[Klemens]
Podczas rozgrzewki i kwalifikacji ze wszystkich sił staram się
unikać Słoweńców. A zwłaszcza Prevca. Nie udaje mi się to do
końca, mam wrażenie, że cały czas ktoś mi się uważnie
przygląda. Zastanawiam się, co pomyślał, kiedy zastał mnie
wczoraj wraz z Alicją u nich w domku. Bo nie powinno mnie tam być.
Nie tylko dlatego, że to ich domek. Również dlatego, że była tam
Alicja. I to bynajmniej nie dlatego, że mogła zarazić mnie grypą.
Śnieg lekko prószy, więc wytrzepuję go z kaptura kurtki w
oczekiwaniu na konkurs. Skok w kwalifikacjach, choć treningowy,
potraktowałem całkiem poważnie, jednak mogę być z niego
zadowolony – taki dobry prognostyk przed konkursem.
- I jak tam? - Kot podchodzi do mnie z herbatą, którą zaofiarował
się mi przynieść.
- Chyba dobrze, zapowiada się ciekawy konkurs – wskazuję brodą
tabelę wyników, w czołówce kwalifikacji jest naprawdę ciasno.
- No racja – zgadza się ze mną grzejąc dłonie o swój kubek. -
Aczkolwiek pytałem o Alę.
Odrywam wzrok od ekranu nieco zaskoczony.
- Czemu mnie o nią pytasz? - dopytuję się nieco podejrzliwie.
Czysto teoretycznie nie powinienem wiedzieć więcej niż on.
Właśnie. Teoretycznie.
- No przecież byłeś u niej rano – tłumaczy cierpliwie Kot,
szczęśliwie nieświadomy tego, jak bardzo wrażliwego tematu
dotyka. - Widziałem jak od niej wychodziłeś. Lepiej się już
czuje?
- Tak, powiedziała, że możemy do niej wpaść po konkursie –
mówię, starając się zamaskować ulgę w moim głosie. Co by było,
gdyby Maciek wiedział, że nie wpadłem do niej rano, tylko
spędziłem tam całą, calutką noc? Skomentowałby to jakoś?
Powiedział komuś, próbował mi tłumaczyć jak bardzo jest to
niewłaściwe...? A może w ogóle by się tym nie przejął...?
Może.
- ...i prosił, żebyś się do niego odezwał, jak znajdziesz trochę
czasu – dociera do mnie, że Kot coś jeszcze mówi.
- Ale kto prosił? - pytam zdezorientowany.
- No jak to kto? - dziwi się Maciek. - Prevc, przecież mówię!
[Peter]
Tuż przed wyjściem na skocznię pukam jeszcze do jej pokoju. Co
prawda wszyscy już się pakują do busa, ale trudno. To tylko
minutka.
- Proszę – słyszę jej słaby głos, naciskam więc klamkę i
wsuwam się do środka.
Leży przykryta po uszy, otoczona wianuszkiem wysmarkanych chusteczek
i kolekcją tabletek, syropów i różnych herbatek na stoliku
nocnym.
- Nie powinieneś być już na parkingu, czy coś? - pyta,
uśmiechając się lekko na mój widok.
- Owszem, ale poczekają na mnie chyba tę minutę – mówię. -
Skrzeczysz jak stare radio.
- Fajnie, że spóźniasz się tylko po to by mnie trochę poobrażać
– krzywi się, ale ze śmiechem, który przeradza się w kaszel.
- Tak naprawdę to przyszedłem po uścisk mocy. No i sprawdzić, czy
jeszcze żyjesz.
- Owszem żyję. Ledwo, ale żyję. Na uścisk mocy liczyć nie
możesz, co najwyżej na zarazki niemocy – wyciąga rękę po
chusteczkę i smarka. - Chyba że chcesz pokonać konkurencję bronią
biologiczną.
- Na to nie wpadłem... Pomyślę jak to wykorzystać - drapię się
po brodzie w udawanym zamyśleniu. Rzucam jej jeszcze jedno
spojrzenie i czuję nagle irracjonalną potrzebę by...
- Idź już, bo ci odjadą – odzywa się nim zdążam sprecyzować
co tak naprawdę chciałem powiedzieć lub zrobić. - A mnie wywalą
za upadek obyczajów w kadrze. Wasza punktualność wybitnie spadła,
odkąd się pojawiłam.
Życzę jej jeszcze raz zdrowia, podaję nową paczkę chusteczek i
wychodzę z obietnicą wpadnięcia popołudniu.
Coś ciągle nie daje mi spokoju. Siedzę zamyślony w busie, wciąż
na nowo analizując zaistniałą wczoraj sytuację. Mam wielką
ochotę porozmawiać z Klemensem, choć tak naprawdę nie wiem, co
miałoby być tematem takiej rozmowy. Posuwam się nawet do tego, że
zaczepiam Kota w tej sprawie, ale tak naprawdę nie wiem o co mi
chodzi. Próbuję zrozumieć jakie emocje mną targają, ale nie
potrafię, jestem tak rozkojarzony, że całkowicie nie wychodzi mi
mój skok treningowy w czasie kwalifikacji, a co zbieram burę od
Janusa. Obiecuję poprawę i skupiam się na swojej robocie.
- Ej, mam dla was wiadomość specjalną – odzywa się nagle Jurij,
odrywając wzrok od swojego telefonu. - Alicja życzy nam wszystkim
powodzenia!
- A mnie napisała, że ładnie skoczyłem w kwalifikacjach i jak tak
dalej pójdzie wygryzę Petera z kadry – wyszczerza się do mnie
Jaka, również przeglądając SMSy, przy okazji próbując założyć
kombinezon. Jako że jednym okiem wciąż wpatruje się w ekran,
idzie mu słabo i ręce wkłada w otwory na nogi.
Wszyscy obecni w szatni sięgają po telefony, gdzie odczytują mniej
lub bardziej spersonalizowane życzenia szczęścia w konkursie. To
niezwykle miłe, że choć nie może być z nami na skoczni i tak
znalazła sposób by naładować nas przed skokiem pozytywną
energią. Niby niewielki gest, kilka słów, a daje niesamowitą
motywację.
Z ciekawością odblokowuję telefon i otwieram wiadomość od
Alicji. Z trudem powstrzymuję uśmiech.
„Nie słuchaj Hvali, nie jestem pewna czy załapał żart.
Powodzenia! PS. Znów skończyły mi się chusteczki :(„
Odpisuję szybko, że postaram się szybko odpaść z konkursu, by
dostarczyć jej następną paczkę, lecz nie wiem jaka jest jej
reakcja, bo muszę ruszać już na wyciąg. Zbieram manatki i
poganiany przez serwisanta ruszam na górę.
[Alicja]
Kończę pisać SMSy z życzeniami i obietnicami trzymania kciuków,
jednym okiem wciąż zerkając na telewizor w oczekiwaniu na początek
transmisji. Język fiński brzmi bardzo skomplikowanie, ale nie udało
mi się znaleźć programu z angielskim lektorem. Liczę, że
komentarz nie różni się dużo bardziej od tego w moim ojczystym
języku i nie ominie mnie nic ważnego.
Raz jeszcze czytam wiadomość zwrotną od Petera, licząc, że
niesprzyjający wiatr nie pomoże mu w wypełnieniu jego obietnicy
szybkiego odpadnięcia. Znam go jednak na tyle, by wiedzieć, że z
własnej woli nie porzuciłby dla mnie zawodów, ani nawet treningu, by
przywieść mi chusteczki. Co innego Klemens.
- Co ty tu do cholery robisz? - pytam, widząc go w drzwiach. Mój
domowy dres nie daje mi tyle ciepła ile powinien, choć wspomaga go
gruby koc narzucony na ramiona.
- Pisałaś, że nie masz sił zwlec się z łóżka, a lodówka
sama się nie napełni. Więc przywiozłem ci obiad – podtyka mi
pod nos apetycznie pachnący pakunek. Bardzo apetycznie. - Jestem o
wiele lepszym skoczkiem niż kucharzem, ale zrobiłem co w mojej
mocy...
- Od pół godziny trwa trening. W Wiśle – cedzę przez zęby,
ale brzmi to mało groźnie, bo jednocześnie siąkam nosem. -
Powinieneś być tam, a jesteś tu, sto kilometrów dalej. Raz
jeszcze pytam: co ty tu do cholery robisz?
- A ty ile razy przyjeżdżałaś, gdy tylko cię potrzebowałem,
co? - pyta, wciąż nęcąc mnie obiadowymi zapachami. Mhmmm...
pieczeń. I rosół. Gęsty, tłusty rosół... - Przypominam, że
nie należało to do twoich obowiązków.
- Ale masz trening... - protestuję jeszcze słabiej.
- No i co z tego? - wzrusza ramionami. - Przecież mnie
potrzebujesz. Nie jutro, nie za tydzień, nie wieczorem. Właśnie
teraz. Więc jestem – tłumaczy, a mnie miękną kolana. - To co,
wpuścisz mnie? Mam rosół – dodaje, jakby miało mnie to
ostatecznie przekonać.
I, koniec końców, przekonuje.
Z zamyślenia wyrywa mnie podniesiony głos spikera. Powód jego
emocji po chwili pojawia się na ekranie w postaci Maetaeae
cieszącego się po wyjątkowo długim skoku. Nie rozumiem ani słowa
z relacji, ale znając listy startowe orientuję się, że przez moje
bujanie w obłokach przegapiłam pół pierwszej serii.
Niedobrze.
W momencie, w którym sięgam po chusteczki mój wzrok pada na
telefon, na którym widnieje sześć nieodebranych połączeń.
Oj, niedobrze.
Rysuję na ekranie skomplikowany wzór i odkrywam, że dwa są od
Janusa, a pozostałe od Kasi.
Ojoj, bardzo, bardzo niedobrze...
Dochodzę do skądinąd logicznego wniosku, że do Janusa i tak się
teraz nie dodzwonię, więc wybieram numer przyjaciółki i modlę
się, by to nie było nic bardzo, bardzo, bardzo istotnego.
- Jak mi powiesz, że byłaś z Klemensem to nie uwierzę, bo z tego
co wiem on jest na skoczni, a ty umierasz w hotelu na grypę –
zaczyna swoją tyradę. - Nie widzę więc powodu do tak obcesowego
unikania mnie. Niech zgadnę, ZNOWU wyciszyłaś telefon?
- Zamyśliłam się – przyznaję się bez bicia.
- Zamy... ZAMYŚLIŁAŚ SIĘ? - pyta zaskoczona. - Tak bardzo, że
nie słyszałaś telefonu? I to CZTERY razy? O czym ty tak
intensywnie do cholery myślałaś?!
Otwieram usta, ale nic nie mówię. Zastanawiam się chwilę, co tak
właściwie mogłabym jej odpowiedzieć, ale nic sensownego nie
przychodzi mi do głowy. Milczę o jedną chwilę za długo, bo Kasia
prycha poirytowana.
- No tak, po co ja w ogóle pytam... Czy ty musisz WIECZNIE
komplikować sobie życie...? - pyta retorycznie.
- To nie zależy ode mnie – wzdycham.
- Wiem – mruczy cicho.
Milczymy przez dłuższą chwilę, obie gapiąc się w telewizor, a z
głośnika dociera do mnie rozentuzjazmowany głos komentatora, po
wyjątkowo ładnym skoku Maćka. Fiński komentator jest bardziej
powściągliwy i jedynie podaje odległość, jak się domyślam.
- Po co tak właściwie dzwoniłaś? - podejrzewam, że nie dzwoniła
po to by dać mi burę za to, że ZNOWU nie odbieram. Przynajmniej za
pierwszym razem.
- Aaa...! Właśnie – ożywia się Kasia. - Miałam cię zapytać,
coś ty dała Hvali, że tak marnie skacze. Co skok to gorzej. A
Peter tak skrewił w kwalifikacjach, że głowa mała. Dosypałaś im
czegoś do jedzenia, czy coś? Bo Polacy latają jak natchnieni. Jak
będziesz urządzać takie sabotaże to cię zaraz wywalą...
- A... - dziwię się. - Co do kwali to nie wiem, może przysnął
na progu. A o skokach Hvali nic nie wiem, nie widziałam jak skoczył.
- To jak ty ten konkurs oglądasz...?!
- Yyy... - jęczę, wbijając oczy w telewizor, na którym Piotrek
właśnie ładnie szybuje nad zeskokiem.
- Okej, dobra rozumiem. Nic nie mów – wzdycha Kasia. - Kiedy
wracasz?
- Wyjeżdżamy dziś wieczorem, więc jutro po południu będę w
domu. Możesz wpaść wieczorem i zostać na noc, jeśli nie boisz
się grypy – na potwierdzenie tych słów kicham głośno.
- Dobra, wpadnę z domowym syropem i cię porządnie wyleczę. O,
Marinus ładnie poleciał... To co, widzimy się jutro wieczorem?
- Tak, do zobaczenia.
Odkładam telefon i pociągam łyk herbaty. Oglądam tabelę wyników
na dziesięciu skoczków przed końcem i zastanawiam się jak bardzo
brakuje mi jej towarzystwa. Mam wrażenie, że gdyby tu była,
wszystko byłoby prostsze...
Nagle do głowy przychodzi mi pomysł, sięgam więc po laptopa z nadzieją, że wi-fi działa tak jak powinno.
Nagle do głowy przychodzi mi pomysł, sięgam więc po laptopa z nadzieją, że wi-fi działa tak jak powinno.
[Klemens]
Wiatr wieje mocno, więc wszyscy latają daleko. Kiedy na górze
pozostaje dziesięciu skoczków, w tym i ja, sędziowie obniżają
belkę, ale niewiele to daje. Czekam już po kontroli kombinezonu, poprawiam więc
zapięcie kasku i kiedy zawodnik przede mną sadowi się na belce
zakładam narty i dwa razy sprawdzam wiązania.
Nie mija wiele czasu jak przychodzi kolej na mnie, zielone światło
zapala się niemal natychmiast, Łukasz energicznie macha
chorągiewką, a ja z werwą odpycham się od belki. Kiedy odbijam
się od progu w głowie mam tylko treść wiadomości od Alicji. Niby
nie było w niej nic osobistego, ale oboje wiemy, co tak naprawdę
znaczy te pięć krótkich słów.
Ląduję z ładnym telemarkiem, całkiem zadowolony ze skoku. Wydaje
mi się całkiem długi i dość dobry technicznie i okazuję się,
że mam rację. Obejmuję prowadzenie, bo sędziowie chętnie
obdarzają mnie osiemnastkami i nawet jedną dziewiętnastką. Macham
do kamery i schodzę z areny skoczni, wpadając wprost na
wiwatujących kolegów z reprezentacji. Przybijam piątkę z Maćkiem,
który plasuje się trzy pozycję za mną i odbieram gratulacje od
Żyły, który już przebrany zajada kanapkę. Mimo dobrego skoku nie
załapał się na finał ze względu na dyskwalifikację z powodu
nart. Każdemu z nas zdarzył się taki nieprzyjemny epizod
przynajmniej raz, ale Piotrek nie rozpacza z tego powodu. Klepie mnie
z radością po plecach i proponuje jakiś napój, ja jednak idę na
chwilę do domku przygotować się przed serią finałową.
Oddaje narty serwisantowi, przebieram się, zjadam batonika i raz
jeszcze zaczynam się rozgrzewać. Zerkam jeszcze szybko na telefon,
raz jeszcze odczytując wiadomość od Alicji i uśmiecham się
szeroko. Zabieram narty, kask i z tym samym szerokim uśmiechem
maszeruję na wyciąg. Na górze siadam wraz z innymi zawodnikami i
skupiam się przed skokiem. Nagle czuję jak ktoś klepie mnie po
ramieniu.
- Możemy porozmawiać?
Kiwam głową, a Prevc siada koło mnie. Milczy przez chwilę z
nieodgadnioną miną nim pyta, pozornie obojętnie:
- Jak Alicja?
- Dobrze – odpowiadam. - Jak ją znam, pochoruje przez trzy dni, a
potem znowu będzie się kręcić po skoczni jakby miała jakiś
zapasowy motorek.
Słoweniec kiwa tylko zdawkowo głową i milczy. Nic nie mówię,
nadal nie wiedząc o czym moglibyśmy porozmawiać. Już jestem
bliski zagadnięcia o jakąś błahostkę, kiedy Prevc pyta
niespodziewanie:
- Dlaczego Alicja od was odeszła?
Nie spodziewałem się tego pytania. Nie od niego, nie w tej chwili,
nie tak nagle. Milczę zaskoczony, dodatkowo krępuje mnie fakt, że
Kot kręci się w pobliżu i ciekawie nadstawia ucha. Również Kamil
siedzi nieopodal i choć na to nie wygląda, też pewnie chciałby
wiedzieć.
Bo prawda jest taka, że tylko ja i Alicja znamy prawdę. A ja nie
mogę jej nikomu wyjawić. Jak niby miałbym to ubrać w słowa? Jak
nazwać tę relację, która stała się zbyt niebezpieczna, byśmy
mogli nadal pozostawać w swoim towarzystwie?
Odpowiedź jest w sumie prosta, ale nic i nikt nie zmusi mnie by jej
udzielić. Prevc jednak wpatruje się we mnie pełen napięcia, a ja
szukam jakiejś wiarygodnej odpowiedzi. Kusi mnie, by spytać,
dlaczego go tak to interesuje, jednak wiem, że to nie odwróci jego
uwagi.
- Po prostu odeszła, nie podała nam żadnego powodu – mówię w
końcu i jest to prawda, choć ja sam znałem ten powód doskonale. -
Pytaliśmy, ale nie chciała powiedzieć, to było chyba coś bardzo
osobistego – uświadamiam sobie, że chyba mówię trochę za dużo,
Peterowi jednak zdaje się to wystarczać.
- Szkoda – mówi. - Myślałem, że przynajmniej ty będziesz to
wiedział.
W tym momencie wywołują kolejnych zawodników, w tym Petera,
ucinając tym samym tę niezręczną rozmowę. Po chwili wywołują i
mnie lecz nie mamy już okazji zamienić słowa.
Siadam jako ostatni na belce. Dawno nie przydarzyła mi się taka
sytuacja. W sumie ani razu, odkąd Alicja odeszła. Natomiast
pierwszy raz pamiętam bardzo dokładnie. Mój pierwszy wygrany
konkurs Pucharu Świata, dwa lata temu, tutaj, w Kuusamo. W zeszłym
roku konkursy się nie odbyły z powodu wiatru, więc wiadomość
Alicji niesie ze sobą konkretne przesłanie.
„W Kuusamo zawsze to samo”
Niemalże słyszę jej głos, szepczący mi to na ucho, gdy odrywam
się od belki, widzę tę lakoniczną wiadomość, kiedy wybijam się
z progu i wiem, że ma rację. Z każdym metrem, z każdą chwilą
szybowania w powietrzu słyszę jej głos coraz wyraźniej, coraz
dobitniej, a ziemia wcale nie chce się do mnie zbliżyć.
W końcu jednak siła grawitacji wbija mnie w zeskok, ale choć moje
stawy niemal krzyczą z rozpaczy utrzymuję zgrabny telemark i z
impetem zatrzymuję się na bandzie. W moich żyłach krąży
niesamowita ilość adrenaliny i czuję się po prostu szczęśliwy.
Wiem, że był to skok na piątkę i podobnie uważają sędziowie,
bo dostaję jeszcze lepsze oceny niż w pierwszej serii, a obok
mojego nazwiska pojawia się tłusta jedynka.
Koledzy porywają mnie w objęcia i unoszą na ramionach, a kamerzysta robi zbliżenie na moją twarz. Uśmiecham się szeroko i choć zobaczą go miliony ludzi na całym świecie, tak naprawdę zaadresowany jest tylko do jednej osoby.
Koledzy porywają mnie w objęcia i unoszą na ramionach, a kamerzysta robi zbliżenie na moją twarz. Uśmiecham się szeroko i choć zobaczą go miliony ludzi na całym świecie, tak naprawdę zaadresowany jest tylko do jednej osoby.
[Alicja]
W moim pokoju panuje pandemonium. I to nie ze względu na morze
wysmarkanych chusteczek. To akurat udało mi się ogarnąć. To
znaczy, Dawid ogarnął na moją prośbę.
Sama również się ogarnęłam, by prezentować sobą jakikolwiek poziom używalności.
Niestety i tak zostaję wpakowana do łóżka i owinięta kocem po
czubek głowy przez Maćka. Janek robi mi herbatę, a reszta w tym
czasie zajmuje się meblowaniem na nowo mojego hotelowego lokum.
- Ale ustawicie to wszystko potem na właściwym miejscu, prawda? -
upewniam się, z powątpiewaniem patrząc na ich liczne machinacje z
meblami.
- No jasne, za kogo ty nas masz? - uspokaja, a raczej próbuje
uspokoić mnie Janek.
- No, właśnie za dobrze was znam...
Kamil posyła mi uśmiech po tytułem „spoko, nad wszystkim panuję”
i tylko jemu z tej całej bandy jestem w stanie jeszcze jako tako
wierzyć. W końcu gdy wszystko jest już gotowe, jak na zawołanie
otwierają się drzwi i staje w nich dzisiejszy bohater.
- GRATULACJE, KLIMEK! - krzyczą wszyscy. Ja również przyłączam
się do okrzyku, ale z mojego gardła wychodzi jedynie ochrypłe
„gratula-”, a reszta znika w rzężącym kaszlu.
Klemens podchodzi do mnie i z zatroskaną miną podaje mi tabletki na
kaszel. Wsadzam jedną do buzi i od razu czuję się lepiej. Mamroczę
podziękowania, a Klemens zaczyna się rozglądać.
- Czego szukasz? - pytam.
- Wazonu – odpowiada. - Kwiatki są dla ciebie. Na pocieszenie.
Uśmiecha się, a ja w jego oczach dostrzegam jeszcze jedno zdanie.
Te kwiatki to podziękowanie.
„W Kuusamo zawsze to samo”
Tak mu napisałam przed konkursem. I wcale nie chodziło mi o
szalejący wiatr, który rzucał co mniej doświadczonymi
zawodnikami, a tych z dłuższym stażem niósł daleko poza punkt K.
Nie miałam też na myśli białego śniegu, którego zawsze było tu
pełno. Ani nawet Mikołaja, który z chęcią pozował do zdjęć
wraz z Panią Mikołajową. Nie miałam na myśli tych wszystkich
rzeczy, które w Kuusamo są po prostu pewne.
Dwa lata temu nie najlepiej zaczęliśmy sezon. Ale wystarczył
tydzień intensywnej pracy i w Kuusamo od razu widać było poprawę.
Zwłaszcza w przypadku Klemensa, który po raz pierwszy wygrał
konkurs Pucharu Świata.
A ten rok miał być bardzo podobny. Bo znów tu byłam, znów byłam
tam, gdzie było moje miejsce. Czułam się potrzebna, gdy widziałam
efekty mojej pracy. Nieco mniej bezpośredniej, ale nadal miałam
jakiś udział w ich sukcesach. A zwłaszcza sukcesach Klemensa.
Choć tak wcale nie powinno tak być.
- To, co Klimek? Za tydzień znów to samo? - z zamyślenia wyrywa
mnie głos Piotrka. Kwiatki ostatecznie wylądowały w jakimś
słoiku i pachniały tuż przed moim nosem.
- Za tydzień? - posyła mi krótkie spojrzenie, siadając nieopodal
mnie na szerokim łóżku. Oddzielają nas w sumie tylko szerokie
zasieki w postaci moich chusteczek. - Dlaczego by nie? W Lillehammer
też może być to samo.
Cieszę się, że jest szczęśliwy. Cieszę się, że znów jest w
dobrej formie. I cieszę się, że to po części moja zasługa.
Ale naprawdę nie wiem, czy to na pewno jest w porządku.
[Peter]
Wracam do hotelu mocno zamyślony. Czwarte miejsce nie do końca mnie
satysfakcjonuje, ale nie narzekam. Doskonale wiem, że stać mnie
było na więcej, choć Klemensa bym pewnie nie dogonił. Dziś był
nie do pobicia. Jakby niosła go jakaś niewidzialna siła.
Może to dlatego, że wszedłem na belkę mocno rozchwiany. Wciąż
myślałem nad tym, co od niego usłyszałem. Myślałem, że może
uda mi się dowiedzieć czegoś, co rozwiąże choć część moich
wątpliwości, ale nadzieja okazała się płonna. Nawet on, choć
zdawałoby się, że zna ją lepiej niż ktokolwiek, nie potrafił mi
wyjaśnić co tak naprawdę dzieje się z Alicją.
Ale czy był ktokolwiek kto wie? Poza nią samą?
Nie spodziewałem się, tak bardzo będzie mnie to wszystko dręczyło.
Że będę chciał wiedzieć, dlaczego od nich odeszła, co nią
powodowało. Z jakiegoś powodu wydaje mi się to ważne. Jakbym bez
tego nie mógł jej dobrze zrozumieć. A czuję irracjonalną
potrzebę by poznać ją najlepiej jak się da.
W jej otoczeniu często czuję jakieś irracjonalne potrzeby.
Potrzeby, których nie potrafię logicznie wytłumaczyć. Myślę, że
najwyższy czas spróbować rozwiązać choć część z nich.
Biorę gorący prysznic i przebieram się szybko. Z jednej strony
cieszę się, że umknęło mi podium, bowiem nie mam dylematu czy
oddać jej kwiaty, które bym dostał. Ostatnio nie chciała ich
przyjąć, a ja nadal nie wiem dlaczego. Podobnie jak nie wiem,
dlaczego to dla mnie takie ważne. Może to po prostu symbol muru,
który wciąż między nami stoi? Muru, którego nie jestem w stanie
sforsować, nie bez jej pomocy?
Ostatecznie zabieram tylko obiecane pudełko chusteczek i ruszam do
jej pokoju. Nim naciskam klamkę słyszę kilka głosów, ale nim mój
umysł zdąża to zarejestrować, klamka już ustępuje pod moim
naciskiem i nagle staję w centrum przyjęcia.
Wszystkie oczy kierują się na mnie, a jedyne co ja widzę, to
kwiatki stojące przed Alicją w słoiku po ogórkach. Obok niej
siedzi Klemens i układa piramidki z wysmarkanych chusteczek,
rozbawiając ją tym do łez. Teraz jednak zamiera, zaskoczona moim
widokiem.
- Przyniosłem ci chusteczki – mówię w końcu, z trudem odrywając
wzrok od słoika. Alicja podąża za moim spojrzeniem w drugą stronę
i zawiesza wzrok na nieszczęsnych kwiatkach. Nie jestem w stanie
odczytać z jej twarzy żadnych uczuć, do czasu gdy uśmiecha się i
wyciąga rękę.
- W samą porę, bo właśnie mi się kończą – odbiera ode mnie
pudełko. - Może dlatego, że KTOŚ postanowił doskonalić właśnie
teraz swoje umiejętności w origami – wbija wzrok w Żyłę,
który właśnie wrócił do instruowania Kubackiego jak złożyć z
papierowej chusteczki w miarę przyzwoitego żurawia.
- Nie ma za co – mówię szybko. - Wybacz, że tak późno, ale
Nejc i Jurij zapomnieli nart i musieliśmy się wracać –
wyjaśniam, zresztą zgodnie z prawdą.
- Czemu mnie to nie dziwi...? - wzdycha. - Zostaniesz? Żona Piotrka
zapakowała mu ciasto, grzech nie spróbować.
Kręcę głową.
- Lepiej będzie jak pójdę, muszę się jeszcze spakować –
mówię, delikatnie przypominając jej, że wyjeżdżamy dziś
wieczorem.
- A właśnie, zapomniałam ci powiedzieć – przypomina sobie
Alicja, a na jej twarzy maluje się skrucha. - Nie wracam dziś z
wami, postanowiłam, że polecę jutro rano z Polakami. Janus martwił się, że was
wszystkich pozarażam w tym busie – dodaje ze śmiechem. - A tak
naprawdę wolałabym się po prostu jak najszybciej znaleźć w domu - dodaje już poważniej.
- Wracanie z Finlandii do Polski przez Słowenię to rzeczywiście
głupi pomysł – zgadzam się z nią i raz jeszcze omiatam
pomieszczenie wzrokiem, mimowolnie zatrzymując go znów na
kwiatkach. - No, to w takim razie do zobaczenia za tydzień. I
oczywiście gratuluję wygranej – zwracam się jeszcze do Klemensa.
Wychodzę, żegnany przez resztę Polaków i wracam do pokoju. Jestem
tak oszołomiony zaistniałą sytuacją, że pakuję się machinalnie
i nagle zdaję sobie sprawę, że stoję na środku ogołoconego z
moich rzeczy pokoju z torbą u stóp. Reszta jest już spakowana i je
kolację na dole, ja jednak nie mam apetytu i czekam po prostu na ich
powrót.
Całą drogę do domu dręczy mnie obraz kwiatków na stole. Tłumaczę
sobie, że to nic nie znaczy, ale to nic nie daje. W końcu zasypiam z mocnym postanowieniem jak najszybszego wyjaśnienia
wszystkich spraw związanych z Alicją tak szybko, jak tylko to
będzie możliwe.
Pytanie tylko, czy ona zdobędzie się wobec mnie na taką szczerość,
na jaką liczę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz