16 lutego 2016

ROZDZIAŁ 16. "Coś więcej"


[Klemens]
Budzę się w środku nocy bez widocznego powodu. Agnieszka obok mnie śpi smacznie, Klimek też nie hałasuje, więc nie mam pojęcia, co mogło mnie obudzić. Leżę na plecach wpatrując się w sufit i wsłuchuję się w tykanie zegara, sen jednak nie nadchodzi.
Wytrzymuję tak kilka minut nim decyduję się zejść do kuchni. Może jak napiję się herbaty, to uda mi się ponownie zasnąć. Ubieram więc jakąś koszulkę i spodnie od dresu, bo na dole jest trochę zimniej niż w sypialni i schodzę na dół.
Alicja śpi w salonie na kanapie. Nie potrafię się nie zatrzymać przy niej w drodze do kuchni. Jak zwykle jest zwinięta w ścisły kłębek, zajmując jedynie pół kanapy. Zawsze tak śpi, jakby chciała zajmować jak najmniej miejsca. A mnie zawsze uspokaja ten widok.
Siadam obok niej i poprawiam kołdrę wokół jej twarzy, która ledwo spod niej wystaje. Nie jest to łatwe, bo Alicja zawsze tworzy wokół siebie coś na kształt kokonu, więc rozbudza się lekko i mrucząc coś pod nosem przytula się do mojej dłoni i zasypia na nowo.
Boję się ruszyć by jej nie obudzić. Nie byłaby zadowolona, że tu jestem. Że siedzę przy niej w środku nocy. Patrzę więc tylko na nią i zastanawiam się nad tym co nas łączy. Co jest w niej tak niezwykłego, co sprawia, że nie potrafię pozwolić jej odejść. Choć próbowała, wykazując przy tym więcej rozsądku niż ja. Ja za to robiłem wszystko by jej to utrudnić. I posunąłem się o krok za daleko. Ale nie żałuję tego. Gdyby mi tylko pozwoliła, zrobiłbym to jeszcze i tysiąc razy.
Noc w Courchevel jest gorąca. Tak gorąca, że nie mogę spać. Mimo otwartego okna, minimalnej ilości pościeli i wentylatora. Wstaję więc i boso wychodzę na balkon. Nawet tam kafelki są rozgrzane. Opieram się o barierkę i wpatruję się w zbocze, na którym znajduje się skocznia. Jest jasno oświetlona, ale nie na tyle, żeby nie było widać gwiazd. I księżyca, który wisi niemal idealnie nade mną.
- A ty się dobrze czujesz? - w drzwiach balkonowych staje Alicja w koszulce na ramiączkach i krótkich spodenkach. Nasze pokoje mają wspólny balkon, co uświadamiam sobie po chwili zaskoczenia jej obecnością.
- Nie mogę spać – mówię zgodnie z prawdą.
Wzdycha i dołącza do mnie, również opierając się o balustradę.
- Jutro konkurs, powinieneś się wyspać – mówi. - Masz szansę wygrać.
- I tak wygram – mówię z niezachwianą pewnością. - Nie zależnie od tego czy się wyśpię czy nie.
- Ach, ta skromność...! - sarka Alicja.
- Po prostu mam ciebie. Tyle wystarczy mi do wygrywania – odpowiadam, a Alicja przestaje się śmiać. Zwraca ku mnie swoje zaskoczone spojrzenie.
- To nie ja za ciebie skaczę – mówi.
- Ale to ty mnie wspierasz. I to ty przy mnie jesteś – wyjaśniam, delikatnie dotykając jej twarzy. Nie cofa się przed tym dotykiem, mimo iż powinna. Mimo panującego upału jej skóra jest cudownie chłodna. - To ty we mnie wierzysz, bez względu na wszystko.
- Bo zależy mi na twoim szczęściu – odpowiada, a w jej oczach dostrzegam to, czego nie widzi nikt inny. Dostrzegam jak mocno do mnie pasuje, jak idealnie się ze mną uzupełnia.
I ona o tym wie.
Oboje o tym wiemy.
I wiemy co to znaczy.
Nie cofa się jednak, kiedy przysuwam się jeszcze bliżej.
Nie protestuje, gdy biorę ją w ramiona.
I nie odsuwa się, gdy ją całuję.
Bo czuje to samo co ja. To czego nie powinno czuć żadne z nas. Coś co wyrwało się nam spod kontroli już dawno temu, co próbowaliśmy okiełznać, ale nasze wysiłki były skazane na niepowodzenie. Nigdy jednak...
- Kocham cię – szepczę je do ucha i całuję ją tuż poniżej. - Kocham, słyszysz?
...nigdy jednak nie powiedzieliśmy tego głośno.
Alicja się odsuwa niespodziewanie. I to dość gwałtownie, a w jej oczach widzę strach. Jest wręcz przerażona.
- Nie mów tak. Nigdy – mówi, kręcąc głową, jakby chciała wyprzeć te słowa ze swojej pamięci.
- Ale to prawda, wiesz o tym – odpowiadam, a ona odsuwa się jeszcze dalej. - Czy to coś zmieni, jeśli nie powiem tego głośno...?
- Już zmieniło – Alicja odwraca głowę, za wszelką cenę unikając mojego wzroku. - Raz wypowiedzianych słów już nie da się cofnąć.
- Alicja – mówię błagalnie, wyciągając ku niej rękę. Dystans, który między nami zbudowała odczuwam wręcz jako fizyczny ból. - Alicja...
- Nie mów tego więcej, dobrze? - prosi, unosząc wzrok. Widzę w nim, że zaczyna się łamać, że cierpi tak samo jak ja. - Będę mogła udawać, że tego nie powiedziałeś. Będę mogła udawać, że nic się nie stało. Będę mogła wierzyć w to, że kiedyś uda nam się wykaraskać z tej pokręconej sytuacji.
- Dobrze – mówię, a Alicja pozwala mi się ponownie wziąć w ramiona. Pasuje tu idealnie jakby to właśnie było jej miejsce. - Ale nie chcę udawać, że to nic nie znaczy – dodaję, tuląc ją mocno i całując w czubek głowy.
- To powinno nic nie znaczyć. To powinno nie istnieć – kręci głową, nie precyzując czym jest „to”.
Nie musi, ja wiem o co jej chodzi. Aż za dobrze.
- Nie chcesz tego – komentuję jeszcze.
- Nie chcę – zgadza się cichutko i przylega do mnie tak ściśle, jakbym mógł ją obronić przed wszystkimi konsekwencjami naszych decyzji.
Jakbym mógł ją obronić przed nami.
- Klemens?
Alicja już nie śpi. Przygląda mi się z szeroko otwartymi oczyma, nieco zaskoczona, ledwo wystawiwszy nos zza kołdrę. Cofam dłoń, którą bezwiednie głaskałem ją po włosach.
- Przepraszam, nie chciałem cię obudzić.
- Jest trzecia w nocy. Powinieneś spać. Jutro masz konkurs – mówi, unosząc się na łokciu.
Odczuwam silne uczucie deja vu. To jak się o mnie martwi... To coś więcej niż zwykła troska. To coś, co jest zarezerwowane tylko dla nas. Coś, czego zabroniła mi nazywać po imieniu.
- Nie mogłem spać – uśmiecham się słabo. - Idę zrobić herbatę, chcesz też?
- Mhm – mruczy i zaczyna wyplątywać się z kołdry, jednocześnie rozglądając się w poszukiwaniu jakiejś bluzy. Straszny z niej zmarzluch, straszny.
Idę do kuchni i słyszę jak człapie za mną boso.
- Zgubiłam skarpetki – tłumaczy, kiedy spoglądam na jej stopy.
Wlewam wodę do czajnika i wyciągam kubki. Alicja opiera się o blat obok mnie i przegląda się jak wrzucam do nich torebki. Dla mnie czarna, dla niej malinowo-cytrynowa. Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak może lubić to chemiczne świństwo. Co zabawniejsze, Aga też je uwielbia... może to po prostu taka „kobieca” herbatka...?
Przygląda mi się bez słowa. Opieram się o blat tuż obok niej i tak sobie wspólnie milczymy, stykając się ramionami. I tak nam jest dobrze. To nic nie znaczy. A jednocześnie znaczy bardzo wiele.
- Powiedziałeś do mnie „Ala” - mówi nagle.
- Myślałem, że to coś zmieni – odpowiadam, odwracając się do niej. Patrzy na mnie wzrokiem, którego nie jestem w stanie do końca rozszyfrować. - Ale to chyba nic nie dało, co?
- Nie – kreci głową. - Ale nie mów tak do mnie więcej, dobrze? - mówi, a ja uświadamiam sobie, jak bardzo ją to zabolało. Ten nieistotny szczegół to coś więcej niż nielubiane zdrobnienie. To coś więcej niż specyficzny sposób zwracania się do siebie.
- Dobrze – odgarniam jej z czoła kosmyk włosów.
Mnie ten gest zdaje się być naturalny, ona jednak wydaje się być zaskoczona moim dotykiem. Rozszerza oczy i otwiera lekko usta, jakby chcąc coś powiedzieć. Nie udaje się jej to jednak, bo przyciągam ja do siebie i delikatnie, ale stanowczo całuję.
A ona mi na to pozwala.
Sam jestem zaskoczmy tym gestem, jednak jest to impuls, potrzeba chwili. Coś nagłego, gwałtownego... Coś nad czym udawało nam się niemal zawsze panować. Niemal.
Takich przypadków nie było dużo, mógłbym je policzyć na palcach jednej ręki. To były wyjątki potwierdzające regułę, że pewnych granic potrafiliśmy nie przekraczać. A jednak były te wyjątki. Być może, gdyby było ich więcej, mógłbym przyznać sam przed sobą, że to co między nami jest jest zwykłym pożądaniem, czymś intensywnym, ale krótkotrwałym. Oboje jednak wiedzieliśmy, że to coś więcej. Baliśmy się jednak nazwać to po imieniu, bo wtedy wszystko stałoby się jeszcze trudniejsze.
Tak jak teraz niemożliwe wydaje mi się wypuszczenie jej z objęć.
Czuję ulotny zapach perfum, którym przesiąknięta jest jej bluza. Czuję bicie jej serca, tuż koło mojego. Rozczochrane włosy łaskoczą mnie w szyję, a ja napawam się tą bliskością, na którą nie wolno nam sobie pozwalać.
Nic jednak nie trwa wiecznie i Alicja łagodnie się odsuwa, jednak nie próbuje wydostać się z moich objęć. Czuję na szyi jej ciepły, przyśpieszony oddech. Patrzę na nią, czekają na jej reakcję, jej twarz jednak nie wyraża żadnych uczuć. W dźwięczącej ciszy przerwanej tylko szumieniem czajnika patrzymy na siebie z odległości zaledwie kilku centymetrów.
Pstryk.
- Czajnik – mówi Alicja i jest to jedyny komentarz do sytuacji sprzed chwili. Odsuwa się, robiąc mi miejsca, a ja rozlewam wodę do dwóch naczyń. Dosypuję cukru – jedną łyżeczkę do jej kubka, dwie do mojego – i podaję jej.
Przyjmuje napój bez słowa i znów opieramy się o blat. Wciąż stykamy się ramionami, poprzez warstwę ubrania czuję ciepło jej ciała. W milczeniu robi kilka łyków, nim się odzywa.
- Jesteśmy w twoim domu – mówi.
- Wiem – wzdycham ciężko.
- A w pokoju na górze śpi Agnieszka – dodaje.
- Wiem – mówię jeszcze bardziej ponuro.
- Agnieszka, która jest moją przyjaciółką...
Nic już nie mówię. Wybrała bardzo ciekawy sposób żeby mnie torturować. Mnie, a także siebie. Oboje jesteśmy współwinni tej sytuacji. Zarówno tej tu i teraz, jak i wszystkich poprzednich. Jak i całości naszej relacji.
- A my całujemy się w kuchni w środku nocy po pretekstem parzenia herbaty – kończy ostatecznie i wypija jeszcze jeden łyk tego nieszczęsnego napoju. - Nie powinnam była przyjeżdżać – dodaje po chwili.
- Nie powinnaś – zgadzam się, a Alicja posyła mi spojrzenie z ukosa, jakby zaskoczona moją zgodą. Nie ma w tym jednak nic dziwnego. Przecież w Engelbergu wyraźnie powiedziała mi „nie”. A ja się pogodziłem z tą odmową. Jak mam się więc czuć, kiedy jednak jest tu, tuż obok? Tu, w moim domu?
- I pomyśleć, że to Aga mnie do tego namówiła... - wzdycha. - Zawsze popełniam ten sam błąd...
- Oboje popełniamy – pocieszam ją, choć to chyba nie jest zbyt pocieszające. - I nigdy nie uczymy się na swoich błędach.
Kiwa w milczeniu głową i popada w zamyślenie z brodą opartą o brzeg kubka. Widzę jak przebiera bosymi palcami po posadzce, jak nerwowo skubie koniec warkocza. Znam ją lepiej niż kogokolwiek innego. Znam każdy nawyk, najmniejszy gest. Wiem dobrze, co sprawia jej przykrość, a co radość. Dlatego wiem też, czym się teraz tak martwi. I wiem jak jej pomóc, choć będzie mnie to wiele kosztować. O tym jak wiele, wie tylko Alicja.
- Potrafiłabyś być szczęśliwa? - pytam nagle.
- Szczęśliwa? - podnosi na mnie zdziwione spojrzenie.
- Tak, szczęśliwa. Beze mnie. Z kimś innym – uściślam, zdając sobie sprawę, że wie kogo mam na myśli mówiąc „ktoś inny”.
- A ty? Będziesz umiał to zaakceptować? - pyta, odwracając się w moim kierunku. Jej wzrok tylko upewnia mnie, że oboje wiemy o czym i o kim rozmawiamy. - Będziesz potrafił... - waha się jakich słów użyć.
- Czy będę potrafił pozwolić ci odejść? - dokańczam. - Patrzeć jak jesteś szczęśliwa? Mam nadzieję, że tak.
- I nie zaczniesz mi spadać na bulę? - upewnia się, a w jej głosie słyszę nutę ulgi. Widzi światełko w tunelu, punkt zaczepienia by zacząć wszystko od nowa, tak jak powinno być. Bez tajemnic i wyrzutów sumienia.
Uśmiecham się lekko, widząc w niej tę nadzieję.
- Myślę, że dam radę znaleźć jakąś inna motywację oprócz ciebie – mówię z przekonaniem.
Ale kłamię. Pamiętam jak wyglądał ostatni rok. Rok bez Alicji. Czy będę potrafił dawać z siebie wszystko, jeżeli nie będzie jej przy mnie? Tak naprawdę przy mnie? Gdy będzie stać u boku kogoś innego, kogoś kto będzie mógł bez wyrzutów sumienia ją całować...? Kto nie będzie musiał po kryjomu brać jej w ramiona...? Komu pozwoli mówić, że ją kocha...?
Czy pozwolę komuś ją pokochać?
Obawiam się, że to może być trudniejsze niż się wydaje.
Alicja odstawia kubek do zlewu i całuje mnie w policzek. Wiem, że wie z czym się borykam. Przecież nikt nie zna mnie lepiej od niej. Ona sama przecież przeżywa dokładnie to samo. Nie potrafi pozwolić się pokochać...
Bo za bardzo kocha mnie.
I właśnie dlatego powinna odejść.
A ja muszę jej na to pozwolić.
- Dam radę – zapewniam ją raz jeszcze. - Możesz być o mnie spokojna.
- Idź już lepiej do łóżka – mówi. - Naprawdę powinieneś się wyspać.
- Ty też wracaj na swoja kanapę – uśmiecham się, wypychając ją żartobliwie do salonu.
Stoimy tak w drzwiach do kuchni i naprawdę próbujemy się rozejść każde w swoją stronę. Wciąż jednak nie chce mi się spać. Parzymy więc kolejną herbatę i...
I ostatecznie zostajemy w kuchni do rana.

[Alicja]
Zgodzenie się na miejsce pomiędzy Maćkiem i Dawidem było kiepskim pomysłem. Nawet bardzo kiepskim, biorąc pod uwagę, że miałam zamiar przespać całą drogę do Obersdorfu. W ich obecności ten plan stawał się wręcz niewykonalny.
Kot bezustannie wgapiony w swojego Iphona, na którym co rusz migają jakieś gify, filmiki i inne cuda. Z drugiej strony Dawid nawijający bez żadnego miłosierdzia do wszystkich o wszystkim, nie zważając na to, że nikt go nie słucha. Dodatkowo jeszcze przed nami Skrobot i Gębala, którzy stwierdzili, że podróż to idealny czas na wspominanie zabawnych historii i co rusz wybuchający śmiechem na całego busa.
To naprawdę nie jest odpowiednie miejsce dla osoby, która przez ostatnie czterdzieści osiem godzin przespała jakieś sześć. Nie mówiąc o tym, że nie powinno mnie tu być. Wcale a wcale.
Konkurs drużynowy się nie odbył, bowiem wiatr stwierdził, że dzisiejszy dzień to idealny czas na halny. Więc jako że skakanie na Wielkiej Krokwi było dziś równoznaczne z samobójstwem, zawody odwołano i wszyscy rozeszli się do domów. Z drobnymi wyjątkami.
Miałam plan by po drużynówce wsiąść w auto i przez Katowice pojechać do Obersdorfu. Być może po drodze złapać gdzieś moich podopiecznych i przygarnąć któregoś, żeby mieć kogoś do towarzystwa na autostradzie. Petera, na przykład. Albo Cene, o.
Taki był plan.
Plan jednak, jak ich większość ostatnio, wziął w łeb i tym sposobem, po błyskawicznie przygotowanym przez Agę obiadku i wylewnym pożegnaniu połączonym z życzeniami powodzenia, prawie bez protestu zostałam zapakowana do busa, wciśnięta między Maćka i Dawida i tym oto sposobem jestem w drodze na Turniej Czterech Skoczni w towarzystwie polskiej kadry. To naprawdę nie tak miało wyglądać...
Staram się nie myśleć o tym, że za dziesięć dni będę musiała wrócić do Zakopanego po auto, co może wiązać się z kolejnymi komplikacjami. Takimi jak wczorajsza noc.
Czuję się podle, naprawdę podle. Chyba oboje z Klemensem się tak czujemy. Przesiedzieliśmy w kuchni do rana, potem zrobiliśmy wspólnie śniadanie dla wszystkich. Jednak dopiero gdy w kuchni pojawiła się Aga, zachwycona przygotowanym posiłkiem, dotarło do mnie, że...
No cóż. Że zachowuję się bardzo nie fair względem niej.
Delikatnie mówiąc.
Wizyta w Zakopanem ma jednak jedną dobrą stronę. Wstrząsnęła mną na tyle, że moje postanowienie stwardniało we mnie na granit. A Klemens jeszcze mnie w nim umocnił. Mam tylko nadzieję, że oboje poradzimy sobie z tą decyzją.
Opieram głowę o zagłówek, próbując zasnąć, jednak jest mi potwornie niewygodnie. Rozglądam się na boki. Dawid dalej nawija jak nakręcony, to drugie miejsce wczoraj zadziałało na niego jak jakiś energetyk, strach pomyśleć, ile go jeszcze będzie trzymać... Maciek z kolei pogrążony we własnym świecie, z którego go gwałtownie wyrywam, opierając mu głowę na ramieniu.
- Co...? - patrzy na mnie zdziwiony.
- Nie wierć się – mruczę. - I nie hałasuj. Bądź grzeczną poduszką – mówię.
- Ale... - jego wzrok wędruje gdzieś do przodu.
Cholera.
Dlaczego, do diaska, spojrzał na Klemensa?! Dlaczego?
- Nie gderaj, tylko daj się zdrzemnąć – mówię szybko. - Myślisz że jak położę Kubackiemu nogi na kolanach to się zorientuje...? - pytam, próbując znaleźć jak najwygodniejszą pozycję do spania.
- Najwyżej cię zrzuci – uśmiecha się Kocur, a ja decyduję się jednak nie ryzykować. Zamykam oczy i zapadam w niespokojny sen.

[Peter]
Kiedy docieramy późnym popołudniem do Obersdorfu Alicja już na nas czeka. Siedzi w holu hotelu i rozmawia przez telefon. Wygląda na zirytowaną, niestety ciężko jest stwierdzić coś więcej, bo mówi po polsku. I to bardzo szybko.
- O, jesteście – woła na nasz widok, kończąc rozmowę. - Przepraszam za tą nagłą zmianę planów, ale coś mi wypadło – zwraca się do Janusa.
Liczyłem, że dołączy do nas w drodze na Turniej, tak się jednak nie stało. Przyglądam się jej badawczo, próbując odgadnąć, co się mogło stać, jej twarz jednak nic nie zdradza. Wydaje się znów obca, jakby nieobecna.
Odbieramy klucze i idziemy do swoich pokoi. Alicja otwiera drzwi naprzeciw moich, jednak nawet na mnie nie patrzy. Myślałem, że...
- Alicja? - wołam ją, nim zamyka za sobą drzwi.
Uchyla je szerzej i przenosi na mnie wzrok.
- Tak?
- Wszystko w porządku? - upewniam się.
- Mhm – mruczy, kiwnąwszy głową. - Pogadamy po kolacji, okej? Muszę teraz coś załatwić.
Zamyka za sobą drzwi. Zaledwie parę chwil później słyszę jak zamyka je za sobą ponownie, wychodząc z hotelu.
Jej zachowanie wydaje mi się dziwne. Miałem wrażenie, że podczas ostatniego konkursu udało nam się nawiązać nić porozumienia, a jednak... Jednak czuję jakbym cofnął się do samego początku naszej znajomości.
Rozpakowuję rzeczy całkowicie mechanicznie, cały czas pogrążony w swoich myślach. Już nawet nie próbuję przed sobą ukrywać, że po prostu mi na niej zależy. Nawet bardzo. Nie mogę jednak patrzeć jak się czymś martwi. A martwi się, to widać. Nie wiem jednak jak ją przekonać, że może mi zaufać.
Ja sam długo z zaufaniem miałem problem. Być może obecność Alicji, która okazała się być jeszcze bardziej wycofana niż ja, pozwoliła mi się nieco otworzyć. Spróbować dotrzeć do niej i nawzajem sobie zaufać. Teraz wiem, że jestem już na to w pełni gotowy. Pytanie, czy Alicja także...?
- Brat? - drzwi uchylają się i Cene wsadza głowę do środka.
- No?
- Jest Tepes? - pyta, rozglądając się za moim współlokatorem.
- Nie, znowu gdzieś się wałęsa. Wchodź, co tak stoisz w tych drzwiach? - zapraszam go do środka. Jakbym musiał, w domu nawet nie próbuje pukać do drzwi.
- Bo ja zaraz w sumie wychodzę, właśnie ci miałem powiedzieć... - mówi, ale siada na łóżku obok mnie. - Co jest?
- A co ma być? - dziwię się.
- Martwisz się – odpowiada, wyjątkowo trafnie. - Chodzi o Alę?
- Niby czemu miałbym się o nią martwić? - pytam, nie dając po sobie nic znać. Cene jednak się chyba nie nabiera.
- Peter, znam cię ponad dwadzieścia lat – mówi. - A poza tym nie jestem ślepy. Pogadaj z nią po prostu.
- O czym? - podnoszę wzrok, bo mój braciszek już stoi z powrotem w drzwiach.
- O was – mówi krótko i wychodzi, nim zdążam cokolwiek odpowiedzieć.
O nas.
Jakby było jakieś „my”.
Chyba jednak jestem w stanie przyznać się w końcu sam przed sobą, że chcę by takie „my” istniało. Nawet bardzo chcę. Chcę by Alicja tego chciała. By to co nas łączy to było coś więcej niż przekomarzanki przed konkursem, kawa po i kwiatki, które przyjmuje wciąż z lekką niechęcią. Coś więcej niż zapięcie kurtki pod brodę, więcej niż poprawienie przekrzywionej czapki. Więcej niż tajemniczy uśmiech posłany po dobrym skoku, więcej niż jej głowa opadająca na moje ramię podczas nocnej podróży naszym busem.
Oj, Prevc. Zdaje się, że wpadłeś po uszy.
Nie jest to uczucie dla mnie obce. A jednak jest w jakiś sposób wyjątkowe, inne.
Bo też inne przeszkody stoją nam na drodze. Jedną z nich jest sama Alicja.

[Alicja]
- Dlaczego ty mnie zawsze, do jasnej cholery, stawiasz w takich głupich sytuacjach?!
- Zazwyczaj ludzie witają się jakimś „dzień dobry” czy coś – mówię, przyjmując pokornie całą frustracje Kasi. - Wsiadłaś w samolot, potem w busa i jesteś. Cała i zdrowa. Tworzysz problemy, których nie ma.
- Ale miałam jechać z tobą! - denerwuje się dalej, z furią ciągnąc za sobą walizkę na kółkach, nie przejmując się dziurawą nawierzchnią.
- Miałaś – zgadzam się. - Ale stało się tak, że zostałam podstępnie napojona winem i musiałam jechać prosto z Zakopca. Co poskutkowało tym, że pół dnia spędziłam na walizce w holu hotelu. Nie mów mi więc o braku organizacji – mówię zirytowana.
- A czemu tak? - dziwi się Kasia. Tyrady na temat moich wyczynów z Zakopanem wysłuchałam już przez telefon.
- Bo przyjechaliśmy do Obersdorfu przed ósmą rano, oni zakwaterowali się w hotelu, a ja się zorientowałam, że nasz związek zakwaterował nas w hotelu po drugiej stronie miasta i na dodatek nikt z ekipy nie pojawi się tutaj przed piętnastą... Przyjechali pół godziny temu.
- Aha – kwituje Kasia, zupełnie niewzruszona moim przymusowym siedzeniem przez pół dnia na walizce. - Trzeba było nie zostawać w Zakopcu – dodaje jeszcze zjadliwie.
- Taa i jechać do Kato po dwóch kieliszkach wina, świetny pomysł – wywracam oczami, choć wiem, że ma rację. Wyjazd do Zakopanego był największym błędem jaki mogłam popełnić. Co oczywiście oznacza, że nie było możliwości bym nie skorzystała z takiej szansy sprawienia sobie jeszcze większych kłopotów.
- Nikt ci nie kazał pić – wytyka mi Kasia. - To tu?
- Tak – mówię. - Ogarnij się i zejdziemy do kawiarni to cię przedstawię Cene – dodaję, pisząc SMSa do młodego Prevca.
Kasia odbiera klucz i idziemy do jej pokoju, który niestety jest tak oddalony od mojego jak tylko to było możliwe. Pocieszam się jednak myślą, że przynajmniej mieszkamy w jednym hotelu...
...a Klemens wraz z resztą polskiej kadry na drugim końcu miasta. Taki układ zdaje się być całkiem bezpieczny.
Kasia znika na dłuższą chwilę w łazience, siadam więc na jej łóżku i zaczynam przeglądać rozmówki, które jej przywiozłam. Udało mi się jednak znaleźć je gdzieś w czeluściach mojej szuflady. Z lekkim rozrzewnieniem wracam pamięcią do momentu, kiedy sama zaczęłam naukę tego języka. A zaczęło się w sumie od żartu. I od naśmiewania się ze słowa „butla”, który po słoweńsku oznacza „kretyn”. Tego słówka oczywiście próżno szukać w słowniku... Założyłam się z kimś, że codziennie nauczę się dwudziestu słoweńskich słówek i tym sposobem ostatecznie opanowałam ten język w miarę płynnie.
Zatem poprzez jeden żart i jeden zakład jestem teraz tu, gdzie jestem. Niesamowite jak jeden „kretyn” potrafi wpłynąć na czyjeś życie. Tak samo jak pożyczenie paczki chusteczek... Bo przecież tak właśnie zaczęła się moja znajomość z Agnieszką. A co za tym idzie, i znajomość z Klemensem...
- Okej, możemy iść! - Kasia w końcu wychodzi z łazienki, już pachnąca i odświeżona. A co ważniejsze, milej nastawiona dzięki temu do życia.
Zostawiamy więc poprzyjazdowe pobojowisko w postaci wybebeszonej na środku pokoju walizki i odkładając porządki na później, ruszamy na dół do kawiarni, w której umówiłam nas z Cene. Kasia jednak zwalnia z każdym krokiem, a kiedy docieramy na parter i stoimy niemalże przed drzwiami kawiarni, łapie mnie za rękaw i gwałtownie zatrzymuje.
- Ala, to jest jednak zły pomysł – mówi spanikowana. - To jest BARDZO zły pomysł.
Wzdycham, bo te słowa słyszałam z jej ust nie jeden już raz. Dziewięćdziesiąt procent pomysłów kilka minut przed realizacją było podważane tymi słowami. Zdziwiłabym się, gdyby teraz było inaczej.
- Czemu niby? Przecież rozmawiasz z nim codziennie jakieś miliard godzin przez telefon... - mówię. - Co może tu pójść nie tak...?
- Ale przez telefon mnie nie widzi...!
- I co z tego? - pytam, choć domyślam się trochę o co jej się rozchodzi.
- Jak to, co z tego?! - denerwuje się Kasia. - A jak pomyśli, że jestem brzydka...?!
- Trochę za późno na takie wątpliwości, bo właśnie tu idzie – stwierdzam, zauważając młodego Prevca wysiadającego z windy po naszej prawej stronie.
- Nie, nie, nie, nie... Ja nie chcę jednak! - panikuje Kasia, odwracając się do niego tyłem. - Powiedz, że to nie ja! - żąda.
- A kto niby? Kuzynka Klotylda...? - prycham.
- Cześć, ty musisz być Kasia, prawda? - Cene podchodzi do nas z szerokim uśmiechem na twarzy, nim zdążam wymyślić jak spełnić jej żądanie.
- Nie – mówię, dokładnie w tym samym momencie, kiedy Kasia odwraca się i odpowiada:
- Tak.
Cene patrzy zszokowany to na mnie, to na Kasię, zupełnie zdezorientowany naszym niezdecydowaniem w kwestii tożsamości mojej przyjaciółki. Kasia z kolei posyła mi mordercze spojrzenie, od którego powinnam paść trupem na miejscu, gdyby nie to, że już dawno się na nie uodporniłam.
- Okej, uznaj, że śpiąc dziś zaledwie parę godzin, cierpię na przelotne ataki debilizmu i właśnie zapomniałam, że obok mnie stoi moja najlepsza przyjaciółka – zwracam się do chłopaka, wzdychając ciężko i zastanawiając się, dlaczego to zawsze ja muszę robić z siebie idiotkę. - Cene, Kasia. Kasia, Cene. Tam macie zarezerwowany stolik na twoje nazwisko – dodaję jeszcze, wskazując wejście do kawiarni.
- A ty? - pyta mnie, wciąż oszołomiony.
- Ja? Ja idę spać. Może w końcu uda mi się zdrzemnąć – odpowiadam, bo taki właśnie mam zamiar. Teraz dopiero dopada mnie zmęczenie ostatnich kilku dni. - Nie siedźcie za długo, bo za dwie godziny jest kolacja – przypominam im jeszcze, wciskając guzik przyzywający windę.
Po wejściu do pokoju, biorę szybki prysznic, wkładam dres i padam na łóżko. Nie mija więcej niż kilka minut, kiedy zasypiam kamiennym snem.

[Peter]
Przed zejściem na kolację pukam do pokoju Alicji. Nikt nie odpowiada, choć jestem pewien, że jest w środku. Waham się przez moment, ale ostatecznie naciskam klamkę i wchodzę do jej pokoju.
Śpi zwinięta w kłębek na brzegu obszernego łóżka, zupełnie omotana warstwami pościeli i prześcieradła. Włosy, które opadły jej na twarz unoszą się w rytmie jej spokojnych oddechów. Podchodzę bliżej i dotykam jej ramienia, jednak śpi tak głęboko, że nijak nie reaguje na ten gest. Odgarniam więc jej włosy z czoła i zakładam za ucho. Mruczy coś cicho, zdaje się, że śni się jej coś miłego. Przyglądam się jej przez chwilę, zastanawiając się, czy ją budzić, w końcu jednak postanawiam pozwolić jej spać. Wyglądała dziś na naprawdę zmęczoną, lepiej więc żeby się wyspała i nie złapała znowu jakiegoś przeziębienia.
Gaszę światło, które pali się w łazience i wychodzę, cicho zamykając za sobą drzwi. Kolacja już się zaczęła, idę więc szybko na dół. Okazuje się jednak, że nie jestem ostatni, ponieważ chwilę po mnie na jadalnie dociera mój młodszy brat. Przyglądam mu się podejrzliwie, bo przez cały czas trwania kolacji rozgląda się dookoła, jakby kogoś szukając. Dopiero pod koniec posiłku zauważa brak Alicji.
- A gdzie ona się podziała? - pyta.
- Śpi – mówię. - Nie chciałem jej budzić, była bardzo zmęczona – wyjaśniam, a Cene kiwa głową.
- Zanieś jej kanapkę – mówi nagle, nieco niewyraźnie, przeżuwając ostatnie kęsy posiłku.
- Co?
- Kanapkę jej zanieś, mówię – powtarza. - Przecież jak się obudzi w środku nocy, to będzie głodna. I co, będzie tak siedzieć do śniadania...?
Kiwam głową, zaskoczony pomysłowością Cene. To rzeczywiście dobry pomysł. Przygotowuję więc smakowicie wyglądającą kanapkę i dorzucam do tego jeszcze kilka ciastek. Tak zapakowany prowiant przemycam z dala od czujnych oczu obsługi i zanoszę Alicji.
Chwilę siedzę na brzegu jej łóżka, licząc, że się obudzi, śpi jednak tak samo twardo jak godzinę wcześniej. Ociągam się przed wróceniem do siebie, jednak nie mam tak naprawdę po co tu siedzieć. Dopiero rano będę z nią mógł porozmawiać. Kładę więc kanapkę i ciastka na nocnym stoliku i na serwetce dopisuję krótką wiadomość. Poprawiam jeszcze koc, który zsunął się z łóżka i wracam do siebie.
Kiedy następnego dnia rano schodzę na śniadanie, Alicja jako jedyna siedzi już przy stoliku i je jajecznicę zapatrzona w notes z jakimiś zapiskami. Siadam obok niej, a ona natychmiast odrywa wzrok od lektury i uśmiecha się szeroko na mój widok, a mnie od razu robi się bardzo przyjemnie i sam również zaczynam się uśmiechać.
- Peter! Dziękuję za kanapkę – mówi. - Gdyby nie ty, chyba bym umarła z głodu do śniadania.
- Właśnie widzę, że jesteś głodna jak wilk – wskazuję na dużą porcję jajecznicy na jej talerzu. - Ale to Cene mi podsunął ten pomysł – przyznaję się szczerze.
- On chyba czegoś ode mnie chce... - Ala mruży podejrzliwie oczy, jednak uśmiecha się figlarnie. - A ja chyba nawet wiem co...
Osobiście wydaje mi się, że mój brat miał w tym zupełnie inny cel, niż może się wydawać Alicji, jednak zachowuję tę myśl dla siebie. Przyglądam się jej uważnie, bowiem nie potrafię odnaleźć w niej tej samej osoby, która wczoraj wydawała mi się taka obca. Czyżby to było po prostu zmęczenie? I nic więcej...? Jakość ciężko mi to sobie wyobrazić.
- No co? - pyta, zauważając, że się jej przyglądam.
- Nic – odpowiadam z lekkim uśmiechem, a Ala mruży ponownie podejrzliwie oczy, ale po chwili również odpowiada uśmiechem.
- No i gdzie oni wszyscy są? - pyta. - O 15:00 macie być na skoczni, a wcześniej jeszcze trening motoryczny na sali. Nie ma czasu na obijanie się – woła, akurat w momencie, gdy na jadalni powoli pojawia się reszta ekipy.
Śniadanie rzeczywiście jemy w ekspresowym tempie, poganiani przez Janusa, a potem idziemy na salę poćwiczyć jeszcze elementy koordynacyjne. Zaraz po śniadaniu Ala znika mi z oczu, a ja skupiam się na przygotowaniu do zawodów.

[Klemens]
Tuż po obiedzie jedziemy na skocznię, gdzie już za godzinę czekają nas treningi. Rozpakowujemy sprzęt, serwisanci zajmują się naszymi nartami, a ja wraz zresztą zawodników idziemy każdy w swoim kierunku na rozgrzewkę. Zakładam słuchawki i ruszam biegiem po uliczkach w okolicy skoczni. Czasem jacyś ludzie oglądają się za mną, ale nikt mnie nie zaczepia. Mogę więc spokojnie porozmyślać, by oczyścić głowę przed dzisiejszymi skokami z niepotrzebnych myśli.
Bardzo źle się stało, że Alicja przyjechała do Zakopanego. Bardzo źle się stało, że została u nas na noc. I bardzo źle się stało, że ją przez przypadek obudziłem.
Wielokrotnie zastanawiałem się, jakby to wszystko wyglądało, gdybym poznał ją wcześniej. Gdyby stanęła na mojej drodze zanim w moim życiu wydarzyło się kilka rzeczy, które uczyniły je takim, jakie jest teraz. Wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny, jednak nie umiem sobie odpowiedzieć na pytanie po co los skrzyżował ze sobą nasze ścieżki. Przecież nic dobrego z tego nie wynika... Może oprócz moich dobrych skoków, ale przecież w życiu liczy się coś więcej niż tylko błyskotliwa kariera, prawda...?
Moje myśli błądzą swobodnie, kiedy wbiegam znów na teren skoczni i mój wzrok pada na witrynę kawiarni, w której wielu zawodników zwykle wypija kawę lub herbatę w oczekiwaniu na konkurs. Teraz jednak wszyscy są albo jeszcze w hotelu albo już na samej skoczni, więc lokal jest niemalże pusty.
Niemalże.
Alicja siedzi w głębi ze swoją przyjaciółką. Dłońmi oplata pękaty kubek, jestem gotów się założyć, że jest on wypełniony gęstą, gorącą czekoladą. Z uwagą wysłuchuje Kasi, która opowiada coś rozentuzjazmowana, gestykulując mocno. Choć siedzi do mnie bokiem widzę, jak uśmiecha się lekko, a oczy błyszczą jej radośnie. Mówi coś, a Kasia na chwilę odwraca głowę i jej spojrzenie pada na mnie. W jej wzroku jest coś takiego, że odwracam się na pięcie, pogłaśniam muzykę i wracam do biegania. Nie powinienem tam stać tak długo. Czas już najwyższy wracać na skocznię.
Kasia zawsze odnosiła się do mnie z rezerwą. Nie widywałam jej często, ale podczas konkursów w Polsce zawsze trzymała się blisko Alicji. I za każdym razem odnosiła się do mnie dość chłodno. Mam wrażenie, że obwiniała mnie za tę sytuację, w którą wpakowaliśmy się z Alicją. I poniekąd miała rację. Nasze relacje pozostałyby całkiem neutralne, gdybym nie postawił o te parę kroków za dużo w jej stronę. Alicja nie mogła walczyć z samą sobą, jeśli sam utrudniałem jej tę walkę, jeśli wychodziłem jej naprzeciw. Aż oboje zaczęliśmy tonąć w tej relacji. Po uszy.
Przebieram się i jadę na górę. Tam też spotykam Prevca, który uśmiecha się lekko na mój widok. Od rana wygląda na radosnego, podobnie jak jego brat. Słoweńcy chyba przygotowali formę na Turniej, wszyscy są bardzo zadowoleni i uśmiechnięci. Czyżby Alicja miała w tym swój udział...?
Odwzajemniam uśmiech lecz nic do siebie nie mówimy. Z jakiegoś powodu czuję się nieswojo w jego towarzystwie, być może ma na to wpływ to, co powiedziałem Alicji w kuchni. Chcę by była szczęśliwa. Z kimś innym. Z kimś, kto będzie potrafił dać jej to, czego nie ja nie mogę jej dać.
Z kimś, kto ją pokocha. Z kimś, komu Alicja da się pokochać.
I być może ten ktoś siedzi teraz obok mnie.

[Alicja]
- ...i w ogóle było cudownie! Nawet sobie nie wyobrażasz... Przez to wszystko spóźnił się na kolację, ja zresztą też. Ale warto było... Mam wrażenie, jakbym go znała od wieków...!
Kasia od dobrej godziny z przejęciem przedstawia mi szczegóły swojego spotkania z Cene. Nie, nie powiedział jej, że jest brzydka. Wręcz przeciwnie. I tak, pytał, dlaczego „zapomniałam”, że obok mnie stoi Kasia. Uwielbia ananasa. Nie oglądał „Titanica”. Jego ulubiony kolor to zielony. Obiecał jej, że nauczy ją grać w FIFĘ. A jutro idą rano na spacer. I kawę, może. I powiedział jej, że ma śliczny uśmiech. I cały czas się do niej uśmiechał...
- Czyli to jednak był dobry pomysł? - udaje mi się jej przerwać.
- Oczywiście! Od początku mówiłam, że masz nas sobie przedstawić...!
Uśmiecham się na te słowa, nie przypominając jej, że o mało nie została wczoraj kuzynką Klotyldą... Upijam jeszcze jeden łyk gęstej czekolady i zaciągam się jej aromatem.
- Pij tę herbatę, bo ci wystygnie... A na dworze zimno, jak nie wiem... - przypominam jej, bo właśnie po to schroniłyśmy się w przytulnej kawiarni, żeby nie marznąć pod skocznią w oczekiwaniu na kwalifikacje.
- No i na dodatek... - Kasia odwraca wzrok w kierunku okna i zamiera na sekundę - ...zaczął padać śnieg.
Oglądam się do tyłu, jednak poza padającym gęsto śniegiem, nie ma tam nic podejrzanego.
- Coś się stało? - pytam.
- Nic, mówię tylko, że śnieg pada – odpowiada, jednak wiem, że coś innego przyciągnęło jej uwagę. - O, właśnie! Jak to będzie po słoweńsku...? - dodaje szybko, tylko utwierdzając mnie w przekonaniu, że coś przede mną ukryła.
- Że pada śnieg...? - powtarzam. - Snežiti, a co? - mówię odruchowo.
- Snežiti, tak po prostu? - dziwi się Kasia. - Nic, tylko już przeczytałam te twoje rozmówki i na razie umiem powiedzieć, że chciałabym zamówić danie wegetariańskie. Trochę mało przydatne w moim przypadku, bo ja całkowicie mięsożerna jestem.
- I to bardzo! – zgadzam się z nią ze śmiechem, ponieważ doskonale pamiętam, jak podczas naszych ostatnich wspólnych wakacji zjadła całego kurczaka, zostawiając mi tylko surówkę i kilka ziemniaków... - To ty tak na serio z tym słoweńskim...? - pytam już poważnie.
- No a nie? - Kasia patrzy na mnie równie poważnie. - Ty się nauczyłaś, to co, ja nie dam rady...? Zwłaszcza, że mam motywację...
Patrzę na nią z uśmiechem. Dobrze jest wiedzieć ją taką radosną. Wbrew temu co, mogłoby się wydawać, Kasia jest bardzo ciepłą i radosną osobą. Tylko czasem okazuje to w nieco nietypowy sposób... Cieszę się bardzo, że mam ją przy sobie. Jej obecność sprawia, że czuję się pewniej i bezpieczniej. Wiem, że powstrzyma mnie przed wpakowaniem się w kolejne kłopoty... O ile akurat sama w jakieś nie wpadnie.
- Ziemia do Alicji! - macha mi ręką przed twarzą. - Zaraz się spóźnimy na te kwalifikacje, jak nie wyjdziesz z tego letargu...
Kiwam głową i dopijam zimną już czekoladę. Ubieramy się prędko i wychodzimy na mróz, by jak najszybciej dotrzeć pod skocznię, że gdzie już za chwilę mają się rozpocząć wspomniane przez nią kwalifikacje.

[Peter]
Podczas treningów na skoczni nie potrafię nigdzie wypatrzeć Alicji. Dopiero Cene uświadamia mnie, że przyjdzie dopiero na kwalifikacje, bowiem ma „dużo do obgadania z Kasią”. Mimowolnie zauważam, że przy tym ostatnim imieniu na jego twarzy pojawia się jakiś dziwny uśmiech.
Treningi idą mi dobrze, czuję się bardzo pewnie w swoich skokach. Normalnie odpuściłbym w tej sytuacji kwalifikacje, ale Turniej rządzi się swoimi prawami. Nie chciałbym na przykład trafić do pary z moim bratem, który w ostatnim treningu uplasował się tuż za mną.
Cene idzie na górę, bowiem startuje kilka numerów przede mną, a ja powoli zaczynam się zbierać. Kiedy już ma wychodzić, drzwi do naszego boksu otwierają się i staje w nich Alicja.
- Wiecznie spóźniona – wzdycham na jej widok.
- Spóźniony to będziesz zaraz ty – odpowiada. - Leć już na ten wyciąg, bo warunki się psują i puszczają teraz jednego za drugim...
Nadal mam wrażenie, że coś jest nie tak, mimo iż rano wydawało się, że wszystko jest w porządku. Gdzieś z tyłu głowy wciąż mam radę młodszego brata bym z nią porozmawiał.
Alicja ma rację. Gdy docieram na górę, nie zdążam nawet porządnie usiąść, kiedy wywołują moje nazwisko. Nie mam bladego pojęcia, jak wyglądają obecnie wyniki i kto może trafić mi się do pary, więc jak zwykle daje z siebie wszystko. Okazuje się jednak, że Fannemel złapał niesamowicie dobry wiatr i poszybował poza rekord skoczni, co dało mu na tyle dużą przewagę, że kwalifikacje kończę na miejscu drugim. Teraz jeszcze kontrole sprzętu i już za chwilę dowiem się, kto zostanie moim jutrzejszym rywalem.
Oddaję narty serwisantowi i ubieram kurtkę. Kiedy zapinam zamek, koło mnie pojawia się Alicja. Uśmiecha się do mnie szeroko, a ja nie potrafię nie odwzajemnić tego uśmiechu.
- Piłaś czekoladę, prawda? - pytam, w świetle lamp dostrzegając brązowe ślady w kąciku jej ust.
- Skąd wiesz? - marszczy brwi i spogląda na mnie zaskoczona.
Bez wahania wyciągam rękę i kciukiem ścieram ślad. Nie cofam jednak od razu dłoni, a we wzroku Alicji dostrzegam...
- Hej, są już pary podane – podchodzi do nas Jurij. - Skaczesz z Klemensem – informuje mnie.
- Jak to? Przecież on miał skakać z Fannemelem...? - dziwi się Alicja, odwracając się do Tepesa, przez co moja dłoń traci kontakt z jej policzkiem. Mam wrażenie, że ten gest ma znamiona ucieczki.
Co tylko przypomina mi jak bardzo muszę z nią porozmawiać.
Dopiero po chwili dociera do mnie sens słów kolegi oraz fakt, jak bardzo nerwowo Ala reaguje na tę wiadomość. A poza tym, dlaczego...
- Czemu niby Klemens miał skakać z Fannemelem? - pytam. - Zrezygnował z kwali...?
- Miał problemy w locie, chyba mu się narta wypięła i zaliczył glebę przy lądowaniu – odpowiada mi Jurij. - No i fuksem zajął ostatnie miejsce. W sumie i tak jest w dziesiątce... Ale nieciekawie to wyglądało...
- Więc czemu ja z nim skaczę...? - nadal nie rozumiem i czuję nagłą potrzebę zobaczenia wyników kwalifikacji, jednak jak na złość nie ma ich nigdzie w zasięgu wzroku.
- Zdyskwalifikowali Kamila i teraz to on jest ostatni – wyjaśnia mi jednak Jurij i już mniej więcej wiem, co się wydarzyło. Klemens skoczył fatalnie, choć pewnie nie do końca ze swojej winy i zajął w kwalifikacjach ostatnie miejsce, a po dyskwalfikiacji swojego kolegi z reprezentacji awansował o jedną pozycję, bo Kamil jako prekwalifikowany i tak ma prawo wystąpić w konkursie. Tym sposobem obaj, ja i Fannemel, mamy niełatwych przeciwników...
- Zapowiada się ciekawy konkurs... – stwierdzam i przenoszę wzrok na Alicję.
- Bardzo – potwierdza, jednak jest jakaś rozkojarzona.
- Ala...? - próbuję zwrócić na siebie jej wagę.
- Tak...?
- Mogę wpaść do ciebie wieczorem? - pytam ostrożnie. - Chciałbym porozmawiać.
Podnosi głowę i spogląda mi w oczy. Jest w nich jakiś cień, którego nie było jeszcze przed chwilą. Coś co sprawia, że ta ulotna chwila, która trwała tuż przed pojawieniem się Tepesa wydaje mi się teraz całkowicie nierealna. Chwila, w której w oczach Alicji dostrzegłem coś więcej niż figlarny uśmiech z rana. Coś, co pozwalało mi sądzić, że jednak niektóre uśmiechy znaczą więcej niż inne.
Ala uśmiecha się wąsko i kiwa głową.
- Jasne, że możesz. W końcu po to tutaj jestem, żeby z wami rozmawiać – mówi, wiem jednak, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że to nie o taką rozmowę mi chodzi. - Przyjdź zaraz po kolacji – dodaje i odchodzi, a ja ponownie mam wrażenie, że już drugi raz w ciągu kliku minut po prostu ode mnie ucieka.

[Alicja]
Chcę jak najszybciej odnaleźć Kasię, co okazuje się być nie takie proste w dość gęstym tłumie. Metodą dedukcji dochodzę jednak do tego, że najprawdopodobniej znajdę ją w towarzystwie młodszego Prevca, który z kolei powinien dać się łatwo odszukać koło stoiska z jedzeniem.
Moje domysły okazują się słuszne i odnajduję obydwoje pogrążonych w rozmowie nad talerzem z czymś, co chyba jest niemiecką wersją bigosu.
- Żarłoki – witam ich znienacka.
- Zrzęda – odgryza mi się Kasia, a Cene posyła mi najniewinniejsze ze swoich spojrzeń, poznałam go już jednak na tyle, by nie dać się nabrać.
- Też cię kocham - odpowiadam przyjaciółce. - Możemy pogadać?
- Mam sobie iść? - pyta domyślnie młody Prevc.
- Chciałam ci to zaproponować jakoś uprzejmiej... Zresztą i tak Janus cię szuka – przypominam sobie, że trener zaczepił mnie po drodze i pytał o niego. - Proponuję ci jednak wziąć ten talerz ze sobą – dodaję, kiedy skoczek zaczyna się podnosić.
- Bo?
- Bo zostawianie jedzenia w towarzystwie Kasi kończy się brakiem tego jedzenia – wyjaśniam, a Cene rzuca mojej przyjaciółce podejrzliwe spojrzenie i nie spuszczając z niej wzroku zabiera talerz ze stołu.
- Dzięki za informację. Chyba już wiem, co się przydarzyło moim żelkom... - wbija w nią swoje spojrzenie, które Kasia znosi niewzruszenie.
- Nic nie wiem o żadnych żelkach – zakłada ręce na piersi, a Prevc daje jej kuksańca w żebra. W odpowiedzi ona naciąga mu czapkę na oczy i połowa bigosu ląduje centymetry od moich butów.
- Idź ty już lepiej do tego Janusa – mówię do niego i popycham go w odpowiednim kierunku, podczas gdy on sam walczy z czapką. - I powiedz Laniskowi, że jak mi nie odda moich słuchawek, to będzie jutro skakał w różowym kombinezonie...! - wołam jeszcze za nim.
- Czemu dałaś Laniskowi swoje słuchawki? - dziwi się Kasia.
- Bo ta sierota zapomniała swoich – tłumaczę krótko, nim szybko przechodzę do sedna. - Peter chce ze mną porozmawiać.
- I bardzo dobrze, czas najwyższy – mówi Kasia, zbierając swoje rzeczy, bowiem skocznia powoli pustoszeje, więc i my powinnyśmy się zbierać.
- Ale co ja mam mu powiedzieć? - pytam zbolałym głosem.
- Najlepiej prawdę – Kasia posyła mi spojrzenie z ukosa i rusza w kierunku wyjścia. - Możecie też przejść od razu do czynów, ale zbyt dobrze cię znam by wiedzieć, że to nie przejdzie.
Wywracam oczami, nie dociekając co DOKŁADNIE miała na myśli.
- Prawdę, mówisz..? - wzdycham, a w moje słowa wdziera się nutka sarkazmu. - Czekaj, jak to będzie brzmieć... Coś w stylu: „ Słuchaj Peter, mam bardzo skomplikowaną relację z żonatym facetem i bardzo nie chcę cię zranić, więc może daj sobie spokój...?”
Kasia przystaje i bierze się pod boki. Jest zirytowana, to widać. Ja na jej miejscu pewnie też bym była...
- Nie. Daj mu po prostu szansę się tobą zaopiekować – mówi dobitnie. - Bo tego właśnie potrzebujesz. Kogoś, kto cię obroni przed tobą samą. Kogoś, kto skutecznie odwróci twoją uwagę od Klemensa. Kogoś, kto przypilnuje cię o wiele skuteczniej ode mnie.
Obraca się na pięcie i zostawia mnie samą ze swoimi słowami. A ja stoję na mrozie i zastanawiam się, czym sobie zasłużyłam na tak mądrą przyjaciółkę.

[Peter]
Podczas kolacji Ala siada przy drugim końcu stołu, więc nie mam czasu z nią porozmawiać. Dopiero kiedy posiłek dobiega końca, podchodzi do mnie ze zmęczonym uśmiechem na twarzy. Nadzieją jednak napawa mnie fakt, że w ogóle się uśmiecha.
- Będziesz mi musiał wybaczyć bałagan, ale nawet nie próbowałam się rozpakowywać – uprzedza mnie, kiedy docieramy pod drzwi jej pokoju.
- Chyba nie ma to większego sensu, skoro jutro już stąd wyjeżdżamy – stwierdzam, patrząc jak manipuluje kluczem w zamku. Niedbale związane w kok włosy opadają jej na czoło, odgarnia je szybkim, zniecierpliwionym ruchem.
- Chodź – zaprasza mnie, kiedy drzwi stają już otworem.
Zgarnia jednym ruchem z łóżka kilka ubrań i wkłada do szafy, mokry ręcznik rzuca pod prysznic i zamyka łazienkę. Siadam na krańcu łóżka i przyglądam się w milczeniu, jak szybko ogarnia pokój.
- Kawy? - pyta i, nie czekając na moją odpowiedź, włącza czajnik. Kiedy przygotowuje napój w takich proporcjach, jakie lubię najbardziej, uświadamiam sobie, jak dobrze zdążyła mnie poznać przez te kilka tygodni.
O wiele lepiej niż ja ją.
Podaje mi bez słowa kubek z ciemną kawą, a swój, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, wystawia na parapet za oknem.
- Co ty robisz? - dziwię się.
- Nie lubię ciepłej kawy – krzywi się i opiera o ścianę z założonymi rękami. - To o czym chciałeś ze mną porozmawiać?
Biorę łyk kawy, która jest naprawdę idealna. Nawet nie próbuję zgadywać, skąd wiedziała, że taką właśnie lubię. Jej spostrzegawczość w kwestii tego co działa na nas pozytywni,e a co negatywnie, zdaje się być czymś więcej niż elementem jej pracy. Bardziej jednak zastanawia mnie, dlaczego ja sam nie zauważyłem wielu jej nawyków... Niektóre z nich naprawdę rzucają się w oczy.
- Czemu pijesz zimną kawę? - pytam mimowolnie.
- O tym chciałeś porozmawiać? - jej brwi wędrują wysoko, a na twarzy pojawia się cień uśmiechu.
- Między innymi – mówię i uświadamiam sobie, że to prawda. Że to właśnie na takich drobiazgach powinniśmy budować naszą relację. Na niewielkich gestach i nawykach uczyć się siebie od podstaw.
Alicja wzdycha lekko i siada obok mnie, zagryzając lekko wargę. Po lewej stronie, zwracam uwagę. Wpatruje się w swoje kolana, bawiąc się jakąś wystającą nitką, a ja czuję ciepło promieniujące z jej ciała. Jest na tyle blisko, że czuję zapach jej szamponu i widzę rzęsę na jej policzku.
- Nie lubię smaku gorącego mleka – mówi w końcu. - A nie umiem pić kawy bez mleka. Więc piję zimną. To wszystko – wyjaśnia, a ja mam wrażenie, że mówiąc mi to, dzieli się ze mną czymś więcej niż tylko powodem, dla którego przed chwilą wystawiła kubek za okno.
- Ja nigdy nie jem gorących płatków. Nie lubię jak za szybko nasiąkają mlekiem – odpowiadam, pozornie bez związku.
Alicja unosi wzrok i nasze spojrzenia się spotykają. Widzę w jej oczach, że ona również dostrzega w tej błahej rozmowie coś więcej, niż mogło by się wydawać. Łagodnym gestem ściągam z jej policzka rzęsę, pozwalając mojej dłoni błądzić po jej twarzy odrobinę dłużej niż to konieczne. Alicja tkwi nieruchomo jak posąg, a mnie nachodzi dziwna myśl, że mógłbym ją teraz pocałować i nawet by nie zareagowała. W tym momencie jednak z cichym westchnieniem odwraca wzrok, po czym wstaje i podchodzi do okna, zza którego wyciąga kubek z zimną już kawą.
Znowu ucieka. A ja nie wiem dlaczego.
- Ala? - pytam, gdy obejmuje naczynie mocno obiema dłońmi i opiera się z powrotem o ścianę. Zbyt daleko ode mnie. - Powiedz mi co się dzieje – proszę cicho.
- Nic – odpowiada, skupiając wzrok na kubku. - Wszystko jest w porządku.
- Nie jest – odstawiam kawę na nocny stolik i podchodzę do niej bliżej. - I dobrze wiesz, że ja o tym wiem.
Ala wzdycha po raz kolejny i podobnie jak ja przed chwilą odstawia kubek na szafkę. Odrywa się od ściany i ku mojemu zdumieniu przylega nagle do mojej piersi, a ja odruchowo obejmuję ją ramionami. Czuję jej oddech. Bicie jej serca. Jest coś uspakajającego w tym milczącym uścisku, w którym trwamy.
- Nie rób tego, Peter – mówi nagle cicho.
- Czego mam nie robić?
Milczy przez dłuższą chwilę, nim odpowiada:
- Nie ufaj mi, bo nie mogę obiecać, że cię nie zranię.
Przytulam ją mocniej, gdyż wszystkie elementy powoli trafiają na swoje miejsce. Obraz, który się z nich wyłania, przedstawia bardzo kruchą Alicję, którą przed rozsypaniem się chroni tylko ten uścisk, wbrew temu co mówi.
- Dobrze – odpowiadam, choć wiem, że nie mogę spełnić jej prośby. - Pod warunkiem, że ty zaufasz mnie.
Alicja odsuwa się ode mnie łagodnie, tak, że mogę spojrzeć jej teraz w oczy. Jak zwykle niewiele potrafię z nich wyczytać. I wątpię, bym kiedyś nauczył się biegle tej sztuki. Wpatruje się we mnie przez chwilę, nim nagle wspina się na palce i ostrożnie całuje mnie w policzek.
- Wracaj już lepiej do pokoju, robi się późno – mówi, a ja zastanawiam się czy aby na pewno jej gest wyrażał zgodę.
- Daleko nie mam – zauważam. W końcu mieszam dokładnie naprzeciwko.
Alicja uśmiecha się lekko i ponownie bierze kubek do ręki i siada na łóżku.
- W sumie racja, nie dokończyłeś kawy – mówi, a ja jestem już pewien.
Jestem pewien, że to „coś więcej” stało się właśnie czymś prawdziwym.

12 komentarzy:

  1. Kurczę to opowiadanie jest wciągające. To jak opisujesz bohaterów jest niesamowite nie są płytcy są wielowymiarowi. Brawo

    OdpowiedzUsuń
  2. "Nie ufaj mi, bo nie mogę obiecać, że cię nie zranię."
    Już za późno, Alicjo. O wiele za późno. Zaufał jej i chciałby bardzo, żeby to działało w dwie strony, ale mam spore wątpliwości co do tego czy to kiedykolwiek będzie możliwe.
    Mam wrażenie, że to się nie uda. Bo Alicja kocha Klemensa. Po prostu. Taka banalna przyczyna. Jak mogłaby pokochać jakiegoś mężczyznę bardziej, skoro już Klemensa kocha najbardziej?
    A przecież kibicuję Peterowi, bo naprawdę ładnie się o nią stara. Może kiedyś, z biegiem czasu...
    No i podoba mi się bardzo relacja między Cene a Kasią. Fajniutcy są :3 I mam nadzieję, że tak zostanie i że będzie ich tu dużo ;)
    buziak :**

    OdpowiedzUsuń
  3. Wreszcie ja.
    Wreszcie.
    A zatem:
    KLIMEK, KOPNĘ CIĘ W DUPĘ. Jesteś o-kro-pny. A Alicja wcale nie lepsza. Oni się całowali. W domu, w którym piętro wyżej spała jego żona i dziecko. Zasługują na potępienie, bo zwyczajnie robią źle.
    Nie powiem, że nie, ale gały my wylazły z orbit, jak przeczytałam ten fragment, bo CO TO W OGÓLE MA ZNACZYĆ. Generalny wniosek jest taki, że obydwoje zachowują się bardzo nie fair. Uczucie wzajemne to jedno, ale całowanie – to drugie. Nieładnie, Klemens, nieładnie, Ala. Wygląda na to, że nie są tak niewinni, jak się wydawali początkowo. To kładzie spory cień na ich charakterach, a ja kręcę nosem.
    Niestety – dla Ciebie, bo wiem, że nie lubisz u mnie tego :P – uważam, że nadal lepszym uczuciowym „zaczepieniem” jest Prevc. Po pierwsze – zero wyrzutów sumienia. Po drugie – zero zdrady. Po trzecie... No dobra, poza „to w końcu Pero!” nic nie mam. :P
    Skoro już poruszamy temat wyrzutów sumienia, to uważam, że jak na przyjaciółkę Agnieszki, Alicja ma zdecydowanie zbyt małe wyrzuty sumienia. Agnieszka bardzo rzadko pojawia się w jej rozmyślaniach, które błądzą między Klimkiem i koniecznością zakończenia romansu a zdradą wobec własnego kraju. Więc – albo Alicja nie jest aż taką przyjaciółką, albo jest wyrachowana, albo aż tak zakochana. (Niedopatrzenia autorskiego nie biorę pod uwagę). Najgorsze jednak jest to, że sama Aga jest jednocześnie nieświadomie „współwinna” nieszczęściu, bo ich na siebie nagania. A Alicja coś niezbyt uparcie się temu opiera. Bo i kto zakochany by mógł...
    Niezbyt dobrze też, że Klimek uzależnia swoja formę od jej obecności/nieobecności. To nie jest dobre ani dla samego Klimka ze względów oczywistych, ani dla Alicji, bo czuje się winna jego potknięciom.
    Z Kota prawie Ci się udało wybrnąć, ale zostawia to nieprzyjemną dziurę, bo liczyłam, że wmiesza się ktoś trzeci i będzie jeszcze większy kocioł. :P
    Cene nagle zrobił się jakiś psychoterapeuta i znawca serc niewieścich. Kilka rozmów z Kaśką i myśli taki, że licencję zdobył. Pff. Chciałby. Ale uświadomił bratu rzecz ważną i, co lepsze, dobre mu doradził, więc znowu nie taki przemądrzały ten Cene, jakim go malują. :P W zasadzie, to... on wcale nie jest przemądrzały, po prostu chciał bratu udowodnić, że wiek w mądrości nie ma znaczenia, o! I pewnie biedakowi chciał pomóc, skoro mu samemu zaczyna wychodzić.
    Kaśka to cała Kaśka, taka uprzejmiejsza wersja Tośki, bo ona też bez zbędnych wstępów japę rozdziera i dokazuje. Tyle że Kaśka dała się namówić na urok młodszego Prevca (swoją drogą, ciekawam, czy trzeciego wprowadzisz :P), a u Antoniny by to nie przeszło. Anyway, Alicja naprawdę powinna założyć jakiś ołtarzyk swojej przyjaciółce, bo drugiej takiej ze świecą szukać. Plus, niestety, poniekąd podzielam jej chłód wobec Klimka. Myślę, że powód jest o wiele głębszy niż zwykłe „zamieszanie uczuciowe w sercu przyjaciółki”. O nie. Myślę, że Kaśka raczej dostrzega w nim typowego faceta, który zdradza, postępuje nie fair wobec żony – a więc i tak samo mógłby zrobić Ali. Faceta, który niszczy rodzinę, a przy okazji najbliższą jej sercu osobę.
    No i z Kaśki taki żarłok, jakby się Tośką na żołądki pozamieniała. :D
    I tu Cenuś znowu taki Troskliwy Miś wychodzi. Raz se dziewczę upatrzy, a od razu szerzej świat postrzega. I brata geniuszem swoim oświeca (ktoś musi).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z kolei fragment o „oddaniu” Alicji w wykonaniu Klimka budzi we mnie, cóż, litość. Bo po pierwsze, to złudna szlachetność, coś, na co Klimek się nie przemoże. Skoro całował Alicję w swoim domu, to teraz może się posuwać tylko dalej. Pozorna łatwość w oddaleniu od siebie Ali to efekt chwili, dobrego samopoczucia, momentu wiary w lepsze jutro. Ale minie. Bo serce Klimka będzie wyglądało jak ta poszatkowana wątróbka. Nie wytrzyma tego i może odstawiać różne teatrzyki, żeby ich powstrzymać, może i wbrew sobie. Choć muszę się z nim zgodzić, że ma rację w tym, że Pero jest dla niej dobry. Stara się o nią poprawnie. Zachowuje się szarmancko. Jest uroczy. No i w ogóle.
      (Za dyskwalkę Kamila masz u mnie minus :P).
      Ale pojedynek Klimek-Prevc? Brzmi niebezpiecznie. I zbyt metaforycznie, żebym mogła uwierzyć w autorskie widzimisię.
      „Daj mu po prostu szansę się tobą zaopiekować” - POLAĆ JEJ!!!!!
      „Przytulam ją mocniej, gdyż wszystkie elementy powoli trafiają na swoje miejsce. Obraz, który się z nich wyłania, przedstawia bardzo kruchą Alicję, którą przed rozsypaniem się chroni tylko ten uścisk, wbrew temu co mówi.” - wysyłam wyrazy szczerej miłości i uwielbienia.
      No i klamra. Klamra wygrała.
      I biedny Pero, który nadinterpretował sobie jak zwykła baba.

      Jestem ciekawa, co dalej. Czy Klimek sobie rzeczywiście odpuści (nie sądzę, trzymam się swojej wersji), czy Perowe przypuszczenia okażą się słuszne, czy Alicja się przekona.
      Nie, nie i nie. Bo to by było zbyt piękne. :)

      Całuskuję Cię, chociaż wiem, że właśnie płaczesz, bo mój krótki komentarz w porównaniu z Twoim to jakiś żart. PRZEPRASZAM ZA TO POWYŻEJ. :(

      Charlie

      Usuń
  4. Dlaczego zawsze to robisz?
    Obmyślam sobie w głowie super długi komentarz z masą mądrych uwag ochów i achów, a potem trafiam na taką super postać, która jest wprost idealna i zapominam o czym to ja chciałam pleść :p
    So Kasia i Cene to moje OTP :D
    Pisz tak dalej...
    A jedyna uwag to taka, że Alicja powinna częściej słuchać swojej idealnej przyjaciółki Kasia ;)
    Pozdrowionka, Szur

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem dopiero na początku 10. odcinka, więc nie będę się wypowiadać dokładnie na temat treści, ale mam jedno pytanie (raczej retoryczne): dlaczego to opowiadanie, do ciężkiej cholery, komentuje tak mało osób??? Zgroza! Jest jednym z najlepszych opowiadań o skoczkach, na jakie natrafiłam. Dla mnie osobiście jest niemal doskonałe, jeśli chodzi o konstrukcję bohaterów, prawdopodobieństwo sytuacji, realność rozmów... Wszystko tutaj składa się do kupy i mogłaby mieć miejsce w rzeczywistości. Nie wiem, co tu ludziom nie pasuje, że nie czytają/nie komentują.
    Ja bardzo się cieszę, że jednym z głównych bohaterów jest Peter, którego lubię i lubię o nim czytać, ale myślę, że czytałabym to ff bez względu na to, czy występowałby jakiś inny X czy Y. Doceniam po prostu dobrze napisane opowiadania, ze świetnie skonstruowanymi postaciami, a Twoje niewątpliwie do takich należy.
    Postaram się napisać dłuższy i solidniejszy komentarz, gdy przebrnę przez całość (a każdy kolejny odcinek coraz dłuższy ;)), co nie wiem, kiedy nastąpi, bo koniec urlopu wymuszonego chorobą, gnicia przy laptopie i czytania ff; praca wzywa :P Ale postaram się szybko.
    Dużo weny i wiernych czytelników :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytam to późno wieczorem, wyobraźnia szaleje od możliwych scenariuszy dalszych losów i podziwiam Cię za takie cudownie zbudowane postacie i cały świat tego opowiadania. Gratki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękować, dziękować!
      Nie czytaj późno, bo się nie wyśpisz ;)

      Usuń
    2. Haha kiedy oglądasz kwali w Wiśle, Klimek psuje skok i pierwsza myśl"Gdzie jest kuzwa Ala?!" A dopiero po chwili uświadamiasz sobie że to tylko ff😄

      Usuń
    3. Haha, to już niezła faza XD
      Ale swoją drogą sezon 16/17 to ten sezon kiedy Ali nie było, więc w sumie się zgadza ;P

      Usuń
  7. Ekhem powinnam dawno spać, ale co tam. To jest chyba najbardziej wciagajace opowowiadanie o skoczkach na które ostatnio trafiłam. Jest już tak późno, że wątpię żeby tej kom miał jakikowiek sens.
    Shipuje Ale i Petera baaardzo 😍😍😍
    A Kasia i Cene to jest 💞💞💞
    Bardzo podoba mi się jak kreujesz bohaterów, wszyscy są tacy dramatyczni XDD
    Co z tego, że dochodzi 1:00, jeszcze 1 rozdział ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, zrobiłaś mi noc. Miałam właśnie iść spać, ale "a sprawdzę, czy ktoś nie skomencił" no i proszę!
      Witam serdecznie i cieszę się, że się podoba :)
      Nie wiem czy "dramatyczni" to kopmplemet, ale dziękuję czy ciś. Staran się jak mogę :).
      Taaak, to zawsse jest "tylko jeszcze jeden..." :p
      Dobranoc, dzięki za odzew!

      Usuń