[Klemens]
Kiedy jadę na górę by oddać pierwszy z moich konkursowych skoków,
zastanawiam się nad słowami Alicji. Wiem, że ma rację. Zawsze
miała.
Powinienem udawać, że wszystko jest okej. Że nie zależy mi na
niej bardziej niż powinno. Jeśli będę to powtarzał dość
często, to może uda mi się w to uwierzyć.
Tak jak teraz próbuję sobie wmówić, że ona naprawdę nie ma w
weekend czasu.
Docieram na górę i skupiam się przed skokiem. Jestem spokojny.
Wiem, że pójdzie mi dobrze. Mimo iż nie powinienem tak myśleć,
wierzę, że to zasługa Alicji, jej obecności. Moje najlepsze
występy wypadały w czasie, gdy była przy mnie.
Przy nas.
Powinniśmy zachować dystans. Ja powinienem, tak naprawdę. Nie mogę
zrzucać całej odpowiedzialności na Alicję, w końcu jest tylko
człowiekiem. Nie zawsze będzie potrafiła powiedzieć „nie”.
Czy jednak jestem w stanie powiedzieć „nie” sam sobie...?
Kręcę głową i zaczynam się zbierać, bowiem powoli zbliża się
moja kolej. Ubieram kask i zabierając po drodze narty ruszam w
kierunku belki. Pomyślnie przechodzę wszystkie kontrole i już po
chwili jestem gotowy do skoku. Czekam na znak od Łukasza i ruszam w
dół. Czuję jak adrenalina krąży w moich żyłach, kiedy szybuję
nad zeskokiem. To jest to co kocham, czemu podporządkowałem całe
moje życie.
I byłem gotów poświęcić dla Alicji, uświadamiam sobie w
momencie lądowania, co nieco wybija mnie z równowagi i lekko
chwieję się w ostatniej jego fazie. Sędziowie odejmują mi za to
punkty i ostatecznie kończę pierwszą serię na trzecim miejscu. W
tłumie widzę Alicję, ale nie podchodzę do niej, co odbieram jako
mały kroczek w dobrą stronę. Nigdy tak naprawdę nie próbowałem
się od niej oddalić. Być może dlatego odeszła. Bo to co nas
łączyło było za silne, by była w stanie sama to powstrzymać.
Widzę jak uśmiecha się do Petera, który wylądował przed chwilą
w tym samym miejscu co i ja, jednak miał mniej korzystny wiatr, no i
zdecydowanie lepsze lądowanie. W moim sercu pojawia się nagle
irracjonalna potrzeba by wzbić się ponad niego, sportowa złość,
motywacja do działania.
Problem w tym, że ma całkowicie niesportowe podłoże.
- Klimek, trener ma do ciebie słówko – Maciek klepie mnie w ramię
i podaje krótkofalówkę, z której dobiegają mnie jakieś skrzeki,
w których w końcu rozpoznaję głos Łukasza.
- Bardzo dobrze, powtórz to jeszcze raz, bez udziwnień, tylko to
lądowanie... Co tam się stało? - pyta.
- Narta mi zakrawędziowała, nie zdążyłem odpowiednio zareagować
i odjechała – mówię, tylko odrobinę mijając się z prawdę.
Wymieniamy jeszcze kilka uwag i oddaję Maćkowi sprzęt, a sam idę
się przygotować do drugiego skoku. Dostaję kubek herbaty i wypijam
go szybko. Serwisant sprawnie ogarnia moje narty, więc po chwili
jestem gotów jechać znów na górę.
W windzie natykam się na Petera i Cene, którzy wyprzedzili mnie w
pierwszej serii. Rozmawiają ze sobą po słoweńsku, w identycznych
kaskach i kombinezonach wyglądają... cóż, jak bracia. Na mój
widok przechodzą na angielski i witają się ze mną, a Cene
uśmiecha się do mnie szeroko. Odwzajemniam uśmiech i drogę na
górę przebywamy w milczeniu. Dopiero gdy wychodzimy Peter mówi do
mnie:
- Powodzenia.
Życzę mu tego samego i przygotowujemy się do skoku, każdy w innym
kącie. Na belce zasiadam jako pierwszy z nich i jako pierwszy jestem
na dole. Ze skoku jestem zadowolony – długość podobna jak
wcześniej, nawet przy nieco gorszych warunkach, a do stylu tym razem
nie było się jak przyczepić i zgarniam same dziewiętnastki, co
daje mi prowadzenie. Po swoim skoku Cene plasuje się za mną, mimo
przewagi po pierwszej serii, tym razem to jemu nie wychodzi
lądowanie. Nie widać jednak by był zły, gratuluje mi i czeka na
brata.
Peter ląduje w tym samym miejscu co ja, jednak tym razem to on miał
sprzyjające warunki. W napięciu oczekujemy na wynik. I tak będę
na podium, ale czy rozdzielę Prevców, czy też nie?
Kiedy wynik pojawia się na ekranie nie mogę w to uwierzyć.
Ponownie wygraliśmy ex aequo. Spoglądamy na siebie
zaskoczeni i oboje wybuchamy nagle śmiechem.
- To już się zaczyna robić nudne, wiesz? - mówi mi, poklepując
mnie po łopatce.
- Byleśmy w Planicy nie musieli się niczym dzielić – mówię, bo
jak mi się wydaje właśnie obaj znaleźliśmy się w pierwszej
trójce klasyfikacji generalnej.
- To moja skocznia, pamiętaj – grozi mi żartobliwie palcem.
Kawałek dalej Alicja rozmawia z Cene, który tłumaczy jej coś,
żywo gestykulując. Przyglądam się temu przez chwilę, a ona
pochwyca mój wzrok. Uśmiecham się do niej lekko, a ona odpowiada
mi minimalnym uniesieniem kącika ust. Dla mnie to wystarczający
gest.
Oby tylko tyle starczało mi już zawsze.
[Alicja]
Patrzę z dumą jak obaj wspinają się na najwyższy stopień
podium. Cieszę się widząc ich w tak dobrej formie. Zapowiada się
naprawdę emocjonujący sezon, a emocji dodatkowo dostarcza fakt, że
to oni właśnie są głównymi aktorami w tym przedstawieniu.
Organizator niestety nie przygotował się na taką sytuację jak
dziś i obaj muszą się jakoś podzielić nagrodą. Klemens mówi
coś do Petera, rzucając mi bardzo krótkie spojrzenie i oddaje mu
bukiet kwiatów, które po chwili Słoweniec unosi w geście triumfu.
Rozbrzmiewają oba hymny, po raz kolejny w tym sezonie, a po nich
następuje „chwila dla reporterów”.
Kiedy w końcu uwalniają się z objęć dziennikarzy, podchodzą do
mnie jednocześnie, choć Klemens trzyma się pół kroku za Peterem.
Dostrzegam ten gest i go doceniam, jednak gdzieś w głębi serca
jest mi przykro, choć wcale nie powinno. W końcu oboje robimy to co
należy – zachowujemy dystans, a ja potrafię dopuścić do siebie
myśl, że...
- Mam nadzieję, że te również przyjmiesz – zwraca się do mnie
Peter, podając mi kwiatki.
Te same, które oddał mu Klemens.
Przyglądam się im krytycznie.
- Wczoraj dostałam takie same, postarałbyś się bardziej –
prycham, ale przytulam go serdecznie. - Gratulacje, jestem dumna... z
was obu – spoglądam na Klemensa.
W jego wzroku widzę jakby zawód, ale niemal natychmiast dostrzegam
tam również akceptację. Cieszy mnie to. Wygląda na to, że
wszystko idzie w dobrym kierunku.
- Niedługo skończy mi się miejsce nad kominkiem – wzdycha
Klemens. - Choć w sumie to dobrze, bo Kryształowa Kula i tak by się
tam nie zmieściła... - żartuje.
- Jakby co, mogę się nią zaopiekować – ofiaruje się Peter i
wszyscy troje wybuchamy śmiechem.
- Zostawiłbyś trochę miejsca dla mnie! - dołącza do nas Cene,
pogryzając hot-doga z musztardą.
- A ty się dobrze czujesz? - pytam. - Marchewki byś wcinał, a nie
takie świństwo...!
Cene posyła mi swoją sztandarową minkę niewiniątka i macham ręką
na jego obżarstwo. Odwracam się raz jeszcze do Klemensa, on jednak
odwraca wzrok.
- Pójdę już, bus na mnie czeka – mówi. - Do zobaczenia na
Turnieju, Ala – głos lekko mu się załamuje przy ostatnim słowie.
Nigdy jeszcze nie powiedział do mnie „Ala”.
Nigdy.
Za moimi plecami Cene częstuje Petera hot-dogiem. Starszy Prevc
bierze dużego gryza, myśląc, że nie widzę, zajęta wpatrywaniem
się w plecy Klemensa, który odchodzi nie oglądając się do tyłu.
Z jakiegoś powodu robi mi się nagle smutno. Ale to konieczne
zmiany. Zmiany na lepsze.
Zmiany, które powinniśmy wprowadzić już dawno, bardzo dawno temu.
- Musiałeś kupić z musztardą? - marudzę, zabierając Cene
końcówkę hot-doga mimo jego błagalnej miny. - Jak już muszę
ratować resztki twojej diety, to wolałabym faszerować się ciepłą
parówką utaplaną w keczupie, a nie tym... czymś – krzywię się,
przełykając coś, co ponoć jest jedzeniem. - Smakuje jak tektura.
- A kto ci każe to jeść...? - pyta z wyrzutem, patrząc mi
nieomalże w zęby.
- To wszystko z troski o wasze zdrowie – wzdycham, połykając
ostatni kęs. - Chodźcie, bo Dezman nerwowy ostatnio potwornie, a z
tego co wiem to jemu dali kluczyki do busa. Jak się nie pośpieszymy,
to odjedzie bez nas...
Spakowanie się i zjedzenie kolacji nie zajmuje nam dużo czasu i o
dwudziestej już jesteśmy w drodze do domu. Peter siedzi za kółkiem,
pewnie prowadząc kadrowego busa, a ja mam pełno miejsca na tylnej
kanapie. Umilam sobie czas czytaniem zaczętej ostatnio książki na
telefonie i słuchaniem muzyki, kiedy przypominam sobie o obietnicy
złożonej Klemensowi. Większość moich współtowarzyszy podróży
śpi albo jest czymś zajęta, więc wyłączam ebooka i wybieram
dawno nieużywany kontakt z listy.
- Cześć, Aga – mówię, kiedy odbiera po kilku sygnałach.
- Alka! - woła radośnie. Tak radośnie, że aż nie da się nie
uśmiechnąć. - O rany, prawie cię nie poznałam! Czemu się nie
odzywasz, o mało zawału nie dostałam, ja cię zobaczyłam w
telewizji podczas konkursu w Kuusamo... Myślałam, że mi się przewidziało,
więc dzwonię do Klimka, a on mi mówi, że od Klingenthal pracujesz
ze Słoweńcami...
- W sumie to ciut dłużej, bo od września – mówię, kiedy udaje
mi się wtrącić choć słówko. Zdążyłam zapomnieć jak trudno
dorwać się do słowa, kiedy Aga wpadnie w swój słowotok.
- O kurczę, już się nie mogę doczekać jak cię zobaczę...
wyjechaliście już, prawda? - pyta retorycznie i nie czekając na
moją odpowiedź, mówi dalej. - Pewnie tak, więc chyba dasz radę
przyjechać do nas zaraz po świętach? W końcu Mistrzostwa już w
drugi dzień świąt, prześpisz się ze dwie noce, to nagadamy się
za ten cały zaległy czas... Nawet nie wiesz jak się za tobą
stęskniłam, Alka... No, to kiedy będziesz?
- Aga... - mówię powoli. Aż głupio mi gasić ten jej entuzjazm
wiadomością, że nie mam zamiaru do niej przyjechać, zwłaszcza,
że rzeczywiście chętnie bym się z nią spotkała. - Chyba nie dam
rady przyjechać, mam bardzo dużo...
- To nie szkodzi, przyjedź wprost na konkurs, zrobimy Klimkowi
niespodziankę, co ty na to? Jak z nim rozmawiałam przed chwilą, to
martwił się, że cię nie będzie. Więc to nawet lepiej jak
wpadniesz na ostatnią chwilę. No, a potem możesz zostać u nas na
noc...Co ty na to?
- Aga, ja naprawdę nie mogę – mówię. - Obiecałam już Kasi,
że... - chwytam się ostatniej wymówki, która jest niepodważalna.
Ze zdaniem Kasi nikt nie podejmuje się dyskutować.
- To przyjedź razem z nią! - Aga nawet nie daje mi dokończyć. -
Zmieścicie się obie na kanapie, a jak coś to Klimek napompuje
materac. No, to co? Pamiętaj, konkurs jest o czternastej, mam już
wejściówki dla ciebie, to zdzwonimy się jak już dojedziesz.
Możemy się umówić przy kasach... albo nie, lepiej jak pod tym
sklepem niedaleko, wiesz który? Taki z różowym banerem... Dam ci
wszystko co potrzeba i potem zrobimy mu niespodziankę. Tylko nikomu
nie mów, że przyjeżdżasz, bo Kot zaraz wszystko mu wypapla,
ostatnio...
- Aga, ja... - próbuję jej raz jeszcze przerwać.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie przyjedziesz...? - pyta.
- Ja... - próbuje raz jeszcze.
- W pół do drugiej pod tamtym sklepem, tak? - upewnia się, nawet nie czekając
aż sformułuję linię obrony.
Wbijam wzrok w zaśnieżone pobocze migające mi za oknem i wzdycham
ciężko.
- Tak, do zobaczenia.
Rozłączam się i opieram głowę o szybę.
Tyle by było w kwestii nie jechania do Zakopanego. Mogę jedynie
liczyć na to, że uda mi się uciec stamtąd szybko, nim...
Nim wydarzy się coś, co nie powinno się wydarzyć. Nim ktoś
odkryje, że tak naprawdę potwornie oszukuję wszystko i
wszystkich...
- Alicja, wszystko ok? - pyta Peter, zerkając na mnie szybko.
Odrywam głowę od szyby i uśmiecham się lekko.
- Tak, nie martw się o mnie.
...a najbardziej samą siebie.
[Peter]
Anze
parkuje
bezpiecznie pod ośrodkiem szkoleniowym w Kranju, gdzie się
rozstajemy. Przez dłuższą chwilę szukam kluczyków do auta, a
ogromna liczba bagaży mi w tym wybitnie nie pomaga.
-
Pośpiesz się... - marudzi Cene. - Tu jest chyba minus 120 stopni...
-
Minus trzynaście – poprawia go Alicja, podchodząc do nas z
niedużą torbą zarzuconą na ramię. Nie jestem w stanie zrozumieć
jakim cudem udało jej się do niej zapakować.
No,
ale w sumie nie potrzebuje tych wszystkich rzeczy jak kask,
kombinezon, buty i narty...
-
Podrzucić cię? - pytam, bo nie widzę nigdzie jej samochodu.
-
Ciekawe jak, skoro nadal nie masz kluczyków... - drwi Cene.
-
Spróbuj w kosmetyczce – radzi Alicja. Otwieram torbę, kosmetyczkę
i rzeczywiście moje palce trafiają na kluczyki do samochodu. W
bocznej kieszonce znajduję nawet dokumenty.
- Skąd wiedziałaś? - Cene przygląda jej się podejrzliwie.
- Kluczyki są zawsze przy dokumentach, a dokumenty są
najbezpieczniejsze w kosmetyczce właśnie – wzrusza ramionami. -
Chyba wszyscy tak robią...
Otwieram
samochód. Czas najwyższy, bowiem jesteśmy ostatnimi osobami na
parkingu. Dłuższą chwilę zajmuje nam zapakowanie wszystkiego do
środka. Kiedy w końcu nam się udaje samochód pęka w szwach.
Alicja sadowi się na tylnej kanapie ze swoją torbą w objęciach w
towarzystwie naszych kasków, które do bagażnika się niestety nie
zmieściły.
-
Prowadzisz – rzucam bratu kluczki, a on uradowany siada za
kierownicę. Kiedy poprawia lusterko obaj dostrzegamy przerażony
wzrok Alicji.
-
Spokojnie, pamiętaj że mam dwadzieścia jeden lat – mówi Cene, a
Alicja puszcza mu oko. Obaj się nabraliśmy.
-
Przez chwilę naprawdę miałam wrażenie, że dajesz kluczyki
nieletniemu – mówi.
Ruszamy
powoli w kierunku przedmieścia. Trafiamy
akurat na popołudniowe korki, więc nie poruszamy się zbyt szybko.
-
Alicja... - zaczyna nagle Cene. - Może... Może...
-
No?
-
Może wpadniesz do nas na weekend, co? - proponuje nieśmiało.
-
Jeśli chcesz, możesz nawet zostać na święta – dodaję dość
spontanicznie. Nie uzgodniliśmy tego z resztą rodziny, ale wiem, że
nie będą mieli nic przeciwko.
-
Ja... - Alicja wydaje się być zbita z tropu. - Raczej nie. Wiecie,
Boże Narodzenie wolałabym spędzić w
Polsce, z rodziną –
tłumaczy nam delikatnie.
-
No tak, racja. Nie pomyślałem o tym – mówię zawstydzony.
-
Spokojnie, nic się nie stało. I dziękuję za propozycję –
uśmiecha się serdecznie. - Z chęcią kiedyś was odwiedzę.
-
Możesz nawet teraz! - Cene odwraca się do niej, korzystając z
tego, że na dobre utknęliśmy w korku. - Pomożesz nam piec
pierniczki!
-
Nie słuchaj go, chce się tobą wyręczyć – ostrzegam ją. -
Rodzice mają mnóstwo pracy przed świętami, więc musimy sami
wszystko ogarnąć i Cene dostał w przydziale pierniki...
-
...bo twoje zeszłoroczne wytwory były niejadalne – wcina mi się
w zdanie młodszy brat. Liczyłem, że wyjątkowo mi tego nie
wytknie.
-
Nie powiem, kto mi wtedy podał mąkę ziemniaczaną...! -
odpowiadam, wskazując na niego oskarżycielskim gestem.
Alicja
śmieje się serdecznie.
-
Naprawdę nie zauważyłeś różnicy...? - pyta pomiędzy jednym
spazmem śmiechu a drugim.
-
Skąd miałem wiedzieć, że akurat wtedy zbierze mu się na żarty...?
- wzruszam ramionami.
-
Musisz sobie szybko znaleźć jakąś żonę, bo inaczej umrzesz z
głodu jak tylko się wyprowadzisz – wyszczerza się do mnie Cene.
Żartowniś mały...
-
Nie samymi piernikami człowiek żyje. Jeśli cię to pocieszy, na
samym początku mojej kuchennej kariery udało mi się spalić wodę
na herbatę - pociesza mnie Alicja, odzyskując w końcu oddech. -
Okej, możecie tu zaparkować, dojdę sobie ten kawałeczek...
-
Ale wpadniesz jutro? - pyta z nadzieją Cene. Nadal chyba się łudzi,
że ominie go gotowanie.
-
Nie mogę – kręci głową Alicja. - O czternastej mam samolot. Ale
po świętach na pewno was odwiedzę... jeśli oczywiście nadal mogę
się czuć zaproszona – dodaje.
-
O każdej porze – zapewniam ją.
Wysiada
i macha nam na pożegnanie, kiedy Cene nawraca na wąskiej uliczce.
Odprowadzam ją wzrokiem, aż do drzwi, pod którymi przystaje w
poszukiwaniu klucza. Potem znika mi z oczu, gdy wyjeżdżamy na
główną drogę.
-
Szkoda – wzdycha Cene. Nie precyzuje o co mu chodzi, przerywa mu
dźwięk telefonu.
-
Prowadzę, zadzwonię za godzinę – mówi do telefonu po angielsku.
Kiedy rzuca mi aparat, dostrzegam znikający właśnie jakiś
zagraniczny, ale znajomo wyglądający numer kierunkowy. Bardziej
jednak zastawania mnie jego nagły szeroki uśmiech.
-
Jest coś o czym chcesz mi powiedzieć? - pytam.
-
Nie, a ty?
-
Nie, skąd to pytanie? - dziwię się.
-
Bo sam o to przed sekundą zapytałeś, a poza tym... - milknie
nagle.
-
No? - zachęcam go, choć chyba wiem o co zapyta.
-
Nie, nic. Nie mój interes – kręci głową. - Ale myślę, że
Alicja robi bardzo dobre pierniki, jakbyś mnie pytał o zdanie.
To
ostatnie stwierdzenie totalnie zbija mnie z tropu, zdaje
się być zupełnie wyrwane z kontekstu.
Wydaje mi się jednak,
że wiem o co mu chodziło. Jego, hmm, akceptacja mile mnie
zaskakuje. Milczymy niemalże do końca podróży.
W
domu wita nas pustka, pomijając kartkę, na której znajdujemy kilka
przydatnych informacji. Oprócz gratulacji i wiadomości, że wszyscy
wrócą późno, najistotniejsza wydaje nam się wskazówka by obiadu
do podgrzania szukać w lodówce.
Do
posiłku siadam jednak sam, bowiem niemalże od progu Cene nie odrywa
się od telefonu. Nawija po angielsku szybciej niż jestem w stanie
go zrozumieć i jedną ręką próbuje rozpakować swoje rzeczy.
Poddaje się jednak po chwili i znika w swoim pokoju, nadal nie odrywając ucha od komórki.
Kręcę
ze zdziwieniem głową nad tym zaskakującym zjawiskiem i powoli
zaczynam ogarniać bałagan, który obaj zostawiliśmy po wejściu.
[Alicja]
Jem niespokojnie śniadanie, jednym okiem zerkając na wiadomości,
które lecą w tle z wyłączonym głosem. W myślach robię szybko
listę rzeczy które muszę jeszcze zapakować i załatwić. Chwytam
kartkę i dopisuję kolejny punkt: „Zadzwoń do Janusa!!!”.
Wstaję i idę do łazienki po suszarkę, którą dorzucam do torby.
Ledwo siadam z powrotem, kiedy przypominam sobie o kolejnej rzeczy.
Biegam tak pomiędzy moimi kanapkami a walizką, zastanawiając się,
co ja w sumie najlepszego robię.
Ostatecznie udaje mi się zjeść pełnowartościowy posiłek,
zapakować chyba wszystko co będzie mi potrzebne podczas
zbliżającego się skokowego maratonu, znanego szerzej pod nazwą
Turnieju Czterech Skoczni, który osobiście mam zamiar poprzedzić
Mistrzostwami Polski. Mój bardzo napięty plan zajęć zakłada, że
prosto z Zakopanego będę musiała złapać transport do Obersdorfu.
Być może uda mi się przespać jedną noc we własnym łóżku, jak
się uprę nawet dwie.
Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.
Walizka jest ciężka i wypchana do granic możliwości. Z trudem
staczam się z nią po schodach i wsiadam do taksówki. Na wirtualnej
liście „do zrobienia” dopisuje sobie, żeby wziąć ze sobą
samochód, kiedy będę wracać do Słowenii, który zostawiłam w
Polsce zupełnie bez powodu.
Docieram na lotnisko za wcześnie, siadam więc na plastikowym
krzesełku i czekam na odprawę umilając sobie czas czytaniem
książki. Niestety nie udaje mi się przeczytać nawet jednej
strony, kiedy dzwoni mój telefon.
- Ooo... odebrałaś łaskawie... Możesz gadać?
- Ooo... łaskawie zapytałaś... - przedrzeźniam Kasię. - Mam pół
godziny do odprawy. A co?
- Nic – mówi pozornie obojętnie. - Chciałam po prostu zapytać
po kija wracasz do Polski przed Turniejem i dlaczego nie pomagasz
dziś Prevcom przy piernikach – pyta z naganą.
- Cooo...? - wytrzeszczam oczy. - Skąd ty niby wiesz o...
- O piernikach? Cene dziś od rana męczy mnie o jakiś sensowny
przepis, bo Peter zgubił kartkę z tym, z którego korzystali
ostatnio – wyjaśnia mi jak gdyby nigdy nic. - Jakby nie mieli
internetu...
- Jak to Cene męczy cię o przepis...? - udaje mi się wydukać. -
Skąd...?
- No zadzwonił do mnie dziś – mówi, jakby nie było w tym nic
nadzwyczajnego. - Wczoraj zresztą też. Wyjaśnisz mi w końcu po co
wracasz do Polski? Nie żebym się za tobą nie stęskniła, czy
coś... Rozumiem święta i te sprawy, ale wiesz... za parę dni i
tak musisz jechać do Obersdorfu i chyba Katowice są Ci w takim
wypadku średnio po drodze...
- Nawet mniej niż średnio – zgadzam się. - Zwłaszcza jeżeli w
międzyczasie wybieram się jeszcze do Zakopanego... - przyznaję się
bez bicia.
- Do Zakopa... - powtarza za mną mimowolnie. - Po co niby?
Milczę. Obie wiemy po co. A raczej dlaczego.
- Powiedziałaś mu przecież, że nie przyjedziesz! - jęczy Kasia,
załamana moją postawą.
- Agnieszka mnie namówiła – mówię krótko. - Obiecałam jej, że
przyjdę.
- Wracaj do domu – radzi mi Kasia. - Albo jeszcze lepiej zostań w
Słowenii. I piecz z Cene pierniki. Możesz tam nawet zostać na
święta, tylko NA MIŁOŚĆ BOSKĄ NIE JEDŹ DO ZAKOPANEGO! -
zaklina mnie.
- Za późno. Obiecałam – wzdycham.
- Mnie obiecałaś, że nie będziesz sobie komplikować życia –
przypomina mi kwaśno.
- Wiem – wzdycham. - Jakby to jeszcze było takiego proste...
- To jest proste – stwierdza Kasia. - Nie jedziesz do Zakopanego,
wracasz do Kranja, pieczesz z Prevcami górę pierników i obżeracie
się nimi do nieprzyzwoitości przez całe święta. Potem do końca
sezonu unikasz Klemensa i z głowy...
- Już raz go unikałam, pamiętasz? - stwierdzam sucho. - Raczej
dużo to nie dało. Mogłabym go ewentualnie unikać przez całe
życie, ale podczas pracy na skoczni jest to nieco kłopotliwe....
- Kłopotliwe jest dla ciebie nawet unikanie go poza skocznią –
wytyka mi przyjaciółka.
Milczymy przez chwilę
- Jak go skrzywdzisz, będziesz mieć ze mną do czynienia, jasne? -
dodaje nagle i wcale nie ma na myśli Klemensa.
Kiwam głową, po czym orientuję się, że ona tego nie widzi.
- Możesz być o to spokojna – zapewniam ją. - Z Klemensem jest
wystarczająco dużo problemów...
- Miałam na myśli coś dokładnie odwrotnego – uświadamia mnie
Kasia. - A przy okazji... Masz gdzieś w domu jeszcze rozmówki
słoweńskie? I ten słownik obrazkowy, z którego się kiedyś
uczyłaś...?
- A na kija ci...? I co ma piernik do wiatraka....? - pytam
zaskoczona tą nagłą zmianą tematu.
- No a jak ja będę rozmawiać z Cene? - mówi, jakby to było
oczywiste.
- A... A. Aha – mówię tylko, oszołomiona. No proszę.
- Muszę kończyć. Przyjeżdżaj z tym słownikiem i ani mi się waż
jechać do Zakopanego jasne? - mówi raz jeszcze.
- Nie da rady – wzdycham. - Słownika nie mam już, bo był
pożyczony, rozmówek musiałabym poszukać, ale w wolnej chwili
podeślę ci podręcznik w PDFie. Też muszę lecieć, bo mi się
odprawa zaczyna.
Rozłączam się, wiedząc, że Kasia właśnie próbowała raz
jeszcze wyperswadować mi wyjazd do Zakopanego i chwytam walizkę.
Stając w kolejce do odprawy bagażowej zastanawiam się czemu tak
właściwie nie mogę jej posłuchać, jednak nie dochodzę do
żadnych konstruktywnych wniosków.
Wzdychając ciężko wsiadam po kilkunastu minutach do samolotu,
mając nadzieję, że uda mi się nie zaprzepaścić tego, co już
udało mi się wypracować. W głębi serca wiem jednak, że tak
naprawdę stoję w miejscu, wciąż po szyję w kłopotach.
I tak naprawdę nawet nie próbuję się z tych kłopotów wydostać.
[Klemens]
Święta jak zwykle mijają bardzo szybko. Tuż przed samą Wigilią
Łukasz zarządza dodatkowy trening, a tuż przed Turniejem
treningiem mają być Mistrzostwa Polski. Wyjątkowo napięty
grudniowy grafik sprawia, że karp nawet nie zdąża ostygnąć, a
już jestem w drodze na Wielką Krokiew, mając nadzieję, że uda mi
się wcisnąć w kombinezon. Mimo mojej sportowej diety, święta
zawsze wiążą się z dodatkowym kilogramem, gdyż nie ma siły,
która oparłaby się piernikom mojej teściowej.
Agnieszka zachowje się jakoś tajemniczo. Dziś rano jeszcze
wyciągnęła z piwnicy materac i pompkę, a na dodatek stwierdziła,
że przyjedzie na skocznię dopiero tuż przed konkursem. Jadę więc
sam, zgarniając po drodze Maćka i Kubę.
- Masz za długie narty – mówię do Kota, kiedy mój samochód
odmawia rozciągnięcia się na dodatkowe trzy centymetry.
- Przecież twoje są dłuższe, a się mieszczą – stwierdza
zdziwiony.
- No, ale twoje nie wchodzą, co poradzę? – pokazuję mu
nadprogramowe 3 centymetry.
- No, nie no...
Obaj bracia chwilę siłują się ze sprzętem i moim samochodem, w
końcu udaje im się znaleźć pozycję, która umożliwia transport
bez konieczności jechania z otwartym bagażnikiem.
- Nie mam pojęcia jak my to zaraz wyciągniemy, bo weszło na styk,
ale dało radę – stwierdza zadowolony z siebie Kuba.
Na skoczni z pomocą serwisanta udaje mi się rozpakować auto i
idziemy się przygotować do zawodów. Zastanawia mnie dziwne
zachowanie Agnieszki, bo zawsze jedzie rano ze mną na skocznię i
towarzyszy mi przez cały czas trwania treningów i zawodów. A dziś
postanowiła przyjechać dopiero na sam konkurs...
Pierwszy z treningowych skoków wychodzi mi średni, bowiem sztuczny
śnieg, który znajduje się na zeskoku nieco różni się do tego
naturalnego, do którego przywykłem podczas ostatnich konkursów.
Mimo to plasuję się wysoko, w czołówce. Bez przeliczników za
wiatr rywalizacja jest nieco bardziej emocjonująca, ponieważ o
wiele więcej zależy do zawodnika i jego umiejętności radzenia
sobie z niekorzystnym wiatrem, a zdecydowanie mniej od sędziów
odpowiedzialnych za dodawanie i odejmowanie „wiatrowych” i
„belkowych” punktów.
Tuż przed początkiem pierwszej serii dostrzegam w końcu Agę,
która z Klimkiem na rękach przepycha się przez tłum w moim
kierunku z przepustką dyndającą na szyi.
- Cześć! - woła zasapana i całuje mnie na powitanie.
Biorę Klimka na ręce i zakładam mu mój kask. Śmieje się głośno
i pyta czy możemy polatać. Oddaje więc narty Agnieszce i pozwalam
synkowi nieco polatać. Śmieje się uradowany.
- Tata, a dostaniesz medal? - pyta, kiedy stawiam go już na ziemi.
- Jak się postaram to tak – odpowiadam.
- Dostaniesz – zapewnia mnie Aga, oddając mi narty.
Całuję ją jeszcze i ruszam na górę.
Mistrzostwa Polski mają specyficzną atmosferę. To konkurs tak samo
ważny jak inne, tak samo magiczny jak Pucha Świata w Zakopanem albo
Wiśle, a jednocześnie tak inny. Może dlatego, że wszyscy się
znają. Nie uświadczysz tu innego języka niż polski, skaczesz z
kolegami, z którymi chodziłeś do szkoły, a których na co dzień
nie widujesz podczas zawodów. Jest czas na rozmowy, sprawdzenie
siebie, odnowienie przyjaźni, powspominanie.
Był czas, że w polskich skokach nie działo się dobrze. I było
tak całkiem niedawno. Nam pomogła Alicja, ale poza kadrami też coś
drgnęło. I choć nie miała na to wpływu bezpośrednio, to jednak
jej niekonwencjonalne metody wywołały małą rewolucję w całym
polskim skokowym półświatku. Efekty można było podziwiać w
zawodach wszystkich rang, a także teraz, na Mistrzostwach, które od
trzech lat obsadzone są tak silnie jak chyba nigdy. Ponad stu
zawodników na liście startowej, z czego co najmniej połowa
prezentująca poziom pozwalająca na dość aktywny udział w walce o
miejsca w trzydziestce.
Konkurencja jednak mnie nie martwi. To bardzo przyjacielska
rywalizacja, a poza tym nie o wynik tu chodzi. Chodzi o dobre skoki,
które owszem mogą dać medal, ale jeśli go nie dadzą, też się
nic nie stanie. Żeby ktoś był najlepszy, ktoś inny musi być
gorszy. Wszyscy nie mogą być wygranymi.
Skaczę niemalże na końcu. W zeszłym roku otarłem się o „10tkę”,
moja nie najlepsza forma nie pozwalała mi na nic więcej. Byłem
dopiero którymś kolejnym zawodnikiem w kadrze, omijała mnie połowa
zawodów Pucharu Świata, a kiedy w nim startowałem zbierałem
pojedyncze punkty.
Tak to wyglądało w zeszłym roku. W zeszłym roku, kiedy nie było
z nami Alicji.
Jej obecność ma na nas magiczny wpływ. A zwłaszcza na mnie...
Przechodziłem przez duży kryzys, zanim się pojawiła w moim życiu.
Wszystko szło nie tak, a znikąd pomocy. Choć wszyscy mówili mi,
że we mnie wierzą, tak naprawdę nie czułem ich wsparcia, nawet od
najbliższych. Internet huczał od dezaprobaty, nawet najwierniejsi
kibice zaczęli wątpić, czy będzie jeszcze lepiej. Łukasz rwał
włosy z głowy i posiwiał już niemalże zupełnie, a my wciąż
nie mogliśmy się pozbierać. Nikt nie wiedział co jest nie tak, a
najmniej wiedziałem ja.
A potem pojawiła się Alicja. Alicja, która po prostu w nas
uwierzyła. Która uwierzyła we w mnie. Uwierzyła tak mocno, jak ja
nigdy w siebie nie wierzyłem. Uwierzyła tak mocno, że jej wiara
zmaterializowała się w postaci kolejnych trofeów, które najpierw
powoli, a potem niemalże lawinowo posypały się ze wszystkich
stron. A przecież nie zrobiła nic niezwykłego. Po prostu była
osobą, której nigdy nie chcieliśmy zawieść, a poprzeczkę
wieszała bardzo wysoko. Kiedy trener mówił: „dwa dobre skoki”,
ona mówiła: „dwa najlepsze skoki”. Kiedy trener mówił: „to
był bardzo dobry konkurs”, ona mówiła: „jutro będzie jeszcze
lepszy”. Nie było osoby, która byłaby stanie nie zrobić
wszystkiego by słowa Alicji okazały się prawdziwe.
Nigdy nie mówiła co mamy robić. Zawsze mówiła po prostu jak
będzie. A zawsze miało być dobrze, a nawet najlepiej. I tak
właśnie było.
Ta wiara sprawiła, że była mi bliższa niż ktokolwiek inny.
Podała nam... mi pomocną dłoń właśnie wtedy, gdy jej
najbardziej potrzebowałem. Była przy każdym moim upadku, by pomóc
mi się podnieść. Nigdy nie powiedziała ani jednego złego słowa,
nawet jeśli należały mi się tylko takie. Czasem po prostu nic nie
mówiła, wystarczyło jedno jej spojrzenie jeden uśmiech bym wrócił
do równowagi. Była lekarstwem na każde zło. Rozumiała co dzieje
się w mojej głowie lepiej ode mnie. Być może dlatego poczułem,
że idealnie pasuje do mnie. Lepiej niż ktokolwiek, kiedykolwiek.
Jedno słowo za dużo. O jeden gest, dotyk za daleko. Jedno zbyt
bezpośrednie spojrzenie. Zbyt późno dostrzegliśmy, że nasze
stopy stoją daleko za cienką linią, zza której już nie było
powrotu.
Dlatego Alicja odeszła.
A wraz z nią cały mój zapał. Jej nieobecność bolała mnie
nieomal w fizyczny sposób. Reszta szybko dostosowała się do tej
sytuacji, choć poczuli się zdradzeni. Tylko my wiedzieliśmy jak
było naprawdę. Tylko ja wiedziałem jak wiele kosztowała ją ta
decyzja.
Oraz jak wielki wpływ miała na mnie.
Uśmiecham się do tych myśli, siadając na belce. Ten czas już
minął. Alicja jest znowu blisko. Choć nie tak blisko jak
wcześniej, choć czuję, że wciąż jest zbyt odległa, a wręcz się
oddala z dnia na dzień... Mimo to jest zawsze gdzieś niedaleko,
jestem w stanie odnaleźć jej wzrok i dostrzec to spojrzenie
zarezerwowane tylko i wyłącznie dla mnie. Spojrzenie, które
potrafi mnie zmotywować bardziej niż cokolwiek. Które jest dla
mnie największą nagrodą po dobrym skoku.
Mimo że nie przyjechała do Zakopanego czuję wewnętrzny spokój.
Ma całkowitą rację trzymając się ode mnie z daleka. Powinienem
wziąć z niej przykład i skupić się swoim życiu i na swoich
skokach. Spróbować zamknąć ten rozdział raz na zawsze.
Oddaję dobry skok, ale warunki trafiły mi się nie najlepsze. Swego
czasu miałem niemałego pecha do wiatru, siłą rzeczy nauczyłem
się więc radzić sobie w takich sytuacjach. Prowadzę, ale za mną
jest jeszcze 10 zawodników, muszę się więc liczyć ze spadkiem.
Składam z trzaskiem narty i schodzę z areny skoczni. Szukam
wzrokiem Agnieszki, kiedy z tłumu wyławiam twarz, której nie
spodziewałam się tu zobaczyć. Przez chwilę jestem niemal tak
zaskoczony jak kilka tygodni temu w Klingenthal, jednak o pomyłce
nie może być mowy. Zapomnam o Agnieszce i podchodzę prędko do
Alicji.
- Klimek – zauważa mnie, gdy jestem kilka kroków od niej. W jej
głosie jest coś chłodnego, a mnie jeszcze bardziej zmraża
zdrobnienie, którym mnie nazwała.
Zauważyła.
Zauważyła, że powiedziałem do niej ostatnio „Ala”. Nigdy tak
nie robiłem. Tak samo jak ona nigdy nie nazywała mnie „Klimkiem”.
Jest to niby nieistotny szczegół, ale bardzo wiele dla nas znaczy.
Ciężko jest mi nawet sprecyzować, co dokładnie, ale jest coś
szczególnego w sposobie w jaki wymawia moje imię. Jak potrafi
zawrzeć w nim całą wiarę jaką we mnie pokłada.
„Klimek” nie niesie ze sobą takiej siły.
Tak samo jak „Ala” nie potrafi przekazać całego zaufania,
wdzięczności i ciepła, które zawsze adresuję do Alicji.
Lecz co tak naprawdę próbujemy sobie w ten sposób udowodnić...?
- A jednak tu jesteś - mówię, starając się nie pokazywać, jak
bardzo cieszę się z jej obecności. Bardziej niż powinienem,
biorąc pod uwagę obietnicę, którą sam sobie złożyłem. Tę
samą, którą tyle razy wcześniej złamałem.
- A jednak tu jestem – powtarza za mną z westchnieniem. Wygląda
na zrezygnowaną. Jakby przestała wierzyć, że jest w stanie wygrać
tę walkę. Walkę z samą sobą.
- Zmieniłaś zdanie? - pytam.
- Nie. Agnieszka mnie zaprosiła – wyjaśnia. - I nie przyjęła
odmowy.
Kiwam głową. Podczas naszej ostatniej rozmowy była bardzo
stanowcza. Tylko jakiś zewnętrzny czynnik mógł wpłynąć na jej
decyzję. Paradoksalnie tym czynnikiem była moja żona. Los jest
naprawdę przewrotny.
- Zostaniesz do jutra? - głos niestety mnie zdradza, nie jestem w
stanie ukryć jak bardzo mi na tym zależy. A Alicja to zauważa.
- Raczej nie, muszę się jakoś dostać potem do Obersdorfu, a chcę
jeszcze spędzić trochę czasu w domu – mówi, a ja wiem, że to
tylko drobna wymówka. - Wracam dziś do Katowic.
Wszystko to mówi, nie patrząc mi w oczy. Musi wyjechać, bo nie
może zostać. Nie powinna zostać. Ale chce. Jej wzrok błądzi
dookoła, bo jeśli na mnie spojrzy, to nie będzie miała siły
odjechać. Robi więc wszystko, byleby tylko uniknąć mojego
spojrzenia. Być może to dobrze. Miała siłę by powiedzieć mi
nie. Ale... Ale jednak tu jest.
- Ala...! Tu jesteś! - Agnieszka pojawia się między nami. - I jak,
kochanie? Podoba ci się niespodzianka...? - wskazuje na Alicję.
Patrzę na nią ponownie. Podnosi w końcu wzrok i ostatecznie nasze
spojrzenia się spotykają na sekundę, nie dłużej. Ale to
wystarcza. Wiem już wszystko, ona zresztą też.
Możemy próbować. Wciąż i wciąż. Możemy trzymać się na
dystans. Ale pewne słowa już padły, nie da się ich
„odpowiedzieć”. Pewne słowa, które zostawiają w człowieku
trwały ślad. Prosiła mnie, bym się powstrzymał. Ja nie
posłuchałem. Teraz musimy radzić sobie z konsekwencjami.
Uśmiecham się do Agi. Mimo tych wszystkich wątpliwości, jedno
jest pewne.
- Nie mogłaś wymyślić lepszego.
Całuje mnie w policzek, wspinając się jak zwykle na palce.
- No to wskakuj na podium, kochanie. Niewiele ci brakuje – ponad
jej ramieniem widzę tabelę wyników, według której plasuję się
na piątym miejscu z niewielką stratą do trzeciego miejsca.
Alicja znów wbija wzrok w śnieg, wręcz czuję jak jest rozdarta.
Pragnę żeby była szczęśliwa, ale nie potrafię dopuścić do
siebie myśli, że jest to możliwe przy kimś innym. Jakbym miał
monopol na jej szczęście. Tak jak ona ma na mój.
Biorę narty i idę w kierunku szatni. Kilka kroków dalej jednak się
obracam. Alicja jest już całkowicie pogrążona w rozmowie z
Agnieszką. Kiedy jednak zauważa mój wzrok, rzuca mi krótkie
niczym mrugnięcie spojrzenie.
A ja nie potrzebuję nic więcej.
[Alicja]
Klemens leci jakby niesiony na skrzydłach. Wydaje się, że w ogóle
nie ma zamiaru lądować, grawitacja jednak jest nieubłagana i w
końcu dotyka nartami ziemi daleko za punktem K. Nikt nie ma
wątpliwości kto jest mistrzem. Skacze jeszcze czterech skoczków,
między innymi Kamil i Maciek jednak nikt nie jest w stanie dziś go
pokonać.
Stoję z Agnieszką i z radością obserwujemy ceremonię dekoracji.
Pierwszy na podium pojawia się Maciek, potem Dawid i na końcu nasz
mistrz. Kątem oka przyglądam się Agnieszce, która z dumą
wpatruje się w podium.
- Od dawna o tym marzył, wiesz? - mówi.
- Wiem – odpowiadam. Doskonale o tym wiem.
Każdy z trzech najlepszych zawodników otrzymuje odpowiedni medal,
czek, puchar i bukiet kwiatków. Kiedy w końcu wolno im zejść z
podium i kiedy już uciekają wszystkim dziennikarzom, którzy chcą
„zadać jeszcze tylko jedno pytanie” podchodzą do nas całą
trójką.
- Ala, Ala, patrz! Prawie wygrałam! - cieszy się Dawid. - Jesteś
ze mnie dumna?
- Jestem, dziubasku – uśmiecham się szeroko i obowiązkowo
czochram po głowie. - Nawet bardzo. Ze wszystkich was - dodaję,
bo Maciek jak zwykle stoi z jakąś skwaszoną miną.
- Ej, to mnie miałaś chwalić...! - obrusza się Kubacki, jednak
bardziej skupiam się na Maćku, którego coś ewidentnie gryzie.
- Co jest, Kocie? - pytam, odciągając go od rozentuzjazmowanego
towarzystwa.
- Nic – mówi krótko.
- Nie strzelaj fochów jak młodociana pannica, tylko gadaj co się
dzieje. Dostałeś medal, kwiatki, puchar, kasę i wciąż
niezadowolony... - wzdycham. - Ja wiem, że tobie bardziej się
złoto podoba od brązu, ale zaufaj kobiecie, ten też ci pasuje do
oczu – próbuję go rozśmieszyć.
Kot uśmiecha się lekko.
- Ja ty już coś powiesz... Nie o to chodzi, tylko...
- No? - zachęcam go.
- Mówiłaś, że nie przyjedziesz – mówi w końcu, zagryzając
wargę.
Zbija mnie to nieco z tropu.
- Owszem. Ale jednak tu jestem. Wolałbyś żeby mnie nie było? -
dziwię się.
Maciek odwraca głowę.
- Wolałbym, żebyś była tu z innego powodu – mówi cicho.
Obracam wzrok i oczywiście natykam się na spojrzenie Klemensa.
Kiedy znów przenoszę go na Maćka widzę, że przygląda mi się z
jakimś smutnym uśmiechem.
- Maciek...? - sama nawet nie wiem o co dokładnie go w ten sposób
pytam.
- Nie komplikuj sobie życia, Ala – mówi. - Zasługujesz na to by
być szczęśliwa. A tego szczęścia nie znajdziesz tutaj, wiesz o
tym.
Patrzę tylko na niego zaskoczona, nie mogąc wydobyć z siebie
słowa. Trafność jego wypowiedzi zbija mnie z nóg. A
jednocześnie...
- Weź je - mówi, podając mi swój bukiet.
- Co wy wszyscy macie z tymi kwiatkami?! - wyrywa mi się nagle, bo
naprawdę zaczyna mnie to wszystko irytować. - Tylko kwiatki i
kwiatki, jakby nic innego nie było na świecie! Co, ja mam
kwiaciarnię otworzyć...?!
Kot patrzy na mnie zaskoczony moim nagłym wybuchem i cofa rękę z
bukietem. Klemens i Agnieszka również odwracają się w naszą
stronę i ich wzrok pada na nieszczęsny bukiet.
- Chciałem ci tylko sprawić przyjemność – mówi Maciek cicho, a
mnie momentalnie robi się głupio.
- Przepraszam – mówię i przytulam go. - Nie powinnam była się
unosić, chciałeś dobrze. Ja po prostu ostatnio...
- ...masz dość prezentów, które znaczą więcej niż powinny,
prawda? - wchodzi mi w słowo.
Powoli dociera do mnie, że Kot wie o mnie chyba nieco więcej niż
mi się zdawało O mnie, o Klemensie, Peterze i tej całej sytuacji.
W sumie, nic dziwnego. Ostatnio całą trójką zachowujemy się
obrzydliwie przewidywalnie.
- Mam dość wszystkiego, Maciek – mówię cicho, nie wypuszczając
go z objęć. - Masz totalną rację, za bardzo komplikuję sobie
życie...
- Szukasz szczęścia tam, gdzie go nie ma, a nie dostrzegasz go, gdy
stoi tuż przed twoim nosem...
- Chwilowo przed moim nosem mam twoje ramię – śmieję się cicho.
- Wiem – mówi jeszcze ciszej. Tak cicho, że może tylko mi się
zdaje.
Odsuwam się od niego, a wtedy podchodzą do nas Klemens i Aga.
- Gotowa? - pytają.
- Tak, jestem głodna jak wilk. Narobiłaś mi smaka tą zapiekanką
– mówię do Agi, która przed konkursem roztaczała przede mną
wizję uczty, którą przygotowała na dzisiejszą kolację. Między
innymi na stole miała się znaleźć moja ukochana zapiekana
serowo-szpinakowa.
- To chodź, bo muszę jeszcze wszystko podgrzać...
Żegnam się jeszcze z Kotami i Dawidem, bo reszta rozeszła się już
i nie mam okazji się z nimi pożegnać. Z częścią i tak będę
się widzieć za parę dni w Obersdorfie. W drodze do domu Murańków
zastanawiam się nad słowami Kota. Było w nich dużo prawdy. I
troski.
Maciek się o mnie martwił.
Bardziej niż mogłabym się spodziewać.
Przez chwilę przez głowę przemyka mi dziwna myśl, jednak szybko
ją od siebie odrzucam. Wiem na pewno, że mam w nim oddanego
przyjaciela, który skoczyłby za mną w ogień. To z nim zawsze miałam w
kadrze najlepszy kontakt. Nie licząc Klemensa, oczywiście.
Był zawsze blisko, gotów mnie uspokoić, kiedy byłam bliska
uduszenia któregoś z naszych orłów. A to zdarzało mi się nie
raz.
Nic więc dziwnego, że Kocur dostrzegł trochę więcej niż inni.
Pewnych rzeczy ciężko było wręcz nie zauważyć...
Agnieszka znika w kuchni, a my z Klemensem przygotowujemy stół.
Klimek bawi się na dywanie w salonie rozrzuconymi jeszcze rano
samochodzikami, a w powietrzu pojawiają się już nęcące zapachy.
Aga niczym perfekcyjna pani domu sprawnie podgrzewa wszystkie dania i
już po chwili możemy zasiąść do kolacji.
Klimek usadzony na kolanach taty pałaszuje sprawnie jakąś zupkę,
a ja zachwycam się swoją obiecaną zapiekanką. Gdyby mnie ktoś
zapytał, byłabym w stanie przysiąc, że to ona nakłoniła mnie
ostatecznie do przyjazdu do Zakopanego... I tej wersji chyba się
będę trzymać...
Agnieszka cały czas mówi do mnie i tak przegadujemy całą kolację.
Klemens odstawia syna na dywan i spokojnie zabiera się do posiłku.
Nie przeszkadza nam w rozmowie, tylko przygląda się tym plotom z
lekkim uśmiechem.
W końcu przerywa nam głośne ziewanie juniora i Aga przypomina
sobie o swoim dziecku.
- Okej, to ja go pójdę położyć, a wy tu posprzątajcie –
poleca nam, biorąc przysypiającego już Klimka na ręce. - Potem
przeniesiemy się do salonu - puszcza mi oko.
Znika na schodach na piętro, a my z Klemensem zaczynamy zbierać
naczynia i zanosić do kuchni. Staję przy zlewie i zaczynam zmywać.
Wiem, że mają zmywarkę, ale nie ma tego znowu tak dużo, żebym
sobie nie mogła z tym poradzić. Klemens w tym czasie chowa do
lodówki pozostałe resztki i wyciąga zakąski, które przenosi do
salonu. Odnoszę wrażenie, że Agnieszce chyba nudziło się w domu,
skoro narobiła tyle jedzenia...
- Macie jakieś gąbki? - pytam, kiedy ponownie wchodzi do kuchni. -
Bo ta już się do niczego nie nadaje – odwracam się od zlewu i
pokazuję mu nędzne resztki, które zostały z poprzedniej.
- Tu są – mówi, sięgając ponad moją głową do górnej szafki.
Wspina się na palce i nagle poślizguje się na minikałuży, którą
nakapałam pokazując mu zużytą gąbkę. Traci równowagę i całym
ciężarem przyciska mnie do szafki.
Rękaw nasiąka mi natychmiast wodą, kran wbija się w plecy, a na
szyi czuję tylko jego ciężki oddech. Zakleszczona między nim i
szafką nie jestem w stanie się ruszyć. Łapiąc równowagę,
opiera się dłonią o ścianę za moimi plecami, przylegając do
mnie jeszcze ściślej. Jest tak blisko...
Zbyt blisko.
- Gąbka – mówię szybko.
Klemens robi głęboki wydech i odsuwa się na pół kroku. Podaje mi
gąbkę, którą udało mu się jednak wyciągnąć, a ja bez słowa
wracam do zmywania.
- Wytrę tu, te kafelki robią się strasznie śliskie, kiedy są
mokre – wyciąga z którejś szafki szmatę.
- Zauważyłam – mówię cierpko.
- Alicja, ja... - podchodzi bliżej.
- Ja wiem, że to był przypadek – mówię. - Ale to zawsze jest
przypadek. I wiesz jak takie przypadki się kończą – zakręcam
kran i odwracam się w jego stronę. Patrzę na niego twardo, aż
ugina się jakoś wewnętrznie pod moim spojrzeniem.
- Może to więc nie przypadek? - pyta, rzucając szmatę na podłogę
i podchodząc znowu bliżej.
Jeszcze bliżej.
Za blisko.
Kładę mu dłoń na klatce piersiowej i odsuwam zdecydowanie. Nie
zdążam jej cofnąć, gdy do kuchni wchodzi Agnieszka.
- No, zasnął w końcu... jak wam idzie? - pyta.
- Fantastycznie... - mówię. - A przynajmniej tak było do czasu, kiedy twój
szanowny małżonek nie postanowił mnie oblać wodą! - wskazuję na
mokry rękaw i plamę na podłodze.
- Ja o mało się nie zabiłem na tej kałuży – wytyka mi,
schylając się ponownie po szmatę. - To ty zaczęłaś z tą
gąbką...!
Przekomarzamy się tak, ogarniając kuchnię, a Agnieszka śmieje
się, że nie można nas nawet na chwilę zostawić samych. Potem idą
oboje do salonu, a ja wyciągam z szafki jeszcze miskę na orzeszki i
podążam za nimi. Obserwując ich od tyłu, mam wrażenie, że scena
przed chwilą mi się tylko przyśniła. Zawsze tak się czuję gdy
jesteśmy w trójkę. Niesamowite jak łatwo udało nam się to
wszystko obrócić to wszystko w żart i to nie mijając się nawet
za bardzo z prawdą.
Być może dlatego, że to nie był pierwszy raz.
- Ala, siadaj. Mam coś dla ciebie! - mówi Aga, kiedy wchodzę do
salonu.
- Więcej zapiekanki? - uśmiecham się łakomie.
- Nie, prezent świąteczny – mówi, wręczając mi spory pakunek.
- Aga... ale ja nic dla was nie mam.... - mówię skrępowana, bo nie
spodziewałam się takiego gestu. I na dodatek dręczy mnie
wspomnienie sytuacji sprzed kilku chwil.
- Jego do niego nie mieszaj, to tylko i wyłącznie ode mnie. I jak
podoba ci się? - pyta podekscytowana, kiedy wyciągam z paczki
śliczny szafirowy sweter.
- Jest... cudowny – stwierdzam szczerze, przykładając go do
tułowia. - Dziękuję – przytulam ją serdecznie.
- Klemens miał rację, idealnie pasuje ci do oczu – dodaje Aga,
nie wiedząc jak bardzo elektryzuje mnie ta informacja.
Siedzimy i rozmawiamy przy winie i orzeszkach, a ja wciąż mam w
głowie głos Kasi oraz Maćka. Nie powinnam tu przyjeżdżać. To
był błąd. Ten sweter, ta sytuacja w kuchni... Byłam niemal pewna,
że jestem na dobrej drodze, że potrafię się już zdystansować,
Klemens zresztą też... Wystarczyła jedna głupia kałuża, by
pokazać nam jak bardzo się oboje mylimy.
Nie mogę tu zostać. Muszę natychmiast wracać do domu...!
Podnoszę się z kanapy i w tym momencie przypominam sobie o pustym
kieliszku po winie, który trzymam w ręce. Oraz o poprzedniej
lampce.
- Chcesz jeszcze? - Klemens zrywa się z miejsca i sięga po butelkę,
a ja nadal wpatruję się w niewinny szklany przedmiot.
- Nie... Zapomniałam, że jestem samochodem – mruczę, odkładając
kieliszek na stolik. - A miałam się właśnie zbierać do domu...
- O tej porze? - dziwi się Aga. - Nie no, teraz to już musisz
zostać – mówi. - Widzisz, mówiłaś, że nie zostaniesz na noc,
a tu proszę!
- A jednak muszę zostać... - wzdycham.
Mogłabym wrócić pociągiem. Odebranie potem samochodu nie byłoby
żadnym problemem, ale...
Ale wiem, że kombinowanie i tak nic nie zmieni. Miało mnie tu nie
być. A jestem.
Miałam się trzymać na dystans. A nie robię tego.
Miałam już się więcej nie oszukiwać. A nie robię nic innego.
Miałam w końcu całkowicie zaufać komuś, kto nie jest Klemensem.
A wciąż ufam tylko i wyłącznie jemu.
Jestem tu. W miejscu, od którego powinnam trzymać się jak
najdalej.
Z osobą, od której powinnam trzymać się z daleka.
Od której próbowałam uciec. A jednak wróciłam.
Choć wiedziałam, że nie powinnam.
No wreszcie! Mogę Ci złożyć oficjalny komentarz. A myślałam, że już do tego nie dojdzie. Życie próbowało mnie od tego odwieść... ale mu się nie udało! Ha! Charlie 1:0 życie. Wygryw. (Dobrze, że mi się przypomniało, bo już chciałam paznokcie malować, a po takiej przerwie znowu bym straciła siły...).
OdpowiedzUsuńOkej, koniec części bezsensownej, czas na tę sensowną. (WHAT?)
Cała fabuła kręci się zasadniczo wokół dwóch wątków, z których ważniejszy jest ten, o którym traktuje tytuł: motyw nieplatonicznej, acz niespełnionej i niemożliwej miłości Alicji i Klemensa. Drugi wątek to równie tragiczne, równie nieplatoniczne, równie niespełnione i niemożliwe uczucie Petera Prevca względem panny Mittner. (Co również może mieć przełożenie na tytuł, jeśli w fabule stałoby się coś paralelnego).
Zacznijmy od tego, jak to sama napisałam, ważniejszego.
W polskich skokach był dołek. (Skąd ja to znam?). Alicja przyszła i, niczym za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, odczarowała staczające się po równi pochyłej losy naszej narodowej kadry. Nie przyniosła nowego sprzętu, nie wniosła rewolucyjnych technik treningowych, nie przemyciła nowinek, tylko dała swoje dobre słowo, duchowe wsparcie, nową wiarę, nadzieję i... miłość. Tej ostatniej nie planowała, tego jestem pewna. Zaufała Klemensowi, bo to naturalny „efekt uboczny” pracy z ludźmi, pracy, w której ich dobro jest twoim priorytetem. Niby nic, praca z psychologiem sportowym opiera się właśnie na zaufaniu, ale z czasem, zwłaszcza jeśli pacjent jest płci przeciwnej, na dodatek w wieku całkiem zbliżonym, zaufanie rozrasta się zupełnie niezauważenie i staje się stąpaniem po cienkiej linie. A gdzie oglądamy spacer po linie? W cyrku.
No i zrobił się niezły cyrk.
Bo Klemens ma żonę i syna, a Alicja serce młode i szalone, podobnież jak i sam Murańka. Przed obydwojgiem szmat czas i życia, a być może Klemens zbyt pochopnie podjął decyzję o ślubie... Ale w małych społecznościach dziecko bez ślubu to wstyd, więc w sumie chyba większego wyboru nie miał, nie? A Agnieszkę przecież kocha(ł). I Alicji wtedy nie znał.
Główny dylemat zasadza się właśnie na tym rozbiciu, emocjonalnym rozdarciu: jeśli Alicja zrobi o krok za dużo, będzie niszczycielem rodziny. Jeśli Klimek zrobi o krok za dużo, będzie zdrajcą i niszczycielem rodziny. Nie tylko znienawidziliby siebie, ale i ich skoczne otoczenie w postaci kolegów z kadry, znajomych, sztabu mogłoby zacząć patrzeć na nich krzywo.
Z tej sytuacji nie ma wyjścia. Trudno jest im trzymać się od siebie z dala, ale i blisko nie jest łatwiej. Nigdy się nie pocałowali, nigdy nie posunęli się też o krok dalej. To mi się podoba, choć niektórzy pewnie kręciliby nosami, że bohaterowie zostali „czyści”, „bez skazy”, że nie dopuścili się zdrady cielesnej. Ale zastanówmy się, co Agnieszkę zabolałoby bardziej: jednorazowy, nic nieznaczący wyskok Klimka czy oficjalne oświadczenie, że całe jego jestestwo należy już do kogoś innego?
Ja nie jestem za wybaczaniem zdrad, bo kto raz zdradził, zdradzać będzie już zawsze, więc niezależnie od oświadczenia, kopnęłabym Klemensa w zad i sayonara. :P Ale ja to ja.
Ten dylemat sprawia mi autentyczne, fizyczne mdłości, bo jest fatalną pułapką. Mam swoją wizję zakończenia, ale jej nie zdradzę, hihi. :D To kompletny ślepy zaułek, w który bohaterowie wpędzili się poniekąd na własne życzenie, jednak na własne życzenie nie da rady się z niego wykaraskać.
Opcji jest kilka.
OdpowiedzUsuń1. Ktoś musi zmienić obiekt uczuć: Alicja wreszcie zaakceptuje Pero albo w Klemensie odżyje uczucie do Agnieszki. Dwa w tym samym czasie to niemożliwe i zbyt piękne, jedna strona wyjdzie z tego poraniona. (Osobiście widziałabym tu dramat Klemensa, kiedy widzi szczęśliwą z kimś innym Alicję – ups, chyba jednak zdradziłam „swoje” zakończenie...).
2. Każde z nich pójdzie w swoją stronę, tak daleko od siebie, że spotkanie będzie niemożliwe.
3. Rozbić rodzinę, zawieść przyjaciół i znajomych, ale postawić swoje uczucie na piedestale, i żyć z poczuciem, że to jednak nie było okej wobec tych wszystkich ludzi, z poczuciem potwornego egoizmu, ergo – byliby bardziej nieszczęśliwi niż przedtem, ergo – z dużym prawdopodobieństwem by się rozstali, ergo – okazałoby się, że to była gra niewarta świeczki i tym większy byłby ogólny dramat.
4. Rozwiązanie typowo autorskie: Agnieszka musiałaby sama zdradzić/umrzeć, ale wówczas pewnie Klemens uświadomiłby sobie, że to ją kochał, nie Alicję, i znowu wyszłaby totalna porażka, nienawiść do samego siebie i tragicznie zbolałe serce Ali.
Jak więc powiedziałam, jedynym racjonalnym wyjściem byłoby po prostu się od siebie oddalić, ale Alicja nie umie pracować z dziećmi, a świat skoków za bardzo kocha, żeby go tak zwyczajnie sobie odpuścić. Poza tym, już zdążyła się zakumplować ze Słoweńcami...
No właśnie, te Słoweńce. „Wrzody na zdrowym organizmie narodu”. :P
Przechodzimy do Petera. Peter padł niewinną, nieświadomą ofiarą „mentalnego romansu” tych dwojga, bo on przecież o niczym nie wie (choć już podejrzewa), nic nie zrobił, po prostu wziął Alicję taką, jaką przyprowadził ją Goran Janus przed rozpoczęciem dorocznego latającego cyrku. Po prostu spodobała mu się za całą swoją naturalność, za wiarę i podbudowywanie drużyny. Zaufał jej, choć ona ewidentnie nie chce zaufać jemu. I na moje – niestety, nie zaufa. Więc Peter będzie tu ofiarą A&K, co tylko dowodzi, że miłość ta jest niewłaściwa.
Przyznam szczerze, że początkowo nie byłam po żadnej stronie, potem przerzuciłam się na Pero (i w głębi ducha dalej na ten pairing liczę :P), ale potem zrozumiałam, że gdyby Alicja powiedziała mu „tak”, nie byłaby do końca szczęśliwa, to byłby taki, hmm, „mesjański układ” — ona by się poświęciła dla Pero, a on nigdy do końca nie miałby stuprocentowej pewności, że ona nie jest myślami przy Klimku. A przecież by była.
Więc żaden z tych układów nie jest możliwy i tylko „odkochanie się” obojga (a może i trojga?) bohaterów byłoby rozwiązaniem niedającym bólu.
OdpowiedzUsuńCiekawi mnie też wątek pana Kota, bo ostatnie wzmianki o nim są trochę niepokojące... Czyżby kolejny nieszczęśnik, lokujący uczucia tam, gdzie nie powinien?
Trochę nużące, aczkolwiek zrozumiałe, może być wałkowanie w kółko tego samego tematu: muszę odejść, ale nie umiem, czy spotkam ją/jego?, nie ma rozwiązania, muszę odejść ze skoków. Ale wiem, że to wielka tragedia w życiu tych dwojga i nie sposób o niej ot, tak zapomnieć. Dla równowagi przydałby się drugi wątek, który mógłby odciążyć czytelnika – i czuję, że takim wątkiem będzie Kasia i Cene! :D Przebosko!
W ogóle to się zgadzam z Kasią! Mądra baba! Wkurzyła mnie Alicja, że pojechała, ale najpierw Agnieszka, że nie pozwoliła jej dojść do słowa. Pierniczki z Prevcami brzmią jak absolutny raj na Ziemi i za nic bym go nie przepuściła! No, chyba że kochałabym Klimka... Wiem, jak trudno jest odgonić się od kogoś, do kogo czuje się miętę lub choćby sentyment (mimo upływu lat, nie potrafię odmówić byłemu spotkań i rozmów, a powinnam, bo toksyczny był jak ta kostka z kibla, co to ją Karolina Żyła połknęła :P), dlatego winię Kaśkę, że nie stanęła gdzieś w bramie na Wielkiej Krokwi jak ten Rejtan w progi sali i, rozdzierając szatę, nie krzyknęła: LIBERUM VETO! Niech ona na Alę uważa.
Phi, „mannerowa panienka” to jak totalna odwrotność mojej „szaflarskiej mendy”. :D Choć i to, i to bawi.
Już Ci pisałam, jakich herzklekotów dostałam, jak czytałam o ślubie, nie? I jak zawikłałaś. :D Zdarzyło Ci się kilka superskich gier słownych (pozwól, że nie będę przywoływać, bo czekałaby mnie poważne re-lektura :P).
Po cichu liczę na rozwój na linii Pero-Alicja. Pozytywny, of course. I wyczekuję finału, bo może okazać się zabójczy. Jestem ciekawa, którą drogę obierzesz (pewnie żadną z wymienionych), ale mam przeczucie, że to nie będzie happy end, a jeśli już, to nie taki, który dawałby pełnię szczęścia.
Co do technikaliów – musisz sprawdzać notki przed dodaniem! Co najmniej dzień przerwy, żeby mózg częściowo zapomniał, co napisałaś, bo niepoprawianie błędów od razu wynika z tego, że pamiętasz, co chciałaś napisać, w związku z tym mózg pomija błędy, zastępując je poprawnymi formami. A poza tym, w szale weny nawet najbardziej pokręcone składniowo zdania brzmią jak rodowite aforyzmy. Możesz przesyłać teksty jakiemuś sprawdzaczowi (;>) albo czekać co najmniej dobę. :D Nie ma tragedii, ale literówki to by mogły u Ciebie legion uformować. :D
I... co tutaj tak pusto? Fabuła taka ciekawa i dylematyczna, i autentyczne, ale nie, lepiej se o Norłejach poczytać i pozachwycać się (po raz enty) laczkami Tandego i jego kośćmi policzkowymi. Sounds like fuuuuun... *rolls eyes*
Zakończę cytatem z klasyka: „No i to by było na tyle w sumie, hehe”. :D
Czekam!
PS. A.M.=A.M. + wątek niemiecki. Nie myśl, że Cię nie rozpracowałam. :P
PS2. Alicjowe skubanie warkocza udzieliło się i mnie. Od kilku dni skubię swoje wymyślne francuzy. :P
Nnno! Nadrobiłam wreszcie i jestem z komentarzem.
OdpowiedzUsuńSwoją drogą aż dziwne, że takie dobre, fajne opowiadanie ma tak mało komentarzy. A czasem się zdarzają takie infantylne gnioty w 30 komentarzami pod każdą notką. Ale inną sprawą jest jakość tych komentarzy.
Także no.
Pozwól, że zacznę od Cene. Rany, z niego jest taka słodzinka <3 mam do niego ogromną słabość :3 więc poproszę o nim duuuuużo, dobrze?
Naprawdę fajna historia. I mocno skomplikowana. Bardzo mocno. Tak, że nie mam absolutnie najmniejszych podejrzeń, jak mogłaby się rozwiązać ich sytuacja. Ich, to znaczy Alicji, Klemensa i Petera. No i naturalnie przy tym Agnieszki.
A może nawet Kota. Sama nie jestem pewna, jak to z nim jest, ale jego zachowanie zdradza ślady zazdrości. Tak mi się wydaje. Być może się mylę.
Wątek z kwiatkami jest fajny. Bo to taki prosty gest, a tak dużo mówi o stosunku Ali do wręczającego.
I Ala i Klemens się starają. Ale niestety. Zupełnie im to nie wychodzi.
A Peter mógłby być dla niej takim fajnym, naprawdę fajnym facetem. Ale jak widzę, co wciąż dzieje się między Alicją i Klemensem, ciężko mi wróżyć mu powodzenie.
Bo oni się chyba strasznie kochają.
Ciężko coś na to poradzić ;)
To tyle ode mnie. Pozdrawiam! ;)