27 grudnia 2015

ROZDZIAŁ 14. „Przesadziłeś z tym kremem na zmarszczki”

[Klemens]
W Engelbergu czuć już świąteczną atmosferę. Zresztą jak co roku. Piję z Jankiem i Maćkiem herbatę w jakiejś przytulnej kawiarni, patrząc jak za oknem prószy śnieg.
Wszyscy pomyślnie przebrnęliśmy wczorajsze kwalifikacje, ze spokojem więc czekamy na dzisiejszy wieczorny konkurs.
- Chyba musimy się powoli zbierać – zauważa Janek, zerkając na zegarek. - Łukasz nas pogoni, jak znów wpadniemy na skocznię na ostatnią chwilę...
- Daj dopić herbatę, człowieku – wzdycha Kot. - Te trzy minuty cię nie zbawią...
Janek jednak już się niecierpliwi, więc rzeczywiści powoli zaczynamy się ubierać. Maciek szybko kończy herbatę i wciąż marudząc wychodzi za nami.
Ja sam nie mogę usiedzieć na myśl o konkursie. Cieszę się, bo wróciły moje najlepsze skoki, teraz widzę to wyraźnie. Czuję, że wszystko jest na właściwym miejscu.
Prawie.
Maciek z Jankiem przekomarzają się po drodze, a ja zastanawiam się czy powinienem poszukać Alicji przed konkursem.
Wiem, że nie powinienem. Ale pokusa jest bardzo duża. Ostatecznie postanawiam, zdać się na los, wiedząc, że i tak będzie stać na dole i na pewno uda mi się z nią zamienić parę słów po skoku.
Wczoraj niestety mi się nie udało. Alicji po prostu nie było. Zagadnięci o to Słoweńcy, pośpieszyli z wyjaśnieniami, że nie dała rady dojechać na samolot i przyleci następnym, więc dotrze dopiero wprost na konkurs. Nie martwiłem się więc jej nieobecnością. Paradoksalnie, po jej tajemniczym zniknięciu w Lillehammer byłem dziwnie spokojny.
Jedziemy prosto na skocznię, gdzie czekają na nas już wszystkie nasze rzeczy. Serwisanci doprowadzają nasz sprzęt do perfekcyjnego stanu, a my odnajdujemy resztę grupy i dołączamy się do rozgrzewki.
Dawid gada jak nakręcony o tym, że dziś na pewno stanie na podium, bo czuje, że to jego dzień. Janek sprowadza go na ziemię, twierdzeniem, że Engelberg to przecież jego skocznia, bo to on tu stanął dwa razy na podium. Kamil nic nie mówi, tylko w skupieniu rozciąga się, ze słuchawkami na uszach. Maciek z Piotrkiem dyskutują o tym, jak idą przygotowania do Wigilii i przekomarzają się, kto kogo przeskoczy w najbliższych Mistrzostwach Polski.
To z kolei przypomina mi o zaproszeniu Agi, które miałem przekazać Alicji. Na razie nie było okazji, postanawiam więc zrobić to po konkursie albo nawet jutro.
Trener zarządza koniec rozgrzewki, każe nam się dogrzać indywidualnie i wysyła Szybkiego i Dawida z Jankiem, na górę, bo powoli zbliża się ich kolej. Ja wchodzę jeszcze na chwilę do naszego „kontenera”, który ma chronić nas od wiatru (daleko mu do przytulnych wiślańskich domków), żeby zabrać mój numer startowy i już jestem gotowy. Odbieram od serwisantów narty, oglądając je jeszcze dla pewności i wsiadam na wyciąg wraz z Kamilem.
Kiedy oglądam się za siebie, z wysokości kilkunastu metrów dostrzegam biegnącą postać z powiewającym za nią brązowym warkoczem. Uśmiecham się na ten widok, jednak przykazuję sam sobie skupić się przed skokiem. Alicja może poczekać.
Bo zawsze na mnie czeka.

[Alicja]
Dlaczego ja muszę być wiecznie spóźniona...?! Dlaczego?
Pociąg się spóźnił, kochane PKP. W efekcie bardziej mi opłacało jechać następnym, bo i tak nie zdążyłabym na przesiadkę. Dojechałam do Kranja w środku nocy, kiedy bus kadry już dawno odjechał, zabrałam z mojej słoweńskiej kawalerki, w której pomieszkiwałam od czasu do czasu, kilka najpotrzebniejszych rzeczy i pomknęłam na lotnisko.
Mgła.
Wredna, cholerna mgła.
Lot opóźniony o trzy godziny, więc zamiast dotrzeć do Engelbergu koło południa docieram tam późnym popołudniem i pędzę wprost na skocznię, torbę zostawiając na recepcji w hotelu. Nieuczesana, niewyspana, w ciuchach, które pierwsze wpadły mi ręce, kiedy wychodziłam z domu. Nie mam bladego pojęcia co tak naprawdę mam na sobie, bo nawet nie zdążyłam spojrzeć w lustro.
Niestety docieram dopiero na końcówkę serii próbnej, więc kiedy wpadam na arenę skoczni komentator właśnie ogłasza zakończenie nieocenianej serii. Odszukuję szybko wzrokiem kontener oznaczony flagą i literkami „SLO” i bez pukania wpadam do środka.
- Puka się! - warczy na mnie Dezman, próbując wydostać się ze swojego kanarkowożółtego kombinezonu, na co jedynie wywracam oczami.
- A ponoć tak bardzo za mną tęskniliście... - wzdycham, kręcąc głową. - Czyżbyś mnie oszukał...? - szturcham w plecy Prevca, który siedzi schylony, wiążąc sznurówkę buta.
Ten podnosi głowę i pada na mnie zaskoczone spojrzenie trzynastolatka.
- O kurczę, przesadziłeś z tym kremem na zmarszczki, Peter – wyrywa mi się.
- Ale o czym ty mówisz...? - drzwi za moimi plecami otwierają się i wchodzi Peter we własnej osobie, otrzepując kask ze śniegu.
Przenoszę wzrok z jednego końca kontenera na drugi, wpatrując się w dwóch Prevców w różnych wersjach wiekowych.
- I na dodatek widzę podwójnie... - mruczę do siebie, próbując zrozumień ten fenomen.
Młodsza wersja patrzy się na mnie jak ciele w malowane wrota, a starsza wciąż stojąca w drzwiach zaczyna się śmiać. Cała reszta też zaczyna się śmiać, tylko Dezman nadal jest skwaszony.
- Weź zamknij w końcu te drzwi, bo pizga! - warczy do Petera lecz sam podchodzi i zatrzaskuje drzwi do naszej słoweńskiej klitki.
Peter wersja starsza w końcu przestaje się śmiać. Muszę przyznać, że ma bardzo ładny śmiech, zupełnie inny, niż mogłabym się spodziewać. To miła odmiana po jego standardowych półuśmiechach.
- Dowiem się w końcu co tu robi twój trzynastoletni sobowtór...? - pytam lekko już poirytowana.
- Ej, ja mam dwadzieścia jeden lat...! - odzywa się trzynastoletnia kopia, wstając z miejsca i podchodząc do naszej dwójki.
Peter uśmiecha się wyjątkowo szeroko i obejmuje go braterskim gestem.
- To mój brat, Cene – wyjaśnia. - A to Alicja, przecież ci o niej mówiłem... - tarmosi go po włosach, ale młody wyrywa się z jego uścisku.
- Puszczaj, brat...! - odsuwa się na bezpieczną odległość, a do mnie w końcu docierają istniejące między nimi różnice i robi mi się autentycznie głupio.
- O cholercia – wyrywa mi się. - Ale skąd ty się tu wziąłeś? - pytam dalej nie do końca ogarnięta.
- Alicja, ile ty dziś spałaś? - Peter przygląda mi się podejrzliwie, nie dając dojść do słowa Cene, który zdążył jedynie otworzyć usta.
- Jakieś trzy godziny. W samolocie. Nie z tobą teraz rozmawiam – zbywam go machnięciem dłoni. - I ściągaj ten mokry kombinezon, bo się przeziębisz. No więc? - zwracam się do młodego.
- Przyjechałem za Hvalę, tak zadecydował trener – odpowiada, przyglądając mi się ciekawie.
- Aha – przyjmuję wyjaśnienie do wiadomości. - Tak mi właśnie kogoś brakowało...
Wzdycham ciężko, próbując przejść do porządku dziennego z takim natłokiem nowych wrażeń i spoglądam na zegarek. Jest... późno.
- A co wy tu jeszcze robicie?! - zwracam się się reszty. - Już dawno powinniście być na rozgrzewce!
Wyganiam ich na mróz, tak że zostaję sama z Prevcami. Z ulgą opadam na miejsce zwolnione przez Dezmana i przyglądam się jak Cene wiąże buty, a Peter walczy z kombinezonem.
- Dobrze się bawisz? - pyta ten ostatni.
- Fenomenalnie – pokazuję mu język. - Chcesz mnie wywalić na dwór, nie dając nawet odetchnąć...? Leciałam tu na złamanie karku, zapomniałam zapakować kosmetyczki, zostawiłam w Polsce prowiant na drogę, więc jestem głodna, niewyspana, nieogarnięta i zmarznięta, bo sweter został w torbie.
- I na dodatek kibicujesz konkurencji – zauważa Cene, wskazując na moją kurtkę.
Spoglądam po sobie i znów wymyka mi się mało elegancki komentarz.
- Ciemno było, jak się pakowałam, cholercia... - wzdycham, spoglądając na moją biało-czerwoną kurtkę, którą nosiłam dwa sezony temu. - A myślałam, że jest już na mnie za ciasna...
- Jak chcesz to weź moją – Peter rzuca mi swoją własną, a ja pukam się w czoło.
- Pogrzało cię? A ty w czym będziesz chodził...?
- Mama mi zapakowała dwie – wyjaśnia mi Cene. - Jak będzie dla mnie miły to się z nim podzielę...
Kiwam głową i zakładam kurtkę.
- Jak ja mogłam was w ogóle pomylić... - kręcę głową, próbując ignorować zapach, którym jest przesycona kurtka.
- Każdemu mogło się zdarzyć, jesteś po prostu przemęczona... - Peter siada koło mnie i poprawia mi kaptur, tak ja ja zrobiłam to kiedyś na początku naszej znajomości. Mam wrażenie, że od tego momentu minęło mnóstwo czasu.
- Może i tak. Ale strasznie mi głupio, przepraszam was za to. Zwłaszcza ciebie – zwracam się do Cene. - Tak naprawdę wcale nie wyglądasz na trzynaście lat...
- Jasne, tylko na piętnaście – uśmiecha się. - Nie ma sprawy. Pójdę już – mówi, podnosząc się i zakładając kurtkę. - Też muszę się rozgrzać.
 Odprowadzam go wzrokiem, a kiedy zamykają się za nim drzwi, zostajemy z Peterem sami.

[Peter]
Kiedy za Cene zamykają się drzwi, zostajemy z Alicją sami. Dostrzegam w jej włosach zabłąkany płatek śniegu, więc wyciągam go ostrożnie. Nie wzdryga się, jak się spodziewałem, siedzi ze wzrokiem utkwionych w drzwiach, intensywnie o czymś myśląc. Zakłada za ucho niesforny kosmyk włosów, który uciekł z warkocza, zaplecionego jeszcze bardziej niedbale niż zwykle.
Dostrzegam bardzo wiele szczegółów, więcej niż dotąd. Kiedy zacząłem poświęcać im tak wiele uwagi...? Być może kiedy odkryłem, że potrafią być bardzo istotne.
Odnoszę wrażenie, że coś się zmieniło. Coś w zachowaniu Alicji, która po tej tygodniowej nieobecności wróciła jakby nieco inna. Może bardziej zmęczona, ale paradoksalnie bardziej wypoczęta, świeższa.
Ja też zacząłem dostrzegać niewidoczne dotąd dla mnie rzeczy. Gesty, które wykonuje gdy jest zdenerwowana, gdy czuje się nieswojo. Spojrzenia, które mówią więcej niż jakiekolwiek słowa.
Uczę się jej powoli, krok za krokiem.
Bo w końcu mi na to pozwala.
- Ty chyba też już powinieneś iść – odzywa się, wstając i przeciągając się szeroko. - Masz chyba dziś konkurs do wygrania, co? - puszcza mi oko.
- A ty nie idziesz? - pytam, zbierając powoli swoje rzeczy.
- Zaraz dołączę, tylko wypiję herbatę – mówi i załącza czajnik. Woda przed chwilą się gotowała, więc po minucie herbata jest gotowa.
- Poczekam na ciebie – mówię, prawie gotowy do wyjścia.
- Mhm... - mruczy, popijając gorący napój. - Daj mi dwie minutki.
Szybko dopija herbatę, parząc sobie język i wśród marudzenia i chuchania, zakłada kolorową czapkę. Otwieram drzwi i wychodzimy na zewnątrz, wprost w tuman śniegu.
- Zapnij się – mówi i dopina mi zamek pod samą szyję, odgarniając z twarzy niesforne jak zawsze włosy. W odpowiedzi mocniej naciągam jej na oczy czapkę.
- Ej...! - woła i trzepie mnie w ramię.
Odbieram od serwisanta narty i wracam do niej. Stoi przy wyciągu z rękami wbitymi w kieszenie mojej kurtki. Jest na nią trochę za długa, co tylko sprawia, że wygląda w niej jakoś tak... uroczo.
- Ruchy, ruchy, bo się spóźnisz...! - pogania mnie, a ja grzecznie kieruję się w kierunku krzesełka.
- Alicja? - wołam ją jeszcze, zatrzymując się w pół kroku.
- No? - wystawia nos, zza postawionego na sztorc kaptura.
- Brakowało mi ciebie – mówię, nie myśląc o konsekwencjach.
Ku mojemu zaskoczeniu, Alicja uśmiecha się lekko.
- Skocz dziś ładnie, okej? - odpowiada i odwraca się na pięcie.
Wsiadam na krzesełko i śledzę ją z góry wzrokiem nim nie znika mi wśród tłumu.
Choć tak naprawdę nie porozmawialiśmy, wiem więcej niż wiedziałem. W jakiś sposób nawet zrozumiałem o co chodziło z kwiatkami. Dlatego muszę dziś stanąć na podium.
 Bo wiem, że dziś Alicja je przyjmie.

[Klemens]
Wchodzę na najniższy stopień podium i od razu dostrzegam ją w tłumie. Stoi w za dużej słoweńskiej kurtce i przeskakuje z jednej nogi na drugą, próbując się rozgrzać. Unika mojego wzroku albo po prostu na mnie nie patrzy. Być może coś po prostu bardziej przyciąga jej uwagę, a ja nie jestem przyzwyczajony do tego, że nie zerka na mnie co jakiś czas. To zawsze było coś naturalnego, że przynajmniej jednym krótkim spojrzeniem dawała mi znać, że jest ze mnie dumna. Dlatego teraz mam wrażenie, że z jakiegoś powodu mnie ignoruje.
W sumie nie mam z czego być dumny. Zaprzepaściłem piękne prowadzenie po pierwszej serii totalnie nie udanym skokiem w finale, dając się wyprzedzić Prevcowi i Freitagowi. Niewiele by brakowało, a spadłbym z podium na rzecz młodszego Prevca.
Jestem na siebie zły, że taka drobnostka wyprowadziła mnie z równowagi. Przecież sam jej tyle razy mówiłem, żeby w końcu komuś zaufała, dopuściła kogoś choć trochę bliżej.
Nie wiedziałem, że posłucha moich słów. Może po cichu liczyłem, że tak naprawdę je zignoruje. Uspokoiłem sumienie, mówiąc to, co powinienem był powiedzieć, ale w głębi serca pragnąłem czegoś zupełnie przeciwnego. Słowa mówiły „odejdź”, ale oczy „zostań”.
Widzę jak śledzi Petera w drodze na najwyższy stopień podium, szukam w jej wzroku tej charakterystycznej iskry, tak doskonale mi znanej, ale jej nie dostrzegam, oddycham więc z ulgą. Są pewne rzeczy, które należą tylko do nas. Na zawsze.
Obserwuję ich, kiedy sesja fotograficzna dobiega już końca, a Alicja podchodzi do Petera by pogratulować mu wyniku. Jest uśmiechnięta i szczęśliwa, niestety nie rozumiem co do niego mówi. Peter odpowiada coś z szerokim jak na niego uśmiechem i wyciąga przed siebie kwiatki. Alicja patrzy na niego zaskoczona i...
- To jak, Klimek? Idziemy pić? Soczek pomidorowy, oczywiście, hehe...! - na ramię opada mi ciężka łapa Wiewióra, skutecznie uniemożliwiając mi dojrzenie, czy Alicja przyjęła bukiet. Dlaczego tak bardzo zależy mi na tej informacji...?
Koledzy otaczają mnie i składają gratulacje i kiedy w końcu udaje mi się wydostać z ich kręgu, Alicja z Peterem już dawno zniknęli mi z pola widzenia. Chcę jej jak najszybciej przekazać zaproszenie od Agnieszki, bo muszę przesłać jej odpowiedź. Dostrzegam młodszego Prevca, pakującego narty do busa, więc podchodzę zapytać o Alicję.
- Alicja? - patrzy na mnie zaskoczony. - Zdaje się, że wraca do hotelu pieszo.
Nie muszę pytać o nic więcej. Dziękuję mu za informację i ruszam na drugi koniec parkingu gdzie nasz bus już jest gotowy do drogi. Pakuję się do środka i wysyłam wiadomość do Agi.
„Nie udało mi się jej złapać. Zapytam jutro. Kocham cię”
 Kiedy docieramy do hotelu, niemal natychmiast idę spać. Nie przeszkadza mi nawet Szybki hałasujący jakąś strzelanką bez słuchawek i niemal natychmiast zapadam w sen.
Następnego dnia na skocznię docieram w bojowym nastroju. Przez noc udało mi się wszystko poukładać. Dobrze, że stało się tak jak się stało. Jest tak, jak być powinno.
Muszę pozwolić jej odejść. Być szczęśliwą. Jeżeli ona sama sobie na to pozwoli, ja nie mogę jej zatrzymywać. Liczę na to, że wie, gdzie szukać szczęścia.
Kiedy mijam po drodze z kwali Prevca, uśmiecham się do niego i życzę mu powodzenia. Patrzy na mnie zdziwiony, ale kiwa głową i idzie w swoją stronę, życząc mi tego samego.
Nie opłaca nam się wracać do hotelu, więc w oczekiwaniu na konkurs zamykamy się w kontenerze i zaczynamy grać w karty. Idzie mi wyjątkowo źle, więc po kliku kolejkach rezygnuję, ubieram się i wychodzę na spacer. Idę ze wzrokiem wbitym w śnieg, do czasu gdy dociera do mnie głos Alicji.
Stoi zaledwie kilka kroków dalej i rozmawia z Janusem, mówiąc po słoweńsku tak płynnie, że nie sposób poznać, że to nie jest jej ojczysty język. Gwałtownie gestykuluje, jak to ma w zwyczaju, a warkocz, dziś zapleciony już porządnie, podskakuje jej na plecach. Dziś ma na sobie lepiej dopasowaną kurtkę. Po chwili kończą rozmawiać i Janus odchodzi w kierunku stanowiska serwisantów, a Alicja rusza z powrotem do kontenera.
Biorę głęboki wdech i ją doganiam.

[Alicja]
Co ja do jasnej cholery wyprawiam?!
Miałam sobie odpocząć od skoków, nabrać dystansu, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy i zacząć od nowa, od głębokiego wdechu i mocnego postanowienia bycia twardą.
A co zrobiłam?
No właśnie.
Podwójna dawka Prevców na dzień dobry i człowiek od razu głupieje. Peter w roli starszego brata zrobił z moimi wszystkimi postanowieniami bycia twardą i profesjonalną coś, co można w skrócie nazwać totalną destrukcją.
Kasia mówiła, że mam się bardziej na niego otworzyć? Proszę bardzo!
Mam mu bardziej zaufać? Viola!
Dać mu sobie pomóc? Załatwione!
Im bardziej próbuję poskładać do kupy moje życie, tym bardziej rozłazi mi się ono jak stado dżdżownic w deszczowy poranek. Myślałam, że moje problemy z Klemensem były skomplikowane. Więc co? Dołożyłam sobie do tego Petera.
Wezmę tę posadę w Słowenii, będę tym razem bardziej profesjonalna...
Ta. Profesjonalna, psia kość.
Obiecałam sobie, że będę twarda. Jedno stanowcze NIE w stosunku do Klemensa. Czas w końcu przestać igrać z ogniem. Dlatego odsunęłam na bok wszelkie obawy związane z Peterem i pozwoliłam sobie na luz. Może nie na taki luz jak u Janka, ale jednak.
Poflirtowałam przez telefon.
Pozwoliłam poprawić sobie kaptur.
I wyciągać śnieg z włosów.
Wzięłam kurtkę.
I kwiatki.
Wróciłam pieszo do hotelu, rzucając się po drodze śnieżkami.
I dałam się po drodze zaciągnąć do kawiarni.
Pozwoliłam za siebie zapłacić.
Krótko mówiąc pozwalałam mu na to wszystko, na co dotąd pozwalałam praktycznie jedynie Klemensowi. Jego samego zaś unikałam jak ognia. Odwracałam wzrok, omijałam domek Polaków szerokim łukiem, trzymałam się z dala od areny skoczni.
Wystarczyłoby mi tylko jedno spojrzenie, a cały misterny plan poszedłby w drobny mak. Być może za jakiś czas... Ale jeszcze nie teraz. Dystans i jeszcze raz dystans.
Może uda mi się niedługo przekonać samą siebie, że to ma sens. Że jestem w stanie przyjąć to, co on chce mi dać. Że nie będę jak wieprz przed którym rzuca się perły.
Janus, który wyciągnął mnie z ciepłego kontenera, by wydobyć ze mnie jakieś uwagi na temat kwalifikacji, w miarę szybko daje mi spokój i mogę wracać do środka. Już stawiam stopę na pierwszym stopniu schodów, kiedy słyszę ciche:
- Alicja.
Nie.
Nie, nie, nie, nie, nie...
Tylko nie to.
Nie odwracaj się. Jeszcze trzy stopnie. Potem naciskasz klamkę i znikasz w środku. W środku jest Cene. Grasz z nim w warcaby, pamiętasz? Nawet wygrywasz. Jak się nie pośpieszysz to ci poprzestawia pionki, jest do tego zdolny.
Tylko się nie odwracaj.
Myśl o warcabach.
I herbata ci stygnie. Dobra, malinowa herbatka. No już. To tylko trzy kroki.
Tylko się, do cholery, nie odwracaj...!
- Alicja?
- Niech to wszystko szlag...! - wzdycham i odwracam się do Klemensa.
I cały plan poszedł w porcelanę. Calusieńki.
Klemens wydaje się być zaskoczony moją, dość nietypową trzeba przyznać, reakcją. Szybko jednak odzyskuje rezon.
- Cześć – mówi.
- Cześć – odpowiadam, wbijając wzrok w swoje buty.
Tylko na niego nie patrz.
Ani się waż.
Może się jeszcze uda.
- Próbowałem cię wczoraj złapać, ale szybko znikłaś po konkursie – zaczyna.
Tylko. Nie podnoś. Wzroku.
- Aga zaprasza cię do nas na weekend, na Mistrzostwa Polski. Masz czas? - szczęśliwie, szybko przechodzi do sedna.
Mistrzostwa Polski? W Zakopanem? Dwa dni u Klemensa?
Oj, nie...
- Przykro mi, ale mam już plany – mówię i odwracam się w kierunku kontenera.
O tak, bardzo dobrze. W końcu jakiś mądry ruch. Jeden stopień, drugi, trzeci i...
- Nie masz.
Zamieram z dłonią na klamce.
Jak to: nie mam?
To znaczy, tak, nie mam. Ale powiedziałam, że mam. Czyż nie tak? Jak mówię, że mam, to mam. Czemu więc, Klemens wie lepiej ode mnie jak jest naprawdę...?
- Mam – powtarzam dobitniej i mocniej chwytam klamkę.
- Nie masz, przecież cię znam – upiera się.
- Powiedziałam ci, że jestem wtedy zajęta – odwracam się gwałtownie, co niestety nie jest bezpieczne na oblodzonych schodkach. Moje stopy nagle tracą kontakt z podłożem, a ciało leci do przodu. Widzę jak ziemia pędzi na spotkanie z moim nosem, który jednak nagle ląduje na powierzchni żółtej kurtki. A ja kurczowo łapię za ramiona jej właściciela.
- Aga chce z tobą pogadać – Klemens ustawia mnie do pionu i patrzy mi w oczy.
- Zadzwonię do niej – obiecuję, choć już czuję jak zaczynam się łamać. - Naprawdę nie dam rady, mam masę roboty.
- Wiesz, że ci nie wierzę – wzdycha.
- Wiem – mówię bardzo cichutko. - Jednak dla nas obojga będzie lepiej jeśli uwierzysz.
Kiwa głową i odsuwa się ode mnie, a mnie robi się dziwnie zimno. I temperatura powietrza nie ma tu nic do rzeczy.
- Dasz radę sama wejść? - pyta.
Kiwam głową i ostrożnie wchodzę do kontenera.
Nie odwracam się.
I to uznaję za swój ogromny sukces.
- ...thanks, it's nice to hear. I hope we will meet in Obersdorf, I'll ask Alicja... - słyszę głos młodszego Prevca.
- O co mnie zapytasz? - staję nad Cene, biorąc się pod boki. Nie jest to łatwe, jeśli uwzględnić, że jest ode mnie o jakieś dziesięć centymetrów wyższy.
Milczy, wpatrując się we mnie całkowicie osłupiały.
- Telefon – rzucam.
Oddaje mi komórkę i próbuje się ulotnić, ale łapię go za kołnierz i sadzam obok siebie.
- Zadzwonię później – rzucam do słuchawki i patrzę na niego z naganą. - Wyszłam na trzy minuty porozmawiać z trenerem, a ty dobierasz się do mojego telefonu – zaczynam, węsząc tu jakąś prevcową zmowę krwi.
- To nie tak... A tak w ogóle, to nie było cię piętnaście minut... A telefon dzwonił i dzwonił i dzwonił... więc odebrałem, bo to mogło być coś bardzo ważnego... - tłumaczy się gęsto Cene pod moim groźnym spojrzeniem.
- Co nie tłumaczy, dlaczego nie zamknąłeś tej rozmowy w krótkim „Alicja zaraz oddzwoni” - cedzę.
- Bo... - plącze się coraz bardziej młody Prevc.
W tym momencie telefon dzwoni raz jeszcze.
- Nie teraz! - warczę do słuchawki, nie przejmując się tym, kto może być po drugiej stronie.
- Jakie „nie teraz”, co ty sobie wyobrażasz!? - dociera do mnie głos Kasi. Zdenerwowanej Kasi. - Jakim prawem w ogóle tak bez uprzedzenia przerywasz mi rozmowę...?! Nie dość, że nie da się do ciebie dodzwonić, to jeszcze kiedy w końcu ktoś łaskawie odbiera w twoim imieniu to wyrywasz mu słuchawkę i na niego krzyczysz. Przeproś go natychmiast.
- Co proszę?! - wyrywa mi się.
- Przeproś Cene, pewnie zrobiło mu się przykro – żąda Kasia.
- Ale... ale to jest mój telefon... - udaje mi się wykrztusić, a Cene przygląda mi się podejrzliwie.
- I co z tego? Przeproś go i powiedz mu, że porozmawiamy w Obersdorfie. A i masz nas sobie przedstawić, jasne? - mówi.
- A... Ale...
- No. A tak w ogóle to miałam zapytać, czy jedziemy tam razem, czy mam sobie sama organizować transport. Ale w sumie znalazłam już w spamie twojego maila i wszystko już wiem. No to na razie, pa! - woła i rozłącza się nim udaje mi się jakkolwiek zareagować.
Odkładam telefon na stół i w osłupieniu gapię się na Cene, próbując zrozumieć co tu się właśnie wydarzyło. Pół minuty później przychodzi SMS o treści: „Przeproś go!!!”. Unoszę więc wzrok na Prevca i wzdycham głęboko.
- Kasia mówi, że pogadacie w na Turnieju. I przepraszam za ten wybuch, myślałam... Zresztą nie ważne co myślałam – kręcę głową ze zrezygnowaniem.
- Myślałaś, że szpieguję cię dla Petera – jego ciche słowa napełniają mnie zdumieniem.
- Co?
Podsuwa mi planszę z warcabami, a ja wykonuje ruch, nie zważając na to, że wcześniej chyba grałam czarnymi, a nie białymi. Cene milczy, kiedy jednak wyciąga rękę, by wykonać ruch, zagryza wargę, ewidentnie wahając się czy coś powiedzieć.
- Jemu naprawdę zależy – mówi nagle, trzy ruchy później.
Biorę łyk zimnej już herbaty i w wyjątkowym skupieniu wykonuję ruch.
- I to jak nigdy na nikim. Choć może sam dobrze o tym nie wie – mówi dalej Cene. - Po prostu nie wie, co wciąż robi nie tak...
- To nie w nim leży problem – mówię cicho, wykonując ostatni ruch. - Przegrałeś. Idź lepiej coś zjeść, żebyś zdążył przed konkursem.
Prevc zbiera pionki do pudełka i ubiera kurtkę. W drzwiach obraca się jeszcze i rzuca mi badawcze spojrzenie.
- Alicja?
- No?
- Jesteś na mnie zła? - pyta.
- Nie, nie jestem – uspokajam go. - Ale będę, jeśli jeszcze raz będziesz oszukiwał przy warcabach! - grożę mu palcem.
- Dlatego następnym razem zagramy w bierki – uśmiecha się do mnie i znika za drzwiami.
 A ja zostaję sama z myślą, że w sumie nie miałabym nic przeciwko posiadaniu takiego brata jak Cene.

2 komentarze:

  1. zbliżają się do siebie z Peterem, zbliżają, ale i tak jakoś słabo im to idzie. ale mamy sukces, Alicja nie zgodziła się na spotkanie w domu Klemensa! są postępy. :)
    a Cene jest w tym rozdziale taki dbcnbdhgbskj i ciekawa jestem tego jego spotkania z Kaśką w Oberstdorfie, bardzo!

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałam skomentować, ale pewna bardzo realistyczna postać i... (brak odpowiedniego słowa w moim słowniku) Cene wybili mnie z rytmu i nie wiem co napisać :(
    Doceń to!
    I na Cene się nie krzyczy!
    A telefony się nosi ze sobą albo nie ma pretensji, że ktoś zirytowny odbiera za Cb!
    Zafascynowana,
    Szur :*

    OdpowiedzUsuń