są zupełnie inne. Subiektywnie mam
wrażenie, że coś się zmieniło w naszej relacji. I to znacznie,
choć ciężko mi określić co dokładnie. Niewypowiedziane słowa,
łatwe do wyłapania między wierszami, spojrzenia sięgające bardzo
głęboko, myśli zbaczające w kierunku, którego nigdy bym się nie
spodziewała w odniesieniu do Petera.
Cholera jasna, Kasia miała rację.
Miała rację mówiąc, że chyba się zakochałam. Choć ta doza
niepewności kryjąca się za słowem „chyba”, jest tu całkowicie
zbędna. To niezaprzeczalny fakt, z którym nie ma sensu się dłużej
spierać. I mimo iż nadal mam obawy przed brnięciem w tę relację, to
ciężko byłoby mi teraz zrezygnować z tych wszystkich dyskretnych
gestów, którymi dajemy sobie znać, że zależy nam na sobie. I to coraz bardziej.
- Jeszcze szampana? - pyta Peter, kiedy kelner zatrzymuje się obok
nas z kilkoma kieliszkami na tacy.
- Nie dzięki, mam jeszcze – kręcę głową. Kelner odchodzi, ale
Peter nie przestaje mi się przyglądać. Jurij i Nejc opuścili nas,
więc stoimy we dwoje koło stołu z sałatkami i po prostu się
sobie przyglądamy.
- O czym tak myślisz? - Peter minimalnie unosi kącik ust i
przekrzywia lekko głowę.
- Myślę sobie, że chciałabym częściej widywać cię w
garniturze – odpowiadam.
- A co podobam ci się? - pyta zaczepnie, przysuwając mnie do siebie
nieco bliżej.
- Mało powiedziane – odpowiadam tym samym tonem, a w jego oczach
dostrzegam błysk, podobny do tego, który zauważyłam podczas
naszego tete-a-tete w łazience.
- Freundin? - zajęci sobą, nie zauważamy, że podszedł do
nas Walter Hofer, by przywitać się z Peterem, czyli było-nie było
liderem Turnieju.
Moja znajomość języka niemieckiego jest bardzo ograniczona, jednak
nie na tyle, by nie wyłapać dwuznaczności tego pytania. Hofer od
razu przechodzi na język angielski, nawet nie czekając na odpowiedź
Petera, zakładający chyba, że zadane pytanie było pytaniem
retorycznym. Przysłuchuję się tej rozmowie, jednak po chwili
przepraszam i ruszam na poszukiwanie toalety.
Myjąc ręce uważnie obserwuję swoją twarz w lustrze i z
zaskoczeniem dostrzegam, że w żaden sposób nie jestem w stanie
pozbyć się szerokiego uśmiechu, który chyba na stałe zagościł
na moich ustach. Kiedy wychodzę z toalety i wracam na salę, nagle
słyszę jak ktoś mnie woła.
- Ala! Ala, dobrze, że cię widzę – Maciek podchodzi do mnie i
łapie mnie pod ramię. - Ślicznie wyglądasz, zacznijmy od tego - lustruje mnie szybko od stóp do głów, z typowym męskim błsykiem w oku, ale prędko przechodzi do sedna. - Tak naprawdę jednak to chciałem pogadać, bo na skoczni nam się nie
udało rano.
- Racja – kiwam głową. - Szkoda trochę tej dyskwalifikacji, ale
grunt, że jesteś w konkursie - pocieszam go, bo wiem, że na pewno go to dotknęło. W końcu znam go nie od dziś.
Maciek krzywi się trochę, potwierdzając moje domysły.
- Ech, głupio tylko, że przez to trafiłem do pary z Klimkiem. Ale
niech wygra najlepszy, jak to się mówi – uśmiecha się. -
Zatańczysz? - proponuje nagle, kiedy wchodzimy na salę, gdzie
rzeczywiście pojawiają się pierwsi odważni poskramiacze parkietu.
- Nie, przecież wiesz, że to się może skończyć bardzo źle dla
tych twoich starannie wypastowanych butów – kręcę głową z
uśmiechem. - Powiedz lepiej, o czym to chciałeś ze mną tak pilnie
pogadać.
- Cóż, mówiąc krótko to o nas – odpowiada z jakby smutnym
uśmiechem.
- Nas? - powtarzam jak echo, bo to sformułowanie brzmi w jego ustach
dziwnie podejrzanie.
- Mam wrażenie, że nas unikasz od jakiegoś czasu – mówi, a mnie
kamień spada z serca, kiedy sobie uświadamiam, że "my" odnosi sie do całej polskiej kadry. - Ja wiem, że praca, że Słoweńcy, że
Janus, ale... Ale przecież jeszcze na samym początku sezonu
spędzałaś z nami tyle czasu. Ja nie mówię, że masz cały czas
przy nas stać i z nami żartować, ale... Ale mam wrażenie, że
przed nami uciekasz – mówi, patrząc na mnie z wyczekiwaniem.
- Maciuś... - wdycham, myśląc, jak ciężko mi się będzie
wytłumaczyć ze swojego zachowania.
- Wiesz...? Tęsknię za tymi czasami, kiedy ciągle byłaś koło nas –
mówi dalej, kiedy nie znajduję słów, by móc mu odpowiedzieć. -
Tęsknię za tym, jak krzyczałaś na mnie, gdy nabijałem się z
Kubackigo, za tym jak chowałaś mi żel do włosów, by mnie
wkurzyć. Za tym jak właziłaś mi w kadr, kiedy robiłem zdjęcie
na Instagrama, zawsze obowiązkowo z głupią miną, a także za tym
jak nazywałaś mnie „Kicią” za każdym razem, gdy coś poszło
nie tak, jak powinno.
- Też za tym tęsknię – mówię cicho.
- Ale te czasy, już nie wrócą, co? - pyta Maciek retorycznie.
- Nie wrócą – odpowiadam jeszcze ciszej.
- Ala, dlaczego nas unikasz? - Kot wzdycha, patrząc na mnie smutno. - Chodzi o
Prevca, co? - pyta, a bardziej stwierdza, wskazując brodą Słoweńca, kiedy nie
odpowiadam, wciąż szukając odpowiednich słów.
- Czemu niby...? - dziwię się jego spostrzegawczości.
- Ala, przecież nie jestem ślepy – wywraca oczami, a w jego
głosie pojawia się jakaś nuta zrezygnowania. - Wy tak na
poważnie...?
- A co, zazdrosny? - pytam zadziornie, bo przecież najlepszą obroną
jest atak, a niespecjalnie mam ochotę dzielić się z Kotem
szczegółami mojej relacji z Peterem. Znam go nie od dziś i wiem,
że jutro wszyscy szukaliby na moim placu co najmniej pierścionka
zaręczynowego. Taka to z naszej Kici plotkara.
- Trochę – odpowiada z takim samym uśmiechem, jednak nie obejmuje
on jego ciepłych, brązowych oczu, których spojrzenie pozostaje
takie jakby... smutne?
- Powiedzmy, że znaleźliśmy wspólny język – mówię, a
głupkowaty uśmiech Kota mówi mi, że ponownie udało mi się
palnąć jakimś dwuznacznym tekstem. Poważnieje jednak szybko, co ponownie wzbudza we mnie pewien niepokój. Czasami mam wrażenie, że... Wrażenie, które muszę czym prędzej wyjaśnić. - Maciek, czy ty... Czy ty
chcesz mi o czymś powiedzieć...? - pytam więc równie poważnie.
- Chyba powinienem – odpowiada cicho. - Ale to nie dziś,
muszę to jeszcze przemyśleć.
- Okej – mówię, choć mój niepokój związany z jego
słowami, zdecydowanie się pogłębia. - A co do tego uciekania, to masz trochę racji... - w
końcu udaje mi się znaleźć odpowiednie słowa, być może uciekam od jednego nieprzyjemnego tematu w drugi. - Nie chcę wam
narzucać swojej obecności, a poza tym... Poza tym boję się, że
potem będę tęsknić za wami jeszcze bardziej niż do tej pory.
- Potem...? - dziwi się Maciek, jednak przed odpowiedzią na to
niewygodne pytanie ratuje mnie Peter.
- Mogę cię porwać na jeden taniec? - pyta, przywitawszy się
najpierw z Kotem.
Wzdycham ciężko na te słowa.
- Nie jestem pewna, czy wiesz czym to grozi... Ostrzegam, że nie
odpowiadam na wszelkie uszczerbki na zdrowiu jakich doznasz –
mówię, ale podaję mu rękę, a drugą macham na pożegnanie do
Maćka. - Pamiętaj, że zawsze możesz mnie znaleźć na skoczni i
podejść pogadać, jasne? - przypominam mu jeszcze, nim znika mi z
pola widzenia.
Peter zaciąga mnie na środek parkietu i obejmuje delikatnie. Trafia
się nam dość skoczna piosenka, więc po chwili cała sala wiruje
mi przed oczami, a od licznych obrotów kręci mi się w głowie.
Szampan też pewnie ma w tym swój niewielki udział. Kiedy piosenka
się kończy jestem lekko zasapana, ale z zadowoleniem stwierdzam, że
nie udało mi się uszkodzić mojego partnera w żaden sposób.
- Nie było tak źle – mówi, potwierdzając moje obserwacje. -
Nogi w całości, pozostałe części ciała też, więc chyba byłbym
gotów zaryzykować jeszcze jeden taniec. Tym razem może jednak coś
wolniejszego – patrzy na mnie pytająco, jednak kręcę głową.
- Może później, muszę złapać oddech – mówię i podchodzimy
do stolika po coś do picia.
Opieramy się o ścianę i w milczeniu popijamy wodę, obserwując ludzi zgromadzonych na sali.
- W sumie mało osób przyszło – zauważa Peter. - Ale i tak z
roku na rok jest coraz więcej. Za pierwszym razem byli prawie
wszyscy, ale bardzo szybko pouciekali...
- Pamiętam – mówię. - Norwegowie pewnie bawią się w swoim
gronie, Polacy jak ich znam też. Japończycy w ogóle unikają
imprez, no a wy przyszliście w okrojonym składzie – zauważam.
- Właśnie, nie wiesz może co robi Cene...? - Peter mruży oczy,
jakby wchodząc w tryb starszego brata.
- Gra z Anze i Kasią w pokera w swoim pokoju – mówię. - A
przynajmniej taka jest oficjalna wersja – nie mogę sobie podarować
tej drobnej złośliwości pod adresem przyjaciółki.
- A nieoficjalna...? - Peter unosi pytająco brew.
- Cóż... w końcu są dorośli, prawda? - odpowiadam wymijająco.
- My też – stwierdza krótko, a ja nie bardzo wiem, jak
zinterpretować te słowa. Milczę więc, w skupieniu popijając
wodę, udając, że nie widzę sposobu, w jaki Peter mi się
przygląda. Zastanawiam się, czy to wina alkoholu, że pewne jego słowa i gesty wydają mi się bardziej sugestywne niż inne. A może to po prostu efekt uboczny rozluźnienia związanego z końcem roku oraz tego, że dziś jak nigdy dotąd wyszłam ze swojej roli psychologa i jestem tu jakby bardziej prywatnie.
- Strasznie tu gorąco, nie chcesz wyjść na dwór? - proponuję w
końcu, chcąc odetchnąć świeżym powietrzem, bo od tych wszytskich myśli zaczyna mnie boleć głowa.
Peter przytakuje, obejmuje mnie ponownie w pasie i wychodzimy na
taras widokowy na dachu hotelu, po drodze odbierając od kelnera
kieliszki z szampanem. Opieramy się o barierkę i chwilę w ciszy
kontemplujemy oświetloną skocznię widoczną w oddali. Księżyc
świeci jasno, a ja z łatwością odnajduję na niebie kilka znanych
mi konstelacji i oddycham głęboko mroźnym powietrzem.
- Zimno ci – zauważa nagle Peter i nim zdążam zaprotestować,
ściąga marynarkę i zarzuca mi ją na ramiona.
- Przeziębisz się – mówię, jednak wsuwam dłonie w jej rękawy.
Jest przyjemnie ciepła i przesycona zapachem dobrej wody kolońskiej.
Zapachem Petera.
- A ty niby nie? Pozwól, że ci przypomnę Kuusamo – mówi,
posyłając mi spojrzenie z ukosa. - Zresztą i tak będziemy się
niedługo zbierać.
- Nie poczekacie do północy? - uświadamiam sobie z lekkim żalem.
- Raczej nie. Dlatego chyba czas najwyższy, żebym ci złożył
życzenia noworoczne – obraca się w moim kierunku i unosi lekko
kieliszek. - Ale kompletnie nie wiem czego mógłbym ci życzyć.
- Mi? Mnie niewiele jest potrzebne do szczęścia – mówię. - Ale
chciałabym w tym roku w końcu przestać oglądać się wstecz –
dodaję cicho, uśmiechając się smutno do samej siebie.
- To też by mi się przydało – Peter kiwa głową w zamyśleniu.
- Też? - podchwytuję, unosząc lekko brew.
Posyła mi spojrzenie, którego nie jestem w stanie do końca
rozszyfrować.
- Wcześniej pomyślałem o tym, że zamki w sukienkach mogłyby się
zacinać zdecydowanie częściej – odpowiada, ponownie obrzucając
mnie tym niesprecyzowanym spojrzeniem i przysuwa się do mnie
delikatnie dotykając dłonią mojego policzka.
Być może to wina alkoholu, że nagle robi mi się strasznie gorąco,
mimo panującego mrozu. Czuję jego oddech na swoim policzku, dotyk
dłoni, ciepło jego ciała. Widzę jak centymetr po centymetrze
zmniejsza odległość między nami. Jak przestrzeń między nami topnieje z każdą chwilą.
Ale ja nie jestem jeszcze gotowa, by otworzyć się na niego aż tak
bardzo. Dlatego też tak delikatnie jak tylko mnie na to stać,
odwracam twarz z lekkim wstchnieniem.
- Przepraszam – mówię tylko, nie patrząc mu w oczy. Nie muszę dodawać nic więcej.
- Zagalopowałem się, co? - pyta po chwili, odsuwając
się lekko, a ja w końcu odważam się spojrzeć mu w oczy. Nie widzę w nich zawodu, a jedynie zakłopotanie, jakby winił się za złe odczytanie moich intencji.
- To nie o ciebie chodzi, Peter – mówię z ciężkim
westchnieniem, nie chcąc, by wziął to do siebie. - Muszę sobie po prostu najpierw poukładać pewne
rzeczy...
- Chcesz o tym porozmawiać? - proponuje łagodnie.
- To ja tu jestem od rozmawiania, pamiętasz? - uśmiecham się
lekko, doceniając propozycję. - Ale zdaje się, że ja też powinnam ci o czymś powiedzieć
– przypominam sobie jego słowa podczas podróży do Ga-Pa. Zdaje się, że oboje musimy dać sobie pewien kredyt zaufania, by ruszyć z miejsca. – Ale
to też jeszcze nie dzisiaj. Daj mi po prostu trochę czasu, dobrze? -
proszę.
- Dobrze – kiwa głową, a ja czuję ulgę, że jest w stanie mnie
zrozumieć. I poczekać. - A teraz chyba możemy w końcu spełnić
toast, skoro już złożyliśmy sobie poniekąd życzenia –
uśmiecha się i ponownie unosi kieliszek. - Za Nowy Rok!
- Za Nowy Rok – odpowiadam, stukając się z nim ostrożnie
kieliszkami.
Wypijamy szampana, po czym wracamy na salę, bo obojgu nam robi się
zimo. W środku oddaję Peterowi marynarkę i nalewam sobie czegoś
ciepłego. Ponownie dołączają do nas Jurij i Nejc i pijemy
wspólnie herbatę, nim ostatecznie decydują się wracać do pokoju.
- Idziesz, czy chcesz jeszcze zostać? - pyta Peter.
- Ja... - waham się, jednak parę metrów dalej dostrzegam znajomą
sylwetkę, więc kręcę przecząco głową. - Zostanę jeszcze
trochę, muszę z kimś pogadać.
- Okej, to dobranoc – mówi Peter i całuje mnie w policzek. -
Miłej zabawy.
- Dobranoc, wyśpijcie się przed jutrem – macham im jeszcze, po
czym odwracam się i podchodzę do młodego mężczyzny stojącego
przy stole z zakąskami.
- Nie spodziewałam się ciebie tutaj – mówię, kiedy jestem już
pewna, że oczy mnie nie mylą.
Mężczyzna odwraca się zaskoczony, po czym na jego twarzy pojawia
się uśmiech.
- Mittner! A to ci spotkanie...! Zupełnie zapomniałem, że przecież
ty teraz ze Słoweńcami pracujesz...!
- Tak się złożyło – uśmiecham się do Marka. - A czemu widzę
cię dopiero teraz? I jak ci się w ogóle pracuje z naszymi
lotnikami, co?
- Pracuje się świetnie – odpowiada mi nowy psycholog Polaków,
który zastąpił mnie na tym stanowisku po moim odejściu. - Ale nie
czuli potrzeby, żebym się wszędzie włóczył za nimi, jak ty
miałaś w zwyczaju – uśmiecham się, słysząc te słowa. Był to
jeden z pierwszych moich rewolucyjnych pomysłów, by psycholog
zawsze był „pod ręką”. - Na Turniej jednak postanowili mnie ze
sobą zabrać, bo przy takim maratonie skoków i presja jest większa i zmęczenie, i to nie
tylko to fizyczne.
- Oj, tak... - zgadzam się. - Ale nie widziałam cię w
Oberstdorfie... - marszczę brwi, próbując sobie przypomnieć, czy
przypadkiem nie mignął mi gdzieś w tłumie.
- A, bo dopiero dzisiaj przyjechałem. Wcześniej nie mogłem, bo
parę dni temu zostałem tatą – mówi z dumą, a ja natychmiast
śpieszę z gratulacjami, które przyjmuje z tym samym dumnym
uśmiechem. - Ale moja żona i Szymek czują się dobrze, więc
przyjechałem wspierać naszych, jak ich nazwałaś, lotników.
- Współpraca dobrze się układa? Bo z tego co mówili, to są
bardzo zadowoleni – mówię, częstując się oliwką.
- Jest dobrze, choć początki były trudne – opowiada Marek. -
Było ciężko, bo miałem ciągłe wrażenie, że są o coś na mnie
źli i totalnie mi nie ufają. Najbardziej to było widać po
Dawidzie i Maćku, najmniej po Kamilu. Ale stopniowo się do mnie
przekonali i to dało efekty. No, z jednym wyjątkiem – krzywi się
minimalnie.
- Klemens – zgaduję bez pudła, a Marek potakuje.
- Dokładnie. Nijak nie mogłem do niego dotrzeć, jakby kompletnie
stracił nie tylko wiarę w siebie, ale i jakąkolwiek motywację.
Skakał, bo musiał. Skakał dobrze, ale jakby z przyzwyczajenia.
Niby się przykładał na treningach, niby było w porządku, ale
brakowało w tym wszystkim co robił najmniejszej iskry. Jakby ktoś
spuścił z niego powietrze – relacjonuje mi Marek, a ja bez
problemu potrafię wyobrazić sobie takiego Klemensa. Próbkę miałam
w Klingenthal, a przecież doskonale wiem, że tak właśnie wyglądał
cały jego poprzedni sezon.
- Ale teraz jest lepiej - zauważam.
- Tak, ale to na pewno nie jest moja zasługa. Nie potrafię znaleźć
do niego klucza – wzdycha Marek. - Ale z całą resztą udało mi
się coś zbudować. Mimo iż mam wrażenie, że nie mam z nimi
takiego kontaktu jak ty.
- Pamiętaj, że jestem kobietą – uśmiecham się. - A to bardzo
dużo daje – puszczam mu oko i biorę jeszcze jedną oliwkę.
- Oj, Mittner, Mittner...! - śmieje się, a ja przypominam sobie,
jak wołał tak do mnie na studiach. Zazwyczaj wtedy, kiedy wpadałam
jak zwykle spóźniona na zajęcia. Stare dzieje. - A w ogóle to ja
przecież ci nie podziękowałem! - przypomina sobie.
- Za co? - dziwię się.
- Za twoją rekomendację, oczywiście! Przecież nie wpadłbym na
to, żeby tu składać CV, bo czemu niby mieliby mnie przyjąć. Tu
trzeba mieć kontakty, wiadomo to nie od dziś. A ta praca naprawdę
dużo mi daje – uśmiecha się do mnie. - Nawet nie wiesz jak dużo.
Więc dziękuję.
- Nie ma za co – kręcę głową. - To ty wyświadczyłeś mi
przysługę, bo na gwałt potrzebowałam zastępstwa. A tylko tobie
mogłam tak naprawdę zaufać, bo nie znam lepszego fachowca w tej
dziedzinie od ciebie.
- Ja znam, stoi przede mną – uśmiecha się. - A tobie jak się
pracuje?
- Bardzo dobrze, w sumie nic nowego, tylko się więcej najeżdżę –
odpowiadam, czując, że oczy zamykają mi się powoli. - Ale nie
narzekam. Mów lepiej co u ciebie...
Rozmawiamy tak, podjadając oliwki aż do północy, kiedy
przechodzimy na dach oglądać fajerwerki. Składam życzenia kilku
znanym mi osobom, które dotrwały do Nowego Roku, wypijam ostatnią
lampkę szampana i powoli zaczynam kierować się w stronę wyjścia.
Żegnam się jeszcze z paroma osobami i ledwo stojąc na nogach
wchodzę do windy i zjeżdżam na odpowiednie piętro.
Nie wiem czy to bardziej wina alkoholu czy zmęczenia, ale mam
problem z trafieniem kluczem do zamka, ostatecznie jednak okazuje
się, że drzwi są otwarte. Nie włączając światła, zrzucam buty
i sukienkę wprost na podłogę i w samej bieliźnie wsuwam się pod
kołdrę, nie mając nawet siły by poszukać pod poduszką piżamy.
[Klemens]
Długo zastanawiałem się, czy nie wybrać się na imprezę
sylwestrową zorganizowaną przez FIS, ale ostatecznie postanowiłem
zostać w pokoju. Dlatego leżę teraz na łóżku ze słuchawkami na
uszach i przyglądam się jak Maciek wiąże krawat.
- Na pewno nie chcesz iść? - pyta po raz któryś już tego
wieczoru. - Przecież rano jeszcze mówiłeś...
- Nie chce mi się – powtarzam po raz kolejny. - Zresztą nie lubię
takich imprez, jest nudno, sztywno i duszno – mówię, licząc, że
i tym razem Kot mi uwierzy, że to jedyny powód mojej niechęci.
- No w sumie racja – zgadza się. - Ja też idę praktycznie tylko
po to, żeby pogadać z Alą...
Alicja. Dlaczego zawsze wszystko sprowadza się do niej...?
- Możesz ją ode mnie pozdrowić – mówię, kiedy jest już gotowy
do wyjścia. - I miłej zabawy.
- Dzięki, jak nie zapomnę to ją pozdrowię. Do zobaczenia za rok!
- mruga do mnie i wychodzi z pokoju.
Jestem sam, ponieważ Janek zniknął zaraz po kolacji, mówiąc, że "wróci późno", dlatego pogłaśniam muzykę i sięgam po książkę. Jest jeszcze wcześnie,
dlatego po kilku stronach zaczynam rozważać wyjście na wieczorny
spacer. Czytam jeszcze kilka minut nim stwierdzam, że rzeczywiście
warto by było się przewietrzyć. W końcu jest Sylwester – nie ma
co się kisić w łóżku.
Ubieram się ciepło, bo pogoda nie rozpieszcza, zamykam pokój i
wychodzę przed hotel. Nie bardzo wiem, gdzie mógłbym pójść,
więc po prostu ruszam przed siebie z rękami wbitymi w kieszenie,
bo, jakby biorąc przykład z Alicji, zapomniałem rękawiczek.
I znów Alicja...! Jak to możliwe, że cały czas coś ściąga moje
myśli w jej stronę...? Właśnie dlatego ostatecznie nie
zdecydowałem się pójść na imprezę. A nie, jak wmawiałem
Maćkowi, dlatego, że zapomniałem zapakować krawat. Jestem po
prostu świadomy, że obecność Alicji jest dla mnie - dla nas - potencjalnie niebezpieczna. I lepiej będzie po prostu, jeżeli
będziemy się unikać.
A tak naprawdę, bo uświadomiłem sobie, że Alicja nie będzie tam
sama.
Skręcam w jakąś leśną ścieżkę, pokrytą grubą warstwą
śniegu, który skrzypi pod moimi nogami. Wysokie świerki także
uginają się pod jego ciężarem, a cisza aż brzmi w uszach.
Krajobraz jest naprawdę bajkowy, a mnie przypomina się inny
wieczór, w innym mieście, podczas innego spaceru.
Śnieg skrzy się w świetle księżyca na końcach zielonych
gałęzi. Klingenthal dopiero parę dni temu pokryło się śniegiem,
jakby czekało z tym na rozpoczęcie nowego sezonu. Idę powoli,
głęboko oddychając mroźnym powietrzem, zastanawiając się nad
tym, co wydarzyło się dzisiejszego dnia.
A wydarzyły się kwalifikacje. I choć zająłem w nich dość
przeciętne, bo dwunaste miejsce to nic nie zastąpi mi satysfakcji z
tych skoków, które w porównaniu to tych z lata były o niebo
lepsze, dając o wiele więcej radości. Ja również początkowo
sceptycznie podchodziłem do pomysłu pracy z psychologiem, ale kiedy
okazało się, że została nim Alicja, nieco się uspokoiłem.
Zwłaszcza, że jej metody były zupełnie inne od tych, do jakich
zdążyłem przywyknąć. A już ta krótka współpraca dała efekt
w postaci kompletu polskich zawodników w jutrzejszym konkursie. Coś, co w poprzednim sezonie było rzadkością.
Jakby na zawołanie dostrzegam samotną postać siedzącą na
ławce przy ścieżce. Podchodzę bliżej i rzeczywiście rozpoznaję Alicję.
Przysiadam się do niej, a ona spogląda na mnie zaskoczona, gdyż
śnieg stłumił moje kroki.
- Nie zimno ci jak tak siedzisz? - pytam.
- Jeszcze nie zdążyłam zmarznąć – odpowiada, opatulając
się szczelniej szalikiem. - Siadłam, żeby poobserwować wiewiórki
– wskazuje brodą drzewo po przeciwnej stronie ścieżki, wokół
którego gonią się dwa rude zwierzątka.
- A ja musiałem się przewietrzyć – mówię, zawieszając
wzrok na wiewiórce, która staje słupka i przygląda nam się
ciekawie. - Oczyścić głowę przed jutrem.
Wiewiórka podbiega do nas i zatrzymuje się zaledwie metr od
ławki. Alicja kuca ostrożnie i wyciąga przed siebie dłoń z
solonym orzeszkiem. Rude zwierzątko przekrzywia głowę i podbiega
jeszcze kilkanaście centymetrów. Wyciąga przed siebie szyję i
ostrożnie obwąchuje rękę dziewczyny, nim niepewnie sięga po
smakołyk. Alicja uśmiecha się, patrząc jak zwierzątko cofa się
odrobinę i zaczyna obgryzać orzeszek.
- Spróbuj – mówi, wyciągając z paczki ukrytej w kieszeni
płaszcza kolejnego. - Ale musisz być ostrożny.
Idę za jej przykładem i powoli kucam, wyciągając przed siebie
rękę z orzeszkiem. Czuję jak sól oblepia mi palce, ale wiewiórce
to nie przeszkadza, bo spogląda na mnie z zainteresowaniem i
pokonuje dzielącą nas przestrzeń. Ponownie staje słupka i
ostrożnie obwąchuje moje palce, kurczowo trzymające orzeszek.
Wysuwam dłoń minimalnie do przodu, jednak zbyt duża ilość soli,
w której obtoczony jest przysmak sprawia, że ten wyślizguje mi się
z placów, a wiewiórka z prędkością światła ucieka z powrotem
na drzewo po drugiej stronie ścieżki.
Wzdycham ciężko i wracam na ławkę. Alicja siada obok mnie,
wyciąga z kieszeni prawie opróżnioną już paczkę orzeszków i
częstuje mnie nimi.
- Ze skokami jest trochę jak z tą wiewiórką – mówi nagle
cicho, grzebiąc w paczce. - Trzeba być bardzo ostrożnym. Niby
wiesz, że musisz być cierpliwy, musisz poczekać, aż przyzwyczai
się do twojego zapachu, nabierze zaufania... A mimo to zawsze coś
może pójść nie tak. Jako dziecko często karmiłam wiewiórki w
parku i rzadko się zdarzało, że uciekały. Jakoś instynktownie
wiedziałam, co powinnam robić. A teraz, kiedy za bardzo się nad
tym zastanawiam... wtedy częściej coś zaczyna nie wychodzić –
ponownie wyciąga w moim kierunku paczkę z orzeszkami. - Ostatni dla
ciebie, kto zjada ostatki jest piękny i gładki...
- Mnie już chyba nic nie pomoże – wzdycham, ale sięgam do
paczki.
- Ale ty już znalazłeś swoją księżniczkę – uśmiecha się
do mnie.
- Oj tak – wzdycham ponownie. - A co do tych wiewiórek, to
chyba masz rację... W skokach nie powinno się myśleć... nie za
dużo – mówię z zamyśleniem.
- Najważniejsze, żeby to sprawiało ci przyjemność, aby
czerpać z lotu jak najwięcej radości – kiwa głową, zgniatając
papierek. - Pamiętasz, co powiedziałam wam na pierwszym
spotkaniu...?
Uśmiecham się na to wspomnienie. Choć od tego czasu minął
zaledwie miesiąc, to Alicja zdążyła już przeprowadzić małą
rewolucję. Choćby sama jej obecność tutaj, w Klingenthal.
- Owszem, zdaje się, że było to coś w stylu „wyglądacie jak
latające worki cementu. A worki cementu nie potrafią przecież
latać” - cytuję jej słowa, które wtedy zabrzmiały dla nas
niemalże jak obelga. Dziś potrafię dostrzec ich prawdziwość.
- Bo dokładnie tak było – Alicja kiwa ponownie głową. - Mój
tata zwykł mawiać, że „te całe skoki to jakiś jeden wielki
szwindel, bo oni wszyscy przecież spadają”. I tak było. Wyście
nie latali, ani nawet nie skakali. Wy po prostu spadaliście, czasem
dalej, czasem bliżej, czasem nawet całkiem daleko. Ale ze skakaniem
nie miało to nic wspólnego.
- A dziś? - pytam.
Alicja posyła mi spojrzenie z ukosa.
- Cóż, motylkami bym was jeszcze nie nazwała, ale latającymi
rybami już i owszem – puszcza mi oko i wstaje z ławki. - Albo
latającymi wiewiórkami, żeby było tematycznie – wskazuje rude
kity, które migają gdzieś wśród gałęzi pobliskiego drzewa.
Ja również wstaję i ruszamy powoli w kierunku hotelu. Zaczyna
prószyć śnieg, kiedy w milczeniu podążamy ledwie przedeptaną
ścieżką.
- Jest dużo lepiej, wiesz? - mówię nagle.
- Wiem – zerka na mnie. - A będzie jeszcze lepiej – mówi z
niezachwianą pewnością.
- Lepiej...? - pytam, przystając.
- Najlepiej – odpowiada, a w jej głosie brzmi takie
przekonanie, że w moim sercu pojawia się pewność, że będzie
dobrze.
Że mogę osiągnąć wkrótce to, o czym nawet nie śmiałem
marzyć.
Zatrzymuję się, gdy ścieżka
kończy się, zmieniając się w wylot wąskiej uliczki. Ruszam więc
powoli w kierunku zabudowań i już po chwili wychodzę na główną
ulicę, pełną bawiących się ludzi.
W tamten weekend, w Klingenthal
udało mi się wejść do pierwszej piętnastki. A w konkursie
drużynowym zajęliśmy czwarte miejsce. Za to tydzień później...
Tydzień później było Kuusamo.
Kuusamo i moja pierwsza wygrana w Pucharze Świata, która pociągnęła
za sobą kolejne. Po tym konkursie, przy mojej torbie na buty
znalazłem przyczepiony niewielki breloczek w kształcie czegoś, co
od biedy można było wziąć za wiewiórkę.
Breloczek, który do tej pory dynda
przy tej torbie, co sprawia, że wiecznie ktoś bierze ją za
własność Żyły.
- Ooo... Klimek! A co ty tu
robisz...? - jakby na zawołanie w zasięgu wzroku pojawia się
Piotrek, a zaraz za nim Janek i Dawid. - Myślałżem, że balujesz
z Hoferem, nie?
- Nie, zdaje się, że tylko Maciek
tam poszedł – mówię, choć wydaje mi się, że i Kamil mógł
tam zajrzeć na chwilę, bądź dwie. W końcu wypadałoby, żeby tak
utytułowany skoczek, zwycięzca jednej z edycji Turnieju* pojawił
się na takiej imprezie przynajmniej na moment.
- Aaa, jeszcze przyjdzie się z nami
zabawić... To co, Klimek? Idziesz z nami? - kusi Piotrek. -
Wypijemy ze dwa drinki, potańczymy i grzecznie pójdziemy spać, co
ty na to?
Przenoszę wzrok na Dawida, potem na
Janka i stwierdzam, że w sumie...? Choć nie miałem w planach
żadnych imprez, to przecież nie zaszkodzi się trochę rozluźnić.
Od jednego czy dwóch piw nikt jeszcze nie zawalił konkursu, nie
takie rzeczy już się w Ga-Pa działy.
- No okej – kiwam głową i
ruszamy na poszukiwanie jakiegoś pubu.
Ostatecznie pozwalam sobie na więcej niż dwa piwa, wszystko jednak
w granicach zdrowego rozsądku. Bawimy się w dość kameralnym
towarzystwie, gdzieś w tłumie migają nam Forfang i Fannemel, a
także któryś z Czechów. Dopiero tuż przed północą wpadam na
grupę fanek, które uszczęśliwiam swoim nieco koślawym autografem
i wspólnym zdjęciem.
O północy wychodzimy na ulicę by podziwiać fajerwerki, które
rozbłyskują nad skocznią, a także innych miejscach miasteczka.
Potem dopada mnie nieco już wstawiony Żyła i składa mi życzenia,
z których w ogólnym hałasie dociera do mnie tylko „kula”,
„orzeł” i „medal”. Uśmiecham się i składam mu podobne
życzenia, po czym odszukuję w tłumie resztę kolegów i im także
składam życzenia. Dawid łamie się ze mną Mannerem niczym
opłatkiem, a Jasiek życzy luzu w dupie. Mimo mrozu impreza toczy
się dalej na ulicy i ostatecznie do hotelu docieramy, kiedy jest już
dość późno po północy.
Szukam po kieszeniach klucza, ignorując marudzenie Janka, żebym sie pośpieszył, kiedy nagle tuż obok drzwi do pokoju
potykam się o jakiś ciemny kształt.
- Maciek! - wołam zaskoczony, bo to właśnie Kot z jękiem zaczyna
mnie właśnie przeklinać pod nosem, a Janek, który wpadł na niego tuż po mnie wtóruje mu, obrzucając mnie wcale nie lepszymi epitetami. - Co ty tu robisz...? - dziwię
się, kiedy w końcu przestają marudzić, jaka to ze mnie niezdara.
- Czekam na ciebie, baranie! - odmrukuje gniewnie, zbierając się z
ziemi. - Gdzie żeś polazł z tym kluczem, kretynie? I dlaczego, do
cholery nie odbierasz telefonu...?!
- Na spacer, a potem z Piotrkiem, Dawidem i Jankiem na imprezę –
mówię, otwierając drzwi, a Janek bez pytania wpycha się jako pierwszy i z niewyraźnym mruknięciem ładuje się od razu do łazienki. - A telefon chyba po prostu zostawiłem w
hotelu – odpowiadam, a Maciek
mamrocząc coś pod nosem włazi do środka, zrzuca buty, luzuje
krawat i bez słowa pada na łóżko.
- Sorry, stary – mówię jeszcze, zamykając drzwi i przebierając
się w dres, w którym śpię. - Bawiłeś się przynajmniej
dobrze...?
Ale Kot mi nie odpowiada, bo już głośno chrapie, gniotąc swoją
starannie wyprasowaną koszulę. Wzruszam więc ramionami i po prostu
biorę z niego przykład.
[Alicja]
Rozbudzam się powoli, jednak leżę z zamkniętymi oczami, próbując
ogarnąć myślami wydarzenia poprzedniego wieczoru. Być może
dlatego dopiero po chwili uświadamiam sobie, że moja poduszka
oddycha i pulsuje w rytmie bicia serca.
Gwałtownie otwieram oczy i napotykam zaskoczone spojrzenie Petera,
który chyba też się właśnie obudził. Z moją głową na swojej
piersi.
- Co ty, do cholery, robisz w moim łóżku...?! - syczę
spanikowanym szeptem, gorączkowo się zastanawiając, czy aby na
pewno pamiętam wszystkie szczegóły wczorajszego wieczoru. Wychodzi
na to, że tak.
- Zasadniczo to właśnie chciałem cię zapytać o to samo... - mówi
powoli, a ja unoszę się na łokciu i rozglądam się po pokoju.
Kombinezony powieszone na szafie, plastron z najwyższym numerem niedbale przewieszony przez oparcie stojącego nieopodal krzesła oraz kaski ułożone przy ścianie przekonują mnie, że rzeczywiście to Peter ma prawo być bardziej zaskoczony ode mnie. Ostatecznie przemawia do mnie śpiący na sąsiednim łóżku Jurij, który właśnie przeciąga się szeroko, jednak zamiera w połowie tego gestu, kiedy jego spojrzenie pada na naszą dwójkę.
Kombinezony powieszone na szafie, plastron z najwyższym numerem niedbale przewieszony przez oparcie stojącego nieopodal krzesła oraz kaski ułożone przy ścianie przekonują mnie, że rzeczywiście to Peter ma prawo być bardziej zaskoczony ode mnie. Ostatecznie przemawia do mnie śpiący na sąsiednim łóżku Jurij, który właśnie przeciąga się szeroko, jednak zamiera w połowie tego gestu, kiedy jego spojrzenie pada na naszą dwójkę.
- To nie tak jak myślisz...! - wołam wraz z Peterem jednym głosem,
mocniej podciągając kołdrę pod brodę, bo mój wzrok pada na
porzuconą na podłodze wczoraj wieczorem sukienkę i przypomina mi o
mojej „piżamie”. A raczej jej braku.
- O cholera, Prevc... Mogłeś mnie chociaż uprzedzić, to
wyniósłbym się do Kranjca na tę jedną noc... - mówi Jurij,
oczywiście nie bez złośliwego uśmiechu.
- Ja po prostu pomyliłam piętra... - jęczę cicho, jeszcze mocniej
owijając się kołdrą, przy okazji zabierając ją Peterowi, który
okazuje się być ubrany niewiele bardziej ode mnie.
No pięknie.
- Jasne – sarka Tepes, nie dając wiary moim słowom i lustruje nas uważnym spojrzeniem. - Dobra
misie, ja idę się myć, a wy ustalcie jakieś wspólne zeznania –
mówi z głupim uśmiechem i rzeczywiście znika za drzwiami do
łazienki.
Przenoszę wzrok na Petera, który przygląda mi się dziwnie.
- Naprawdę pomyliłaś piętra...? - pyta, a ja w odpowiedzi jedynie
wywracam oczami. - Ile ty wczoraj wypiłaś...?
- Jedną lampkę szampana więcej niż ty – mówię zgodnie z
prawdą. - A teraz jakbyś był uprzejmy się na chwilę odwrócić...
- Po co? - dziwi się.
- Chciałabym się ubrać – informuję go chłodno, bo naprawdę
nie jestem w nastroju do żartów. - To, że przez przypadek wlazłam
ci w nocy do łóżka, jeszcze nie czyni ze mnie ekshibicjonistki –
ironią maskuję swoje zażenowanie, bo tak naprawdę jest mi
cholernie głupio. Choć... moja wyobraźnia po raz kolejny zaczyna pracować wbrew mojej woli.
Peter posłusznie odwraca się, a ja błyskawicznie zakładam
sukienkę i oddaję mu kołdrę.
- Pomóc ci z zamkiem? - pyta, odwracając się, a ja szybko kręcę
głową.
- Już sobie poradziłam – jedyne o czym teraz marzę to uciec
stamtąd jak najszybciej. Z różnych względów. Wciskam więc szybko buty na nogi i ruszam
w kierunku wyjścia.
- Ala...? – woła mnie jednak Peter, siadając na łóżku i
rozglądając się w poszukiwaniu spodni. - Wyspałaś się
przynajmniej? - pyta.
- Nie, jesteś potwornie kościstą poduszką – odpowiadam, nie
mogąc sobie darować tej małej złośliwości.
- Ostatnio w busie nie narzekałaś... - oponuje skoczek.
- Ale wtedy byłeś bardziej ubrany – zauważam cierpko, aczkolwiek
nie bez uśmiechu. - Widzimy się na skoczni, śniadanie jem dziś z
Kasią na mieście – informuję go, z dłonią już na klamce. - A
i zrobisz coś jeszcze dla mnie?
- No?
- Zajmij się proszę Tepesem, bo naprawdę wolałabym nie mieć
świadków dzisiejszego poranka... – mówię, świadoma tego, że
Jurij nam tego nie zapomni i będzie wypominał przez następne
miliard lat.
- A załatwisz mi alibi? - upewnia się Peter, jak widać dość jednoznacznie odbierając zwrot "zająć się Tepesem".
- Dla ciebie wszystko – posyłam mu buziaka i uciekam, bo im dłużej
patrzę na niego, kiedy jest tak niekompletnie ubrany, tym
dziwniejsze myśli zaczynają mi się kłębić w głowie, a
świadomość mojej wczorajszej „pomyłki” wcale w tym nie
pomaga.
Rany boskie. Spałam z nim w jednym łóżku. Całą, calutką noc. I to jeszcze rozebrana prawie jak do rosołu. A moją pierwszą myślą po przebudzeniu było to, że mogłabym się tak budzić co rano. O drugiej wolę nie wspominać.
Oj, Mittner. Weź ty się lepiej opanuj.
Rany boskie. Spałam z nim w jednym łóżku. Całą, calutką noc. I to jeszcze rozebrana prawie jak do rosołu. A moją pierwszą myślą po przebudzeniu było to, że mogłabym się tak budzić co rano. O drugiej wolę nie wspominać.
Oj, Mittner. Weź ty się lepiej opanuj.
Zahaczam tylko szybko o mój pokój, gdzie biorę szybki, a na dodatek zimny prysznic i
przebieram się w coś wygodniejszego od mojej koktajlowej sukienki.
Zaplatam włosy w warkocz, bo korzystając z kilkugodzinnej wolności
zmieniły się w coś, co absolutnie nie nadaje się do prezentowania
szerszej publice. Dwadzieścia minut później wchodzę do
naleśnikarni, w której umówiłam się z Kasią. Mimo iż jestem
odrobinę spóźniona, to i tak muszę na nią czekać.
Znacząco stukam się w zegarek, którego nie posiadam, kiedy
podchodzi do mnie parę minut później, przecierając zaspane oczy.
- Wyjątkowo to ja dziś zapytam: „Kupić ci budzik...?” - mówię,
kiedy opada na siedzenie naprzeciwko mnie.
- Kto to wymyślił, żebyśmy się tu spotkały o takiej nieludzkiej
godzinie...?! - wzdycha, ignorując mój przytyk.
- Ty – przypominam jej bezlitośnie. - A ósma rano to jeszcze nie
jest jakaś zabójcza pora... Coście tam wyprawiali wczoraj, że
taka wypluta jesteś, co? - pytam.
- Graliśmy w pokera – opowiada krótko, zasłaniając się kartą
menu.
- ...rozbieranego? - pytam nie bez nuty złośliwości.
- W TEXASA – odpowiada dobitnie. - Coś ty dziś jakaś taka
rozochocona...? - zaczyna mi się uważnie przyglądać. - Przyznaj
się, olałaś imprezę i poszłaś spać po dobranocce, dlategoś
taka wyspana...
- Wręcz przeciwnie – ziewam, jakby na potwierdzenie tych słów. -
Byłam tak zmęczona, że ostatecznie wylądowałam u Petera w
łóżku, a ono strasznie wąskie jest... – wzdycham.
- COOO...?! - Kasia wytrzeszcza oczy, a ja uświadamiam sobie, że
chyba nie do końca przemyślałam swoją wypowiedź.
- Cholera, to nie tak miało zabrzmieć – mruczę z zakłopotaniem.
- Pomyliłam piętra w nocy i wpakowałam się do pokoju Petera i
Tepesa... NIC WIĘCEJ – podnoszę nieco głos, widząc jej wzrok, który sugeruje mi, że nie wierzy w ani jedno moje słowo. Jak Jurij, normalnie.
- Jaaasne... - wywraca oczami, potwierdzając moje domysły. Nie mam jednak szans na ripostę, bo
podchodzi kelnerka, by zebrać od nas zamówienie, po czym pozbawia
mnie tarczy w postaci karty dań. - Cholera, Alicja, ty to masz
tempo... - kręci głową Kaś, kiedy ponownie zostajemy same.
- Katarzyno...! - cedzę przez zęby, robiąc się coraz bardziej czerwona, bo jej niewypowiedziana sugestia krystalizuje się w moim umyśle. - Nic. Się. Nie. Wydarzyło.
Jasne? – informuję ją po raz kolejny, plując sobie w brodę za
nieprzemyślane odpowiedzi w jej towarzystwie.
- Mhm... Jasne. A promieniejesz tak bladym świtem, bo sobie dożylnie
wstrzyknęłaś końską dawkę dopaminy, co? – sarka. - Mów
lepiej co się wczoraj wydarzyło, skoro NIC się nie wydarzyło –
uśmiecha się złośliwie.
Na moją odpowiedź musi jednak poczekać, bo właśnie dociera do
nas nasze zamówienie i przez następne kilka minut jesteśmy w
stanie wymieniać jedynie ochy i achy nad zaserwowanymi nam
naleśnikami, które są najlepszymi naleśnikami jakie kiedykolwiek
jadłam. Wliczając to te usmażone przez mojego tatę, który jest w
tej dziedzinie mistrzem pokroju Kamila Stocha. Choć nie dostał za nie jeszcze żadnego medalu.
- O matko, ale się najadłam... - wzdycha Kasia, kiedy już składa
sztućce. - A teraz gadaj w końcu, bo inaczej wyciągnę to od Cene
albo Tepesa.
- Jurij ci wyśpiewa ubarwioną, BARDZO ubarwioną wersję, a Cene nic nie wie –
odpowiadam. - Tak naprawdę, to... - popadam w zamyślenie, bo
dopiero teraz mam okazję na spokojnie poukładać sobie to, co
wydarzyło się wczoraj.
- No? - zachęca mnie Kasia, kiedy milczę dłuższą chwilę.
Wspominam spojrzenia wymienione w łazience, dotyk jego rąk na moich
ramionach, ledwo wyczuwalne aluzje, zapach, którym była przesycona
jego marynarka, zarzucona na moje ramiona, życzenia noworoczne oraz
dziesiątki innych gestów, które wczorajszego wieczora dotarły do
mnie z zadziwiającą jaskrawością.
Nagle uświadamiam sobie, że tak naprawdę dzisiejszego poranka wcale nie żałowałam tego, że znalazłam się przypadkowo w jego
pokoju, tylko tego, że...
...tylko tego, że nie byliśmy tam sami.
- Zdaje się, że miałaś rację... - mówię w zamyśleniu,
pozwalając moim myślom nieco odpłynąć. Nawet trochę za bardzo. Kasia ponagla mnie
wymownym spojrzeniem, wracam więc prędko na ziemię i rozwijam temat. -
Chyba rzeczywiście się w nim zakochałam.
- No! - komentuje to krótko Kasia, pełnym satysfakcji głosem. - W
końcu wychodzisz na prostą... Tylko, Alka...? - na jej twarzy
ponownie pojawia się niepewność.
- Hm...?
- Ale nie rób tego tylko ze względu na Klemensa. Nie rób tego tylko dlatego, żeby łatwiej ci było o nim zapomnieć, okej? - prosi. - Bo
Peter naprawdę zasłużył na coś więcej. Na ciebie w całości, a
nie na jakieś nędzne resztki... - dodaje nieco ponuro, a mnie
przypomina się, że ona przecież coś wie.
Wie coś, o czym Peter chce mi powiedzieć. Tak jak ja muszę mu
powiedzieć, że...
Że nie mogę mu oddać swojego serca w całości.
Bo jakaś część mnie już zawsze będzie kochać Klemensa.
[Klemens]
Po sylwestrowych przygodach, żaden z nas nie jest wyspany, jednak
szybko doprowadzamy się do porządku. Maciek boczy się na mnie
trochę, za to, że nie zostawiłem mu klucza na recepcji, jednak
potem skupia się na konkursie i przestaje marudzić. Janek od rana
chodzi naładowany jak chmura gradowa i aż strach do niego podejść.
Nic dziwnego, bo trafił do pary z Ammannem, a więc czeka go dziś niełatwe zadanie.
Przez całą serię próbną jestem strasznie rozkojarzony i dopiero
w połowie pierwszej serii zaczynam zwracać uwagę na to, co dzieje
się dookoła mnie. Dostrzegam w tłumie Kasię, spodziewam się więc
dostrzec gdzieś w okolicy także Alicję, dlatego szybko stamtąd
uciekam i wpadam na młodszego Prevca.
- Nie widziałeś może Ali? - pyta mnie, kiedy przepraszam go za
moją niezdarność.
Dlaczego wszyscy pytają o nią właśnie mnie...? Może dlatego, że
to w moim towarzystwie zawsze było ją najłatwiej spotkać...?
- Nie – kręcę głową. - Ale tam przy zeskoku stoi Kasia, może
ona będzie wiedzieć... - mówię, a Cene robi jakąś niewyraźną
minę, mamrocze podziękowania i odchodzi w przeciwną stronę do
tej, którą mu wskazałem.
Nakładam ponownie słuchawki i biegam do czasu, gdy Maciek woła
mnie, że nadchodzi powoli nasza kolej. Skaczemy ostatni, więc na
dole nie ma już nikogo. Zabieramy od serwisanta narty,
poprawiamy kombinezony i wsiadamy na wyciąg. Dopiero wtedy zauważam,
że Maciek wciąż jest trochę nie w sosie.
- Dalej się boczysz o wczoraj? - pytam, kiedy zsiadamy z krzesełka.
- Nie – zarzuca narty na ramię z naburmuszoną miną. - Po prostu
jestem zły na siebie o tę dyskwalifikację. No i jeszcze Ala do
tego – wzdycha.
Alicja. Znowu. Im bardziej się staram oderwać od niej myśli, tym
bardziej otoczenie mi w tym przeszkadza.
- Niby jest okej, niby zawsze można do niej podejść i pogadać,
ale... - zawiesza głos, kiedy rozsiadamy się już na górze i
przygotowujemy do skoku. Zerka szybko na Petera rozgrzewającego
mięśnie szyi po drugiej stronie pomieszczenia. - Ale była jakaś
taka... tajemnicza? Jakby coś przede mną ukrywała. Jakby wręcz...
bała się z nami przebywać – mówi w zamyśleniu, wiążąc buty.
Chwilę analizuję jego słowa, jednak nie mam zbyt wiele czasu na
rozmyślania, bo już po chwili wołają nas na belkę. Maciek siada
na niej pierwszy i już kilkanaście sekund później jest na dole.
Warunki są dobre, więc konkurs przebiega gładko.
Wsuwam się na platformę startową i wkładam narty w tory.
Sprawdzam raz jeszcze wiązania i oddycham głęboko. Słyszę gwar
kibiców dopingujących mnie z dołu, dźwięk trąbek, falujące
flagi... Robię jeszcze znak krzyża, o którym nigdy nie zapominam i
na sygnał od Łukasza odpycham się od belki.
Moja głowa jest czysta i spokojna, mimo iż gdzieś na krańcu
świadomości kołaczą mi się słowa Maćka o Alicji. Obiecuję
sobie jednak, że ten konkurs musi być dobry w moim wykonaniu,
przecież muszę sobie udowodnić, że potrafię dać sobie radę
sam.
Na progu jestem minimalnie spóźniony, staram się więc nadrobić w
locie jak najwięcej. Na wysokości punktu K dostaję lekki podmuch
pod narty, dlatego ostatecznie lot swój kończę w pobliżu rozmiaru
skoczni.
Hamuję gwałtownie, lekko najeżdżając na dekorację ułożoną z
świerkowych gałązek i podjeżdżam do Kota, który już czeka na
mnie na wyznaczonym stanowisku. Skłam narty i podchodzę do niego.
- Jak ci poszło? - pytam wymieniając z nim uścisk i szukając
wzrokiem tabeli wyników.
- Dobrze, ale tobie lepiej – odpowiada z uśmiechem, a ja odnajduję
wyświetlacz, na którym pojawia się właśnie osiągnięty przez
nas rezultat.
I rzeczywiście – Kot jest pierwszym z lucky looserów i
zajmuje piąte miejsce, a ja z moim skokiem na 134
metry plasuję się na drugiej pozycji. Raz jeszcze wymieniamy uścisk
i schodzimy z areny skoczni. Ktoś podaje mi torbę na buty i
zaczynam się przebierać, analizując jednocześnie tabelę wyników,
z której wynika, że na prowizorycznym podium znalazłem się w
towarzystwie obu Prevców. Machinalnie oglądam się w poszukiwaniu
Petera, który wyprzedza mnie o zaledwie dwa punkty i mój wzrok pada
na Alicję rozmawiającą z nim zaledwie parę kroków ode mnie.
Nasze spojrzenia spotykają się na moment, tak krótki, niczym mgnienie oka, jednak
jestem w stanie w nim dostrzec, że jest ze mnie w jakiś sposób
dumna. Szybko jedna odwraca wzrok, kiedy Prevc ciągnie ją
żartobliwie za warkocz i mówi do niej coś, co Alicja kwituje
perlistym śmiechem. Potem nachyla się do niej, lekko obejmując ją
w pasie i szepcze jej coś do ucha, a dziewczyna uśmiecha się lekko
w odpowiedzi.
Odwracam wzrok, czując się jakbym nagle stał się o jakieś milion
kilogramów cięższy. Nie powinno tak być. Tak samo jak nie
powinienem czuć teraz nagłej i gwałtownej potrzeby by być lepszym
od niego. W Obersdorfie mi się nie udało, ale teraz ponownie mam
szansę.
Mimo iż tak naprawdę nic mi to nie da. Nie sprawi to, że nagle
Alicja do mnie wróci, bo przecież nigdy tak naprawdę ze mną nie
była.
Zerkam na nią raz jeszcze, gdy stoi już sama. Zauważa, że na nią
patrzę, a ja robię mimowolnie krok w jej stronę. Ledwie
zauważalnie kręci głową, odwraca się na pięcie i znika w
tłumie. Każda komórka mojego ciała wyrywa się by iść za nią,
jednak mobilizuję wszystkie siły, by odwrócić się i odejść w
przeciwną stronę.
Właśnie dlatego, że ją kocham.
[Alicja]
Kiedy Peter dołącza do mnie po swoim pierwszym konkursowym skoku,
jestem odrobinę spięta. Do tej pory udało mi się go dość
skutecznie unikać, nie licząc jakiegoś „cześć” i
„powodzenia” rzuconego w biegu. Im dłużej myślę o tym, co się
wydarzyło poprzedniego wieczora, tym bardziej sobie uświadamiam, że
po pierwsze Peter naprawdę stał się dla mnie kimś bliskim, a po
drugie, że mimo wszystko pozwoliliśmy sobie wczoraj chyba na zbyt
wiele.
Nawet jeżeli znaczna część wyszła zupełnie przez przypadek.
Podchodzi do mnie zadowolony z siebie, bo w cuglach wygrał pojedynek
z Kornilovem i podaje mi do potrzymania narty, kiedy przebiera buty.
- Kasia nie czeka z tobą na Cene? - pyta, odbierając je ode mnie i opierając się o nie w swoim stylu.
- Właśnie jestem zaskoczona, ale nie – mówię, obserwując jak
ten ostatni sadowi się na belkę gdzieś wysoko ponad nami. - Oboje jakoś
się dziś unikają, mam wrażenie.
- Ty też mnie unikasz od rana – zauważa Peter, przyglądając mi
się bacznie, a ja wbijam wzrok w zeskok, uważnie obserwując
sylwetkę jego młodszego brata, który bez przeszkód ląduje równo
pomiędzy dwiema czerwonymi liniami.
- Peter... - wzdycham w końcu, kiedy nie przestaje świdrować mnie
swoim spojrzeniem i przenoszę wzrok na jego twarz. - Ja jestem w
pracy, jakby na to nie patrzeć. I niezależnie od wszystkiego, nie
powinnam...
- Ej, Ala nie widziałaś Katki? - Cene przerywa mi w pół słowa,
walcząc z zapięciem kasku.
Wzdycham i jednym ruchem rozpinam je, a młody Prevc posyła mi
wdzięczne spojrzenie.
- Nie, nie widziałam. Ale powiem jej, że jej szukałeś – mówię
tonem sugerującym, że powinien sobie stąd pójść.
- Okej, to jak coś daj znać – zbiera swoje manatki i ulatnia się,
jakby go tu wcale nie było.
- Czasem mam ochotę zepchnąć go z jakiegoś mamuta... - mówi
Peter, podążając za nim wzrokiem. - A Domen jest jeszcze gorszy...
- przenosi na mnie wzrok i oboje zaczynamy się nagle śmiać, tak
zupełnie bez powodu.
Łzy ciekną mi z oczu, szukam więc w kieszeni chusteczki, a kiedy
ją znajduję mój wzrok pada nagle na Klemensa, który właśnie
oddał swój pierwszy skok. Z relacji spikera wiem, że zajmuje teraz
drugie miejsce, więc mimowolnie posyłam mu uśmiech, krótszy od
mgnienia oka. Cieszę się, że mimo wszystko daje sobie radę. Dla
mnie to znak, że być może jeszcze wszystko się poukłada. Tak
naprawdę poukłada.
- Ej, daj tę chusteczkę, bo chyba jakiś katar mnie łapie –
Peter ciągnie mnie żartobliwie za warkocz, skupiając na sobie moją
uwagę. Podaję mu chusteczki, grożąc mu, że jeśli się
rozchoruje, to będę go karmić moimi wątpliwej jakości rosołkami.
Peter śmieje się serdecznie, po czym nachyla się do mnie i
obejmuje lekko.
- Co dostanę w nagrodę za dzisiejszy konkurs? - pyta cicho z
dziwnym uśmiechem na twarzy.
- Porozmawiamy o tym, jak już wygrasz – mówię z lekkim
uśmiechem.
- Pamiętaj, że wtedy będziesz już po pracy – unosi lekko brew,
a ja daję mu kuksańca w żebra.
- Oj, idź ty już lepiej do szatni, bo jakieś dziwne rzeczy ci się
roją w głowie...! - mówię i popycham go lekko w odpowiednim
kierunku. Peter śmieje się, po czym naciąga mi czapkę na głowę
i oddala się z szerokim uśmiechem na twarzy.
Wzdycham z politowaniem, poprawiając fryzurę i mój wzrok ponownie
pada na Klemensa. Ten robi krok w moją stronę, więc szybko kręcę
głową i po prostu uciekam, zanim nogi poniosą mnie w jego stronę.
Uciekam, bo nie chcę zepsuć tego, co narodziło się ostatnio
pomiędzy mną i Peterem, nie chcę wprowadzić do tej relacji
jeszcze więcej niepewności, której wszak w niej nie brakuje.
Przepycham się przez tłum i ku swojej uldze dostrzegam Kasię.
- Kaś! - wołam ją głośno, a ona zwraca w moim kierunku głowę.
- Cene cię szuka od rana, gdzie cię wcięło...? - mówię, kiedy
udaje mi się do niej dotrzeć.
- A idź ty mi nawet o nim nie wspominaj...! - mruczy z gradową
miną, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu.
- Słucham? Czy możesz powtórzyć jeszcze raz? Rozmawiamy o tym
samym Cene Prevcu, z którym pół ostatniej nocy grałaś w pokera,
ponoć nie rozbieranego, a teraz nie chcesz go widzieć na oczy...?
Coś mnie ominęło, bo nie rozumiem...? - pytam, mając oczy jak
spodki.
Kasia wzdycha ciężko i wbija wzrok w przedskoczka, który jest
jasnym znakiem, że druga seria powinna się zaraz rozpocząć.
- No bo... widziałam go w trakcie serii próbnej. Jak dawał kwiatki
jakiejś lasce – krzywi się. - I to takiemu pasztetowi. I się
uśmiechał, coś tam szwargotał po angielsku i słodkie minki
robił... - mamrocze coraz ciszej, za to coraz mocniej zaciska ręce
na barierce. - Co ja znowu do cholery robię nie tak...?
- Chwila... - mówię, bo coś mi tu zaczyna nie pasować. - Czy to
nie była przypadkiem taka szatynka o ciemnych oczach, trochę wyższa
ode mnie...? - pytam podejrzliwie.
- No tak, mówię ci, że pasztet – potakuje Kasia. - I zęby miała
krzywe i piegi jakieś takie okropne. Ale była ode mnie
szczuplejsza... - dodaje ponuro, a ja uświadamiam sobie, co tu się
właśnie wydarzyło.
- Prevc, czy ty zawsze musisz wszystko przeinaczyć....? - wzdycham
głośno, wznosząc oczy do nieba.
- To znaczy? - Kasia patrzy na mnie podejrzliwie, a na belce zasiada
ostatni już przedskoczek.
- Ta laska, to dziewczyna Freitaga – wyjaśniam. - Więc nie mów o
niej tak głośno takich niepochlebnych komentarzy, okej? I rano
widziałam jak robiła wyrzuty Richardowi. Wiesz, że mój niemiecki
nie stoi na jakimś powalającym poziomie, ale takie słowa jak
„blumen” i „verloren” jeszcze rozumiem – tłumaczę jej
powoli, zastanawiając się, czemu moje dobre rady zawsze odnoszą
odwrotny skutek.
- No i co z tego, że laska Freitaga była na niego zła, bo
zapomniał dać jej kwiatków...? - wzrusza ramionami Kaś. - Co,
Cene zaraz musiał ją pocieszać...? - prycha.
Wzdycham ciężko, widząc, że Kasia nie odnalazła związku między
kwiatkami Richarda i tymi, które otrzymała od Cene.
- Cene gwizdnął Freitagowi kwiatki, w związku z tym dziewczyna
Richarda się na niego śmiertelnie obraziła – wyjaśniam więc
szybko. - Poradziłam więc Prevcowi, że jeżeli nie chce mieć na
sumieniu ich związku, to powinien im to jakoś zrekompensować i
wykombinować nowy bukiet.
- Co?! - oburza się Kasia. - Kazałaś mu dać kwiatki jakiemuś
niemieckiemu pasztetowi?!
Wywracam oczami.
- Miałam na myśli, żeby odkupił je Richardowi, ale on to
oczywiście zrozumiał na opak. I nie dość, że ściągnął na
siebie twojego focha, to jeszcze grozi mu pobicie przez Freitaga, bo
on jest strasznie zazdrosny o ten swój „pasztet” - mówię z
przekąsem.
- Czyli... - mówi Kasia już spokojniej, kiedy na belkę siada
pierwszy zawodnik. - Czyli... Czyli muszę go natychmiast przeprosić!
- orientuje się Kaś i w trzy sekundy znika z mojego pola widzenia.
Wzdycham ciężko, licząc, że moje przywidywania się nie spełnią
i Freitag nie uszkodzi Cene zbyt dotkliwie, za obdarowywanie
kwiatkami jego dziewczyny. Mimowolnie zauważam też, że rozmiar problemów uczuciowych Kasi i moich to jednak niebo a ziemia.
Szukam wygodnego miejsca do obserwacji i
skupiam się na konkursie. Ze Słoweńców jedynie Nejc i Anze nie zakwalifikowali się do serii
finałowej, notuję więc prędko by dowiedzieć się po konkursie,
co poszło nie tak. Peter oczywiście prowadzi, Cene jest tuż za
podium, jednak skoro jego relacje z Kasią zdążyły się już
unormować, przewiduję, że uda mu się nieco podciągnąć, gdyż
jego wcześniejsze skoki były odrobinę spóźnione. Cała reszta
plasuje się gdzieś w połowie drugiej dziesiątki po swoich
przyzwoitych skokach.
Seria finałowa mija szybko i zgodnie z moimi oczekiwaniami. Z lekkim
żalem, zauważam spadek Klemensa z drugiego miejsca na piąte, podczas
gdy na jego miejsce rzeczywiście wskakuje młodszy Prevc. Peter
oczywiście nie daje sobie odebrać zwycięstwa, a podium, ku mojej
uciesze, uzupełnia Kot.
Kasia dołącza do mnie tuż przed dekoracją, cała rozpromieniona.
Częstuje mnie jakimiś chrupkami i wzbija wzrok w podium, na które
właśnie wspina się Maciek.
- No, masz w tym jakiś swój udział – szepczę, kiedy Cene
rozradowany staje na drugim stopniu, a Kasia wywraca oczami.
- No
ba! Ty też, nie? - szturcha mnie, kiedy Peter z najwyższego stopnia
posyła mi uśmiech. Odwzajemniam go i tak przyglądamy się sobie,
aż do końca dekoracji.
Obaj
bracia podchodzą do nas, ja jednak wcześniej zostaję dorwana przez
Maćka.
-
Ala! Patrz, znowu podium w Ga-Pa! - woła rozradowany, pokazując mi
jakiś wazon, który robi za nagrodę. - Dzięki! - ściska mnie i w
euforii całuje w oba policzki.
Mierzwię
mu czuprynę, gratuluję wyniku i odsyłam do szatni, widząc, że
Peter zmierza powoli w moim kierunku, wciąż jeszcze zaczepiany przez fotoreporterów.
- A
to co to było? - pyta niby podejrzliwie.
-
To? Maciej Kot aka Gato Locco aka w-końcu-znowu-stoję-na-podium,
czyli typowy Kocur, kiedy da mu się wazonik i kwiatka – mówię,
wzruszając ramionami. - Dzień jak co dzień. A co? - pytam
zaczepnie.
-
Nic - odpowiada, patrząc jak kilka metrów dalej Cene rozmawia z
Kasią z ogromnym bananem na twarzy.
- Na
gap się tak na nich, dorośli są, to raz. Nic złego nie robią, to
dwa. A poza tym mają za sobą właśnie pierwsze „ciche dni”,
więc daj im się sobą nacieszyć trochę – mówię z poważną
miną, a Peter uśmiecha się wąsko.
-
Przecież nic nie mówię... A Cene w końcu nie jest małym
dzieckiem, mimo iż tak wygląda – dodaje złośliwie.
-
Odezwał się staruszek! - szturcham go i biorę do ręki trofeum. -
Masz jeszcze w ogóle gdzieś w domu miejsce na te wszystkie
graty...? - pytam, ważąc je w dłoni.
-
Sama zobaczysz niedługo – uśmiecha się jeszcze szerzej i
odgarnia mi z twarzy kosmyk włosów. - A teraz pozwolisz, że ci
przypomnę, że przed chwilą wygrałem konkurs... - zwiesza znacząco
głos.
- Do
dziewiętnastej jestem w pracy – zaplatam ręce na piersi, drocząc
się z nim odrobinę. - Ale potem...
-
No...? - pyta przeciągle, zbliżając się do mnie.
Zagryzam
wargę i przekrzywiam figlarnie głowę, nim jednak zdążam coś
odpowiedzieć dopada nas Tepes.
-
Dobra Peter, gratki i tak dalej, a teraz pytanie natury logistycznej
– w Innsbrucku mam się wynieść do Kranjca i Damjana, czy
wzięliście trochę na wstrzymanie...? - pyta zdecydowanie za
głośno.
-
TEPES! - warczymy jednym głosem, lekko odsuwając się od siebie i
posyłając mu mordercze spojrzenie. - Jeszcze jedno słowo, a wsadzę
ci te twoje narty tam, gdzie światło nie dochodzi! – grożę mu,
a Peter robi lekko zaskoczoną minę.
Jurij
odchodzi, rechocząc głośno, a ja przenoszę pytający wzrok na
Petera.
- No
co?
-
Nic, po prostu już gdzieś słyszałem ten tekst... - mówi, a po
twarzy błąka mu się dziwny uśmiech.
-
Ileż to razy uziemiałam tak Kubackiego i Kota... - wywracam oczami. -
Zawsze działa. Chodź już lepiej, nie lubię być wiecznie ostatnia
– ciągnę go za rękę w kierunku busa, a on mocniej ściska moją
dłoń.
-
To... co z tą nagrodą...? - pyta natrętnie.
-
Spacyfikuj porządnie Tepesa, to porozmawiamy.
Peter zarzuca narty na ramię i bez słowa idziemy przed siebie,
każde pogrążone w swoich myślach. Po głowie wciąż krążą mi
strzępki wspomnień z ostatnich paru dni, a perspektywa następnych
zaczyna podobać mi się coraz bardziej.
Kiedy wsiadamy już do busa, nachodzi mnie dziwna myśl, że kiedy
już Peter wygra ten cały Turniej to... To chyba rzeczywiście będzie
mu się należeć jakaś nagroda.
A zdaje się, że najlepszym prezentem jaki będę mu mogła
ofiarować, będzie po prostu szczerość.
__________
*na potrzeby opowiadania zwycięzcą Turnieju Czterech Skoczni w sezonie 15/16 został Kamil Stoch, sezon 16/17 padł łupem Fannemela, natomiast 17/18... Zobaczycie już wkrótce ;).
*na potrzeby opowiadania zwycięzcą Turnieju Czterech Skoczni w sezonie 15/16 został Kamil Stoch, sezon 16/17 padł łupem Fannemela, natomiast 17/18... Zobaczycie już wkrótce ;).
Nie podoba mi się początek tego rozdziału, a także koniec, ale zawiera on jedną (a nawet dwie, jak się uprzeć) moje ulubione sceny, które od bardzo dawna chciałam napisać. Jestem ciekawa, czy zgadniecie które to ;).
Rozdział ten był w mojej głowie od bardzo dawna, choć jego forma ulegała licznym modyfikacjom, ale to, co najważniesze w nim pozostało bez zmian.
Tyle ode mnie, obawiam się, że na następny rozdział przyjdzie Wam poczekać dłużej, bo niestety mam teraz gorący okres jeśli chodzi o edukację. I niestety nie chodzi tu o zbliżające się wielkimi krokami lato :(.
A! I jakbyście nie zauważyli, obok mała ankietka, zachęcam do głosowania.
Och, czytałam ten odcinek na raty, bo chciałam się delektować^^ A delektować się było czym, zdecydowanie. Muszę napisać porządny komentarz, ale to już nie dziś; spać mi się chce (tak, wiem, jest 22, ale ja wcześnie chodzę spać i wcześnie - z musu - wstaję). Za to spróbuję tak na szybko zgadnąć te ulubione fragmenty. Myślę, że jeden to scena z wiewiórką, a drugi... hmm, tu już mam dylemat, ale może scena między Alicją a Peterem w łazience? Mi w każdym razie bardzo się ona podobała; fajnie czytało się o iskierkach przeskakujących między tą dwójką.
OdpowiedzUsuńCoś bardziej treściwego napiszę w późniejszym terminie, jak przeczytam odcinek jeszcze raz... albo kilka razy ;)
Powodzenia w zmaganiach edukacyjnych! :)
Z wiewiórką nie trafiłaś, bo to był totalny spontan, ale w sumie nawet lubię tę scenę ;).
UsuńCieszę się, że się podoba. Czekam na ten "dokładniejszy" komentarz i wracam do nauki - bo ja przeciwnie do Ciebie, jestem nocnym markiem. Ale wstać jakoś rano trzeba, więc lecę po kawkę ;)
E_A
PARAMPARAMPARAAAAAAAM! Przybywam z komentarzem! MAKE ROOM FOR THE QUEEN! (Taaaak, taaaak, znowu z Twoich poważnych ludzi robię materiał na komedię slapstickową).
OdpowiedzUsuń*DAJĘ, perosz nie wcinać polskich znaków diakrytycznych!
I, prawdę mówiąc, ja też pomyślałam o tej „drugiej sprawie”... Już myślałam, że Jurij wie...
Czemu we fragmencie, w którym Klimek smaruje chleb masłem, ja słyszę w głowie tę durną piosenkę: „WIEJE SANDAŁEM Z MASŁEEEEEM! MAMA, JA NIE GRAM, BO — EEE! TO MUNDUREK!”? Yup, potrzebuję przewietrzyć mózg...
„(...) gniewne mamrotanie Janka, który nie może znaleźć swoich rękawiczek.” Wiecznie czegoś szukają te orły Kruczka, nie?
(Upsi, czcioneczka nagle siem zmniejszyła).
Odkrywczy ten Klemens, nie ma co. Dopiero teraz się zorientował, że Alicja nie jest pępkiem świata? (Co on za bzdury plecie, przecież wiadomo, że jest, HEEEELLOOOOOOŁ).
„Czemu stalkujesz moje drzwi...?” Dejwi, no co Ty, fanboya nie widziałeś? Weź nie rób siary.
TA BRODA KUBACKIEGO JEST STRASZNA, JAK DOBRZE, ŻE JĄ ZGOLIŁ.
Ech, typowe. Standardowy etap „odkochiwania się”. Stage number 2: show the world youʼre strong enough not to care. „Stage numer 1” to moment, w którym osoba postanawia DEFINITYWNIE skończyć z uczuciem (po raz czterdziesty pierwszy; najwidoczniej Klimkowi się udało, choć nie należy jeszcze wszczynać owacji na stojąco, może się bowiem pojawić syndrom „cofki” — regres w rozwoju).
A zatem pan Murańka to prorok? A początek fragmentu Alicjowego boski. Jakby mama tłumaczyła córeczce, że pieski nie lubią czekolady tak bardzo, jak ludzie.
Uważam, że gniew Kaśki, choć niespodziewany, jest jak najbardziej uzasadniony. Można mieć powyżej uszu tłumaczenia komuś, że NIE, NIE WYJDZIE NIC Z TEGO. Zwłaszcza w takiej kwestii. A Alicja podświadomie chyba jednak na coś liczy. Nie mówię, że w dużej części. Nawet nie w małej. W maciupeńkiej. Takiej wielkości główki od szpilki. Ale jednak.
Ty, zaczynam naprawdę lubię tę Kaśkę.
ALA, NIE GDYBAJ MI TU, BO NA CIEBIE TOŚKĘ NAŚLĘ I CI SIĘ ZARAZ KLIMKÓW ODECHCE.
Nie oszukuj się, Ala. Nie mogłabyś go pokochać. Biedny Prevc byłby zapchajdziurą dla Klimka. Marnym substytutem prawdziwego pragnienia.
O, proszę. Zgadłam! A tak zupełnie na marginesie dodam, że jedyne w pełni czyste relacje są wtedy, kiedy jedno i drugie nikogo przedtem nie miało. So, head up, Ala. Nie jesteś sama. On ci do końca nie będzie ufał, bo Katja, a Ty nigdy do końca go nie pokochasz do Klimek. Zabójczy duet. Nie wiem dlaczego, ale to przywodzi mi na myśl sytuację Katniss i Peety pod koniec „Kosogłosa”. W sumie lubię wierzyć, że Katniss wybrała go ze względu na uczucia, ale wiadomo, że był to raczej racjonalny wybór. Ale jakże trafiony. Więc zapamiętaj: „Peeta and I grow back together.” Na takiej samej zasadzie zrastać mogłaby się Ala z Prevcem.
Ale to tak se tam...
Kaśka jeszcze nie wie... że ten poker będzie rozbierany. :DDDDDDDD #sosorryforher Ooo, „love triangle” z Semenicem? A to by było... + docinek o „trzynastu latach” — pjenkne. :ʼ))))
Kaśka to MOJA BABA, też mam niewytłumaczalną słabość do młodszych...
TAK, TAK, TAK, WIZJA TEGO WIECZORU JEEEEST EKSCYTUJĄCA!
*dwa razy „ponownie” w bliskim sąsiedztwie.
UsuńWybacz, nie mam zbyt wielu przemyśleń na temat kolejnego fragmentu Klimka. Bardzo się w niego wciągnęłam i niesamowicie przypadł mi do gustu opis lotu Murańki. I całej akcji. Twój styl jest naprawdę lekki i porządny, ze świecą takiego szukać. Mi możesz zaufać. :P
„Stoi roześmiana w otoczeniu Prevców, Laniska i Kasi kilkanaście metrów ode mnie. Widzę jak śmieje się z jakiegoś żartu Anze, zatykając usta dłonią, po czym naciąga Cene czapkę na oczy, co ten kwituje naburmuszoną miną. Wygląda na szczęśliwą. A Prevc patrzy na nią przy tym tak...
Tak, że nagle cała moja euforia z wygranych kwalifikacji znika, jakby jej w ogóle nie było.” WIDZĘ TO BARDZO WYRAŹNIE i równie mocno mi się podoba. #youwonmyheartgurl
Zastanawiam się, czy „fałszywe zawodzenie” jest odpowiednim kontekstem użycia tego pierwszego słowa. :P Nie jestem pewna, czy „fałsz” wokalny i „fałsz=nieprawda” są równoznaczne, dlatego nie ryzykowałabym, używając „fałszywego”, tylko „fałszującego”, ale może to tylko moje filologiczne paranoje. :P
Rozmowa o coverze Tepesa. <3
Zamek w sukience – KLASYG. PERO, TY EROSOMANIE! Najpierw zapinanie, potem bezbożne myśli? Nie tego Cię mama Prevc uczyła, jestem tego pewna!
PETERZE PREVCU, JESTEM OBURZONA TWOIMI KOSMATYMI MYŚLAMI.
Walter Hofer a.k.a. Nowy Święty Walenty.
TO TRZYMANIE ZA RĘKĘ, AAAAAA! *fangirl disease attack*
*koleżanko, albo kursywa, albo cudzysłów, NIGDY JEDNOCZEŚNIE, BO CIĘ BĘDĘ ŚCIGAĆ Z URZĘDU.
Wow. No to się pospieszył Prevc z tym wyznaniem. Wewnętrznym, of course, ale i tak. To w sumie częste po ciężkich miłosnych przeżyciach: ludzie albo się zamykają, albo powierzchownie nazywają coś miłością. Albo nie wiem, ja jestem „zepsuta” pod tym względem?
Szanowna koleżanko Alicjo, zamek w sukience i krawat to raczej newralgiczne punkty pewnego, ekhem, wstępu. GRY WSTĘPNEJ, rzekłabym. Więc ich tam sobie nie bagatelizuj, ok?
NO, MNIE MACIEJ TEŻ STRACHA NAPĘDZIŁ. A wcześniej to jak nie Cene, to Hofer.
Pani Walterze, właśnie stracił Pan status nowego Świętego Walentego, spierdzieliłeś Pan sprawę i tyle.
Rozmowa z Maciejką jest baaaardzo heartbreaking. „Te czasy już nie wrócą”. To chyba najgorsze, co można usłyszeć. No i ta zazdrość... KOCI ALERT, OGŁASZAM KOCI ALERT! A mówiłam, żeby nie pchać palca między drzwi? Mówiłam. Tylko że nie Maciejowi.
PETER, PRZESTAŃ Z TYMI PASKUDNYMI MYŚLAMI, PRZEZ CIEBIE SIĘ CZERWIENIĘ.
Ten fragment z wiewiórkami nieco Disneyowski, ale w takim dobrym sensie. Te retrospekcje wiele odsłaniają i uświadamiają.
(Już Cię przepraszałam za te dziury w komentarzach, ale za fajnie się czyta, żeby komentować, a potem pamięć się ulatnia :P).
Aaaaa, wiewiórka jakoś własność Pietrka, aaaa! <3
*Myślałżem — razem. :P
„(...) nie takie rzeczy już się w Ga-Pa działy.” Ach, to legendarne Ga-Pa!
*brak przecinka przed „by” — jeśli jest w roli „żeby”, to stawia się przed nim przecinek — jako i przed „żeby”. :)
AAAAAA, MIAŁAM TAKIE PRZECZUCIE, ŻE ONA NIE WYLĄDUJE W SWOIM ŁÓŻKU! :D
Usuń„O cholera, Prevc... Mogłeś mnie chociaż uprzedzić, to wyniósłbym się do Kranjca na tę jedną noc... - mówi Jurij, oczywiście nie bez złośliwego uśmiechu.” AHAHAHAHAHA, LEJĘ Z TEPESZA! :D
Omnomnomnom, kosmate myśli Alki. ;>
Rozmowa Kaśki i Ali, hahahahaha, leżę :D Z takich sytuacji nie ma tłumaczeń. Wierz mi. Ludzie i tak będą w kółko swoje ględzić... I nie przetłumaczysz...
Ej, coś za szybkie to zamówienie. :P Pracowałam, więc wiem, że to tak nie wygląda!
BENG! Trafiłam w dziesiątkę z tą cząstką. I wydaje mi się, że Ala też ma syndrom „powierzchownego uczucia”. I jest mi bardzo, bardzo przykro, że ten Klemens już na zawsze pozostanie jej w głowie. Jest mi bardzo przykro, ale przy tym doskonale ją rozumiem.
Klimek, powiedziałabym, że te „Alicje” dookoła, to „karma, bitch” i powiem to: to jest karma, bitch.
*dwa razy „znak” — raz krzyża, raz od Łukasza. :P
Łaaaaaa, no i jest bombowy fragment końcowy. Oczywiste nawiązanie do tytułu całości i świetnie zobrazowana sytuacja „z dumą w oczach”, bardzo filmowa. Myślę, że większość z nas postrzega w tej chwili akcję swoich tekstów jako filmy, ale Twoje są wyjątkowo akuratne. Bardzo dobrze unaocznione. Świetnie potrafię sobie wszystko wyobrazić.
*lądujE, bo przecież to on jest, nie Ala. :P #wiemczepiamsię
„Czasem mam ochotę zepchnąć go z jakiegoś mamuta... - mówi Peter, podążając za nim wzrokiem.” Tośka everyday. A poza tym — boski tekst! :D
Ala, Ala, Ala. Nie poukłada się. Nigdy. Przenigdy. Nawet na milion lat. Bo się wpędziłaś w takie bagno, że, cytuję, „nawet Wankowi tylko czubek głowy byłoby widać”. :P
HAHAHAAHAHAHA, KAŚKA O LASCE FREITAGA, PŁACZĘ XD
„(...) I nie dość, że ściągnął na siebie twojego focha, to jeszcze grozi mu pobicie przez Freitaga, bo on jest strasznie zazdrosny o ten swój „pasztet”.” — PĘKŁAM.
Cóż, szczerość rzeczywiście może być dobrą nagrodą.
Jakby to podsumować? Wieeeeem, pewnie liczyłaś na dłuższe wypociny, ale zmieniało się, w dość oczywistym kierunku, jedynie na linii Prevc-Mittner, a oczywistości się nie komentuje. :) Co się tyczy Klimka, to robi chłopak postępy. Co mnie boli? To, o czym wspomniałam wyżej: że relacja Ali i Prevca nigdy nie będzie pełna, właśnie przez Murańkową część w Ali. Chyba że ze strony Pero też ona będzie niepełna — wówczas osiągniemy remis i nie będzie źle. Myślę, że warto jednak wspomnieć, że takie związki niekoniecznie muszą być gorsze od „czystej” reszty. Ba, sądzę, że jest w nich o wiele więcej szczerości, dojrzałości i zaufania z prawdziwego zdarzenia. Ja znam twoje rany, ty znasz moje. I kochamy je w sobie. Dlatego tak bardzo widzę w nich Everlark.
Ale ja nie wiem. Jestem tylko blondynką, która pisze o zwariowanej choleryczce, która swoje uczucia zakopuje zawsze tak głęboko, że trzeba mieć naprawdę długą łopatę, żeby je odkopać. Mogę się więc w pewien oczywisty sposób mylić.
Nie muszę wspominać, że Cię absolutnie czczę, prawda?
I mam nadzieję, że nie jesteś zła za moją, hmm, pokrętną lakoniczność? :P
I CZYMAM KĆUKI, OF KORZ.
Loff, macz of loff.
QUEEN, toalnie! :)
Usuń*za wszystkie błędy bardzo przepraszam (korzę się w swej niższości biol-chemu), ale nie będe wskazywać palcem (^) kto mnie poganiał :P. Poprawię oczywiście, jak tylko znajdę chwilkę (na emeryturze, maybe?).
Jurij jest taki cichociemny - kto go tam wie, co on tam wie. Tepes w końcu, nie? Władca wiatrów musibyć wszechwiedzący :P
Dejwi w formie :P. Odkochiwanie się to ciężki temat - osobiście zajęło mi to kiedyś sześć lat... A co do Ali i Klimka to... to jeszcze się trochę podzieje, bo obliczyłam, że jestem gdzieś w połowie opowiadania dopiero. Jak mi sie bohaterowie nie rozgadają znowu, czy coś. (brawo ja?)
Bo Kasia to mądra kobieta jest, no! Nawet jeśli trochę nieśmiała i niepewna w swojej relacji z młodym Prevcem.
A co do KAtji, to... nic nie powiem. Albo tylko tyle, że nie do końca masz rację, ale już niedługo w sumie, więc bądźcie uważni :)
"Igrzyska..." czytałam, ale bardzo dawno i nic już nie pamiętam (shame on me!),więc porównanie do nie do końca do mnie przemówiło, niestety :/
Żaden trójkąciki, nie, nie, nie! (I to Lanisek jest, a nie Semenic! :P). Jakby coś się miało dziać, to Azne głowę na karku ma i by się stlenił, tak? Ale to jeszcze nie ten etap i narazie robi za przyzowitkę ;).
Mimo wszytsko lubie opisywać skok, uskrzydla mnie to jakoś tak. Się wczuwam (fizjoterapia wszędzie, wszędzie...!).
No właśnie nie wiem jak to jest z tym "fałszywym". Bo "fałszyjący" brzmi mi jakoś dziwnie w tym konktekście :/
Oj tam, zaraz erotoman. Sylwester jest no. No i nie ukrywajmy, to w końcu facet jest, a Ala mu z gołymi plecami tu wyskakuje, nie sprecyzowałam, gdzie dokładnie jej się ten zamek zaciął, nie? A Prevc ma bujną wyobraźnie, co ten fragment wybitnie pokazał :P. A może fetysz pleców ma i co? Co zrobisz jak nic nie zrobisz?
Prevc się nie spieszy z wyznaniami, on po prostu... NIC NIE MÓWIĘ, OKEJ?!
Idź mi z tą grą wstępną, okej? Naprawdę zaraz mi tu jakieś erotyki wpleciesz w fabułę...
Koci alert -> ktoś coś mówił wcześniej o tym, że sprawa z Kotem rozwiązana, huh? :P
Retrospekcje właśnie po to są, żeby co nieco wyjaśnić. Wyjaśnić jak się ta realcja Ali i Klimka rozwijała. Ja wiem, że Wy tego OTP nie kochacie, bo w "teraźniejszosći" ciężko, bo Pero, ale w przeszłości jak ich poznacie od a do z to a nuż zmienicie zdanie...? Sami zresztą zobaczycie, tak?
A wiewióry to totalny spontan był, tak a propos. Przypadkiem wyszły, jak pół tego opowiadania w sumie :P.
Alicję chyba zdradziły te niezamknięte drzwi, co? A Tepes jest bohaterem tego rozdziału, mam wrażenie.
Oj tam zaraz kosmate myśli... no, dobra, kosmate. I to bardzo.
Zamówienie za szybko wieeeem... Ale czas nie chce ze mną spólpracować czasem, ta kelnerka musiała przyjść akurat w tym momencie, okej? No, można przyjąć, że mówiły bardzo powoli i robiły długie przerwy milczenia, taaak...?
A Kasia nie wybacza takich przejęzyczeń. Nie zapomni, i wypomni w najmniej odpowiednim momencie :P.
Aaa...! dziekuję! Właśnie nie wiem, czy Wy to widzicie tak jak ja, mam nadzieję, że chociaż po częśi tak, bo staram się jak mogę to nakreślić :). A odniesienie do tytułu całości też trochę spontanicznie wyszło :>
Co do spadania z mamuta- czy ktoś odnotował, że Domen zaliczył debiut w tym opowiadaniu? ^^
A laska Freitaga nie jest pasztetem, żeby nie było, że Rysiu ma zły gust! Katka po prostu patrzy na nią przez pryzmat było-nie-było zazdorści, jasne...?
Co do realcji Pero-Ala sie odnosić nie będę, bo to się będzie baaardzo długo wyjaśniać. Do końca niemalże. Więc zanacząco zamilknę.
No! Dziękuję pięknie za ten cudny komentarz! <3 <3 <3. Ja też Cię wielbię i wracam do nauki :* Tylko dlaczego nie wytypowałaś ulubionych scen...? :(
Buziaki, E_A :*
Pytanie natury logistycznej Tepesa absolutnie wygrało xd
OdpowiedzUsuńAle z drugiej strony, wcale nie jest bezpodstawne. I niech się oni lepiej zastanowią dobrze nad odpowiedzią. A nuż im się ten pokój przyda ;P
A teraz bardziej na poważnie. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze. A właściwie bardzo dobrze to dopiero może być. Na razie są bardzo miłe żarciki, flirty, wymowne gesty, ale potrzeba im przede wszystkim szczerej rozmowy. Bo zdaje się, że ich przeszłość - o Ali wiemy, ale i Petera - wymaga wyjaśnień, jeśli naprawdę chcą budować coś trwałego. Oboje trwali, czy nawet wciąż trwają, w jakichś trudnych układach, a tak się nie da funkcjonować.
I teraz przechodzimy do meritum:
"nie mogę mu oddać swojego serca w całości. Bo jakaś część mnie już zawsze będzie kochać Klemensa".
I na tym polega prawdziwy problem. Ona wciąż kocha Klemensa. To jest chyba najważniejsze zdanie tej historii - przynajmniej do tej pory. Tłumaczy do przodu to, co być może będziemy musieli Ali wybaczać, jeśli stajemy po stronie Petera. Myślę, że ona go skrzywdzi. Właśnie dlatego. Nie będzie potrafiła pokochać go w stu procentach.
Nie wiem, może się mylę, może to przyjdzie z czasem. Mam taką nadzieję. Kibicuję Ali i Peterowi. Po pierwsze dlatego, że Ala i Klemens nie mogą być razem. Tak zadecydowali, chcą być w porządku wobec Agnieszki i ja to absolutnie rozumiem. A po drugie między Alą i Peterem naprawdę jest chemia i gdyby ona nie była uwiązana tym uczuciem wobec Klemensa, już dawno stwierdziłaby, że Prevc to jest facet jej marzeń. Ale poznała go za późno. Albo za późno poznała Klimka. Sama już nie wiem. Mocno to skomplikowane.
A ja, zamiast się uczyć na jutrzejszego kolosa, siedzę i się nad nimi zastanawiam ;)
Pisz nam dalej tak pięknie! :*
Asik <3 trafiłaś w sedno, kochana! Od jakiegoś czasuvpróbuję delikatnie zasugerować, że cały problem jest w tym, że Ala Klemensa poznała za późno. Petera w sumis też, ale to już wtórnie.
UsuńCoś mi mówi, że Tepes został cichym bohaterem tego rozdziału :p.
Ja Ci dziękuję pięknie za taki celny komentarz i zmykaj się uczyć na tego kolosa :*
E_A
Może bym wreszcie wymęczyła ten obiecany komentarz, co? :P
OdpowiedzUsuńLubię całą (Nie)Świętą Trójcę tego opowiadania, ale szczególną miętę czuję do Petera i Alicji. Oboje dobrzy, fajni ludzie, którym coś tam w życiu nie wyszło pod kątem miłosnym, źle ulokowali uczucia (Alicja na pewno, a u Petera też jakaś nieciekawa przeszłość się jawi), sparzyli się i teraz oboje mają sporo wątpliwości. Robią dwa kroki do przodu i jeden wstecz, ale najważniejsze, że powoli człapią w swoim kierunku.
Coraz bardziej frapuje mnie przeszłość Petera. Doszłam do wniosku, że zwykłe rozstanie z dziewczyną byłoby zbyt proste. Obstawiam dwie opcje: albo tajemnicza Katja nie żyje, albo Peter był związany z dziewczyną, z którą związany być nie powinien (zaręczona? Mężatka?). Wersja druga byłaby dość interesująca w kontekście Alicji, która przecież też kocha innego faceta. Dla Petera byłoby to dość nieszczęśliwe wejście drugi raz do – może nie tej samej, ale takiej samej – rzeki. I jego reakcja, gdyby Alicja ujawniła mu prawdę, byłaby ciekawa.
Odcinek 18. jest absolutnie w moim typie. To znaczy przeplatają się w nim momenty humorystyczne i nostalgiczne. Lubię taką mieszankę. Fantastyczna scena w łazience pomiędzy Alicją i Peterem skradła moje prevcowskie serducho ;) Jest niby zupełnie niewinnie, a jednak czuć w powietrzu iskry. Bardzo ładnie przedstawiasz kolejne etapy zażyłości, na jakie pozwala sobie ta dwójka. Sytuację Alicji porównuję sobie do wspinania się po schodach: pokonuje kolejne stopnie. Dawniej nie chciała przyjąć kwiatków od Petera, bo mogłoby zostać to dwuznacznie odebrane, a teraz pozwala publicznie trzymać się za rękę. To jest już jakaś deklaracja, co nie zostaje przeoczone chociażby przez Niemców w windzie czy później Hofera.
Kasia jak zwykle mistrzowska, uwielbiam jej celne komentarze i podsumowania sytuacji. Dziewczyna ma dobre serce.
„- Dobra Peter, gratki i tak dalej, a teraz pytanie natury logistycznej – w Innsbrucku mam się wynieść do Kranjca i Damjana, czy wzięliście trochę na wstrzymanie...? - pyta zdecydowanie za głośno.” - tekst odcinka! Brawa dla tego pana! ;D Nie na to jak „dobry kolega”.
Ugh, nie wyszedł mi ten komentarz, okropnie chaotyczny, o wszystkim i niczym. Ale wiesz, że jestem fanką tego opowiadania i podziwiam Twój talent do pisania długo, a jednocześnie ciekawie i bez rozwlekania. Czyli coś, czego mi brakuje, hahaha. Życzę dużo weny i mam nadzieję, że nie trzeba będzie czekać bardzo długo na kolejną część.
PS. „- Ale nie rób tego tylko ze względu na Klemensa. Nie rób tego tylko dlatego, żeby łatwiej ci było o nim zapomnieć, okej? - prosi. - Bo Peter naprawdę zasłużył na coś więcej. Na ciebie w całości, a nie na jakieś nędzne resztki... - dodaje nieco ponuro, a mnie przypomina się, że ona przecież coś wie.” Doczytałam teraz i chyba jednak moja „opcja numer 2” dotycząca przeszłości Petera wydaje się prawdopodobna.
Och, nie krzywdź ich za bardzo i niech w ostatecznym rozrachunku znajdą wspólną drogę! ;)
PS 2. Musiałam usunąć poprzedni komentarz, bo zauważyłam powtórzenia; dwa razy napisało mi się to samo ;P
Czekałam na kontynuację :)
UsuńPero na głowę bije Klimka w ankiecie, choć byl czas, że szli łeb w łeb. Ja wiem dlaczego wszyscy wolą ten paring, ale mimo wszytsko trochęmi smutno, bo ja znam historię Ali i Klimka od kuchni. Mam nadzieję, że uda mi się ją przedstawić tak, byście ją dobrze zrozumieli.
Zawstydzasz mnie swoimi pomysłami co do Katji. Tak naprawdę ten wątek nie jest do konća skrystalizowany w mojej głowie, więc jeszcze przemyślę to i owo. Bo Twoja wersja jest bardzo... Intrygująca :).
Scena w łazience jest <3. Jedna z moich ulubionych.
Co do wspinania się po 'schodach znajomości' to warto zaznaczyć, że był Sylwester, Alicja więc pozowliła sobie na trochę więcej niż normalnie. Peter zresztą też. Ale ogólny kierunek obrali sluszny - do przodu.
Kasia przesyła podziękowania :* i ta fikcyjna i jej realny odpowiednik-pierwowzór :p.
Tepes zabrał tu niezłego fejma. Bo fejm zgadzać sięmusi!
Dziękuję Ci pięknie za ten komentarz! Następna notka dopiero za miesiąc podjerzewam. Ale jak coś to zapraszam do zakłdki, ktora pojawiła się obok 'bohaterów' - a nuż znajdziecie coś dla siebie ;).
Pozdrawiam, E_A