21 stycznia 2016

ROZDZIAŁ 15. „A jednak tu jestem”


[Klemens]
Kiedy jadę na górę by oddać pierwszy z moich konkursowych skoków, zastanawiam się nad słowami Alicji. Wiem, że ma rację. Zawsze miała.
Powinienem udawać, że wszystko jest okej. Że nie zależy mi na niej bardziej niż powinno. Jeśli będę to powtarzał dość często, to może uda mi się w to uwierzyć.
Tak jak teraz próbuję sobie wmówić, że ona naprawdę nie ma w weekend czasu.
Docieram na górę i skupiam się przed skokiem. Jestem spokojny. Wiem, że pójdzie mi dobrze. Mimo iż nie powinienem tak myśleć, wierzę, że to zasługa Alicji, jej obecności. Moje najlepsze występy wypadały w czasie, gdy była przy mnie.
Przy nas.
Powinniśmy zachować dystans. Ja powinienem, tak naprawdę. Nie mogę zrzucać całej odpowiedzialności na Alicję, w końcu jest tylko człowiekiem. Nie zawsze będzie potrafiła powiedzieć „nie”.
Czy jednak jestem w stanie powiedzieć „nie” sam sobie...?
Kręcę głową i zaczynam się zbierać, bowiem powoli zbliża się moja kolej. Ubieram kask i zabierając po drodze narty ruszam w kierunku belki. Pomyślnie przechodzę wszystkie kontrole i już po chwili jestem gotowy do skoku. Czekam na znak od Łukasza i ruszam w dół. Czuję jak adrenalina krąży w moich żyłach, kiedy szybuję nad zeskokiem. To jest to co kocham, czemu podporządkowałem całe moje życie.
I byłem gotów poświęcić dla Alicji, uświadamiam sobie w momencie lądowania, co nieco wybija mnie z równowagi i lekko chwieję się w ostatniej jego fazie. Sędziowie odejmują mi za to punkty i ostatecznie kończę pierwszą serię na trzecim miejscu. W tłumie widzę Alicję, ale nie podchodzę do niej, co odbieram jako mały kroczek w dobrą stronę. Nigdy tak naprawdę nie próbowałem się od niej oddalić. Być może dlatego odeszła. Bo to co nas łączyło było za silne, by była w stanie sama to powstrzymać.
Widzę jak uśmiecha się do Petera, który wylądował przed chwilą w tym samym miejscu co i ja, jednak miał mniej korzystny wiatr, no i zdecydowanie lepsze lądowanie. W moim sercu pojawia się nagle irracjonalna potrzeba by wzbić się ponad niego, sportowa złość, motywacja do działania.
Problem w tym, że ma całkowicie niesportowe podłoże.
- Klimek, trener ma do ciebie słówko – Maciek klepie mnie w ramię i podaje krótkofalówkę, z której dobiegają mnie jakieś skrzeki, w których w końcu rozpoznaję głos Łukasza.
- Bardzo dobrze, powtórz to jeszcze raz, bez udziwnień, tylko to lądowanie... Co tam się stało? - pyta.
- Narta mi zakrawędziowała, nie zdążyłem odpowiednio zareagować i odjechała – mówię, tylko odrobinę mijając się z prawdę.
Wymieniamy jeszcze kilka uwag i oddaję Maćkowi sprzęt, a sam idę się przygotować do drugiego skoku. Dostaję kubek herbaty i wypijam go szybko. Serwisant sprawnie ogarnia moje narty, więc po chwili jestem gotów jechać znów na górę.
W windzie natykam się na Petera i Cene, którzy wyprzedzili mnie w pierwszej serii. Rozmawiają ze sobą po słoweńsku, w identycznych kaskach i kombinezonach wyglądają... cóż, jak bracia. Na mój widok przechodzą na angielski i witają się ze mną, a Cene uśmiecha się do mnie szeroko. Odwzajemniam uśmiech i drogę na górę przebywamy w milczeniu. Dopiero gdy wychodzimy Peter mówi do mnie:
- Powodzenia.
Życzę mu tego samego i przygotowujemy się do skoku, każdy w innym kącie. Na belce zasiadam jako pierwszy z nich i jako pierwszy jestem na dole. Ze skoku jestem zadowolony – długość podobna jak wcześniej, nawet przy nieco gorszych warunkach, a do stylu tym razem nie było się jak przyczepić i zgarniam same dziewiętnastki, co daje mi prowadzenie. Po swoim skoku Cene plasuje się za mną, mimo przewagi po pierwszej serii, tym razem to jemu nie wychodzi lądowanie. Nie widać jednak by był zły, gratuluje mi i czeka na brata.
Peter ląduje w tym samym miejscu co ja, jednak tym razem to on miał sprzyjające warunki. W napięciu oczekujemy na wynik. I tak będę na podium, ale czy rozdzielę Prevców, czy też nie?
Kiedy wynik pojawia się na ekranie nie mogę w to uwierzyć. Ponownie wygraliśmy ex aequo. Spoglądamy na siebie zaskoczeni i oboje wybuchamy nagle śmiechem.
- To już się zaczyna robić nudne, wiesz? - mówi mi, poklepując mnie po łopatce.
- Byleśmy w Planicy nie musieli się niczym dzielić – mówię, bo jak mi się wydaje właśnie obaj znaleźliśmy się w pierwszej trójce klasyfikacji generalnej.
- To moja skocznia, pamiętaj – grozi mi żartobliwie palcem.
Kawałek dalej Alicja rozmawia z Cene, który tłumaczy jej coś, żywo gestykulując. Przyglądam się temu przez chwilę, a ona pochwyca mój wzrok. Uśmiecham się do niej lekko, a ona odpowiada mi minimalnym uniesieniem kącika ust. Dla mnie to wystarczający gest.
Oby tylko tyle starczało mi już zawsze.

[Alicja]
Patrzę z dumą jak obaj wspinają się na najwyższy stopień podium. Cieszę się widząc ich w tak dobrej formie. Zapowiada się naprawdę emocjonujący sezon, a emocji dodatkowo dostarcza fakt, że to oni właśnie są głównymi aktorami w tym przedstawieniu.
Organizator niestety nie przygotował się na taką sytuację jak dziś i obaj muszą się jakoś podzielić nagrodą. Klemens mówi coś do Petera, rzucając mi bardzo krótkie spojrzenie i oddaje mu bukiet kwiatów, które po chwili Słoweniec unosi w geście triumfu. Rozbrzmiewają oba hymny, po raz kolejny w tym sezonie, a po nich następuje „chwila dla reporterów”.
Kiedy w końcu uwalniają się z objęć dziennikarzy, podchodzą do mnie jednocześnie, choć Klemens trzyma się pół kroku za Peterem. Dostrzegam ten gest i go doceniam, jednak gdzieś w głębi serca jest mi przykro, choć wcale nie powinno. W końcu oboje robimy to co należy – zachowujemy dystans, a ja potrafię dopuścić do siebie myśl, że...
- Mam nadzieję, że te również przyjmiesz – zwraca się do mnie Peter, podając mi kwiatki.
Te same, które oddał mu Klemens.
Przyglądam się im krytycznie.
- Wczoraj dostałam takie same, postarałbyś się bardziej – prycham, ale przytulam go serdecznie. - Gratulacje, jestem dumna... z was obu – spoglądam na Klemensa.
W jego wzroku widzę jakby zawód, ale niemal natychmiast dostrzegam tam również akceptację. Cieszy mnie to. Wygląda na to, że wszystko idzie w dobrym kierunku.
- Niedługo skończy mi się miejsce nad kominkiem – wzdycha Klemens. - Choć w sumie to dobrze, bo Kryształowa Kula i tak by się tam nie zmieściła... - żartuje.
- Jakby co, mogę się nią zaopiekować – ofiaruje się Peter i wszyscy troje wybuchamy śmiechem.
- Zostawiłbyś trochę miejsca dla mnie! - dołącza do nas Cene, pogryzając hot-doga z musztardą.
- A ty się dobrze czujesz? - pytam. - Marchewki byś wcinał, a nie takie świństwo...!
Cene posyła mi swoją sztandarową minkę niewiniątka i macham ręką na jego obżarstwo. Odwracam się raz jeszcze do Klemensa, on jednak odwraca wzrok.
- Pójdę już, bus na mnie czeka – mówi. - Do zobaczenia na Turnieju, Ala – głos lekko mu się załamuje przy ostatnim słowie.
Nigdy jeszcze nie powiedział do mnie „Ala”.
Nigdy.
Za moimi plecami Cene częstuje Petera hot-dogiem. Starszy Prevc bierze dużego gryza, myśląc, że nie widzę, zajęta wpatrywaniem się w plecy Klemensa, który odchodzi nie oglądając się do tyłu. Z jakiegoś powodu robi mi się nagle smutno. Ale to konieczne zmiany. Zmiany na lepsze.
Zmiany, które powinniśmy wprowadzić już dawno, bardzo dawno temu.
- Musiałeś kupić z musztardą? - marudzę, zabierając Cene końcówkę hot-doga mimo jego błagalnej miny. - Jak już muszę ratować resztki twojej diety, to wolałabym faszerować się ciepłą parówką utaplaną w keczupie, a nie tym... czymś – krzywię się, przełykając coś, co ponoć jest jedzeniem. - Smakuje jak tektura.
- A kto ci każe to jeść...? - pyta z wyrzutem, patrząc mi nieomalże w zęby.
- To wszystko z troski o wasze zdrowie – wzdycham, połykając ostatni kęs. - Chodźcie, bo Dezman nerwowy ostatnio potwornie, a z tego co wiem to jemu dali kluczyki do busa. Jak się nie pośpieszymy, to odjedzie bez nas...
Spakowanie się i zjedzenie kolacji nie zajmuje nam dużo czasu i o dwudziestej już jesteśmy w drodze do domu. Peter siedzi za kółkiem, pewnie prowadząc kadrowego busa, a ja mam pełno miejsca na tylnej kanapie. Umilam sobie czas czytaniem zaczętej ostatnio książki na telefonie i słuchaniem muzyki, kiedy przypominam sobie o obietnicy złożonej Klemensowi. Większość moich współtowarzyszy podróży śpi albo jest czymś zajęta, więc wyłączam ebooka i wybieram dawno nieużywany kontakt z listy.
- Cześć, Aga – mówię, kiedy odbiera po kilku sygnałach.
- Alka! - woła radośnie. Tak radośnie, że aż nie da się nie uśmiechnąć. - O rany, prawie cię nie poznałam! Czemu się nie odzywasz, o mało zawału nie dostałam, ja cię zobaczyłam w telewizji podczas konkursu w Kuusamo... Myślałam, że mi się przewidziało, więc dzwonię do Klimka, a on mi mówi, że od Klingenthal pracujesz ze Słoweńcami...
- W sumie to ciut dłużej, bo od września – mówię, kiedy udaje mi się wtrącić choć słówko. Zdążyłam zapomnieć jak trudno dorwać się do słowa, kiedy Aga wpadnie w swój słowotok.
- O kurczę, już się nie mogę doczekać jak cię zobaczę... wyjechaliście już, prawda? - pyta retorycznie i nie czekając na moją odpowiedź, mówi dalej. - Pewnie tak, więc chyba dasz radę przyjechać do nas zaraz po świętach? W końcu Mistrzostwa już w drugi dzień świąt, prześpisz się ze dwie noce, to nagadamy się za ten cały zaległy czas... Nawet nie wiesz jak się za tobą stęskniłam, Alka... No, to kiedy będziesz?
- Aga... - mówię powoli. Aż głupio mi gasić ten jej entuzjazm wiadomością, że nie mam zamiaru do niej przyjechać, zwłaszcza, że rzeczywiście chętnie bym się z nią spotkała. - Chyba nie dam rady przyjechać, mam bardzo dużo...
- To nie szkodzi, przyjedź wprost na konkurs, zrobimy Klimkowi niespodziankę, co ty na to? Jak z nim rozmawiałam przed chwilą, to martwił się, że cię nie będzie. Więc to nawet lepiej jak wpadniesz na ostatnią chwilę. No, a potem możesz zostać u nas na noc...Co ty na to?
- Aga, ja naprawdę nie mogę – mówię. - Obiecałam już Kasi, że... - chwytam się ostatniej wymówki, która jest niepodważalna. Ze zdaniem Kasi nikt nie podejmuje się dyskutować.
- To przyjedź razem z nią! - Aga nawet nie daje mi dokończyć. - Zmieścicie się obie na kanapie, a jak coś to Klimek napompuje materac. No, to co? Pamiętaj, konkurs jest o czternastej, mam już wejściówki dla ciebie, to zdzwonimy się jak już dojedziesz. Możemy się umówić przy kasach... albo nie, lepiej jak pod tym sklepem niedaleko, wiesz który? Taki z różowym banerem... Dam ci wszystko co potrzeba i potem zrobimy mu niespodziankę. Tylko nikomu nie mów, że przyjeżdżasz, bo Kot zaraz wszystko mu wypapla, ostatnio...
- Aga, ja... - próbuję jej raz jeszcze przerwać.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie przyjedziesz...? - pyta.
- Ja... - próbuje raz jeszcze.
- W pół do drugiej pod tamtym sklepem, tak? - upewnia się, nawet nie czekając aż sformułuję linię obrony.
Wbijam wzrok w zaśnieżone pobocze migające mi za oknem i wzdycham ciężko.
- Tak, do zobaczenia.
Rozłączam się i opieram głowę o szybę.
Tyle by było w kwestii nie jechania do Zakopanego. Mogę jedynie liczyć na to, że uda mi się uciec stamtąd szybko, nim...
Nim wydarzy się coś, co nie powinno się wydarzyć. Nim ktoś odkryje, że tak naprawdę potwornie oszukuję wszystko i wszystkich...
- Alicja, wszystko ok? - pyta Peter, zerkając na mnie szybko.
Odrywam głowę od szyby i uśmiecham się lekko.
- Tak, nie martw się o mnie.
...a najbardziej samą siebie.

[Peter]
Anze parkuje bezpiecznie pod ośrodkiem szkoleniowym w Kranju, gdzie się rozstajemy. Przez dłuższą chwilę szukam kluczyków do auta, a ogromna liczba bagaży mi w tym wybitnie nie pomaga.
- Pośpiesz się... - marudzi Cene. - Tu jest chyba minus 120 stopni...
- Minus trzynaście – poprawia go Alicja, podchodząc do nas z niedużą torbą zarzuconą na ramię. Nie jestem w stanie zrozumieć jakim cudem udało jej się do niej zapakować.
No, ale w sumie nie potrzebuje tych wszystkich rzeczy jak kask, kombinezon, buty i narty...
- Podrzucić cię? - pytam, bo nie widzę nigdzie jej samochodu.
- Ciekawe jak, skoro nadal nie masz kluczyków... - drwi Cene.
- Spróbuj w kosmetyczce – radzi Alicja. Otwieram torbę, kosmetyczkę i rzeczywiście moje palce trafiają na kluczyki do samochodu. W bocznej kieszonce znajduję nawet dokumenty.
- Skąd wiedziałaś? - Cene przygląda jej się podejrzliwie.
- Kluczyki są zawsze przy dokumentach, a dokumenty są najbezpieczniejsze w kosmetyczce właśnie – wzrusza ramionami. - Chyba wszyscy tak robią...
Otwieram samochód. Czas najwyższy, bowiem jesteśmy ostatnimi osobami na parkingu. Dłuższą chwilę zajmuje nam zapakowanie wszystkiego do środka. Kiedy w końcu nam się udaje samochód pęka w szwach. Alicja sadowi się na tylnej kanapie ze swoją torbą w objęciach w towarzystwie naszych kasków, które do bagażnika się niestety nie zmieściły.
- Prowadzisz – rzucam bratu kluczki, a on uradowany siada za kierownicę. Kiedy poprawia lusterko obaj dostrzegamy przerażony wzrok Alicji.
- Spokojnie, pamiętaj że mam dwadzieścia jeden lat – mówi Cene, a Alicja puszcza mu oko. Obaj się nabraliśmy.
- Przez chwilę naprawdę miałam wrażenie, że dajesz kluczyki nieletniemu – mówi.
Ruszamy powoli w kierunku przedmieścia. Trafiamy akurat na popołudniowe korki, więc nie poruszamy się zbyt szybko.
- Alicja... - zaczyna nagle Cene. - Może... Może...
- No?
- Może wpadniesz do nas na weekend, co? - proponuje nieśmiało.
- Jeśli chcesz, możesz nawet zostać na święta – dodaję dość spontanicznie. Nie uzgodniliśmy tego z resztą rodziny, ale wiem, że nie będą mieli nic przeciwko.
- Ja... - Alicja wydaje się być zbita z tropu. - Raczej nie. Wiecie, Boże Narodzenie wolałabym spędzić w Polsce, z rodziną – tłumaczy nam delikatnie.
- No tak, racja. Nie pomyślałem o tym – mówię zawstydzony.
- Spokojnie, nic się nie stało. I dziękuję za propozycję – uśmiecha się serdecznie. - Z chęcią kiedyś was odwiedzę.
- Możesz nawet teraz! - Cene odwraca się do niej, korzystając z tego, że na dobre utknęliśmy w korku. - Pomożesz nam piec pierniczki!
- Nie słuchaj go, chce się tobą wyręczyć – ostrzegam ją. - Rodzice mają mnóstwo pracy przed świętami, więc musimy sami wszystko ogarnąć i Cene dostał w przydziale pierniki...
- ...bo twoje zeszłoroczne wytwory były niejadalne – wcina mi się w zdanie młodszy brat. Liczyłem, że wyjątkowo mi tego nie wytknie.
- Nie powiem, kto mi wtedy podał mąkę ziemniaczaną...! - odpowiadam, wskazując na niego oskarżycielskim gestem.
Alicja śmieje się serdecznie.
- Naprawdę nie zauważyłeś różnicy...? - pyta pomiędzy jednym spazmem śmiechu a drugim.
- Skąd miałem wiedzieć, że akurat wtedy zbierze mu się na żarty...? - wzruszam ramionami.
- Musisz sobie szybko znaleźć jakąś żonę, bo inaczej umrzesz z głodu jak tylko się wyprowadzisz – wyszczerza się do mnie Cene. Żartowniś mały...
- Nie samymi piernikami człowiek żyje. Jeśli cię to pocieszy, na samym początku mojej kuchennej kariery udało mi się spalić wodę na herbatę - pociesza mnie Alicja, odzyskując w końcu oddech. - Okej, możecie tu zaparkować, dojdę sobie ten kawałeczek...
- Ale wpadniesz jutro? - pyta z nadzieją Cene. Nadal chyba się łudzi, że ominie go gotowanie.
- Nie mogę – kręci głową Alicja. - O czternastej mam samolot. Ale po świętach na pewno was odwiedzę... jeśli oczywiście nadal mogę się czuć zaproszona – dodaje.
- O każdej porze – zapewniam ją.
Wysiada i macha nam na pożegnanie, kiedy Cene nawraca na wąskiej uliczce. Odprowadzam ją wzrokiem, aż do drzwi, pod którymi przystaje w poszukiwaniu klucza. Potem znika mi z oczu, gdy wyjeżdżamy na główną drogę.
- Szkoda – wzdycha Cene. Nie precyzuje o co mu chodzi, przerywa mu dźwięk telefonu.
- Prowadzę, zadzwonię za godzinę – mówi do telefonu po angielsku. Kiedy rzuca mi aparat, dostrzegam znikający właśnie jakiś zagraniczny, ale znajomo wyglądający numer kierunkowy. Bardziej jednak zastawania mnie jego nagły szeroki uśmiech.
- Jest coś o czym chcesz mi powiedzieć? - pytam.
- Nie, a ty?
- Nie, skąd to pytanie? - dziwię się.
- Bo sam o to przed sekundą zapytałeś, a poza tym... - milknie nagle.
- No? - zachęcam go, choć chyba wiem o co zapyta.
- Nie, nic. Nie mój interes – kręci głową. - Ale myślę, że Alicja robi bardzo dobre pierniki, jakbyś mnie pytał o zdanie.
To ostatnie stwierdzenie totalnie zbija mnie z tropu, zdaje się być zupełnie wyrwane z kontekstu. Wydaje mi się jednak, że wiem o co mu chodziło. Jego, hmm, akceptacja mile mnie zaskakuje. Milczymy niemalże do końca podróży.
W domu wita nas pustka, pomijając kartkę, na której znajdujemy kilka przydatnych informacji. Oprócz gratulacji i wiadomości, że wszyscy wrócą późno, najistotniejsza wydaje nam się wskazówka by obiadu do podgrzania szukać w lodówce.
Do posiłku siadam jednak sam, bowiem niemalże od progu Cene nie odrywa się od telefonu. Nawija po angielsku szybciej niż jestem w stanie go zrozumieć i jedną ręką próbuje rozpakować swoje rzeczy. Poddaje się jednak po chwili i znika w swoim pokoju, nadal nie odrywając ucha od komórki.
Kręcę ze zdziwieniem głową nad tym zaskakującym zjawiskiem i powoli zaczynam ogarniać bałagan, który obaj zostawiliśmy po wejściu.

[Alicja]
Jem niespokojnie śniadanie, jednym okiem zerkając na wiadomości, które lecą w tle z wyłączonym głosem. W myślach robię szybko listę rzeczy które muszę jeszcze zapakować i załatwić. Chwytam kartkę i dopisuję kolejny punkt: „Zadzwoń do Janusa!!!”.
Wstaję i idę do łazienki po suszarkę, którą dorzucam do torby. Ledwo siadam z powrotem, kiedy przypominam sobie o kolejnej rzeczy. Biegam tak pomiędzy moimi kanapkami a walizką, zastanawiając się, co ja w sumie najlepszego robię.
Ostatecznie udaje mi się zjeść pełnowartościowy posiłek, zapakować chyba wszystko co będzie mi potrzebne podczas zbliżającego się skokowego maratonu, znanego szerzej pod nazwą Turnieju Czterech Skoczni, który osobiście mam zamiar poprzedzić Mistrzostwami Polski. Mój bardzo napięty plan zajęć zakłada, że prosto z Zakopanego będę musiała złapać transport do Obersdorfu. Być może uda mi się przespać jedną noc we własnym łóżku, jak się uprę nawet dwie.
Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.
Walizka jest ciężka i wypchana do granic możliwości. Z trudem staczam się z nią po schodach i wsiadam do taksówki. Na wirtualnej liście „do zrobienia” dopisuje sobie, żeby wziąć ze sobą samochód, kiedy będę wracać do Słowenii, który zostawiłam w Polsce zupełnie bez powodu.
Docieram na lotnisko za wcześnie, siadam więc na plastikowym krzesełku i czekam na odprawę umilając sobie czas czytaniem książki. Niestety nie udaje mi się przeczytać nawet jednej strony, kiedy dzwoni mój telefon.
- Ooo... odebrałaś łaskawie... Możesz gadać?
- Ooo... łaskawie zapytałaś... - przedrzeźniam Kasię. - Mam pół godziny do odprawy. A co?
- Nic – mówi pozornie obojętnie. - Chciałam po prostu zapytać po kija wracasz do Polski przed Turniejem i dlaczego nie pomagasz dziś Prevcom przy piernikach – pyta z naganą.
- Cooo...? - wytrzeszczam oczy. - Skąd ty niby wiesz o...
- O piernikach? Cene dziś od rana męczy mnie o jakiś sensowny przepis, bo Peter zgubił kartkę z tym, z którego korzystali ostatnio – wyjaśnia mi jak gdyby nigdy nic. - Jakby nie mieli internetu...
- Jak to Cene męczy cię o przepis...? - udaje mi się wydukać. - Skąd...?
- No zadzwonił do mnie dziś – mówi, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. - Wczoraj zresztą też. Wyjaśnisz mi w końcu po co wracasz do Polski? Nie żebym się za tobą nie stęskniła, czy coś... Rozumiem święta i te sprawy, ale wiesz... za parę dni i tak musisz jechać do Obersdorfu i chyba Katowice są Ci w takim wypadku średnio po drodze...
- Nawet mniej niż średnio – zgadzam się. - Zwłaszcza jeżeli w międzyczasie wybieram się jeszcze do Zakopanego... - przyznaję się bez bicia.
- Do Zakopa... - powtarza za mną mimowolnie. - Po co niby?
Milczę. Obie wiemy po co. A raczej dlaczego.
- Powiedziałaś mu przecież, że nie przyjedziesz! - jęczy Kasia, załamana moją postawą.
- Agnieszka mnie namówiła – mówię krótko. - Obiecałam jej, że przyjdę.
- Wracaj do domu – radzi mi Kasia. - Albo jeszcze lepiej zostań w Słowenii. I piecz z Cene pierniki. Możesz tam nawet zostać na święta, tylko NA MIŁOŚĆ BOSKĄ NIE JEDŹ DO ZAKOPANEGO! - zaklina mnie.
- Za późno. Obiecałam – wzdycham.
- Mnie obiecałaś, że nie będziesz sobie komplikować życia – przypomina mi kwaśno.
- Wiem – wzdycham. - Jakby to jeszcze było takiego proste...
- To jest proste – stwierdza Kasia. - Nie jedziesz do Zakopanego, wracasz do Kranja, pieczesz z Prevcami górę pierników i obżeracie się nimi do nieprzyzwoitości przez całe święta. Potem do końca sezonu unikasz Klemensa i z głowy...
- Już raz go unikałam, pamiętasz? - stwierdzam sucho. - Raczej dużo to nie dało. Mogłabym go ewentualnie unikać przez całe życie, ale podczas pracy na skoczni jest to nieco kłopotliwe....
- Kłopotliwe jest dla ciebie nawet unikanie go poza skocznią – wytyka mi przyjaciółka.
Milczymy przez chwilę
- Jak go skrzywdzisz, będziesz mieć ze mną do czynienia, jasne? - dodaje nagle i wcale nie ma na myśli Klemensa.
Kiwam głową, po czym orientuję się, że ona tego nie widzi.
- Możesz być o to spokojna – zapewniam ją. - Z Klemensem jest wystarczająco dużo problemów...
- Miałam na myśli coś dokładnie odwrotnego – uświadamia mnie Kasia. - A przy okazji... Masz gdzieś w domu jeszcze rozmówki słoweńskie? I ten słownik obrazkowy, z którego się kiedyś uczyłaś...?
- A na kija ci...? I co ma piernik do wiatraka....? - pytam zaskoczona tą nagłą zmianą tematu.
- No a jak ja będę rozmawiać z Cene? - mówi, jakby to było oczywiste.
- A... A. Aha – mówię tylko, oszołomiona. No proszę.
- Muszę kończyć. Przyjeżdżaj z tym słownikiem i ani mi się waż jechać do Zakopanego jasne? - mówi raz jeszcze.
- Nie da rady – wzdycham. - Słownika nie mam już, bo był pożyczony, rozmówek musiałabym poszukać, ale w wolnej chwili podeślę ci podręcznik w PDFie. Też muszę lecieć, bo mi się odprawa zaczyna.
Rozłączam się, wiedząc, że Kasia właśnie próbowała raz jeszcze wyperswadować mi wyjazd do Zakopanego i chwytam walizkę. Stając w kolejce do odprawy bagażowej zastanawiam się czemu tak właściwie nie mogę jej posłuchać, jednak nie dochodzę do żadnych konstruktywnych wniosków.
Wzdychając ciężko wsiadam po kilkunastu minutach do samolotu, mając nadzieję, że uda mi się nie zaprzepaścić tego, co już udało mi się wypracować. W głębi serca wiem jednak, że tak naprawdę stoję w miejscu, wciąż po szyję w kłopotach.
I tak naprawdę nawet nie próbuję się z tych kłopotów wydostać.

[Klemens]
Święta jak zwykle mijają bardzo szybko. Tuż przed samą Wigilią Łukasz zarządza dodatkowy trening, a tuż przed Turniejem treningiem mają być Mistrzostwa Polski. Wyjątkowo napięty grudniowy grafik sprawia, że karp nawet nie zdąża ostygnąć, a już jestem w drodze na Wielką Krokiew, mając nadzieję, że uda mi się wcisnąć w kombinezon. Mimo mojej sportowej diety, święta zawsze wiążą się z dodatkowym kilogramem, gdyż nie ma siły, która oparłaby się piernikom mojej teściowej.
Agnieszka zachowje się jakoś tajemniczo. Dziś rano jeszcze wyciągnęła z piwnicy materac i pompkę, a na dodatek stwierdziła, że przyjedzie na skocznię dopiero tuż przed konkursem. Jadę więc sam, zgarniając po drodze Maćka i Kubę.
- Masz za długie narty – mówię do Kota, kiedy mój samochód odmawia rozciągnięcia się na dodatkowe trzy centymetry.
- Przecież twoje są dłuższe, a się mieszczą – stwierdza zdziwiony.
- No, ale twoje nie wchodzą, co poradzę? – pokazuję mu nadprogramowe 3 centymetry.
- No, nie no...
Obaj bracia chwilę siłują się ze sprzętem i moim samochodem, w końcu udaje im się znaleźć pozycję, która umożliwia transport bez konieczności jechania z otwartym bagażnikiem.
- Nie mam pojęcia jak my to zaraz wyciągniemy, bo weszło na styk, ale dało radę – stwierdza zadowolony z siebie Kuba.
Na skoczni z pomocą serwisanta udaje mi się rozpakować auto i idziemy się przygotować do zawodów. Zastanawia mnie dziwne zachowanie Agnieszki, bo zawsze jedzie rano ze mną na skocznię i towarzyszy mi przez cały czas trwania treningów i zawodów. A dziś postanowiła przyjechać dopiero na sam konkurs...
Pierwszy z treningowych skoków wychodzi mi średni, bowiem sztuczny śnieg, który znajduje się na zeskoku nieco różni się do tego naturalnego, do którego przywykłem podczas ostatnich konkursów. Mimo to plasuję się wysoko, w czołówce. Bez przeliczników za wiatr rywalizacja jest nieco bardziej emocjonująca, ponieważ o wiele więcej zależy do zawodnika i jego umiejętności radzenia sobie z niekorzystnym wiatrem, a zdecydowanie mniej od sędziów odpowiedzialnych za dodawanie i odejmowanie „wiatrowych” i „belkowych” punktów.
Tuż przed początkiem pierwszej serii dostrzegam w końcu Agę, która z Klimkiem na rękach przepycha się przez tłum w moim kierunku z przepustką dyndającą na szyi.
- Cześć! - woła zasapana i całuje mnie na powitanie.
Biorę Klimka na ręce i zakładam mu mój kask. Śmieje się głośno i pyta czy możemy polatać. Oddaje więc narty Agnieszce i pozwalam synkowi nieco polatać. Śmieje się uradowany.
- Tata, a dostaniesz medal? - pyta, kiedy stawiam go już na ziemi.
- Jak się postaram to tak – odpowiadam.
- Dostaniesz – zapewnia mnie Aga, oddając mi narty.
Całuję ją jeszcze i ruszam na górę.
Mistrzostwa Polski mają specyficzną atmosferę. To konkurs tak samo ważny jak inne, tak samo magiczny jak Pucha Świata w Zakopanem albo Wiśle, a jednocześnie tak inny. Może dlatego, że wszyscy się znają. Nie uświadczysz tu innego języka niż polski, skaczesz z kolegami, z którymi chodziłeś do szkoły, a których na co dzień nie widujesz podczas zawodów. Jest czas na rozmowy, sprawdzenie siebie, odnowienie przyjaźni, powspominanie.
Był czas, że w polskich skokach nie działo się dobrze. I było tak całkiem niedawno. Nam pomogła Alicja, ale poza kadrami też coś drgnęło. I choć nie miała na to wpływu bezpośrednio, to jednak jej niekonwencjonalne metody wywołały małą rewolucję w całym polskim skokowym półświatku. Efekty można było podziwiać w zawodach wszystkich rang, a także teraz, na Mistrzostwach, które od trzech lat obsadzone są tak silnie jak chyba nigdy. Ponad stu zawodników na liście startowej, z czego co najmniej połowa prezentująca poziom pozwalająca na dość aktywny udział w walce o miejsca w trzydziestce.
Konkurencja jednak mnie nie martwi. To bardzo przyjacielska rywalizacja, a poza tym nie o wynik tu chodzi. Chodzi o dobre skoki, które owszem mogą dać medal, ale jeśli go nie dadzą, też się nic nie stanie. Żeby ktoś był najlepszy, ktoś inny musi być gorszy. Wszyscy nie mogą być wygranymi.
Skaczę niemalże na końcu. W zeszłym roku otarłem się o „10tkę”, moja nie najlepsza forma nie pozwalała mi na nic więcej. Byłem dopiero którymś kolejnym zawodnikiem w kadrze, omijała mnie połowa zawodów Pucharu Świata, a kiedy w nim startowałem zbierałem pojedyncze punkty.
Tak to wyglądało w zeszłym roku. W zeszłym roku, kiedy nie było z nami Alicji.
Jej obecność ma na nas magiczny wpływ. A zwłaszcza na mnie...
Przechodziłem przez duży kryzys, zanim się pojawiła w moim życiu. Wszystko szło nie tak, a znikąd pomocy. Choć wszyscy mówili mi, że we mnie wierzą, tak naprawdę nie czułem ich wsparcia, nawet od najbliższych. Internet huczał od dezaprobaty, nawet najwierniejsi kibice zaczęli wątpić, czy będzie jeszcze lepiej. Łukasz rwał włosy z głowy i posiwiał już niemalże zupełnie, a my wciąż nie mogliśmy się pozbierać. Nikt nie wiedział co jest nie tak, a najmniej wiedziałem ja.
A potem pojawiła się Alicja. Alicja, która po prostu w nas uwierzyła. Która uwierzyła we w mnie. Uwierzyła tak mocno, jak ja nigdy w siebie nie wierzyłem. Uwierzyła tak mocno, że jej wiara zmaterializowała się w postaci kolejnych trofeów, które najpierw powoli, a potem niemalże lawinowo posypały się ze wszystkich stron. A przecież nie zrobiła nic niezwykłego. Po prostu była osobą, której nigdy nie chcieliśmy zawieść, a poprzeczkę wieszała bardzo wysoko. Kiedy trener mówił: „dwa dobre skoki”, ona mówiła: „dwa najlepsze skoki”. Kiedy trener mówił: „to był bardzo dobry konkurs”, ona mówiła: „jutro będzie jeszcze lepszy”. Nie było osoby, która byłaby stanie nie zrobić wszystkiego by słowa Alicji okazały się prawdziwe.
Nigdy nie mówiła co mamy robić. Zawsze mówiła po prostu jak będzie. A zawsze miało być dobrze, a nawet najlepiej. I tak właśnie było.
Ta wiara sprawiła, że była mi bliższa niż ktokolwiek inny. Podała nam... mi pomocną dłoń właśnie wtedy, gdy jej najbardziej potrzebowałem. Była przy każdym moim upadku, by pomóc mi się podnieść. Nigdy nie powiedziała ani jednego złego słowa, nawet jeśli należały mi się tylko takie. Czasem po prostu nic nie mówiła, wystarczyło jedno jej spojrzenie jeden uśmiech bym wrócił do równowagi. Była lekarstwem na każde zło. Rozumiała co dzieje się w mojej głowie lepiej ode mnie. Być może dlatego poczułem, że idealnie pasuje do mnie. Lepiej niż ktokolwiek, kiedykolwiek.
Jedno słowo za dużo. O jeden gest, dotyk za daleko. Jedno zbyt bezpośrednie spojrzenie. Zbyt późno dostrzegliśmy, że nasze stopy stoją daleko za cienką linią, zza której już nie było powrotu.
Dlatego Alicja odeszła.
A wraz z nią cały mój zapał. Jej nieobecność bolała mnie nieomal w fizyczny sposób. Reszta szybko dostosowała się do tej sytuacji, choć poczuli się zdradzeni. Tylko my wiedzieliśmy jak było naprawdę. Tylko ja wiedziałem jak wiele kosztowała ją ta decyzja.
Oraz jak wielki wpływ miała na mnie.
Uśmiecham się do tych myśli, siadając na belce. Ten czas już minął. Alicja jest znowu blisko. Choć nie tak blisko jak wcześniej, choć czuję, że wciąż jest zbyt odległa, a wręcz się oddala z dnia na dzień... Mimo to jest zawsze gdzieś niedaleko, jestem w stanie odnaleźć jej wzrok i dostrzec to spojrzenie zarezerwowane tylko i wyłącznie dla mnie. Spojrzenie, które potrafi mnie zmotywować bardziej niż cokolwiek. Które jest dla mnie największą nagrodą po dobrym skoku.
Mimo że nie przyjechała do Zakopanego czuję wewnętrzny spokój. Ma całkowitą rację trzymając się ode mnie z daleka. Powinienem wziąć z niej przykład i skupić się swoim życiu i na swoich skokach. Spróbować zamknąć ten rozdział raz na zawsze.
Oddaję dobry skok, ale warunki trafiły mi się nie najlepsze. Swego czasu miałem niemałego pecha do wiatru, siłą rzeczy nauczyłem się więc radzić sobie w takich sytuacjach. Prowadzę, ale za mną jest jeszcze 10 zawodników, muszę się więc liczyć ze spadkiem.
Składam z trzaskiem narty i schodzę z areny skoczni. Szukam wzrokiem Agnieszki, kiedy z tłumu wyławiam twarz, której nie spodziewałam się tu zobaczyć. Przez chwilę jestem niemal tak zaskoczony jak kilka tygodni temu w Klingenthal, jednak o pomyłce nie może być mowy. Zapomnam o Agnieszce i podchodzę prędko do Alicji.
- Klimek – zauważa mnie, gdy jestem kilka kroków od niej. W jej głosie jest coś chłodnego, a mnie jeszcze bardziej zmraża zdrobnienie, którym mnie nazwała.
Zauważyła.
Zauważyła, że powiedziałem do niej ostatnio „Ala”. Nigdy tak nie robiłem. Tak samo jak ona nigdy nie nazywała mnie „Klimkiem”.
Jest to niby nieistotny szczegół, ale bardzo wiele dla nas znaczy. Ciężko jest mi nawet sprecyzować, co dokładnie, ale jest coś szczególnego w sposobie w jaki wymawia moje imię. Jak potrafi zawrzeć w nim całą wiarę jaką we mnie pokłada.
„Klimek” nie niesie ze sobą takiej siły.
Tak samo jak „Ala” nie potrafi przekazać całego zaufania, wdzięczności i ciepła, które zawsze adresuję do Alicji.
Lecz co tak naprawdę próbujemy sobie w ten sposób udowodnić...?
- A jednak tu jesteś - mówię, starając się nie pokazywać, jak bardzo cieszę się z jej obecności. Bardziej niż powinienem, biorąc pod uwagę obietnicę, którą sam sobie złożyłem. Tę samą, którą tyle razy wcześniej złamałem.
- A jednak tu jestem – powtarza za mną z westchnieniem. Wygląda na zrezygnowaną. Jakby przestała wierzyć, że jest w stanie wygrać tę walkę. Walkę z samą sobą.
- Zmieniłaś zdanie? - pytam.
- Nie. Agnieszka mnie zaprosiła – wyjaśnia. - I nie przyjęła odmowy.
Kiwam głową. Podczas naszej ostatniej rozmowy była bardzo stanowcza. Tylko jakiś zewnętrzny czynnik mógł wpłynąć na jej decyzję. Paradoksalnie tym czynnikiem była moja żona. Los jest naprawdę przewrotny.
- Zostaniesz do jutra? - głos niestety mnie zdradza, nie jestem w stanie ukryć jak bardzo mi na tym zależy. A Alicja to zauważa.
- Raczej nie, muszę się jakoś dostać potem do Obersdorfu, a chcę jeszcze spędzić trochę czasu w domu – mówi, a ja wiem, że to tylko drobna wymówka. - Wracam dziś do Katowic.
Wszystko to mówi, nie patrząc mi w oczy. Musi wyjechać, bo nie może zostać. Nie powinna zostać. Ale chce. Jej wzrok błądzi dookoła, bo jeśli na mnie spojrzy, to nie będzie miała siły odjechać. Robi więc wszystko, byleby tylko uniknąć mojego spojrzenia. Być może to dobrze. Miała siłę by powiedzieć mi nie. Ale... Ale jednak tu jest.
- Ala...! Tu jesteś! - Agnieszka pojawia się między nami. - I jak, kochanie? Podoba ci się niespodzianka...? - wskazuje na Alicję.
Patrzę na nią ponownie. Podnosi w końcu wzrok i ostatecznie nasze spojrzenia się spotykają na sekundę, nie dłużej. Ale to wystarcza. Wiem już wszystko, ona zresztą też.
Możemy próbować. Wciąż i wciąż. Możemy trzymać się na dystans. Ale pewne słowa już padły, nie da się ich „odpowiedzieć”. Pewne słowa, które zostawiają w człowieku trwały ślad. Prosiła mnie, bym się powstrzymał. Ja nie posłuchałem. Teraz musimy radzić sobie z konsekwencjami.
Uśmiecham się do Agi. Mimo tych wszystkich wątpliwości, jedno jest pewne.
- Nie mogłaś wymyślić lepszego.
Całuje mnie w policzek, wspinając się jak zwykle na palce.
- No to wskakuj na podium, kochanie. Niewiele ci brakuje – ponad jej ramieniem widzę tabelę wyników, według której plasuję się na piątym miejscu z niewielką stratą do trzeciego miejsca.
Alicja znów wbija wzrok w śnieg, wręcz czuję jak jest rozdarta. Pragnę żeby była szczęśliwa, ale nie potrafię dopuścić do siebie myśli, że jest to możliwe przy kimś innym. Jakbym miał monopol na jej szczęście. Tak jak ona ma na mój.
Biorę narty i idę w kierunku szatni. Kilka kroków dalej jednak się obracam. Alicja jest już całkowicie pogrążona w rozmowie z Agnieszką. Kiedy jednak zauważa mój wzrok, rzuca mi krótkie niczym mrugnięcie spojrzenie.
A ja nie potrzebuję nic więcej.  

[Alicja]
Klemens leci jakby niesiony na skrzydłach. Wydaje się, że w ogóle nie ma zamiaru lądować, grawitacja jednak jest nieubłagana i w końcu dotyka nartami ziemi daleko za punktem K. Nikt nie ma wątpliwości kto jest mistrzem. Skacze jeszcze czterech skoczków, między innymi Kamil i Maciek jednak nikt nie jest w stanie dziś go pokonać.
Stoję z Agnieszką i z radością obserwujemy ceremonię dekoracji. Pierwszy na podium pojawia się Maciek, potem Dawid i na końcu nasz mistrz. Kątem oka przyglądam się Agnieszce, która z dumą wpatruje się w podium.
- Od dawna o tym marzył, wiesz? - mówi.
- Wiem – odpowiadam. Doskonale o tym wiem.
Każdy z trzech najlepszych zawodników otrzymuje odpowiedni medal, czek, puchar i bukiet kwiatków. Kiedy w końcu wolno im zejść z podium i kiedy już uciekają wszystkim dziennikarzom, którzy chcą „zadać jeszcze tylko jedno pytanie” podchodzą do nas całą trójką.
- Ala, Ala, patrz! Prawie wygrałam! - cieszy się Dawid. - Jesteś ze mnie dumna?
- Jestem, dziubasku – uśmiecham się szeroko i obowiązkowo czochram po głowie. - Nawet bardzo. Ze wszystkich was - dodaję, bo Maciek jak zwykle stoi z jakąś skwaszoną miną.
- Ej, to mnie miałaś chwalić...! - obrusza się Kubacki, jednak bardziej skupiam się na Maćku, którego coś ewidentnie gryzie.
- Co jest, Kocie? - pytam, odciągając go od rozentuzjazmowanego towarzystwa.
- Nic – mówi krótko.
- Nie strzelaj fochów jak młodociana pannica, tylko gadaj co się dzieje. Dostałeś medal, kwiatki, puchar, kasę i wciąż niezadowolony... - wzdycham. - Ja wiem, że tobie bardziej się złoto podoba od brązu, ale zaufaj kobiecie, ten też ci pasuje do oczu – próbuję go rozśmieszyć.
Kot uśmiecha się lekko.
- Ja ty już coś powiesz... Nie o to chodzi, tylko...
- No? - zachęcam go.
- Mówiłaś, że nie przyjedziesz – mówi w końcu, zagryzając wargę.
Zbija mnie to nieco z tropu.
- Owszem. Ale jednak tu jestem. Wolałbyś żeby mnie nie było? - dziwię się.
Maciek odwraca głowę.
- Wolałbym, żebyś była tu z innego powodu – mówi cicho.
Obracam wzrok i oczywiście natykam się na spojrzenie Klemensa. Kiedy znów przenoszę go na Maćka widzę, że przygląda mi się z jakimś smutnym uśmiechem.
- Maciek...? - sama nawet nie wiem o co dokładnie go w ten sposób pytam.
- Nie komplikuj sobie życia, Ala – mówi. - Zasługujesz na to by być szczęśliwa. A tego szczęścia nie znajdziesz tutaj, wiesz o tym.
Patrzę tylko na niego zaskoczona, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Trafność jego wypowiedzi zbija mnie z nóg. A jednocześnie...
- Weź je - mówi, podając mi swój bukiet.
- Co wy wszyscy macie z tymi kwiatkami?! - wyrywa mi się nagle, bo naprawdę zaczyna mnie to wszystko irytować. - Tylko kwiatki i kwiatki, jakby nic innego nie było na świecie! Co, ja mam kwiaciarnię otworzyć...?!
Kot patrzy na mnie zaskoczony moim nagłym wybuchem i cofa rękę z bukietem. Klemens i Agnieszka również odwracają się w naszą stronę i ich wzrok pada na nieszczęsny bukiet.
- Chciałem ci tylko sprawić przyjemność – mówi Maciek cicho, a mnie momentalnie robi się głupio.
- Przepraszam – mówię i przytulam go. - Nie powinnam była się unosić, chciałeś dobrze. Ja po prostu ostatnio...
- ...masz dość prezentów, które znaczą więcej niż powinny, prawda? - wchodzi mi w słowo.
Powoli dociera do mnie, że Kot wie o mnie chyba nieco więcej niż mi się zdawało O mnie, o Klemensie, Peterze i tej całej sytuacji. W sumie, nic dziwnego. Ostatnio całą trójką zachowujemy się obrzydliwie przewidywalnie.
- Mam dość wszystkiego, Maciek – mówię cicho, nie wypuszczając go z objęć. - Masz totalną rację, za bardzo komplikuję sobie życie...
- Szukasz szczęścia tam, gdzie go nie ma, a nie dostrzegasz go, gdy stoi tuż przed twoim nosem...
- Chwilowo przed moim nosem mam twoje ramię – śmieję się cicho.
- Wiem – mówi jeszcze ciszej. Tak cicho, że może tylko mi się zdaje.
Odsuwam się od niego, a wtedy podchodzą do nas Klemens i Aga.
- Gotowa? - pytają.
- Tak, jestem głodna jak wilk. Narobiłaś mi smaka tą zapiekanką – mówię do Agi, która przed konkursem roztaczała przede mną wizję uczty, którą przygotowała na dzisiejszą kolację. Między innymi na stole miała się znaleźć moja ukochana zapiekana serowo-szpinakowa.
- To chodź, bo muszę jeszcze wszystko podgrzać...
Żegnam się jeszcze z Kotami i Dawidem, bo reszta rozeszła się już i nie mam okazji się z nimi pożegnać. Z częścią i tak będę się widzieć za parę dni w Obersdorfie. W drodze do domu Murańków zastanawiam się nad słowami Kota. Było w nich dużo prawdy. I troski.
Maciek się o mnie martwił.
Bardziej niż mogłabym się spodziewać.
Przez chwilę przez głowę przemyka mi dziwna myśl, jednak szybko ją od siebie odrzucam. Wiem na pewno, że mam w nim oddanego przyjaciela, który skoczyłby za mną w ogień. To z nim zawsze miałam w kadrze najlepszy kontakt. Nie licząc Klemensa, oczywiście. Był zawsze blisko, gotów mnie uspokoić, kiedy byłam bliska uduszenia któregoś z naszych orłów. A to zdarzało mi się nie raz.
Nic więc dziwnego, że Kocur dostrzegł trochę więcej niż inni. Pewnych rzeczy ciężko było wręcz nie zauważyć...
Agnieszka znika w kuchni, a my z Klemensem przygotowujemy stół. Klimek bawi się na dywanie w salonie rozrzuconymi jeszcze rano samochodzikami, a w powietrzu pojawiają się już nęcące zapachy. Aga niczym perfekcyjna pani domu sprawnie podgrzewa wszystkie dania i już po chwili możemy zasiąść do kolacji.
Klimek usadzony na kolanach taty pałaszuje sprawnie jakąś zupkę, a ja zachwycam się swoją obiecaną zapiekanką. Gdyby mnie ktoś zapytał, byłabym w stanie przysiąc, że to ona nakłoniła mnie ostatecznie do przyjazdu do Zakopanego... I tej wersji chyba się będę trzymać...
Agnieszka cały czas mówi do mnie i tak przegadujemy całą kolację. Klemens odstawia syna na dywan i spokojnie zabiera się do posiłku. Nie przeszkadza nam w rozmowie, tylko przygląda się tym plotom z lekkim uśmiechem.
W końcu przerywa nam głośne ziewanie juniora i Aga przypomina sobie o swoim dziecku.
- Okej, to ja go pójdę położyć, a wy tu posprzątajcie – poleca nam, biorąc przysypiającego już Klimka na ręce. - Potem przeniesiemy się do salonu - puszcza mi oko.
Znika na schodach na piętro, a my z Klemensem zaczynamy zbierać naczynia i zanosić do kuchni. Staję przy zlewie i zaczynam zmywać. Wiem, że mają zmywarkę, ale nie ma tego znowu tak dużo, żebym sobie nie mogła z tym poradzić. Klemens w tym czasie chowa do lodówki pozostałe resztki i wyciąga zakąski, które przenosi do salonu. Odnoszę wrażenie, że Agnieszce chyba nudziło się w domu, skoro narobiła tyle jedzenia...
- Macie jakieś gąbki? - pytam, kiedy ponownie wchodzi do kuchni. - Bo ta już się do niczego nie nadaje – odwracam się od zlewu i pokazuję mu nędzne resztki, które zostały z poprzedniej.
- Tu są – mówi, sięgając ponad moją głową do górnej szafki. Wspina się na palce i nagle poślizguje się na minikałuży, którą nakapałam pokazując mu zużytą gąbkę. Traci równowagę i całym ciężarem przyciska mnie do szafki.
Rękaw nasiąka mi natychmiast wodą, kran wbija się w plecy, a na szyi czuję tylko jego ciężki oddech. Zakleszczona między nim i szafką nie jestem w stanie się ruszyć. Łapiąc równowagę, opiera się dłonią o ścianę za moimi plecami, przylegając do mnie jeszcze ściślej. Jest tak blisko...
Zbyt blisko.
- Gąbka – mówię szybko.
Klemens robi głęboki wydech i odsuwa się na pół kroku. Podaje mi gąbkę, którą udało mu się jednak wyciągnąć, a ja bez słowa wracam do zmywania.
- Wytrę tu, te kafelki robią się strasznie śliskie, kiedy są mokre – wyciąga z którejś szafki szmatę.
- Zauważyłam – mówię cierpko.
- Alicja, ja... - podchodzi bliżej.
- Ja wiem, że to był przypadek – mówię. - Ale to zawsze jest przypadek. I wiesz jak takie przypadki się kończą – zakręcam kran i odwracam się w jego stronę. Patrzę na niego twardo, aż ugina się jakoś wewnętrznie pod moim spojrzeniem.
- Może to więc nie przypadek? - pyta, rzucając szmatę na podłogę i podchodząc znowu bliżej.
Jeszcze bliżej.
Za blisko.
Kładę mu dłoń na klatce piersiowej i odsuwam zdecydowanie. Nie zdążam jej cofnąć, gdy do kuchni wchodzi Agnieszka.
- No, zasnął w końcu... jak wam idzie? - pyta.
- Fantastycznie... - mówię. - A przynajmniej tak było do czasu, kiedy twój szanowny małżonek nie postanowił mnie oblać wodą! - wskazuję na mokry rękaw i plamę na podłodze.
- Ja o mało się nie zabiłem na tej kałuży – wytyka mi, schylając się ponownie po szmatę. - To ty zaczęłaś z tą gąbką...!
Przekomarzamy się tak, ogarniając kuchnię, a Agnieszka śmieje się, że nie można nas nawet na chwilę zostawić samych. Potem idą oboje do salonu, a ja wyciągam z szafki jeszcze miskę na orzeszki i podążam za nimi. Obserwując ich od tyłu, mam wrażenie, że scena przed chwilą mi się tylko przyśniła. Zawsze tak się czuję gdy jesteśmy w trójkę. Niesamowite jak łatwo udało nam się to wszystko obrócić to wszystko w żart i to nie mijając się nawet za bardzo z prawdą.
Być może dlatego, że to nie był pierwszy raz.
- Ala, siadaj. Mam coś dla ciebie! - mówi Aga, kiedy wchodzę do salonu.
- Więcej zapiekanki? - uśmiecham się łakomie.
- Nie, prezent świąteczny – mówi, wręczając mi spory pakunek.
- Aga... ale ja nic dla was nie mam.... - mówię skrępowana, bo nie spodziewałam się takiego gestu. I na dodatek dręczy mnie wspomnienie sytuacji sprzed kilku chwil.
- Jego do niego nie mieszaj, to tylko i wyłącznie ode mnie. I jak podoba ci się? - pyta podekscytowana, kiedy wyciągam z paczki śliczny szafirowy sweter.
- Jest... cudowny – stwierdzam szczerze, przykładając go do tułowia. - Dziękuję – przytulam ją serdecznie.
- Klemens miał rację, idealnie pasuje ci do oczu – dodaje Aga, nie wiedząc jak bardzo elektryzuje mnie ta informacja.
Siedzimy i rozmawiamy przy winie i orzeszkach, a ja wciąż mam w głowie głos Kasi oraz Maćka. Nie powinnam tu przyjeżdżać. To był błąd. Ten sweter, ta sytuacja w kuchni... Byłam niemal pewna, że jestem na dobrej drodze, że potrafię się już zdystansować, Klemens zresztą też... Wystarczyła jedna głupia kałuża, by pokazać nam jak bardzo się oboje mylimy.
Nie mogę tu zostać. Muszę natychmiast wracać do domu...!
Podnoszę się z kanapy i w tym momencie przypominam sobie o pustym kieliszku po winie, który trzymam w ręce. Oraz o poprzedniej lampce.
- Chcesz jeszcze? - Klemens zrywa się z miejsca i sięga po butelkę, a ja nadal wpatruję się w niewinny szklany przedmiot.
- Nie... Zapomniałam, że jestem samochodem – mruczę, odkładając kieliszek na stolik. - A miałam się właśnie zbierać do domu...
- O tej porze? - dziwi się Aga. - Nie no, teraz to już musisz zostać – mówi. - Widzisz, mówiłaś, że nie zostaniesz na noc, a tu proszę!
- A jednak muszę zostać... - wzdycham.
Mogłabym wrócić pociągiem. Odebranie potem samochodu nie byłoby żadnym problemem, ale...
Ale wiem, że kombinowanie i tak nic nie zmieni. Miało mnie tu nie być. A jestem.
Miałam się trzymać na dystans. A nie robię tego.
Miałam już się więcej nie oszukiwać. A nie robię nic innego.
Miałam w końcu całkowicie zaufać komuś, kto nie jest Klemensem. A wciąż ufam tylko i wyłącznie jemu.
Jestem tu. W miejscu, od którego powinnam trzymać się jak najdalej.
Z osobą, od której powinnam trzymać się z daleka.
Od której próbowałam uciec. A jednak wróciłam.
Choć wiedziałam, że nie powinnam.

4 komentarze:

  1. No wreszcie! Mogę Ci złożyć oficjalny komentarz. A myślałam, że już do tego nie dojdzie. Życie próbowało mnie od tego odwieść... ale mu się nie udało! Ha! Charlie 1:0 życie. Wygryw. (Dobrze, że mi się przypomniało, bo już chciałam paznokcie malować, a po takiej przerwie znowu bym straciła siły...).
    Okej, koniec części bezsensownej, czas na tę sensowną. (WHAT?)
    Cała fabuła kręci się zasadniczo wokół dwóch wątków, z których ważniejszy jest ten, o którym traktuje tytuł: motyw nieplatonicznej, acz niespełnionej i niemożliwej miłości Alicji i Klemensa. Drugi wątek to równie tragiczne, równie nieplatoniczne, równie niespełnione i niemożliwe uczucie Petera Prevca względem panny Mittner. (Co również może mieć przełożenie na tytuł, jeśli w fabule stałoby się coś paralelnego).
    Zacznijmy od tego, jak to sama napisałam, ważniejszego.
    W polskich skokach był dołek. (Skąd ja to znam?). Alicja przyszła i, niczym za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, odczarowała staczające się po równi pochyłej losy naszej narodowej kadry. Nie przyniosła nowego sprzętu, nie wniosła rewolucyjnych technik treningowych, nie przemyciła nowinek, tylko dała swoje dobre słowo, duchowe wsparcie, nową wiarę, nadzieję i... miłość. Tej ostatniej nie planowała, tego jestem pewna. Zaufała Klemensowi, bo to naturalny „efekt uboczny” pracy z ludźmi, pracy, w której ich dobro jest twoim priorytetem. Niby nic, praca z psychologiem sportowym opiera się właśnie na zaufaniu, ale z czasem, zwłaszcza jeśli pacjent jest płci przeciwnej, na dodatek w wieku całkiem zbliżonym, zaufanie rozrasta się zupełnie niezauważenie i staje się stąpaniem po cienkiej linie. A gdzie oglądamy spacer po linie? W cyrku.
    No i zrobił się niezły cyrk.
    Bo Klemens ma żonę i syna, a Alicja serce młode i szalone, podobnież jak i sam Murańka. Przed obydwojgiem szmat czas i życia, a być może Klemens zbyt pochopnie podjął decyzję o ślubie... Ale w małych społecznościach dziecko bez ślubu to wstyd, więc w sumie chyba większego wyboru nie miał, nie? A Agnieszkę przecież kocha(ł). I Alicji wtedy nie znał.
    Główny dylemat zasadza się właśnie na tym rozbiciu, emocjonalnym rozdarciu: jeśli Alicja zrobi o krok za dużo, będzie niszczycielem rodziny. Jeśli Klimek zrobi o krok za dużo, będzie zdrajcą i niszczycielem rodziny. Nie tylko znienawidziliby siebie, ale i ich skoczne otoczenie w postaci kolegów z kadry, znajomych, sztabu mogłoby zacząć patrzeć na nich krzywo.
    Z tej sytuacji nie ma wyjścia. Trudno jest im trzymać się od siebie z dala, ale i blisko nie jest łatwiej. Nigdy się nie pocałowali, nigdy nie posunęli się też o krok dalej. To mi się podoba, choć niektórzy pewnie kręciliby nosami, że bohaterowie zostali „czyści”, „bez skazy”, że nie dopuścili się zdrady cielesnej. Ale zastanówmy się, co Agnieszkę zabolałoby bardziej: jednorazowy, nic nieznaczący wyskok Klimka czy oficjalne oświadczenie, że całe jego jestestwo należy już do kogoś innego?
    Ja nie jestem za wybaczaniem zdrad, bo kto raz zdradził, zdradzać będzie już zawsze, więc niezależnie od oświadczenia, kopnęłabym Klemensa w zad i sayonara. :P Ale ja to ja.
    Ten dylemat sprawia mi autentyczne, fizyczne mdłości, bo jest fatalną pułapką. Mam swoją wizję zakończenia, ale jej nie zdradzę, hihi. :D To kompletny ślepy zaułek, w który bohaterowie wpędzili się poniekąd na własne życzenie, jednak na własne życzenie nie da rady się z niego wykaraskać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Opcji jest kilka.
    1. Ktoś musi zmienić obiekt uczuć: Alicja wreszcie zaakceptuje Pero albo w Klemensie odżyje uczucie do Agnieszki. Dwa w tym samym czasie to niemożliwe i zbyt piękne, jedna strona wyjdzie z tego poraniona. (Osobiście widziałabym tu dramat Klemensa, kiedy widzi szczęśliwą z kimś innym Alicję – ups, chyba jednak zdradziłam „swoje” zakończenie...).
    2. Każde z nich pójdzie w swoją stronę, tak daleko od siebie, że spotkanie będzie niemożliwe.
    3. Rozbić rodzinę, zawieść przyjaciół i znajomych, ale postawić swoje uczucie na piedestale, i żyć z poczuciem, że to jednak nie było okej wobec tych wszystkich ludzi, z poczuciem potwornego egoizmu, ergo – byliby bardziej nieszczęśliwi niż przedtem, ergo – z dużym prawdopodobieństwem by się rozstali, ergo – okazałoby się, że to była gra niewarta świeczki i tym większy byłby ogólny dramat.
    4. Rozwiązanie typowo autorskie: Agnieszka musiałaby sama zdradzić/umrzeć, ale wówczas pewnie Klemens uświadomiłby sobie, że to ją kochał, nie Alicję, i znowu wyszłaby totalna porażka, nienawiść do samego siebie i tragicznie zbolałe serce Ali.
    Jak więc powiedziałam, jedynym racjonalnym wyjściem byłoby po prostu się od siebie oddalić, ale Alicja nie umie pracować z dziećmi, a świat skoków za bardzo kocha, żeby go tak zwyczajnie sobie odpuścić. Poza tym, już zdążyła się zakumplować ze Słoweńcami...
    No właśnie, te Słoweńce. „Wrzody na zdrowym organizmie narodu”. :P
    Przechodzimy do Petera. Peter padł niewinną, nieświadomą ofiarą „mentalnego romansu” tych dwojga, bo on przecież o niczym nie wie (choć już podejrzewa), nic nie zrobił, po prostu wziął Alicję taką, jaką przyprowadził ją Goran Janus przed rozpoczęciem dorocznego latającego cyrku. Po prostu spodobała mu się za całą swoją naturalność, za wiarę i podbudowywanie drużyny. Zaufał jej, choć ona ewidentnie nie chce zaufać jemu. I na moje – niestety, nie zaufa. Więc Peter będzie tu ofiarą A&K, co tylko dowodzi, że miłość ta jest niewłaściwa.
    Przyznam szczerze, że początkowo nie byłam po żadnej stronie, potem przerzuciłam się na Pero (i w głębi ducha dalej na ten pairing liczę :P), ale potem zrozumiałam, że gdyby Alicja powiedziała mu „tak”, nie byłaby do końca szczęśliwa, to byłby taki, hmm, „mesjański układ” — ona by się poświęciła dla Pero, a on nigdy do końca nie miałby stuprocentowej pewności, że ona nie jest myślami przy Klimku. A przecież by była.

    OdpowiedzUsuń
  3. Więc żaden z tych układów nie jest możliwy i tylko „odkochanie się” obojga (a może i trojga?) bohaterów byłoby rozwiązaniem niedającym bólu.
    Ciekawi mnie też wątek pana Kota, bo ostatnie wzmianki o nim są trochę niepokojące... Czyżby kolejny nieszczęśnik, lokujący uczucia tam, gdzie nie powinien?
    Trochę nużące, aczkolwiek zrozumiałe, może być wałkowanie w kółko tego samego tematu: muszę odejść, ale nie umiem, czy spotkam ją/jego?, nie ma rozwiązania, muszę odejść ze skoków. Ale wiem, że to wielka tragedia w życiu tych dwojga i nie sposób o niej ot, tak zapomnieć. Dla równowagi przydałby się drugi wątek, który mógłby odciążyć czytelnika – i czuję, że takim wątkiem będzie Kasia i Cene! :D Przebosko!
    W ogóle to się zgadzam z Kasią! Mądra baba! Wkurzyła mnie Alicja, że pojechała, ale najpierw Agnieszka, że nie pozwoliła jej dojść do słowa. Pierniczki z Prevcami brzmią jak absolutny raj na Ziemi i za nic bym go nie przepuściła! No, chyba że kochałabym Klimka... Wiem, jak trudno jest odgonić się od kogoś, do kogo czuje się miętę lub choćby sentyment (mimo upływu lat, nie potrafię odmówić byłemu spotkań i rozmów, a powinnam, bo toksyczny był jak ta kostka z kibla, co to ją Karolina Żyła połknęła :P), dlatego winię Kaśkę, że nie stanęła gdzieś w bramie na Wielkiej Krokwi jak ten Rejtan w progi sali i, rozdzierając szatę, nie krzyknęła: LIBERUM VETO! Niech ona na Alę uważa.
    Phi, „mannerowa panienka” to jak totalna odwrotność mojej „szaflarskiej mendy”. :D Choć i to, i to bawi.
    Już Ci pisałam, jakich herzklekotów dostałam, jak czytałam o ślubie, nie? I jak zawikłałaś. :D Zdarzyło Ci się kilka superskich gier słownych (pozwól, że nie będę przywoływać, bo czekałaby mnie poważne re-lektura :P).
    Po cichu liczę na rozwój na linii Pero-Alicja. Pozytywny, of course. I wyczekuję finału, bo może okazać się zabójczy. Jestem ciekawa, którą drogę obierzesz (pewnie żadną z wymienionych), ale mam przeczucie, że to nie będzie happy end, a jeśli już, to nie taki, który dawałby pełnię szczęścia.
    Co do technikaliów – musisz sprawdzać notki przed dodaniem! Co najmniej dzień przerwy, żeby mózg częściowo zapomniał, co napisałaś, bo niepoprawianie błędów od razu wynika z tego, że pamiętasz, co chciałaś napisać, w związku z tym mózg pomija błędy, zastępując je poprawnymi formami. A poza tym, w szale weny nawet najbardziej pokręcone składniowo zdania brzmią jak rodowite aforyzmy. Możesz przesyłać teksty jakiemuś sprawdzaczowi (;>) albo czekać co najmniej dobę. :D Nie ma tragedii, ale literówki to by mogły u Ciebie legion uformować. :D
    I... co tutaj tak pusto? Fabuła taka ciekawa i dylematyczna, i autentyczne, ale nie, lepiej se o Norłejach poczytać i pozachwycać się (po raz enty) laczkami Tandego i jego kośćmi policzkowymi. Sounds like fuuuuun... *rolls eyes*

    Zakończę cytatem z klasyka: „No i to by było na tyle w sumie, hehe”. :D
    Czekam!
    PS. A.M.=A.M. + wątek niemiecki. Nie myśl, że Cię nie rozpracowałam. :P
    PS2. Alicjowe skubanie warkocza udzieliło się i mnie. Od kilku dni skubię swoje wymyślne francuzy. :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Nnno! Nadrobiłam wreszcie i jestem z komentarzem.
    Swoją drogą aż dziwne, że takie dobre, fajne opowiadanie ma tak mało komentarzy. A czasem się zdarzają takie infantylne gnioty w 30 komentarzami pod każdą notką. Ale inną sprawą jest jakość tych komentarzy.
    Także no.
    Pozwól, że zacznę od Cene. Rany, z niego jest taka słodzinka <3 mam do niego ogromną słabość :3 więc poproszę o nim duuuuużo, dobrze?
    Naprawdę fajna historia. I mocno skomplikowana. Bardzo mocno. Tak, że nie mam absolutnie najmniejszych podejrzeń, jak mogłaby się rozwiązać ich sytuacja. Ich, to znaczy Alicji, Klemensa i Petera. No i naturalnie przy tym Agnieszki.
    A może nawet Kota. Sama nie jestem pewna, jak to z nim jest, ale jego zachowanie zdradza ślady zazdrości. Tak mi się wydaje. Być może się mylę.
    Wątek z kwiatkami jest fajny. Bo to taki prosty gest, a tak dużo mówi o stosunku Ali do wręczającego.
    I Ala i Klemens się starają. Ale niestety. Zupełnie im to nie wychodzi.
    A Peter mógłby być dla niej takim fajnym, naprawdę fajnym facetem. Ale jak widzę, co wciąż dzieje się między Alicją i Klemensem, ciężko mi wróżyć mu powodzenie.
    Bo oni się chyba strasznie kochają.
    Ciężko coś na to poradzić ;)
    To tyle ode mnie. Pozdrawiam! ;)

    OdpowiedzUsuń