7 lutego 2018

ROZDZIAŁ 26. "Bez niej nie byłoby mnie tutaj"

[Alicja]
Tydzień, który dzielił nas od wylotu na Igrzyska minął w mgnieniu oka i zanim się zorientowałam, już ciągnę ciężką walizkę przez lotnisko, próbując zlokalizować resztę Słoweńców. Peter towarzyszy mi  z jednej strony, a Cene z drugiej, obaj obładowani bagażami jeszcze bardziej ode mnie.
Ten, kto wymyślił, że mamy się spotkać dopiero na lotnisku był geniuszem. Geniuszem zła.
- O, tam są! - woła nagle Cene, dostrzegając w oddali charakterystyczne, zielone kurtki. - Idziecie?
- Mhm, za chwilę, wejdę jeszcze na chwilę do drogerii. - Peter rozejrzał się dookoła. - Mama prosiła, żeby kupić jej jakieś perfumy w strefie bezcłowej. Poczekasz na mnie? - pyta, a ja kiwam głową i odprowadzam go wzrokiem, a Cene znika w tym czasie z zasięgu wzroku. 
Wzdycham i puszczam rączkę walizki. Rozglądam się w poszukiwaniu jakiejś ławki w pobliżu, na której mogłabym usiąść i nagle dostrzegam dość niecodzienną scenkę.
A mianowicie, wkurzoną Mannerową Panienkę.
- Ukradłeś mi je! Pamiętam, że ci je ostatnio pożyczałem! - woła wzburzonym głosem, celując oskarżycielsko palcem w Szybkiego, który zaplata ramiona i wywraca oczami. - A teraz ich nigdzie nie ma!
- To było jeszcze w Zakopanem i oddałem ci je. Przy Klimku, może ci potwierdzić. - Kuba nie daje się argumentom Dawida, a ja podchodzę zaciekawiona.
- On nic o tym nie wie!
- Bo buja z głową w chmurach!
- Oddawaj moje słuchawki! Dostałem je od Zuzanny! - wykrzykuje nieco płaczliwie Kubacki. - Mają wartość sentymentalną, złodzieju!
- Dejwi, przeproś Kubę. - Podchodzę bliżej i staję między nimi. - Słuchawki masz na szyi, dyndają ci jak chomąto. Zdaje się, że potrzebujesz jakiegoś preparatu na pamięć i koncentrację, Dziubasku - zwracam mu uwagę, a on rozpromienia się na mój widok i z radością przytula do łona odnalezione cudownie słuchawki.
- Ala! Wybawicielko! - Rzuca mi się na szyję, po czym odwraca się skruszony do Kuby. - Przepraszam, Szybki, nie chciałem cię nazwać złodziejem.
- Spoko, czaję. Prezent od twojej laski. - Kiwa głową Wolny, a ja dopiero po chwili sobie uświadamiam, co widzę.
Co tutaj robi Kuba? Przecież to...
To Klemens miał jechać do PjongChang. Podano przecież skład!
- Co ty tutaj robisz? - wyrywa mi się nieco ostrzej, niż zamierzałam. Trochę frustrująca jest myśl, że wszystkie moje wysiłki poszły na marne. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę, jak wiele ryzykowałam.
- Jadę na Igrzyska, za Piotrka - dodaje tonem wyjaśnienia Szybki.
- O matko, co mu się stało? - W głowie od razu pojawiają mi się najczarniejsze scenariusze.
- Jemu nic, ale wyskoczyły mu jakieś poważne rodzinne sprawy, nie znamy szczegółów - uspokaja mnie Dejwi, a ja oddycham z ulgą.
- Och, wystraszyłeś mnie teraz. Cóż w takim razie, nie pozostaje mi nic innego, jak  ci pogratulować i życzyć szczęścia debiutantowi. - Uśmiecham się, a Kuba odpowiada mi tym samym.
- Dobrze, że nie jestem w tym sam. Klemens też debiutuje - dodaje.
Nim zdążam coś odpowiedzieć, ktoś dotyka mojego ramienia, a gdy się odwracam, dostrzegam Petera dzierżącego w rękach dwa ozdobne opakowania.
- Tu jesteś, szukałem cię. Idziemy? - spogląda na mnie pytająco, a ja kiwam głową.
Krótko żegnamy się z pogodzonymi już Polakami i ruszamy do naszej ekipy.
- Wygląda na to, że lecą tym samym samolotem - zauważa Peter bez emocji.
- To... jakiś problem? - pytam ostrożnie.
- Nie - odpowiada. - Nie - powtarza i całuje mnie w czoło. - Wszystko w porządku.
- To dla mamy? - pytam, wskazując pudełeczka, a przy okazji zmieniając temat.
- Ten tak - odpowiada, wskazując większe. - A ten... ten jest dla ciebie. - Przystaje i obraca się w moim kierunku z prezentem w wyciągniętej dłoni.
- Dla mnie? - dziwię się. - A z jakiej okazji? Urodziny mam przecież latem.
- Cóż. - Peter zabawnie przekrzywia głowę. - Najbliższa okazja, jaka przychodzi mi do głowy, to Walentynki. To już niedługo - zauważa.
- Walentynki? - powtarzam za nim. - Ja nie znoszę Walentynek - uświadamiam go.
- Przyznaj, że to dlatego, że nie miałaś ich z kim obchodzić - droczy się ze mną Peter.
- A skąd wiesz?! - oburzam się i zaplatam ręce na piersi.
- Inaczej nie byłabyś do nich tak wrogo nastawiona, znam to. - Szturcha mnie żartobliwie. - W tym roku udowodnię ci, że Walentynki są fajne.
- Ciekawe, jak... Rozumiem, że masz już jakiś plan? - pytam zaczepnie, a po jego minie widzę, że i owszem.
A nawet, że ten plan może mi się spodobać. I to bardzo.
- I tak ci nie powiem. A teraz nie marudź, tylko bierz ten prezent, bo głupio wyglądam z tym różowym pudełkiem. - Wciska mi je do ręki, a ja wywracam oczami, badając je delikatnie z zewnątrz.
- Trzeba było nie brać różowego. Nie lubię różu.
- Maruda - wzdycha Peter i całuje mnie delikatnie. - Nie byłabyś sobą, gdybyś nie miała ostatniego słowa, co? Podoba się? - pyta, kiedy w międzyczasie otwieram pudełko.
W środku znajduje delikatny - ale solidny - łańcuszek z białego złota z niewielką ażurową zawieszką o niezidentyfikowanym kształcie. 
- Mam nadzieję, że uda mi się go nie zgubić - odpowiadam i całuję go w policzek. - Dziękuję, jest bardzo ładny. 
Chowam prezent ostrożnie do torebki, a Peter obejmuje mnie w pasie. Zerkam przez ramię na Dawida i Kubę oddalających się w kierunku biało-czerwonego skupiska ludzi i uśmiecham się lekko. 
Igrzyska czas zacząć.

[Peter]
Korea to dziwne miejsce. Naprawdę dziwne. Mieliśmy trochę czasu po przyjeździe, by poznać okolicę, ale nie wypuszczaliśmy się poza granice wioski olimpijskiej, było tam wystarczająco dużo atrakcji.
A my przecież nie przejechaliśmy na wakacje.
Dzień kwalifikacji nadchodzi dziwnie szybko, może dlatego, że to tuż po oficjalnym otwarciu Igrzysk. Wczorajsze i przedwczorajsze treningi pomogły mi przypomnieć sobie, co charakterystycznego ma w sobie skocznia w PjongChangu i obrać najlepszą strategię.
- Gotowy na dzisiaj? - pyta Alicja, kiedy ruszamy na skocznię, a ja kiwam głową. - Nie forsuj się dzisiaj, kwalifikacje nie mają znaczenia, nie ma co straszyć rwali - przypomina mi.
- Tak, kolejny trening, pamiętam. - Całuję ją na pożegnanie i rozstajemy się. Ja idę do szatni, a Ala na trybuny, by nam kibicować.
Przez ostatnie dni mieliśmy mało czasu dla siebie. Ja musiałem dbać o dobre przygotowanie do zawodów, ona zresztą też nie przyjechała na wycieczkę. Ma tu konkretne zadania do wykonania, podobnie jak i ja.
Dopiero jadąc wraz z Cene na górę, by oddać skok kwalifikacyjny przypominam sobie o obecności Murańki na Igrzyskach. Dotąd starałem się o tym nie myśleć, nie rozmawiałem o tym z Alicją. Nie chciałem sobie zaprzątać tym myśli w tak ważnym dla mnie czasie.
A jednak ta świadomość pojawia się teraz gdzieś z tyłu mojej głowy i uwiera, niczym ziarenko piasku w bucie. 
Jest tu dzięki niej. Tak wiele była skłonna dla niego zaryzykować... Czy dla mnie zrobiłaby to samo?
Besztam się za te myśli i przypominam sobie, co sam powiedziałem Alicji. Skoro ona nie powinna się porównywać do Katji, to i ja powinienem skorzystać z własnej rady. Naprawdę nie czas teraz na to.
Ciężko mi ponownie skupić się przed skokiem, kiedy więc Cene odpycha się od belki, a ja zajmuję jego miejsce, nie czuję się gotowy. To pierwszy oceniany skok na Igrzyskach. Nic nie może pójść źle.
Ułamek sekundy zajmuje mi dobre wczucie się w tory, to przyjemne napięcie mięśni przy wybiciu i sama radość z lotu. Niezbyt długiego, bo to przecież skocznia normalna. Zresztą pod nartami nie czuję zbyt wiele powietrza i choć wyciągam z tego skoku ile się da, to i tak warunki zrzucają mnie tuż za linię wyznaczającą punkt K.
Cóż, szału nie ma.
Zerkam na wyświetlacz, na którym pojawia się odległość, punkty i miejsce plasujące mnie pod koniec pierwszej dziesiątki, ze względu na olbrzymią bonifikatę punktową. Macham do kamery i odnajduję Cene, który stoi obok barierek z gniewną miną.
- Co za loteria! Przed sekundą miałem huragan pod narty i odjęli mi z milion punktów! - prycha. - No i jestem dopiero trzeci!
- To tylko kwali - uspokajam go, szukając na trybunach Alicji, tłum jest jednak tak gęsty, że nie ma szans, bym ją zauważył. - Kto wygrał tak właściwie?
- Hayboeck przed Freitagiem. Mam nadzieję, że podczas konkursu będzie już normalnie, bo odległościowo rozwaliłbym te kwalifikacje. - Mój brat wypina dumnie pierś. - No tuż obok Murańki, też go ładnie poniosło - przyznaje łaskawie po chwili, a ja zerkam ciekawie na tabelę i faktycznie - Klemens jest tuż przede mną, z bardzo ładną odległością.
Znaczący jest fakt, że jest przede mną.
Kręcę głową, odrzucając tę myśl i zerkam na resztę wyników. Nasi zmieścili się w pierwszej trzydziestce niemal w całości, Nejc był trzydziesty drugi, a Jurij kiepsko wypadł w treningach, więc Janus nie dopuścił go do kwalifikacji. Na pewno jednak odbije to sobie na dużej skoczni, bo Tepes nie lubi skakać na "takim małym nie wiadomo czym", jak sam mówi.
- Alicja? - pytam brata, a on w odpowiedzi wywraca oczami.
- Pracuje. Zdaje się, że dogrywa ostatnie elementy z Dezmanem. Ponoć kazała ci przekazać, że po wysłuchaniu uwag Janusa masz iść do sauny. Ale nie mówiła nic o tym, że będzie tam na ciebie czekać - dodaje złośliwie, a ja w odpowiedzi naciągam mu jedynie czapkę na głowę i idę się przebrać.
Trener jak zwykle ma kilka uwag, a potem korzystam z rady Alicji i idę do sauny. Muszę przyznać, że pomysł jest świetny - udaje mi się odprężyć i zapomnieć o stresach i zmartwieniach. Kiedy wracam do pokoju, Ala już na mnie czeka.
- W końcu mam chwilę, Cene dręczył mnie niemal godzinę - wzdycha na mój widok i siada ciężko na łóżku. - Mam więc nadzieję, że u ciebie było dziś wszystko okej, bo padam z nóg.
- Fakt, jest po jedenastej - stwierdzam. - Nie było źle, choć loteria była masakryczna. Dostałem wskazówki od Gorana, sprawdzę je jutro w serii próbnej i będzie okej. - Dosiadam się do niej, w akompaniamencie cichego skrzypnięcia materaca.
- Nie będzie okej - zaprzecza Alicja, po czym przywołuje na twarz szeroki uśmiech. - Będzie fantastycznie! 
- Tak myślisz? - pytam zaczepnie, nachylając się do niej.
- Nie widzę innej opcji - odpowiada, a ja całuję ją pośpiesznie, bo brakowało mi jej przez cały wieczór i popołudnie. Teraz też nie mamy zbyt wiele czasu.
- Zostajesz? - pytam po chwili, a Alicja kręci głową.
- Musisz się wyspać przed jutrem - odpowiada. 
- Ja wcale nie miałem na myśli... - oponuję, ale jedno spojrzenie Alicji uświadamia mi, że i tak mi nie uwierzy, cokolwiek powiem.
- Dobranoc, Peter. - Całuje mnie na dobranoc i wychodzi.
Kładę się do łóżka i zamykam oczy. Jutro ważny dzień. Muszę się dobrze do niego przygotować. Tym razem nie mogę być drugi. Ani trzeci. Przyjechałem tu, by udowodnić sobie, że jestem najlepszy.
Zasypiam z myślą, że tak naprawdę liczy się tylko to, żeby przede mną nie było Klemensa, a na pierwszym stopniu podium na pewno mi to nie zagrozi.
Następny dzień jest bardzo podobny do poprzedniego, tylko atmosfera jest jakby bardziej napięta. W końcu już dzisiaj zostaną rozdane medale. Nie ma czasu na testy, nadszedł dzień zero.
- Gdzie Ala? - To pierwsze, o co pytam, schodząc na śniadanie.
- Zjadła szybko i polazła gdzieś z Nejcem i Anze, jakaś terapia szokowa czy coś - wyjaśnia mi Tepes, kiedy dosiadam się do niego. - Obiecała, że odda ich w stanie nienaruszonym na serię próbną.
- Oby. - Kiwam głową. - Mówiła coś więcej? - pytam z zainteresowaniem.
- Kazała cię wycałować na wypadek, gdyby nie zdążyła cię złapać przed konkursem, ale, z całym szacunkiem, pozwolisz, że nie spełnię jej prośby. - Krzywi się Jurij, a ja śmieję się głośno.
- Racja, nawet nie próbuj, miałbym traumę do końca życia.
Chwilę później trener przerywa nam tę pogawędkę i goni do fizjoterapeuty na masaż przedstartowy, a później nie zostaje nam nic innego, jak spakować się i jechać na skocznię.
Przez okno samochodu udaje nam się ustalić, że obiekt jest dobrze przygotowany, mimo nocnych opadów śniegu, a gdy docieramy na miejsce, część ekip już się rozkłada ze swoim sprzętem, mimo iż jest jeszcze wcześnie. Dziennikarze krążą dookoła i wściubiają wszędzie mikrofony i kamery z nadzieją na jakąś ciekawą relację.
Igrzyska mają specyficzną atmosferę, której nie da się pomylić z niczym innym. To czas kiedy jesteśmy rywalami, ale jesteśmy również jednością, bardziej niż zwykle. Duch Igrzysk to nie mrzonka, na pewno nie dla mnie.
Tuż przed serią próbną dołączają do nas Nejc i Anze, co oznacza, że i Alicja tu jest. Rozglądam się, ale dostrzegam jedynie kilku zawodników śpieszących na górę i członków sztabu, nie wspominając o tłumach kibiców powoli gromadzących się na trybunach. Wpadam na Kubackiego, który śpieszy gdzieś, nie rozglądając się na boki, zatrzymuję go więc na chwilę.
- Nie, nie widziałem Alicji - odpowiada jeszcze zanim udaje mi się zadać pytanie. - Przepraszam, muszę lecieć! - woła już w biegu.
Skoro nie ma jej przy nas i nie ma jej przy Polakach...
- Co ty tu jeszcze robisz? Powinieneś już jechać na górę, sio! - Odwracam się, a ona bierze się pod boki i przekrzywia głowę. - Na co się tak patrzysz?
- Szukałem cię wszędzie - odpowiadam i podchodzę do niej. - Anze i Nejc przegotowani?
- Będą skakać jak w zegarku. - Kiwa głową i całuje mnie pośpiesznie. 
- A to co? - dziwię się.
- Tepes nie przekazał ucałowań, prawda? - śmieje się i całuje mnie raz jeszcze. - No, to żeby nie było potem, że zaniedbałam obowiązki. A teraz naprawdę leć, bo się spóźnisz. - Popycha mnie lekko w kierunku wyciągu. - Będę na trybunach. Trzymam kciuki i dmucham pod narty. - Macha mi jeszcze na pożegnanie, a ja zarzucam narty na ramię i jadę na górę.
Seria próbna przebiega sprawnie, bez żadnych przestojów, więc niemal od razu po wjeździe na górze i szybkiej rozgrzewce wołają mnie na belkę. Przypominam sobie wskazówki Janusa i skaczę, tak jak umiem najlepiej. To wszystko, plus sprzyjające warunki skutkuje tym, że serię próbą wygrywam i w wyśmienitym humorze przygotowuję się do pierwszej serii konkursowej, nawet nie patrząc na wyniki. To nieistotne. Ważne, bym zrobił to, co do mnie należy, najlepiej jak potrafię.
Jedyny komentarz jaki odstaję od trenera po tym skoku to "Jest świetnie, tak trzymaj" i nieco podświadomie zerkam na trybuny. Sama świadomość, że Alicja gdzieś tam jest dodaje mi animuszu.
Czas leci szybko, jakby ktoś wcisnął przycisk "przewiń" na odtwarzaczu DVD... To chyba starość, że pamiętam jeszcze takie sprzęty. Wydaje się, że minęła zaledwie chwila od mojego ostatniego skoku, a już ponownie idę za Cene, który ustawia się do pomiaru. Wszystko jest okej, u mnie zresztą też, schodzimy więc niżej po schodkach. Zapala się żółte światło po skoku poprzedniego zawodnika, a mój brat sadowi się na belce. Dość długo czeka na zielone światło, a potem, aż Janus machnie chorągiewką. Długo zwleka, czekając na jak najlepsze warunki wietrze, w końcu jednak daje znak Cene, który odpycha się energicznie od belki, zwalniając mi miejsce.
I oto jestem gotów postawić pierwszy krok ku zwycięstwu.
Mam wrażenie, że czekam wieczność na belce, dla mnie Janus również chce wybrać jak najlepsze warunki. W końcu energicznie opuszcza chorągiewkę, tak energicznie, że niemal wypada mu ona z ręki. Zdaje się, że denerwuje się bardziej ode mnie.
Odpycham się od belki i skupiam się na torach najazdowych, próg ucieka mi spod nóg, a ja odpycham się mocno, czując go pod swoimi nartami. Skok jest minimalnie spóźniony, ale to nie szkodzi, łapię dobre noszenie tuż za progiem i delikatny podmuch pod narty gdzieś w połowie buli, nie mam więc co narzekać na odległość. Skok wykańczam głębokim telemarkiem, bo ląduje niemal na płaskim. Unoszę w górę rękę zaciśniętą w pięść, bo naprawdę mogę być zadowolony z tego skoku. To był skok godzien złotego medalu, jestem tego pewien.
I mam rację, bo obok mojego nazwiska pojawia się wyraźna jedynka, a trybuny wybuchają głośnymi oklaskami i wiwatami. Uśmiecham się do kamery i posyłam całusa do Alicji oraz pewnie do setek fanek, które odczytają to na swój sposób.
Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.
Nie pozwalam sobie spojrzeć na wyniki, szybko przemykam do serwisanta i oddaję mu narty, nie chcę, by cokolwiek mnie rozproszyło. To dopiero pierwszy krok. Chcę zbudować pomnik, a mam na razie jednie postument. Bez zwieńczenia, jest tylko nieforemną bryłą.
Dociera do mnie informacja, że mam kwadrans do rozpoczęcia serii finałowej, biorę więc do ręki krótkofalówkę, by skonsultować się z Janusem. Minimalne opóźnienie na progu, nie umknęło oczywiście jego uwadze, upomina mnie więc, bym zwrócił na to uwagę i życzy mi powodzenia.
O Goranie można powiedzieć wiele rzeczy, ale bez wątpienia pozwala nam iść swoją drogą.
Serwisant oddaje mi narty, a asystent trenera wygania mnie już do góry, lepiej żebym się nie spóźnił. I wszystko jest w porządku, dopóki nie docieram na górę.
A tam po raz pierwszy od pamiętnej rozmowy z Alicją staję z nim twarzą w twarz. A przecież powinienem spodziewać się go w pierwszej dziesiątce. Czyżbym po cichu liczył, że moc Alicji ten jeden raz zawiodła i Murańka nie zniesie presji?
Cene skutecznie odciąga moją uwagę od rywala, informując mnie radośnie, że jest na trzecim miejscu, rozglądam się więc, by mniej więcej zorientować się z kim będę walczył o najwyższe miejsca. 
Właściwie nie ma niespodzianek. Jedyną niespodzianką jest Klemens i jego wysoka forma zupełnie niewspółmierna do tego, co prezentował w ostatnich tygodniach. Czy to była jednie zasłona dymna? Czy rezygnowałby z walki o Kryształową Kulę, by móc zaskoczyć mnie na Igrzyskach?
A może... Może znalazł motywację, tam gdzie ja jeszcze nie dawno nie miałem śmiałości szukać?
Odganiam te myśli. 
"Pierwsza zasada - nie uzależniaj swojej formy od osób trzecich. Ty i tylko ty jesteś za nią odpowiedzialny. A wynik? Wynik zależy tylko od ciebie i od wiatru. Prócz pogody, tylko ty możesz sam sobie stanąć na drodze do zwycięstwa."
Już nie pamiętam, kiedy Alicja mi tak powiedziała. Jeżeli mówiła tak samo Klemensowi, to trudno. Dziś jestem tu, by odebrać to, po co nie udało mi się sięgnąć cztery lata temu.
Po złoto olimpijskie.
Kolejni skoczkowie opuszczają pomieszczenie, by oddać ostatni skok dzisiejszego dnia. Nawet tutaj dobiega nas wrzawa, która rośnie w miarę zbliżania się skoku ostatniego zawodnika. Mojego skoku. W końcu zostajemy na górze w trójkę - ja, Cene i Klemens.
A skoro Cene jest trzeci...
Dociera do nas informacja, że zarządzono pięć minut przerwy na odśnieżenie torów, bo w połowie finałowej serii ponownie zaczęło padać. Nie jest mi to na rękę, zwłaszcza teraz, gdy wiem, że Klemens skacze tuż przede mną.
A ja nie będę wiedział, jak mu poszło, jak bardzo muszę się postarać, by go pokonać.
Stop.
Niezależnie od wszystkiego muszę dać z siebie wszystko. To, kto przede mną skacze, nie ma najmniejszego znaczenia. Mam tu konkretną rzecz do zrobienia i tego powinienem się trzymać.
Biorę głęboki oddech i zerkam na Polaka, który wydaje się dziwnie zrelaksowany. Nie patrzy na mnie i dobrze. Chyba nie chcę, by wiedział, że wiem. A na sto procent mam to wypisane teraz na twarzy.
Wołają Cene i zostajemy sami, zresztą nie na długo, bo po chwili wywołują Murańkę, a później i mnie. Bez problemów przechodzimy kontrolę, potem Cene siada na belkę i znika z zasięgu wzroku. Mogę tylko trzymać mocno za niego kciuki - miło by było stanąć wraz z nim na podium.
Mimowolnie obserwuję Polaka, który sadowi się na belce. Dotąd nie zwracałem uwagi na jego drobne rytuały przed skokiem - dotknięcie wskazującym placem wiązań, najpierw lewe, potem prawe, poprawianie gogli i oczywiście znak krzyża. Czy którykolwiek z nich daje mu większą pewność? Poczucie bezpieczeństwa?
A może to zwykłe odruchy, jak zabezpieczenie wiązania?
Czy rozmowa z Alicją była takim gestem? Zwykłym rytuałem, który pomaga mu utwierdzić się w przekonaniu o własnych możliwościach? A może było w tym coś o wiele bardziej osobistego?
To nie jest dobry moment na takie rozważania.
Siadam na belce i czekam na znak od Janusa. W tym miejscu odzyskuję spokój ducha, wszystkie rozterki zostawiam za sobą. Wiem, że ponownie dopadną mnie, gdy tylko zdejmę narty, ale najbliższa minuta jest od nich całkowicie wolna. 
Chorągiewka opada, a ja ruszam, korzystając z wypracowanego automatyzmu, by trafić tym razem już bezbłędnie w próg i oddać najlepszy z możliwych skoków. Widzę jednak zieloną linię na zeskoku, która jest dziwnie daleko. Nie wiem, ile punktów nas dzieliło po pierwszej serii, ale nie wiem, czy wylądowanie na niej wystarczy. Z całych sił staram się utrzymać telemark, choć czuję jak lewa noga zaczyna mi uciekać. Dojeżdżam jednak do linii choinek i oddycham z ulgą. 
Z napięciem wpatruję się w wyświetlacz, starając się ignorować stojącego nieopodal Murańkę, który najwyraźniej prowadzi po swoim skoku oraz Hayboecka i mojego brata, którzy zajmują kolejne miejsca.
A potem wyświetla się wynik. I na arenę skoczni wysypuje się tłum w biało-czerwonych kurtkach, bo numer, który pojawia się obok mojego nazwiska nie jest numerem jeden.
Ale choć zabolało, to do mnie podchodzi ta jedna osoba, która liczy się dla mnie najbardziej.

[Klemens]
Wciąż trochę ciężko mi w to wszystko uwierzyć, kiedy ciągną mnie w stronę podium. Wygrałem ten konkurs. Ja! Nie nastawiałem się na wynik, sam udział w tych Igrzyskach jest dla mnie ogromnym wydarzeniem, a co dopiero medal. I to złoty. A przecież nawet nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie...
Na samym wstępie obiecałem sobie, że nawet nie spojrzę w jej stronę, jednak kątem oka dostrzegam, jak podbiega do Petera, kiedy moi koledzy unoszą w górę mnie i moje narty w geście zwycięstwa. Prevc wydaje się niepocieszony, ale kto mu się dziwi - złoty medal znowu przeszedł mu koło nosa. Znów przez Polaka.
Koledzy odstawiają mnie na ziemię i po kolei składają gratulacje, po czym organizatorzy ustawiają podium i szybko przygotowują ceremonię kwiatową. Szybko się ogarniam, odbierając po drodze kolejne gratulacje, między innymi od rozemocjonowanego Kruczka, który chyba sfrunął z tego gniazda trenerskiego, bo nie ma szans, by tak szybko zjechał kolejką.
Pokazują mi oraz Peterowi, gdzie mamy stanąć, a po chwili dołącza do nas Hayboeck, który wypchnął młodszego Prevca z podium. Ktoś z mocnym azjatyckim akcentem tłumaczy nam po angielsku co i jak i już chwilę później prowadzą nas na podium - najpierw Austriaka, potem Słoweńca, a na końcu mnie.
Dopiero stojąc na najwyższym stopniu podium dociera do mnie, co się właśnie wydarzyło i głos zamiera mi w gardle. Wiem, że Alicja stoi gdzieś tam w tłumie, ale nie mam odwagi szukać jej wzrokiem. Nie mogę sobie teraz na to pozwolić.
Wszelkie tamy puszczają, gdy odegrany zostaje hymn. Tych łez, które pojawiają się w moich oczach nie zamierzam się wstydzić. To oznaka dumy i radości.
Później następuje dość długa chwila dla fotoreporterów i schodzimy z podium wprost w ramiona spragnionych naszej relacji dziennikarzy. To ta mniej przyjemna strona wygrywania, nigdy nie lubiłem występować prze kamerą. W normalnych warunkach sklecenie sensownego zdania jest dla mnie ciężkie, a co dopiero teraz? Szczęśliwie jednak okazuje się, że już dzisiaj czeka nas ceremonia medalowa w centrum wioski olimpijskiej, organizatorzy szybko więc spławiają dziennikarzy i możemy jechać do hotelu, by się przebrać i przygotować do wieczornej, a wręcz nocnej ceremonii.
Koledzy mówią coś do mnie, jednak niemal ich nie słyszę. Rejestruję jedynie roześmianego Kamila, który wspomina coś o obronie tytułu, a reszta drogi jest dla mnie jak sen. Wciąż na nowo przeżywam ten finałowy skok, który był... idealny. Nie wiem, czy mógłbym go jeszcze jakoś poprawić. I ta odległość - sto trzynaście metrów, co jest niemal wyrównaniem rekordu. Jakim cudem udało mi się ustać ten telemark - nie wiem. Ważne, że sędziowie to docenili i bardzo wysokie oceny pozwoliły mi wyjść na prowadzenie.
Jestem Mistrzem Olimpijskim.
- Klimek, zejdź na ziemię. Nie pomogę ci ubrać gaci, nie jestem niańką. - Z zamyślenia wyrywa mnie dopiero głos Dawida, z którym dzielę pokój. - To, że wygrałeś nie znaczy, że będę ci usługiwał. Byłem jedenasty, też zasługuję na szacunek! - mówi z wyrzutem.
- Jasne, po prostu się zamyśliłem - uspokajam go i zaczynam się przebierać. Po chwili namysłu jednak zerkam na zegarek i decyduję się jeszcze na szybki prysznic.
Swój pierwszy medal Igrzysk Olimpijskich odbiera się tylko raz, prawda?
Wysiadamy z busa na głównym placu i wszyscy oddalają się na widownię, by uwiecznić ten moment, a mnie organizatorzy prowadzą za kulisy, gdzie już czekają inni sportowcy, którzy otrzymają dziś swoje medale. Między innymi panczenistki i biathlonistki. W tej pierwszej grupie są nasze dziewczyny ze srebrnymi medalami, które machają mi radośnie z drugiej strony sali nim wywołują je na scenę. Dociera do nas nieznany mi hymn, później sytuacja powtarza się z biathlonistkami i w końcu zapowiadają skoki narciarskie.
Hostessy ustawiają się obok nas z wystudiowanymi uśmiechami i w akompaniamencie podniosłej muzyki wychodzimy na scenę skąpaną w świetle reflektorów. Oślepiają nas błyski fleszów. To jest nasz moment, nasze pięć minut. Nasz wpis w historię sportu.
Jestem trzecim Polakiem, który sięgnął po złoty medal Igrzysk Olimpijskich. Medal, który zaraz zawiśnie na mojej piersi.
Prowadzący zapowiada dyscyplinę, następnie wywołuje Hayboecka, który radośnie wskakuje na podium, potem Prevca, który na drugi stopień podium wkracza ze stoickim spokojem jak zawsze, a potem...
- ...gold medalist and olympic champion, Klemens Murańka, Poland!
Za tę chwilę mógłbym oddać wszystko. Naprawdę wszystko.
Wchodzę na podium, a nogi drżą mi z emocji. Ostatni raz się tak denerwowałem chyba, kiedy jechałem do szpitala, gdy rodził się Klimek.
Podchodzą do nas po kolei ludzie, których nie znam i zawieszają na naszych szyjach medale - Hayboeckowi brąz, Prevcowi srebro, a mnie złoto.
Medal jest ciężki, wyraźnie czuję go na swojej piersi mimo grubej kurtki. To uczucie, którego  nie zapomnę do końca życia.
A potem ponownie zostaje odegrany hymn. Mogę śmiało powiedzieć - to jeden z najpiękniejszych dni mojego życia. 
Żałuję tylko, że nie mogę go dzielić z osobami, które są dla mnie ważne, choć obecność moich kolegów z drużyny nie jest tu bez znaczenia. Mam świadomość, że Agnieszka i Klimek oglądają transmisję w telewizji, prawdopodobnie w salonie moich rodziców. Wiem, że są ze mnie dumni, ale chciałbym mieć ich choć przez chwilę tutaj, przy mnie.
A prócz nich...
Później, w strefie medialnej, gdy oddajemy się do dyspozycji dziennikarzy i fotoreporterów, w końcu ją dostrzegam i pozwalam sobie na krótkie spojrzenie, którego chyba nie zauważa. Stoi wtulona w Petera, który mówi coś do niej, wskazując na swój medal, patrząc przy tym na nią w sposób, który nie pozostawia śladów wątpliwości, że Alicja jest w dobrych rękach. Rękach, które jej nie skrzywdzą.
- Panie Klemensie, komu dedykuje pan ten medal? - wybija się jakiś głos, a ja odwracam głową. W moją stronę natychmiast kierują się dziesiątki mikrofonów.
- Szczerze powiedziawszy, nie myślałem o tym jeszcze - przyznaję szczerze. - Ale skoro pani pyta, to ten medal - podnoszę nieco głos i unoszę go, by móc mu się lepiej przyjrzeć, a moja twarz odbija się na jego gładkiej, metalicznej powierzchni - chciałbym zadedykować wyjątkowej osobie, bez której nie byłoby mnie tutaj. Dziękuję ci za to, że jesteś - dodaję ciszej i odwracam się ponownie.
A ona patrzy wprost na mnie. Doskonale słyszała, co powiedziałem. I doskonale wie, że wcale nie miałem na myśli Agnieszki, co natychmiast sugeruje dziennikarka, a ja nie potwierdzam ani też nie zaprzeczam. 
Oboje dobrze wiemy, że bez niej nie byłoby mnie tutaj. Niezależnie od tego co jest, czy też było kiedykolwiek między nami, za to już zawsze będę jej wdzięczny. Ten medal to jej zasługa, nie ma co do tego wątpliwości.
Ktoś zadaje kolejne pytanie, zrywam więc kontakt wzrokowy, a kiedy się obracam nie ma tam już ani Alicji, ani Petera. Odpowiadam na kolejne pytania, odbieram gratulacje, pozuję do zdjęć, wymieniam uściski dłoni i mam wrażenie, że trwa to w nieskończoność. W końcu ktoś zarządza koniec tego wszystkiego i toruje mi drogę na zewnątrz, gdzie czeka na mnie Skrobot podrzucając w górę kluczyki do auta i przygląda mi się z drwiną.
- Nieprzyzwyczajony, co? Chodź, wszyscy już pojechali do hotelu i pewnie organizują ci bibę. Odwiozę cię, zanim cię dopadną kolejni paparazzi.
- Dzięki - odpowiadam i wsiadam do auta.
Kacper wysadza mnie pod hotelem i jedzie zaparkować samochód, a ja ruszam nieśpiesznie w kierunku recepcji, gdy dostrzegam samotną postać stojącą na tarasie i zapatrzoną w gwiazdy.
Wiem, że nie powinienem. Wiem.
Ale czy to tak bardzo złe, że chce jej po prostu, po ludzku podziękować? 
- Nie skradaj się tak, Klemens, widziałam cię - odzywa się, gdy tylko podchodzę bliżej. 
- Przyszedłem tylko ci podziękować - mówię cicho, a Alicja obraca się z westchnieniem.
- A ja chciałabym ci pogratulować. To naprawdę coś. - Uśmiecha się krótko, po jej oczach widzę jednak, jak bardzo się cieszy. Bardziej niż chce to pokazać.
- Gdyby nie ty... - zaczynam, ona jednak kręci głową.
- Nic nie mów, słyszałam - mówi cicho i oboje milkniemy i robi się jakoś niezręcznie.
Powinienem się pożegnać i odejść. Ale zamiast tego pytam:
- Nie powinnaś świętować? Z Peterem? - pytam cicho.
- Chłopcy porwali go na męskie świętowanie, cokolwiek to znaczy. "Żadnych jajników", cytując Tepesa. - Ala śmieje się nagle, a ja nie mogę do niej nie dołączyć i robi się jakoś swobodniej. - A ty? Pewnie szykuje się, w którymś pokoju niezła impreza.
- Pewnie tak. - Kiwam głową w roztargnieniu.
- Nie chcesz tam iść? - domyśla się Alicja, a ja ponownie kiwam głową.
- Wciąż to do mnie nie dociera, to... jak sen.
- Wiem - mruczy cicho. - Wiem, Klemens. To oszałamia, prawda? Ten moment, kiedy spełniasz swoje największe marzenie. A potem jest chwila przerażenia, czujesz, że spadasz. Spadasz z samej góry. Spadasz, bo straciłeś podparcie dla nóg, coś do czego od dawna dążyłeś, zostało daleko za tobą, a ty nie masz się o co oprzeć. I rozbijesz się o samo dno, jeżeli szybko nie znajdziesz nowego celu, nowego marzenia. Dlatego sięgamy coraz wyżej i wyżej, bo wiemy, że upadek będzie bardzo bolesny. 
Podnosi na mnie wzrok, a do mnie dociera, jak bardzo tęskniłem za rozmowami z nią. Za niczym tak bardzo nie tęskniłem, gdy nie było jej przy mnie, jak za tym jej niebywałym talentem do werbalizowania tego, co czuję, w słowach prostych, a jednocześnie w jakichś sposób wyjątkowo mądrych i życiowych.
Dlatego tak ciężko było mi ją porzucić - bo bez niej traciłem zdolność rozumienia samego siebie.
- Nie chcę cię stracić - wyrywa mi się. - Alicja, ja nie chcę cię stracić - powtarzam szeptem.
Patrzy na mnie przez dłuższą chwilę z uwagą, nim wzdycha cicho.
- Wejdź. - Otwiera drzwi kartą. Nawet nie zauważyłem, że stanęliśmy pod jej pokojem. - Chcesz herbaty? - pyta, kiedy przekraczamy próg, a drzwi zamykają się za nami bezszelestnie.
Ot, koreańskie wynalazki.
- Poproszę - odpowiadam i siadam na łóżku, bo w zasięgu wzroku nie ma żadnego krzesła. To zresztą niewielki pokój.
- Mam niestety tylko gruszkę z karmelem, jakieś chemiczne świństwo, ale fajnie grzeje - dodaje, kucając przy czajniku wpiętym do gniazdka blisko podłogi i czeka aż zagotuje się woda.
Milczymy, słuchając gotującej się wody. Sam nie wiem, co tu robię. Obiecaliśmy sobie przecież, że to koniec. Naprawdę koniec. Po co jej to powiedziałem?
I dlaczego ona mnie tu zaprosiła? Czy znowu wracamy do punktu wyjścia? Czy to się kiedyś skończy?
Pstryknięcie czajnika wyrwa mnie z zamyślenia, a chwilę później Alicja podaje mi kubek z herbatą i dosiada się do mnie.
- Nie stracisz mnie, Klemens - mówi w końcu, wracając do moich słów, które wyrwały się mi wbrew mojej woli. - Ale musisz pozwolić mi odejść. A ja muszę pozwolić odejść tobie, by każde z nas poszło w swoją stronę. Zmieniliśmy siebie nawzajem i to już zawsze będzie częścią nas, nie mamy na to wpływu. - Nieco niepewnie dotyka mojego ramienia, a ja zerkam na nią z ukosa. - Już niedługo, Klemens. Wypisuję się z tego skocznego interesu, tym razem na dobre. Tak będzie lepiej.
- Przeze mnie? - pytam szybko. - Znowu?
- Tym razem przez Petera. - Uśmiecha się krótko. - Nie mogę teraz być ich psychologiem, nie da się tego pogodzić.
- Historia lubi się powtarzać. - Krzywię się, bo to takie... takie znamienne. Znów musi porzucić pracę, którą kocha, przez wzgląd na miłość. Tym razem jednak nie musi uciekać, nie aż tak daleko.
- Poniekąd - zgadza się ze mną, mocniej obejmując kubek. - Jestem szczęśliwa, Klemens. Ty też powinieneś.
- Jestem. - Zerkam na nią ponownie i mimo iż siedzimy ramię w ramię, czegoś tu brakuje. Dłuższą chwilę zajmuje mi uświadomienie sobie, czego konkretnie.
Już nie patrzy na mnie tak, jak kiedyś. Patrzy na mnie tak, jak dawno, bardzo dawno temu, na początku naszej znajomości, kiedy była po prostu Alicją, moją przyjaciółką.
I nikim więcej.
Znikło to coś, co czyniło mnie w jej oczach wyjątkowym. Może dlatego, że teraz znalazła to w Peterze.
- On wie? - pytam nagle. Uświadamiam sobie, że Prevc w ostatnich dniach był bardziej oschły niż zazwyczaj. Brałem to za element naszej rywalizacji, ale nie pomyślałem, że mogła ona wykroczyć poza wymiar czysto sportowy.
Alicja nie musi nic mówić, wszystko ma wypisane na twarzy. Kto by się zresztą dziwił? Jej wycieczka do Wisły nie mogła zostać niezauważona, a potem wystarczyło dodać dwa do dwóch.
- Powiedziałam mu, dlaczego odeszłam. Myślę, że domyślił się, że chodzi o ciebie - mówi cicho, skupiając swój wzrok na kubku.
- Powinien już iść - zauważam, a ona kiwa głową.
- Powinieneś.
Dalej jednak siedzę i powoli popijam herbatę, milcząc zgodnie z Alicją, z głową opartą o ścianę. Wiem, że gdy stąd wyjdę, zostaną mi po niej tylko piękne, choć nieco gorzkie wspomnienia. Wszystko co mieliśmy do powiedzenia, zostało już powiedziane. Każda kolejna próba wyjaśnienia czegokolwiek, będzie cofaniem się do punktu wyjścia.
Musze pozwolić jej odejść. Tym razem naprawdę.
Herbata w kubku stygnie, zegar tyka wskazując kilka minut po pierwszej w nocy. A moje oczy się powoli się zamykają i sam nie wiem kiedy po prostu zasypiam.

[Alicja]
- Ala?
Ktoś szturcha mnie w ramię. Otwieram nieśpiesznie oczy i pierwsze co zauważam, to że moja głowa spoczywa na piersi Klemensa. Drugie, to że zasnęłam w ubraniu, a nawet w butach i wszystko mnie boli.
A po trzecie, że nachyla się nade mną Kot i czegoś ode mnie chce.
- Która godzina? - pytam szeptem, by nie obudzić Klemensa i rozglądam się nieprzytomnie.
- Po ósmej. Możemy pogadać? To ważne. - Patrzy na mnie błagalnie, a ja wzdycham cicho.
- Daj mi tylko umyć zęby. I nie budź go - dodaję, ostrożnie odsuwając się od Klemensa, który wzdycha cicho przez sen, kiedy wyplątuję się z jego objęć.
Zamykam się w łazience i biorę głęboki oddech. 
Jak to się stało?
Po prostu zasnął. A ja chciałam go obudzić, ale też zasnęłam. Dlaczego jednak w ogóle zaprosiłam go do siebie? Przecież już wszystko sobie powiedzieliśmy. A jednak zawsze jest coś, coś co jeszcze między nami nie padło, jakaś niedokończona myśl, przerwana rozmowa, wspólny śmiech, radosne wspomnienie.
Nieistotne drobiazgi, które stają się wymówkami, by wrócić, by cofnąć się, by móc zasłonić się po raz kolejny słowami "musieliśmy zamknąć ten rozdział".
Nic się nie stało. Myślę, że dałabym radę traktować go ponownie jak swojego przyjaciela, teraz gdy moja relacja z Peterem nabrała mocy. Ale to nie byłoby w porządku wobec niego, teraz, kiedy wie. Lub przynajmniej się domyśla. Ponadto, nie mogę mieć pewności. Już raz popełniłam ten błąd, myślałam, że dam radę.
Ten błąd sporo mnie kosztował.
A poza tym, wracanie do tego byłoby cofaniem się po własnych śladach. Kto wie, w jakie bagno mogłabym się po drodze wpakować, a mam przecież do tego talent.
- Ala? W porządku? - Kicia puka cicho, a ja spuszczam wodę w toalecie i szybko przemywam twarz zimną wodą.
- Tak - odpowiadam, wychodząc z łazienki i sięgam po kurtkę. - Chodźmy stąd.
Wychodzimy przed hotel i ruszamy nieśpiesznie przed siebie, bez konkretnego celu.
- O czym chciałeś porozmawiać? - odzywam się w końcu, gdy nasze milczenie przedłuża się do granicy skrępowania.
- Jesteś mi potrzebna, Ala, ale... - Zerka na mnie z wahaniem, a ja widzę w jego oczach, z czym ma problem. - Klemens...
- Klemens przyszedł do mnie, bo chciałam mu na spokojnie złożyć gratulacje, ale przysnął w połowie rozmowy, a ja nie miałam serca go budzić - odpowiadam prędko, nieco wygładzając fakty. - To nie jest nic, czym powinieneś się martwić. Mów lepiej, o co chodzi.
- To się chyba pośrednio wiąże - stwierdza cicho Kicia, przystając na środku chodnika, więc i ja zatrzymuje się zaskoczona.
- To znaczy?
- Usiądźmy - prosi Maciek i prowadzi mnie na najbliższą ławkę.
Siedzimy chwilę w milczeniu, pozwalam mu zebrać myśli. Trochę boję się jego słów, ostatnimi czasy był nieco nieswój. No i dzisiejszy poranek... Nie powinien był tego widzieć. Nawet jeżeli to nic nie znaczyło. Naprawdę nic.
- Próbowałem z tym walczyć, ale to dla mnie zbyt wiele - wyznaje nagle Maciek. - Teraz, kiedy są Igrzyska nic nie może mnie rozpraszać, ale to wszystko rosło, kumulowało się i... i muszę ci coś wyznać, Ala. - Zerka na mnie niepewnie, a mnie robi się momentalnie zimno. 
- Maciek, co ty...?
- To nie jest tak, jak myślisz! - zaprzecza natychmiast. - Choć trochę jest, to skomplikowane. Zazdrościłem trochę Klemensowi relacji, którą miał z tobą, wiesz? - wzdycha. - Byliście przyjaciółmi, ale widać było, że łączy was coś wyjątkowego, coś... Coś, czego nie mógłbym od ciebie oczekiwać. Nie zrozum mnie źle - dodaje natychmiast, chyba dostrzegając zakłopotanie na mojej twarzy. - Ja... Chyba powinienem zacząć od tego, że nigdy nie rozmawiałem z tobą o Magdzie - wzdycha ciężko, a na jego twarzy pojawia się jakiś cień.
- Magdzie...? - pytam bardzo cicho.
Kot kiwa głową, a ja milczę, czekając aż będzie gotów podjąć temat.
- Magda była... - urywa z wahaniem. - Magda to moja dziewczyna. Półtora roku przed tym, jak do nas dołączyłaś miała wypadek w Tatrach, poślizgnęła się, spadła ze ścieżki i rozbiła sobie głowę... - Głos zaczyna mu się rwać, a ja delikatnie dotykam jego ramienia. - Od tej pory jest w śpiączce i... - Odwraca wzrok, po czym kończy nieco pewniejszym głosem. - Szczerze powiedziawszy, już dawno przestałem wierzyć, że się obudzi. Jej rodzice próbowali wszystkiego, lekarze twierdzą, że w sumie nic jej nie dolega, prócz tego, że śpi. Od ponad trzech lat.
- Maciek... - wzdycham łagodnie. - Ja... Ja nie wiedziałam, przykro mi.
- Nie wiedziałaś, bo nikomu o tym nie mówiłem, nawet chłopaki nie wiedzą - mówi cicho, kuląc się nieco w sobie, czy to pod wpływem porannego chłodu, czy też ciężaru bolesnych wspomnień.
- Nie trać nadziei, Maciuś. - Obejmuję go mocno i czuję jak oddycha coraz spokojniej. - Ona jeszcze wróci, wróci do ciebie. Wystarczy, że będziesz przy niej i będziesz na nią czekał. Ja w to wierzę, ty też musisz. 
- Tak samo by mi powiedziała, Magda, wiesz? - Maciek odsuwa się ode mnie i uśmiecha się smutno. - Jesteście bardzo podobne, nawet z wyglądu. Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? - pyta, a ja z lekkim wahaniem kiwam głową. Nie jestem pewna, o czym konkretnie mówi, wiele się wtedy działo. - Kiedy weszłaś... to było dla mnie jak grom z jasnego nieba, w pierwszej chwili byłem przekonany, że to moja Madzia stanęła w drzwiach cała i zdrowa. Wtedy, na sekundę odzyskałem nadzieję, a potem zorientowałem się, że jednak to nie ona.
Urywa na chwilę i sięga do kieszeni po telefon. Chwilę grzebie w nim, po czym pokazuje mi zdjęcie roześmianej, nieco rozczochranej blondynki o niebieskich oczach. Faktycznie, może i jest do mnie nieco podobna.
- Maciek, nawet przez chwilę nie pomyślałam... Nie zauważyłam...- urywam, nie wiedząc, co powiedzieć. - Nic nie zauważyłam. Zupełnie nic. Tak nie powinno być.
- Nie zauważyłaś, bo nie chciałem cię tym obarczać. Ale nie zawsze mi się udawało. Im lepiej cię poznawałem, tym mocniej cię z nią utożsamiałem, nawet jeżeli nie było to ani racjonalne, ani nawet odrobinę zbliżone do prawdziwego stanu rzeczy - wzdycha Maciek. - Chyba przeniosłem na ciebie część swoich uczuć do niej, wiesz? Ale zachowałem to dla siebie, bo...
- Bo dostrzegłeś moją więź z Klemensem - kończę bardzo cicho.
- Tak. - Maciek kiwa głową. - Wchodzenie między was nie miało najmniejszego sensu, byliście bratnimi duszami, czasem miało się wrażenie, że jesteście w jakichś sposób jednością. No a potem odeszłaś i... i myślałem, że to koniec.
- Ale wróciłam i... - urywam, marszcząc brwi. - Czy ty pomyślałeś, że może...?
- Był taki moment, kiedy to znowu wróciło. Byłaś tutaj, poświęcałaś mi tak wiele uwagi i to więcej niż komukolwiek innemu, a ja znowu miałem przed oczami Magdę - wyznaje mi Maciek. - To było silniejsze ode mnie. Chciałem... chciałem spróbować, powiedzieć ci o tym wszystkim już wcześniej, ale znowu miałem pecha. - Uśmiecha się nieco smutno.
- Znowu ktoś skradł niemal całą moją uwagę - odpowiadam mu podobnym uśmiechem, a Kocur kiwa głową.
- Może to i lepiej. Ale dręczy mnie to strasznie od dłuższego czasu i pomyślałem, że to właśnie to mnie blokuje. Musisz mi pomóc z tym, Ala. - Zerka na mnie z ukosa. - Nie mogę zawalić, tylko dlatego, że... - Głos ponownie mu się załamuje.
- Tylko dlatego, że martwisz się o dziewczynę, którą kochasz? - dokańczam łagodnie. - Maciuś, to żaden wstyd. Nie zastąpię ci jej w żaden sposób, głupotą było myślenie, że tak może się stać - upominam go, patrząc mu prosto w oczy. - Substytuty mają to do siebie, że dają nam złudne szczęście, zaledwie przez chwilę, a później jedynie ogromną dozę frustracji. Nie tego potrzebujesz, Maciuś.
- A czego? - pyta cicho, patrząc na mnie z uwagę.
- Tego, co już zrobiłeś. Opowiedzenia o tym. Wyjawienia na głos. Uporządkowanie tego, co dzieje się tutaj. - Palcem wskazującym dotykam jego lewej piersi. - Myśli wypowiedziane na głos mają wielką moc, wierz mi. Nie żyj wpatrując się w jej odbicie, nie żyj nierealnymi marzeniami, czy zatęchłymi wspomnieniami. Jedyne, co możesz zrobić to być tu i teraz. Za siebie i za nią. I nigdy nie możesz przestać wierzyć, że jeszcze do ciebie wróci. Nie mogę ci tego obiecać, Kicia - kończę łagodnie. - Ale mogę ci obiecać, że ja w was nie przestanę wierzyć. 
Maciej milczy przez dłuższą chwilę obserwując budzącą się do życia wioskę olimpijską. Dostrzegamy sportowców truchtających ścieżką, ptaki zrywające się do lotku z hotelowych dachów i zwykłych przechodniów, z ciekawością przyglądających się wszystkiemu i wszystkim. Życie toczy się dookoła jak gdyby nigdy nic.
- Dziękuję, Ala - mówi w końcu cicho, odrywając wzrok od jakiejś kobiety rozciągającej się przy najbliższej ławce. - To wiele dla mnie znaczy.
- Dla mnie wiele znaczy, że postanowiłeś się tym ze mną podzielić - odpowiadam i wstaję. - Chodź, odprowadzisz mnie. 
- Musisz wykopać Klimka ze swojego łóżka - śmieje się Maciek, a ja przygryzam wargę, nie podzielając jego wesołości.
- Taaak... Kicia? Czy mógłbyś proszę... Nie wspominać o tym nikomu? O tym poranku? - pytam cicho. - Nie chcę, by powstały plotki i tak jest strasznie dużo szumu wokół niego. I wokół mnie i Petera. To nie jest dobre dla żadnego z nich. Dla was zresztą też nie - dodaję.
- Nie ma sprawy, nawet przez myśl mi nie przeszło... - odpowiada natychmiast Maciek i nagle urywa w pół zdania. - Moment. Peter wie, że Klemens był u ciebie?
- Nie wydaje mi się - odpowiadam wymijająco, kiedy mijamy wejście do hotelu. - Nie widzieliśmy się od wczoraj, Tepes go porwał na męskie świętowanie.
- Strach pomyśleć, co się kryje za tym stwierdzeniem - zauważa Kot, a ja cieszę się, że rozmowa zboczyła z niebezpiecznego tematu.
Kiedy żegnam się z nim pod drzwiami mojego pokoju, zastanawiam się, czy Maciek naprawdę uznał nasze uczucie za coś zupełnie platonicznego, czy jednak z biegiem czasu dotarło do niego, jak wyglądało to naprawdę i jedynie wrodzony takt nie pozwolił mu na przyznanie się do swoich domysłów.
A być może tak jak inni, widział tylko to, co chciał widzieć. Tak jak przez wiele miesięcy widział we mnie odbicie swojej dziewczyny. Czy ten rozchwiany refleks przeszłości dawał mu siłę? A może wręcz przeciwnie i odebranie mu go, pomoże mu sięgnąć jeszcze wyżej?
W pokoju nie ma już Klemensa. Mogłabym uznać całą tę sytuację za wymysł mojej wyobraźni, gdyby nie krótka wiadomość zostawiona na stoliku:
Wypełniłaś obietnicę, rozdział zamknięty. Możemy ponownie być nieznajomymi. K.
I o ile opowieść Kota napełniła mnie melancholią, to te kilka słów na nowo budzi we mnie nadzieję, że teraz może być tylko lepiej.

[Peter]
Kiedy mija oszołomienie po wczorajszym konkursie, wszystkie elementy zdają się wskakiwać na swoje miejsce. A kiedy pod drzwiami Alicji spotykam Klemensa, mam już pewność.
To wszystko nie jest przypadkiem. 
I, choć po rozmowie z Alicją w Japonii w pełni zaakceptowałem to, co mi powiedziała, zupełnie inaczej to brzmi, gdy ten "ktoś" o kim mówiła jest osobą z krwi i kości. Osobą, która stoi przede mną.
Osobą, której mam wielką ochotę złamać nos.
Ale to byłoby bardzo niesportowe zachowanie i świadomość konsekwencji natychmiast studzi mój gniew. Nie jest jednak w stanie okiełznać rozgoryczenia, które czuję względem Alicji. Do tej pory zniosłem bardzo wiele. Ale i moja cierpliwość ma swoje granice.
Stawianie mnie w takiej sytuacji i to w tak ważnym dla mnie momencie, jakim są Igrzyska... pomijając wszystko inne, to bardzo nieprofesjonalne z jej strony. I bardzo, bardzo nie w porządku.
Dlatego rezygnuję ze śniadania i ruszam na spacer po wiosce olimpijskiej, by przewietrzyć głowę i nabrać do wszystkiego dystansu. Katka uprzedzała mnie, że nie będzie łatwo, że każdego dnia czeka mnie walka. Ale Alicja też mogłaby wziąć w tej walce udział!
Jakiś głos z tyłu głowy przypomina mi o Katji i uspokaja mnie to nieco. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że Ala nic nie robi w kierunku wzmocnienia naszej relacji, choć często wybiera drogę na około i na dodatek pod górkę. Taka jednak już jest. Jak to powiedziała Katka - nie jest osobą łatwą do kochania.
Spacer przedłuża mi się, czuję wibracje telefonu w kieszeni, które oznaczają pewnie SMSy z pytaniami gdzie jestem. Ignoruje je jednak uparcie, dzwonienia telefonu jednak nie jestem w stanie zignorować.
- Jeżeli Tepes spił cię do nieprzytomności i masz kaca stulecia to oficjalnie cię informuję, że najpierw zabiję jego, potem ciebie, a potem każdą osobę, która pozwoliła ci doprowadzić się do takiego stanu. - Głos Alicji nie zdradza zdenerwowania, zapewne już rozmawiała z Jurijem i wie, że poprzedniego wieczora, poza symboliczną lampką szampana, nie wypiliśmy nawet kropli alkoholu. - Gdzie ty się podziewasz, Peter? Mamy dziś wolne, chciałam cię porwać na spacer - dodaje po chwili.
- Ja już jestem na spacerze - odpowiadam dość oschle. - Muszę przemyśleć parę spraw.
Alicja po drugiej stronie milczy niemal równą minutę, zanim odzywa się cicho i o wiele mniej pewnie.
- Zdaje się, że musimy porozmawiać. Poczekaj na mnie, zaraz cię dogonię - mówi i rozłącza się, zanim zdążam zapytać, skąd wie, gdzie mnie szukać.
Faktycznie, kilka minut później wychodzi zza zakrętu zamaszystym krokiem, nieco zdyszana. Widać, że bardzo się śpieszyła.
- Freitag cię zauważył po drodze - mówi, nim zdążam zapytać. - Kiedy spytałam, czy jesteś zły, skłamałeś - dodaje cicho, patrząc mi prosto w oczy, ale z obawą, jakby bała się mojej reakcji.
- Nie - odpowiadam. - Ale po prostu nie ogarnąłem wtedy spojrzeniem całości. Teraz widzę to wszystko jasno, jak na dłoni i... - urywam myśl, bo tak naprawdę nie wiem, co chcę powiedzieć. - Po prostu nie wiem, co o tym myśleć, Ala. Wytłumacz mi.
- Tu nie ma nic do tłumaczenia. - Wzrusza ramionami. - Wiesz już wszystko, choć z różnych źródeł i z różnych stron. Prawda jak zwykle leży gdzieś po środku, każdy ma swoją własną.
- Chcę poznać twoją. Od początku do końca. Chcę wiedzieć, czy złoto Murańki to twoja zasługa, czy to o nim mówiłaś w Sapporo i co on robił dziś pod drzwiami do twojego pokoju - wyrzucam z siebie te pytanie, które dręczą mnie najmocniej. Te aspekty, które boję się dopuścić do swojej świadomości, bo mogłoby zaboleć. I to bardzo. Chcę wierzyć, że Ala ma dla mnie jakieś wytłumaczenie, które zabrzmi lepiej niż wymówki w mojej głowie.
Chcę wierzyć, że nie walczę o nią na próżno. Że nie stanąłem do przegranej walki.- Tak, to był on. Nikt inny. Nie chciałam, żebyś to wiedział, bo wyniosłoby to waszą rywalizację na skoczni poza wymiar sportowy, a to nie byłoby dobre dla żadnego z was - wyjaśnia. - Ale teraz widzę, że próba ukrycia tego przed tobą nie miała szans się powieść, nie mówiąc o tym, że była zupełnie bezsensowna. Oboje jesteście teraz w nieciekawej sytuacji, a to wszystko przeze mnie. - W jej oczach widzę autentyczne poczucie winy. Naprawdę żałuje, że sytuacja rozwinęła się w taki, a nie innych sposób. - Gdybym mogła cofnąć czas, nie zwlekałabym tak długo z prawdą, Peter. Zasłużyłeś na nią, nawet jeżeli nie jest przyjemna. Oboje mamy za sobą bagaż doświadczeń, mój jednak wciąż rzuca na mnie cień - wyznaje, patrząc na mnie błagalnie.
- Przejechałaś dla niego pół Europy, by mógł pojechać na Igrzyska, po czym faktycznie jest tu i niespodziewanie wygrywa złoto. Co mam o tym myśleć, Ala, co? - pytam z pretensją, której nawet się po sobie nie spodziewałem. Wiem, że to nie do końca w porządku wobec niej, w końcu jeszcze nie dawno nie miałem z tym problemu, zapewniałem ją, że rozumiem.
Ale teraz wiem, że nie rozumiałem. I nie wiem, czy ktokolwiek prócz samej Alicji jest w stanie to zrozumieć.
- Obiecałam mu kiedyś, że spełni swoje największe marzenie, jakim był udział w Igrzyskach - odpowiada spokojnie Ala. - Musiałam dotrzymać tej obietnicy, bo to była ostatnia sprawa, która tak naprawdę mnie z nim łączyła. Uwolniłam się, Peter. Już naprawdę.
- Ale... medal? - pytam sceptycznie. - I to złoty? Ot tak, parę tygodni po konkurach, do których ledwie się kwalifikował? Co ty mu zrobiłaś? 
- Nic, Peter - odpowiada niewzruszona moim niedowierzaniem. - To cały czas w nim było, ale uśpione. Jest dla ciebie godnym rywalem na skoczni, ostatnie tygodnie były jedynie chwilą słabości, jakich wiele przechodził w ostatnich latach. A ja pracowałam z nim na tyle długo, że dobrze wiem, jak mu pomóc. Nic więcej. To nie ja dałam mu złoto. Ja mu tylko przypomniałam, że chciał po nie sięgnąć.
Spokój i przekonanie, jakie bije z jej słów i całej jej postawy nieco łagodzi moje wzburzenie. Wciąż jednak balansuję na granicy niepewności. Czy ta gra jest warta świeczki?
- Nadal ci na nim zależy? - pytam w końcu, bacznie pilnując, by mój głos nie zdradził, jak bardzo istotne jest dla mnie to pytanie, a konkretnie odpowiedź na nie. - Czy ty nadal...? - urywam, bo nie jestem w stanie powiedzieć tego na głos, nie tracąc opanowania.
Alicja wzdycha cicho i na moment odwraca wzrok, szukając chyba dobrej odpowiedzi na to pytanie, o ile taka w ogóle istnieje.
- Jeżeli chcesz, żebym ci powiedziała, że nic już do niego, to przykro mi, ale nie mogę tego zrobić - mówi w końcu. - Nie mogę, bo to było by kłamstwo, a ja nie chcę już nic przed tobą ukrywać. Więc nie powiem ci, że nic do niego nie czuję, bo czuję. Ciężko odciąć się od osoby, z którą niegdyś tak wiele nas łączyło. 
- Nie obchodzi mnie, co do niego czujesz. - Kręcę głową. - Chcę jedynie wiedzieć, czy mimo tego, co czujesz do niego, to co czujesz do mnie jest równie mocne i równie prawdziwe - mówię, łapiąc ją za ramiona i tym samym zmuszając ją, by spojrzała mi w oczy.
- Oczywiście, że jest prawdziwe - odpowiada bez wahania. - Jest tak prawdziwe, że czasem sama nie mogę w to uwierzyć. Tak prawdziwe i tak mocne, że czasem boję się, że to sobie tylko uroiłam i zaraz znikniesz jak sen - wyznaje, przygryzając wargę, a ja obejmuję ją mocno, dostrzegając łzy w kącikach jej oczu. - Jestem zmęczona, Peter - mówi cicho, wtulona w moje ramiona. - Jestem zmęczona tym ciągłym obracaniem się za siebie i próbami wyplątania się z tego wszystkiego, co było między mną i nim. Muszę radzić sobie z konsekwencjami moich wyborów, ale nie chcę tym wszystkim obarczać ciebie. Chcę tylko, żeby było już dobrze, a boję się, że nie będziesz już mnie... chciał. - Głos jej się załamuje na ostatnich słowach.
- Będzie dobrze, Ala - zapewniam ją. - Będzie, tylko na miłość boską, mów mi o wszystkim. Nie odsuwaj mnie od siebie, tylko po to by mnie nie ranić. Najbardziej cierpię, gdy trzymasz mnie na dystans. Nie tak łatwo jest mnie zniechęcić - mówię, przytulając ją jeszcze mocniej. Łudzę się, że w ten sposób, już nigdy się ode mnie nie oddali.
- On przyszedł podziękować - mówi nagle, odsuwając się nieco i patrzy na mnie nieco załzawionymi oczami. - I pożegnać się. To dla niego też nie jest proste, żadne z nas nie jest bez winy. Ale nie da się tak po prostu odejść z dnia na dzień. Raz spróbowałam i nie zdało to egzaminu - wyjaśnia mi, a ja uświadamiam sobie, że przecież wiem o tym, że próbowała. 
Teraz jednak nie jest z tym sama.
- Tym razem sobie poradzisz. My sobie poradzimy. Nie zostawię cię z tym samej, Ala - zapewniam ją i całuję w czoło. - Będę walczył o ciebie każdego dnia, jeżeli tylko mi na to pozwolisz. A wiesz czemu? Bo cię kocham. I to kocham cię, jak wariat.
- Ja też cię kocham, Peter - odpowiada spokojnie Ala, a ja aż milknę z wrażenia. - Co się stało? - dziwi się dostrzegając moją minę.
- Nigdy... jeszcze nigdy nie powiedziałaś mi czegoś takiego - dukam, wciąż zaskoczony.
- Dlatego chyba czas najwyższy powiedzieć to na głos. - Staje na palce i całuje mnie z uśmiechem. - Długo nie było to dla mnie takie oczywiste, ale teraz nie mam wątpliwości, więc mówię: kocham cię. Nie wolno ci w to zwątpić, jasne? - Spogląda na mnie z uwagą, a ja kiwam głową.
Nie wolno mi w nią wątpić. Bo czymże by była miłość, bez zaufania?

[Klemens]
Odejście było łatwiejsze, niż przypuszczałem. W kolejnych dniach skupiam się jednak na treningu i ogólnym przygotowaniu do następnego konkursu, bo wolę o tym wszystkim nie myśleć. Zadziwiająco łatwo jest mi nie myśleć o Alicji, teraz kiedy naprawdę powiedzieliśmy sobie "do widzenia".
Pamiętam jednak, że przecież nie pierwszy raz tak zrobiliśmy. Głupotą było myślenie, że mówiąc "żegnaj" tak po prostu zakończymy naszą znajomość. Nie śmiem więc twierdzić, że i tym razem rozwiązaliśmy problem. Mam jednak przeczucie, że tym razem jest inaczej. Tym razem nie mam już żadnych zobowiązań wobec siebie, oboje za to mamy zobowiązania wobec innych. Sytuacja jest inna, my jesteśmy inni.
Myślę, że moglibyśmy spróbować przyjaźni, takiej jak na początku. Ale zbyt wiele się wydarzyło, byśmy mogli tak po prostu o tym zapomnieć. I cały czas wisiałaby nad nami obawa, że jednak gdzieś w nas wciąż drzemie uczucie. To bardzo niebezpieczna myśl, szybko wyrzucam ją z głowy.
Nie mogę jej tak po prostu wyrzucić ze swoich wspomnień. Ale mogę przestać szukać dla niej miejsca w swojej przyszłości. Wspólna przeszłość, osobna przyszłość. Taki jest plan.
Zainteresowanie mediów ciągle mi towarzyszy, ale to dobry sposób by zająć czymś myśli. Muszę sobie radzić z presją, a to pochłania znaczną część mojej uwagi. Do tego treningi na dużej skoczni, których pełno w naszym planie tygodnia i w końcu świadomość, że wielki dzień numer dwa zbliża się wielkimi krokami.
Dzień kwalifikacji nie różni się tak naprawdę niczym od innych dni treningowych, prócz tego, że nasze skoki podlegają ocenom sędziowskim. Trener tym razem dał szansę Szybkiemu, a Dawid kibicuje nam z trybun. Treningi mieliśmy wszyscy bardzo wyrównane, więc to nie była łatwa decyzja, Kruczek uznał więc, że da teraz szansę Kubie, a Dawid jako bardziej doświadczony wystąpi w drużynówce. 
Decyzja wydaje się dobra, bo całą czwórką pomyślnie przechodzimy kwalifikacje, które wygrywa młodszy z Prevców. Cały dzień udaje mi się nie natknąć na Alicję, a kiedy na sam koniec serii kwalifikacyjnej dostrzegam ją w tłumie, nie wzbudza to we mnie żadnych uczuć.
Czy to możliwe, że faktycznie się z niej wyleczyłem?
A może to tylko chwilowe, jestem po prostu zbyt zaabsorbowany udziałem w Igrzyskach. Wolałbym by ten stan trwał jak najdłużej.
- Klemens, idziemy na miasto! - Kuba klepie mnie w plecy, kiedy wsiadamy do busa, który ma nas zabrać spod skoczni. - Dziś dekoracja biegaczek! - przypomina mi, a ja kiwam głową. Faktycznie, biało-czerwoni odbierają dziś kolejny medal. Zdaje się, że mamy szansę na całkiem niezły wynik w ogólnym rozrachunku medalowym.
Oglądamy dekorację, podczas której zgarniamy brąz i srebro w biegach narciarskich, wypijamy jakiegoś grzańca, bo jest chyba z minus dwadzieścia stopni, po czym wracamy do hotelu, by odpocząć przed jutrzejszymi zmaganiami.
Rano przy bufecie podczas śniadania wpadam na Alicję. Uśmiechamy się krótko do siebie, nakładamy na talerze jedzenie i wracamy do swoich stolików, ulokowanych dość daleko od siebie. Zauważam tylko, jak Peter całuje ją w policzek zaraz po przyjściu, po czym odwracam się do Dawida, który głośno się zastanawia czy postawić dziś na mnie pieniądze.
- Nie radzę - odpowiadam. - To tak działa, że jeżeli na kogoś postawisz, to na pewno nie wygra. Nie pamiętam, jak nazywa się to prawo... 
- Prawo Murphy'ego - podpowiada nam Kamil, dosiadając się do nas. - Jeżeli coś ma pójść nie tak, na pewno pójdzie nie tak. Ale ja bym w to za bardzo nie wierzył, sami jesteśmy kowalami własnego losu.
- Ot co - zgadza się z nim Kruczek, który staje znienacka za naszymi plecami. - Żadnego hazardu tu sobie nie życzę, macie co robić. Jasne? - Patrzy surowo na Dawida, który kiwa głową i mocniej skupia się na swojej owsiance.
Tak naprawdę Igrzyska to zawody, jak każde inne, plan dnia nie różni się niczym od tego, co doskonale znamy. Tylko większa pompa, więcej dziennikarze i więcej presji.
Ale skocznia jest jedna, a narty są dwie, więc dobrze wiemy, co mamy do zrobienia.
Seria próbna zostaje odwołana z bliżej nieznanego nam powodu, bo warunki pogodowe są wyśmienite. Tak czy siak, starujemy pół godziny później z pierwszą serią, która zapowiada się fantastycznie, bo już pierwsi zawodnicy lądują w okolicy punktu K, zatem czeka nas festiwal długich lotów.
Mam okazję obserwować skok Wolnego, który ląduje na sto dwudziestym ósmym metrze, czym zapewnia sobie pewny awans do serii finałowej, a potem muszę ubierać się i jechać na górę. Wszyscy troje - ja, Kamil i Maciek, znajdujemy się w pierwszej dziesiątce, więc nie mamy szans podziwiać nawzajem swoich skoków.
Maciek na belce zasiada jako pierwszy z nas, chwilę później Kamil, a zaraz potem, po Cene Prevcu ja, zostawiając za sobą tylko jego starszego brata.
Ostatecznie po pierwszej serii prowadzi Cene, do którego tracę pół punktu, a tuż za mną jest Maciek ex aequo z Peterem. Zdaje się, że nasza czwórką, którą dzielą dziesiąte części punktu jest poza zasięgiem reszty stawki, ale jak wiadomo - medale są tylko trzy.
W serii finałowej najpierw skacze Maciek, który chwilę później jest już pewien medalu, bowiem Prevc skacze metr krócej przy podobnych warunkach i traci do niego ponad punkt. Komentatorzy ekscytują się tymi wydarzeniami tak mocno, że ich głosy docierają nawet tutaj, na górę skoczni.
Zapala się żółte światło, wsuwam się więc na belkę, robię znak krzyża, poprawiam wiązania i gogle, tuż przed tym, jak na tory pada zielona poświata z lampy umiejscowionej za moimi plecami, a Kruczek energicznie opuszcza chorągiewkę nieomal gubiąc ją w tych emocjach.
O tym, że to będzie dobry skok, wiem już odpychając się od belki. Szybko nabieram prędkości, nawet odrobinę szybciej niż zazwyczaj, dlatego wybijam się tuż za progiem, wciąż jednak w granicach trafionego wybicia. Nad bulą dostaję mocny podmuch pod narty, jestem jednak na niego przygotowany i nie podbija mi ich do góry, a ja wyciągam się jeszcze mocniej do przodu, by złapać jak najwięcej noszenia. Metry zeskoku uciekają mi spod nart i mijam punkt K. Nad linią HS składam się do lądowania z pokracznym telemarkiem, a gdy dotykam śniegu mięśnie ud palą mnie żywym ogniem, jednak udaje mi się ustać skok. 
Skok, który jest bardzo, bardzo długi z radości więc prostuję się gwałtownie i w tym momencie nartą trafiam na jakąś nierówność i bez ostrzeżenia czuby nart uciekają mi do góry, a ja boleśnie upadam na tyłek równo na linii choinek.
Cholera.
Zbieram się szybko, zanim dociera do mnie ekipa ratunkowa, macham ręką, że wszystko w porządku i z obawą spoglądam na noty sędziowskie, które lada chwila wyświetlą się obok odległości, która o ile mnie pamięć nie myli, jest chyba nowym rekordem skoczni.
Noty są różne, sędziowie zdaje się nie mogli się zdecydować, jak zaklasyfikować moją widowiskową glebę, a obok mojego nazwiska ostatecznie wyświetla się numer trzeci. Uśmiecham się, choć tym upadkiem prawdopodobnie przekreśliłem swoją szansę na medal i schodzę z areny skoczni, by pogratulować Maćkowi wciąż stojącemu na miejscu lidera.
- Szkoda - mówi, przyjmując gratulacje, a na rozbiegu pojawia się ostatni zawodnik. - Ale może chociaż ci rekord skoczni policzą, jakby nie było nie podparłeś.
- Może - odpowiadam lakonicznie, patrząc jak Cene oddaje niemal tak daleki skok jak ja przed chwilą, wyładowany jednak nieco lepiej i, co ważniejsze, nie zalicza na koniec wywrotki. W napięciu wpatruję się w tablicę wyników, na której bardzo długo nie pojawia się żadna informacja, prócz odległości.
Nagle za naszymi plecami wybucha niesamowita euforia i otacza nas biało-czerwony tłum, ponad którym z trudem dostrzegam, że Prevc jest drugi.
- O cholera, mamy drugie złoto - wyrywa mi się, a Kamil ściskający właśnie Maćka śmieje się na te słowa.
- Na to wygląda, Klemens, na to wygląda.
Jestem tak szczęśliwy ze względu na Maćka, że w ogóle nie martwi mnie moje czwarte, ponoć najgorsze dla sportowca, miejsce. Jestem po prostu szczęśliwy, bo jesteśmy przecież jedną drużyną.
Przelotnie nachodzi mnie myśl, że Alicja byłaby ze mnie dumna. Nie tylko spełniłem swoje dziecięce marzenie, ale też dojrzałem i jako człowiek, i jako sportowiec.
Patrzę nieco z boku na chłopaków, którzy wynoszą Maćka na arenę skoczni i uśmiecham się pod nosem. Czeka nas tutaj jeszcze jedno zadanie. 
I mam dziwne wrażenie, że na moich oczach pisze się historia. Cieszę się, że mogę być jej częścią.

[Alicja]
Oglądanie Kici odbierającej złoty medal Igrzysk Olimpijskich to najlepszy widok dzisiejszego dnia. No, może oprócz Katki na Skypie zasypującej mnie swoją szaloną radością i masą zdjęć Cene na podium, mimo moich protestów, że nie musi, bo widziałam to wszystko na żywo.
No i oprócz Petera, który tylko przez jakiś kwadrans narzekał, że ma silne daja vu sprzed czterech lat, a potem dał się mi porwać na świętowanie przez całe przed- i popołudnie. Oczywiście, najpierw musiałam spławić Tepesa, co nie było takie proste, bo wszystkie argumenty odbijały się od niego, jak groch od ściany.
- Stary, daj spokój - zirytował się w końcu Peter. - Co jak, co, ale w świętowaniu sukcesu ze swoją dziewczyną nie potrzebuję pomocy. Od kilku lat jestem dorosły i naprawdę wiem, jak to się robi.
Tepes dał za wygraną, a my poszliśmy świętować.
Maciek na najwyższym stopniu podium pomiędzy dwoma Prevcami wygląda, jakby był z innej bajki i chyba faktycznie wciąż jest w nieco innej rzeczywistości, mimo iż od jego finałowego skoku minęła niemal doba.
Zresztą, kto by mu się dziwił?
Stoję pomiędzy Jurijem i Nejcem, którzy nagrywają całą dekorację na telefonie, ja sama robię kilka zdjęć. Gdy rozbrzmiewa hymn, opuszczam rękę i wpatruję się w Maćka, który z dumnie wypiętą piersią z trudem zdaje się powstrzymuje łzy wzruszenia. Ja, patrząc na niego również. Nie śpiewa, co wywołuje oburzenie reporterów jakiejś niszowej gazety, którzy stoją nieopodal, ale nie dziwię się, że odebrało mu mowę. Sama miałabym problem otworzyć usta na jego miejscu.
Potem następuje chwila dla fotoreporterów i niedługo potem wyrzucają ich ze sceny, by zrobić miejsce dla bobsleistów. Przepycham się przez tłum w kierunku kulis, po drodze łapiąc spojrzenie Klemensa, który uśmiecha się do mnie krótko. Jeden rzut oka wystarcza mi, by dostrzec, że czwarte miejsce wcale go nie ubodło. Jestem dumna, że potrafi cieszyć się sukcesem kolegi, to znaczy, że zrozumiał, to o czym mu zawsze mówiłam.
Bycie najlepszym nie zawsze jest jednoznaczne ze zwycięstwem. Prawdziwa wielkość objawia się poprzez sposób, w jaki znosi się porażki.
Ten test Klemens zdał na piątkę.
Szczerze powiedziawszy, Peter również.
- Teraz brakuje mi jeszcze tylko jednego koloru. - Całuje mnie na powitanie, choć rozstaliśmy się niespełna godzinę wcześniej. - Czyli muszę jeszcze skakać co najmniej cztery lata - wzdycha, oglądając medal, po czym ściąga go z szyi i mi go podaje.
- Jest jeszcze drużynówka - zauważam, ważąc medal w dłoni. - Ciężki - stwierdzam, oddając mu go i ruszamy w kierunku busa. Tuż przed nami idzie Cene z telefonem przyklejonym do ucha. Nawet z tej odległości słyszę radosne okrzyki Katki.
- Noszenie go nie może być łatwe, skoro ma przypominać o pracy włożonej w to, by go zdobyć - mówi Peter. - Ponoć brąz jest lżejszy od srebra, a srebro od złota. Tak słyszałem - dodaje.
- To by było bardzo symboliczne - zgadzam się z nim. - Ćwicz mięśnie szyi, wszystko przed tobą.
- No, z Polakami będzie ciężko, tylko na nich spójrz. - Wskazuje biało-czerwonych, nagrywających właśnie jakiś śmieszny filmik, zapewne na Instagram Kota. - Wszyscy się dzisiaj zmieścili w dwudziestce!
- Wy też - przypominam mu. - Nic nie planuj, co wyjdzie, to wyjdzie. Masz jedno zadanie, pamiętasz? - Przytulam się do niego, a on opiera brodę o czubek mojej głowy.
- Robić swoje, najlepiej, jak potrafię - odpowiada.
- No. Wynik to tylko liczba, nie zapominaj o tym - dodaję jeszcze i w tym momencie od grupy Polaków odrywa się świeżo upieczony Mistrz Olimpijski i podchodzi do nas wciąż nieco oszołomiony.
- Gratulacje, Peter. Dla ciebie i brata. - Wymieniają uścisk dłoni, a potem Kot przenosi wzrok na mnie. - Ala, ja...
- Nie dziękuj, bo nic nie zrobiłam - uprzedzam go. - Macie wszyscy dziwną tendencję do przypisywania mi swoich sukcesów, a jedyne co robię, to chodzę za wami w opowiadam różne głupoty, żebyście w siebie uwierzyli. Nic więcej. - Wzruszam ramionami.
- Jak zwykle bagatelizujesz. - Maciej wywraca oczami. - Tobie też chyba ktoś powinien powiedzieć, żebyś bardziej uwierzyła w siebie.
- Staram się jak mogę, Kicia - odpowiadam, a on żegna się z nami, bo już wołają go dziennikarze. 
- Czy jest ktoś, komu odmówisz pomocy, jeżeli o nią poprosi? - pyta nagle Peter, obejmując mnie ramieniem.
- Hmmm, chyba nie - odpowiadam po chwili namysłu. - A co?
- Nic, po prostu... To musi być męczące.
- Patrzenie, jak spełniacie wszyscy swoje marzenia? - Uśmiecham się. - Nigdy.
Podchodzi do nas Nejc i Cene, który w końcu chowa telefon do kieszeni.
- Tepes wyczaił fajna pizzerię niedaleko -informuje nas Dezman. - Idziecie?
- Jasne - odpowiada Peter i zerka na mnie, a ja podciągam rękaw, by spojrzeć na zegarek.
- Idźcie, ja muszę lecieć na naradę wojenną ze sztabem - przypominam sobie z żalem. - Janus chce opracować doskonały plan przejęcia władzy nas skocznym światem. Później was znajdę - zapewniam ich.
- Jakby co, to potem będziemy u mnie - uprzedza mnie Cene, a ja całuję Petera na pożegnanie i wsiadam do busa, którym wraz z resztą sztabu mam zamiar dostać się do hotelu.
Sala konferencyjna jest o tej porze zajęta, upychamy się więc w piątkę - ja, Goran, jego asystent, fizjoterapeuta i serwisant - w jednym z hotelowych pokojów, należącym chyba do trenera.
- Dwa srebra i brąz nastrajają optymistycznie przed drużynówką - zauważa na wstępie Janus. - Tak naprawdę zagrozić nam mogą tylko Polacy, no i Norwegia jest zawsze mocna w zawodach drużynowych, mają czterech równych zawodników.
- Musimy się skupić na naszych mocnych puntach - odzywam się. - Najbardziej stabilny jest stolik, stojący na trzech nogach. Tak samo, stabilna drużyna powinna się cechować: doświadczeniem, motywacją i czymś, co osobiście nazywam chwilą.
- Chwilą? - dziwi się ktoś.
- Peter i Jurij mają doświadczenie, nie zaprzeczycie. I nikt mi nie wmówi, że nie mają już zaklepanego miejsca w drużynie. Jurij może nie odnosi spektakularnych sukcesów, ale w każdym konkursie oddaje solidne skoki i zbiera konkretne punkty. No i na pewno nie ugnie się pod presją. - Patrzę na nich uważnie i nie zauważam sprzeciwu. - Cene z kolei jest teraz na fali i to jest jego chwila. Choć ma niewielkie doświadczenie w takich imprezach, jestem pewna, że się nie spali, bo po takim paśmie dobrych wyników nie wierzy w to, że coś mogłoby pójść nie tak. Nie chcę go na razie sprowadzać na ziemię, zrobię to potem, bo w innym przypadku upadek będzie bolesny. teraz jednak jego pewność siebie jest naszym atutem.
- Ta trójka to pewniaki, ale co z czwartym? - pyta trener. - Wynikowo Nejc i Anze są na podobnym poziomie.
- To chyba jasne, że Dezman - stwierdzam. - Trzeci punkt podporu: motywacja - przypominam. - Odkąd Nejc wygrzebał się z dołka, cały czas pnie się w górę, nie należy mu w tym przeszkadzać. Niech to będzie jego nagroda. Zresztą wczoraj był ósmy, nikt nie powie mi, że nie zasłużył.
- No i jest lepiej przygotowany motorycznie od Anze, jeżeli chodzi o dużą skocznię - wtrąca fizjoterapeuta.
- Technikę też ma lepszą w fazie lotu. Na normalnej skoczni Anze wygrywa z nim świetnym wybiciem, ale w locie Dezman spokojnie to odrobi - dodaje asystent trenera, a Goran kiwa głową.
- Okej. Kolejność? - pyta, a wszystkie oczy ponownie kierują się na mnie.
- Naprawdę? - wzdycham. - Cene zacznie z wysokiego C, potem Nejc, bo druga kolejka jest najmniej obciążona presją, Jurij jako stabilny i pewny punkt dla ewentualnego wyrównania no i Peter na końcu, jest przyzwyczajony do roli lidera. Z psychologicznego punktu widzenia, ja widzę to w ten sposób, ale to wy się na tym znacie najlepiej. - Odbijam piłeczkę, a panowie naradzają się dłuższą chwilę, zastanawiając się, czy nie zamienić Cene z Jurijem, ale ostatecznie akceptują ten plan.
- Coś jeszcze? - pytam, kiedy wszystkie szczegóły dotyczące zasobów ludzkich są już dograne.
- Tylko te nudne, sprzętowe sprawy. - Uśmiecha się do mnie serwisant. - Dzięki, Ala, czasem trzeba spojrzeć na to wszystko z innej strony.
- Kobiecym okiem? - śmieję się. - Dobra, mogę im powiedzieć co i jak? Bo właśnie tam idę.
- Tak, tak, jasne. Miłej zabawy, nie siedźcie za długo, dobra? - rzuca w roztargnieniu Janus, już pochylając się nad jakimiś tabelkami i wykresami, a ja po cichu wychodzę.
Pukam do pokoju, który młodszy Prevc dzieli z Nejcem i Anze, jednak nie słyszę odpowiedzi, choć powinni już wrócić. Naciskam ostrożnie klamkę i z trudem hamuję śmiech na widok, który ukazuje się moim oczom.
Anze chrapie na fotelu z głową odgiętą do tyłu. Nejc z głową na stoliku, tuz obok jeszcze ciepłego kubka herbaty, a Cene na podłodze z głową opartą o łóżko. Kusi mnie, by zrobić im zdjęcie, by potem móc ich szantażować, bo nikt im nie uwierzy, że są w stu procentach trzeźwi. Mój niecny plan jednak torpeduje Jurij, szturchając mnie w ramię.
- A tym co się stało? - Wytrzeszcza oczy. - Wyszliśmy z Peterem tylko po kawę.
- Ja nie śpię! - Anze podrywa się na równe nogi i rozgląda się dookoła zdezorientowany. - Co się dzieje?
- Nic, idźcie dzieci spać lepiej - wzdycham, choć reszta właśnie się rozbudza, a za moimi plecami pojawia się Peter z puszką kawy. - Nie ma imprezy, do łózek, sio! Bo śniecie na stojąco!
- Ale...
- Jak będziecie protestować, to nie powiem Wam, kto będzie skakał w drużynówce! - grożę im i natychmiast zapada cisza. - No. Cene, Nejc, Jurij, Peter. A teraz dobranoc. - Wyganiam tych dwóch ostatnich na korytarz i zamykam drzwi.
- A treningi?
- Mnie nie pytaj, ja tylko wyraziłam swoją opinię, a Janus zadecydował, ja się nawet na tym nie znam. - Unoszę ręce w obronnym geście, po czym obracam się i zabieram  Peterowi kawę. - Dzięki, mi się przyda. Wy macie zakaz trucia się alkaloidami. 
- A właśnie. - Zatrzymuje mnie Tepes. - Jutro cię porywam na wycieczkę. Masz być gotowa o ósmej, jasne? -Patrzy na mnie surowo, a ja marszczę brwi.
- Aaa... powiesz mi o co chodzi, czy to jakaś tajemnica? - drążę, Tepes jest jednak tajemniczy i powtarza raz jeszcze, że mam być gotowa o ósmej.
- A ty idziesz ze mną, nie do niej! - woła jeszcze Petera, zanim ten zdąża cokolwiek powiedzieć. - Jutro ma być na chodzie, nie musicie świętować co wieczór. - Ciągnie go za sobą, a Peter jedyne wzrusza ramionami bezsilny.
Ściskam mocniej puszkę z kawą i wracam do siebie. Ostatnie dni były bardzo intensywne, może dziś uda mi się trochę to wszystko odespać.
Zasypiam, zaraz po przyłożeniu głowy do poduszki i śnią mi się jakieś głupoty, z Tepesem szturchającym mnie w plecy kijem bejsbolowym na czele.
Moment. To chyba nie jest sen.
- Mittner, rusz dupę! Jest już po ósmej, jesteśmy spóźnieni! - piekli się, a to coś, co w moim śnie było kijem bejsbolowym okazuje się moja własną, osobistą parasolką.
- Auć - jęczę i obracam się na drugi bok. - Tepes, dopiero co poszłam spać!
- Przespałaś sześć godzin, wystarczy ci! Ubieraj się, bo wyciągnę cię z hotelu w piżamie. Za pięć minut masz być na dole, weź to, pada śnieg. - Rzuca we mnie parasolką i znika za drzwiami. W końcu.
I choć bardzo mi się nie chcę, wstaję i szybko się ubieram. Kto wie, co wymyśli Tepes, jeżeli nadepnę mu na odcisk. Czego on może ode mnie chcieć o takiej nieludzkiej godzinie?
- Spóźniłaś się dwie minuty - informuje mnie, gdy dołączam do niego, nawet nie starając się zamaskować ziewnięcia. - Chodź, jesteśmy spóźnieni.
- Mhm - mruczę i podążam za nim, rozbudzając się powoli, dlatego cel naszej wędrówki staje się dla mnie jasny dopiero, kiedy jesteśmy już niemal pod skocznią normalną.
- Dlaczego mnie tu ciągniesz? Treningi są jutro, to raz, a dwa skaczecie na dużej, zapomniałeś? - pytam zdezorientowana.
- Cicho, może jeszcze uda się ją złapać... - mruczy pod nosem, a mnie się nieco rozjaśnia  w głowie.
- Aaa, zapomniałam o laskach! Mają dziś kwali, prawda? - pytam, a Tepes kiwa głową. Nadal jednak nie rozumiem, o co mu chodzi.
Prowadzi mnie tylnym wejściem, pod domek oznaczony flagą Słowenii i każe mi poczekać, a sam puka, wsadza głowę do środka i chwilę rozmawia z kimś, kogo nie potrafię dostrzec.
- Musimy poczekać - mówi.
- Jurij, wyjaśnisz mi o co tu chodzi, czy mam się sama domyślić - pytam lekko już poirytowana tym wszystkim.
- Chcę tylko żebyś kogoś poznała. A potem obejrzymy konkurs, Peter przyjdzie w pół do dziesiątej. O trzynastej jest finał hokeja, chcemy iść razem z Cene, jak chcesz też możesz się przyłączyć...
- Aha, czyli dzisiaj kibicujecie? - Kiwam głową. - Okej, ale co...
- To ona? - słyszę w tym momencie, a Tepes kiwa głową i nim zdążam się w pełni obrócić, ktoś bardzo szczupły rzuca mi się na szyję. Po niecałej minucie udaje mi się wyplątać z objęć szczupłej brunetki mojego wzrostu.
- Yyy... cześć? - odzywam się, bo sytuacja staje się coraz dziwniejsza.
- Hej, kurcze, nawet nie wiesz, jak ja ci jestem wdzięczna! - wyrywa się jej i patrzy na mnie rozemocjonowana, a ja dostrzegam, że prawdopodobnie właśnie wraca po oddaniu skoku. Cud, że nie oberwałam nartami, do czego zazwyczaj mam niebywałe szczęście.
- Alicja, to jest Anja, moja siostra - wyjaśnia w końcu Tepes, a ja obrzucam go wściekłym spojrzeniem, bo wszystko mi się przypomina.
- Nie mogłeś tak od razu? - prycham i odwracam się do dziewczyny. - Wybacz, ten dureń mnie nie uprzedził. Słowem nie pisnął! Jak kolano? Wszystko z nim w porządku? - upewniam się.
- Tak, jest super! Inaczej nie było by mnie tutaj. To wszystko dzięki tobie, twój... kuzyn, tak? - waha się, a ja potwierdzam kiwnięciem głową. - Twój kuzyn polecił mi świetnego specjalistę i okazało się, że ten uraz wcale nie jest tak poważny, jak myśleli. Jeden prosty zabieg, intensywna rehabilitacja i oto jestem. - Otwiera szeroko ramiona i znowu mnie przytula. - To wszystko dzięki tobie! A byłam niemal pewna, że będę musiała skończyć karierę*.
- Wygląda na to, że zawodowo zajmuję się wysyłaniem ludzi na Igrzyska - śmieję się i rozmawiamy jeszcze kilka minut nim Anja musi wracać na skocznię. Jurij obserwuje to wszystko z odległości kilku kroków i uśmiecha się pod nosem.
- Jak to możliwe, że tak wredna istota jak ty, ma tak uroczą siostrę jak Anja? - pytam, kiedy kierujemy się w stronę trybun.
- Od lat podejrzewam, że jest adoptowana. Bardzo chciała cię poznać - dodaje poważniej. - Ten wyjazd dużo dla niej znaczył, była naprawdę na skraju załamania przez to kolano. 
- Jak mówiłam, zawodowo zajmuję się wysyłaniem ludzi na Igrzyska - śmieję się.
- A o kim jeszcze mówisz? - pyta Jurij, a ja na moment zamieram.
- No jak to o kim? O Dezmanie! - odpowiadam po sekundzie wahania. - I patrz, będzie skakał z tobą i Prevcami w drużynówce.
- O, a propos - przypomina sobie Jurij. - Peter napisał mi, że już na nas czeka.
Zdaje się, że wybrnęłam. Tepes nie musi znać szczegółów dotyczących Klemensa i jego udziału w Igrzyskach.
Peter podaje mi kubek z kawą i całuje na powitanie, co Jurij kwituje złośliwym grymasem.
- Nie rób min bo ci tak zostanie! - upominam go, a Prevc obejmuje mnie ramieniem.
- Bardzo ci dokuczał?
- Zmieścił się w średniej. I na osłodę sprawił mi bardzo miły prezent - odpowiadam, zerkając na niego z ukosa.
- Jaki? - pyta ciekawie
- Świadomość, że znowu komuś pomogłam. - Uśmiecham się, a Peter ponownie mnie całuje.
A ja dochodzę do wniosku, że to będzie dobry dzień i chętnie przeżyję takich więcej. Choćby do końca życia.

[Klemens]
Wprost nie mogę uwierzyć, że czeka nas jeszcze tylko jeden konkurs i to koniec tych Igrzysk. Będą oczywiście trwać jeszcze kilka dni, ale ceremonię zamknięcia będziemy oglądać już w Polsce.
Teraz jednak stoi przed nami jeszcze jedno, bardzo ważne zadanie. Liczy na nas cala Polska, przyjechanie do kraju bez medali drużynowych wydaje się całkowitą abstrakcją, jeszcze nigdy nasza drużyna nie była aż tak silna. To naprawdę piękny czas dla polskich skoków.
A ja mogę być tego częścią.
Seria próbna mija jak sen, nawet nie wiem, jak nam poszło, wiem jedynie, że skok na sto trzydzieści pięć metrów całkowicie mnie satysfakcjonuje. Jeszcze siedem takich i będzie wspaniale.
W Pucharze Narodów znajdujemy się na drugim miejscu, zaraz za Norwegią, a Słowenia depcze nam po piętach, dlatego tym razem to ja skacze po Peterze, a przed Fannemelem. Konkurs dla nas otwiera Kamil, który pięknym stylowo skokiem winduje nas na pierwsze miejsce, mimo dalekiego skoku młodszego Prevca. Później widzę jeszcze skok Dawida, który skacze nieco krócej, więc nasza przewaga nad Norwegią się zmniejsza, ale wciąż utrzymujemy pierwsze miejsce. Następnego skoku w wykonaniu Maćka już nie widzę, bo sam muszę jechać już na górę. 
I tak się składa, że w wagoniku jadącym na górę prócz mnie, Krafta i Freitaga znajduje się jeszcze Prevc. Stefan i Richard rozmawiają ze sobą po niemiecku, a my próbujemy ustawić się w przeciwległych kątach i unikać kontaktu wzrokowego.
Mówiąc krótko - jest niezręcznie.
Nietrudno było domyślić się, że Prevc wie już wszystko. I naprawdę szanuję go za to, że potrafi to zaakceptować, nie zniósłbym, gdyby zranił Alicję przez wzgląd na to, co nas łączyło. Nie zmienia to jednak faktu, że w jego oczach będę już zawsze czarnym charakterem.
Gdy docieramy na górę, czas znowu przyśpiesza i sam nie wiem, kiedy przychodzi moja kolej. Wszystkie myśli dotyczące Prevca i Alicji uciekają z mojej głowy, bo teraz liczy się dla mnie jedynie dobry skok.
Wynik z serii próbnej poprawiam o półtorej metra i na dodatek ląduję o wiele ładniej, jestem więc bardzo zadowolony z tego rezultatu. O dziwo jednak nie daje nam to prowadzenia, jesteśmy za Słowenią, a po chwili rozdziela nas jeszcze Norwegia, wyprzedzając nas o jedną dziesiątą punktu.
- Co się stało? - pytam, schodząc z areny skoczni. Coś musiało się wydarzyć podczas skoku Maćka.
- Kot zaliczył upadek przy odjeździe. Dostał dziewiątki od sędziów - wyjaśnia mi Zbyszek, który przekazuje nam na dole informacje od Kruczka.
- Dziewiątki? Za upadek przy odjeździe? - dziwię się. Upadki w końcowej fazie są traktowane zazwyczaj o wiele łagodniej, z przymrużeniem oka, powiedziałbym. Tak jak mój, parę dni temu.
- Ano, akurat teraz zebrało im się na przestrzeganie zasad oceniania. - Krzywi się asystent trenera i pogania mnie. - No leć się przebrać! Maciek jest u Łukasza, trzeba go było trochę rozmasować.
- Jakieś wskazówki? - pytam, wskazując krótkofalówkę.
- To co zwykle: trafiaj w próg i będzie dobrze - przypomina mi Zbyszek, a ja kiwam głową. Błąd o granicy dwudziestu centymetrów, to przy tej prędkości niemal nie błąd. Ale przecież zawsze może być zero, prawda?
Skok Kamila pozwala nam odzyskać drugie miejsce, młody Prevc jest jednak niewyjęty i bez skrępowania atakuje rekord skoczni i wyrównuje go w całkiem niezłym stylu. Po skoku Dawida zbliżamy się do Słoweńców na nieco ponad siedem punktów i mogę tylko mocno trzymać kciuki za Maćka, by upadek nie wytrącił go z równowagi. O ile jednak go znam, tylko mocniej zmotywuje go to walki.
Gdy docieramy na górę, kolejność startowania ostatniej grupy jest już jasna - okazuje się, że skaczę ostatni, bo po skoku Maćka wyprzedzamy Słowenię o dwie dziesiąte punktu, a Norwegię o pięć.
I znowu nadchodzi ten moment: najpierw, wśród rosnącej wrzawy na belce zasiada Fannemel, potem Prevc, a następnie przychodzi kolei i na mnie. 
Znak krzyża.
Wiązania.
Gogle.
Czy ja się przeżegnałem...? Dla pewności jeszcze raz.
Wiązania.
Jest zielone światło.
Biało-czerwona chorągiewka opada.
A ja odpycham się od belki i jadę.
Gdy dojeżdżam do bandy, uświadamiam sobie, że w ogóle nie pamiętam tego skoku. Nic, odkąd opuściłem belkę. Zupełnie nic, w przeciwieństwie do ostatniego skoku na normalnej skoczni, który pamiętam w najdrobniejszych szczegółach.
Ściągam narty i wpatruję się w tablicę, koledzy otaczają mnie, któryś z nich podpowiada, że Prevc za swój skok dostał sto trzydzieści i pół punktu. Szybko kalkuluję, czy starczy, jednak matematyka w tych warunkach jest trudniejsza niż zwykle i nic konkretnego nie wynika z moich rachunków.
A potem obok mojego nazwiska wyświetla się liczba punktów: sto trzydzieści osiem i pół.
Na bardzo długą, chyba najdłuższą sekundę mojego życia zapada cisza. A potem Polska część trybun wybucha dzikim wrzaskiem.
Bo utrzymałem przewagę dwóch dziesiątych punktu nad Słowenią, co oznacza, że...
Że jesteśmy Mistrzami Olimpijskimi. Złoto w drużynie. Złoto.
Lepszego scenariusza na te Igrzyska nie moglibyśmy sobie wymarzyć.
Następne minuty giną mi w ogólnej radości, gratulacjach, pytaniach, okrzykach i krwi wciąż szumiącej w uszach z powodu ogromu emocji. Dopiero teraz cały stres schodzi ze mnie i kolana uginają mi się, kiedy jesteśmy proszeni na arenę skoczni, gdzie przygotowano już ceremonię kwiatową.
Jest pięknie. 
Obejmujemy się w czwórkę, wkraczając na najwyższy stopień podium, a dookoła błyskają flesze aparatów. Zerkam w lewo na Słoweńców i uśmiecham się do nich. W tym momencie, wszystko inne idzie w niepamięć i Peter odpowiada mi uśmiechem. Nasz sukces i ich sukces to przede wszystkim ciężka praca Alicji.
Bez niej nie byłoby tutaj ani nas, ani ich. Dla obu drużyn to historyczne wydarzenie.
Hymn rozbrzmiewa dla nas po raz kolejny. I rozbrzmi raz jeszcze, gdy będziemy jutro odbierać medale. Teraz jednak musimy się zadowolić kwiatami i gratulacjami, które na gorąco są i tak wystarczającą nagrodą.
Medal to tylko symbol, przypomnienie. Prawdziwa radość to to uczucie, które mi teraz towarzyszy. Uczucie, którego już nigdy nie zapomnę.
Ta karta historii sportu należy tylko i wyłącznie do nas.
Gdy schodzimy z podium, z tłumu wyłania się roześmiana Alicja, która podbiega do nas i ściska nas po kolei, wykrzykując gratulacje i ocierając łzy szczęścia z twarzy.
- To było... to było... - Głos jej się rwie, sięgam więc do kieszeni i podaję jej chusteczki. - Dziękuję, Klemens. - Wyciera oczy i wydmuchuje nos. - To było naprawdę niesamowite.
- Idziesz z nami świętować? - pyta natychmiast Maciek. - Tylko raz Polska po raz pierwszy wygrywa drużynowe złoto! - Natychmiast bierze ją pod włos.
Alicja uśmiecha się szeroko, po czym spogląda na stojących nieopodal Słoweńców, a ja już znam jej odpowiedź.
- Raz jeszcze wam wszystkim gratuluję, Maciuś - mówi, oddając mi chusteczki. - Ale to wasz dzień. Jesteście wielcy, a na mnie czekają jeszcze inni bohaterowie tego dnia. - Uśmiecha się do nas raz jeszcze, po czym obraca się i odchodzi wprost w otwarte ramiona Petera.
Tym sposobem każde z nas zaczyna na nowo pisać swoją historię. Czysta karta, nowy start.
Tym razem osobno. 
Tak, jak powinno być. 
______
*Tak naprawdę Anja Tepes ze względu na liczne kontuzje kolan zakończyła swoją karierę w 2015 roku.

Uff! Zdążyłam! Ale czas depcze mi po piętach, więc leci do Was bez żadnej obróbki.
Po tym maratonie odchodzeniowym muszę odpocząć, więc macie duuużo czasu na nadrabianie.
Aż zadyszki dostałam!
...mam nadzieję, że coś uda mi cię wywróżyć, choć połowy tutejszych topowych skakajców nie ma nawet w Korei :(
To jak? Podoba się?
PS: Herbatka gruszka z karmelem jest pyszna, ale fakt - to chemiczne świństwo.
PS2: Ktoś wie jak to jest z tym rekordem skoczni? Uznano by go Klemensowi, jeżeli glebnąłby na linii choinek lub tuż przed nią?
PS3: Tak, jestem zbyt leniwa, by dać członkom sztabu jakiekolwiek imiona.

12 komentarzy:

  1. Mi tam się podobało ;)
    I trzymam kciuki za to, żeby Twoje wróżby się spełniły..., przynajmniej odnośnie tego jaki hymn zagrają podczas tych konkursów.
    Do następnego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam taką nadzieję. Bo na medal Klemensa raczej nie ma co liczyć xD.
      4 lata temu przynajmniej jeszcze jechał na mśj :p

      Usuń
  2. O nie. NIE. NIENIENIENIE.
    W pewnym momencie złapałam się na tym, że kibicuję Peterowi, by wygrał medal. I bardzo mocno się rozczarowałam, gdy jednak wygrał go Klemens. Wciąż do mnie to nie dociera i po prostu nie. Nienienienie. Ale jak to? Gdzie złoto dla Petera? :(
    Jednakże to jedno zdanie: "Ale, choć zabolało, to do mnie podchodzi ta jedna osoba, która liczy się dla mnie najbardziej", asdfghjkl. W sumie mamy remis, co nie? Peter 0:0 Klemens. Jeden typ wygrywa serce Ali, a drugi najcenniejszy medal olimpijski, win-win.
    Ale taki gest jak to podejście Ali... to ma wielkie znaczenie. I jest dobrym znakiem.
    Ale piękne jest to, że w tych alternatywnych, że tak ich nazwę, igrzyskach w PingPongu mamy już dwa medale! XD
    O Apollinie, taniec radości, gdy Klemens uświadamia sobie, że Ala się w nim odkochała, choć paradoksalnie to dość brutalna scena. Biedny Klimek. Ale tak jest lepiej, prawda? W ten sposób skrzywdzą mniej osób. W ten sposób jeszcze mogą odnaleźć szczęście osobno.
    Łojojoj, co to za bomba z Kotem! O rety, jestem w ciężkim szoku.
    I serio, jak Alicja daje radę to wszystko wytrzymywać? Okej, wiem, że jest psychologiem, ale psycholog dystansuje się od swoich pacjentów, a oni wszyscy tutaj to przecież przyjaciele Ali, nie ma tu typowej relacji lekarz-pacjent. Alka to jednak przesilna kobieta o złotym sercu!
    Update: 3 medale dla Polszy! <3
    I jeszcze jeden!
    I znów!... o rety, dlaczego tak nie jest w rzeczywistości? XD :(
    Ten rozdział, jakoś mnie tak uspokoił, jeśli chodzi o Petera i Alę. Wierzę, że teraz czeka ich "i żyli długo i szczęśliwie", nawet, jeśli Alicja nie jest łatwą osobą do kochania. Oboje wiele przeszli, ale dzięki temu zdobyli też więcej doświadczenia i może bardziej doceniają te małe, z pozoru nic nie znaczące rzeczy, które jednak tworzą jakąś podstawę. Trzymam za nich kciuki najmocniej, a Tobie życzę weny, dziękuję za ten rozdziały i przepraszam, że dopiero teraz się doczołgałam. Ale wiesz jak jest XD
    Buźka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, kusiło mnie by dać Peterowi złoto, ale Klemens był mi potrzebny na tym pierwszy miejscu, no. Myślę, że dla obu to był doby konkurs.
      Chciałam wywróżyć, ale zdaje się, że jedynie zapeszyłam. Ale cóż - pomarzyć można. Zresztą - jeszcze wszystko przed nimi, nie?
      Wszystko idzie w dobrym kierunku, co?
      Z Kotem, przyznam się, była grubsza sprawa. Bo gdzieś w początkowych rozdziałach dostałam stanowczy nakaz odtentegowania się od Prevca, więc próbowałam zmienić koncept i wplątał mi się tam Kot na dwa-trzy rozdziały, ale postanowiłam trzymać się pierwotnej (mniej-więcej) wersji, ale z Maćkiem trzeba było coś zrobić, by z Ali nie zrobiła się typowa Mary Sue, prawda? Ech, tak to jest, jak się za długo ciągnie jedno opowiadanie :P.
      Ja na miejscu Alki dawno bym ześwirowała, serio (choć w sumie - czy to już się nie dzieje? XD).
      (gdzieś Ty naliczyła 4 medale? XD Trzy były, za to 3 złote :P).
      Dzięki za życzonka wenki, na pewno się przyda. Już bliżej niż dalej, epilog mam zaplanowany na maj, a następna notka, jako rzekłam - 11. marca.
      Już mi trochę smutno, ale w sumie cieszę się, że zmierzam do końca ;)
      Buuuuźka wielka! Zrobiłaś mi dzień tymi komentarzami!

      Usuń
  3. Ja ci chyba 25 nie skomentowałam, tej.
    - Dawidzie spokój!
    - Ala nie obchodzi walentynek, bo wie że 14 Jurij chleje, bo ma urodziny.
    - Uuuu mroczne plany
    - PREVC OGARNIJ ZAPLECZE, BO BĘDZIESZ WIECZNIE DRUGI.
    - Klasku klasku Klimek.
    - TEPES!
    - Ale tu Ala może ułożyć życie, tadum tss.
    - A już miałam drzeć się na Maciejkę.
    - A Katka tego nie sugerowała, że MUSISZ JEJ POMÓC?
    - Uuuu, prawie drama.
    - No i bardzo dobrze panie Kredens!
    - Biedne Prevce, wiecznie drugie
    - Goran ma na drugie imię dyktator?
    - TEPES!!!!! Chociaż fajnie, że przedstawił siostrę.
    - Biedne Słoweńce, dwóch Prevców i znowu na drugim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W połowie tych punktów nie wiem dokładnie o co Ci chodzi xD.
      Fakt, już wiem czsmu Tepes taki wredny - zapomnieli o jego urodzinach!
      Klątwa dwójki jak zawsze!
      Więc... rozumiem, że się spodobalo xd. Dzieki!

      Usuń
    2. A jak! I której połowy?

      Usuń
  4. Nadrobiłam. Trochę mi się zeszło, a niby miałam tylko trzy rozdziały zaległości ;)
    Na szybko dwie kwestie, żebym nie zapomniała: 1. Tęsknię za Tepesem w Pucharze Świata! Ten rozdział mi to dobitnie uświadomił, 2. Czułam się trochę, jakbym czytała science-fiction, kiedy Murańka i Kot wygrywali złote medale - a zwłaszcza ten pierwszy, sorry XD
    Mogłoby się wydawać, że już wszystko jasne, że jest dobrze, że Alicja z Peterem a nawet Klemens idą w dobrą stronę. Ale tak podejrzałam - i zostały jeszcze cztery rozdziały. To dużo. Więc obawiam się jakiegoś, za przeproszeniem, pierdolnięcia. Od początku obstawiałam, że Agnieszka odkryje, co łączy Alicję i Klemensa, i - może niesłusznie - ale tej wersji się trzymam. Mam wrażenie, że na razie Murańka za dobrze sobie radzi po tym ich ostatecznym rozstaniu, że to niemożliwe, żeby utrzymało się na dłużej. Jestem paskudna :( Zamiast się cieszyć, że tak ładnie rozwija się związek Ali i Petera, ja wciąż szukam jakichś problemów. A ich relacja jest naprawdę obiecująca. Peter wreszcie dowiedział się całej prawdy - a nawet dowiedział się więcej, niż oczekiwał. Chyba cieszę się, że Katja jednak nie była tak bezduszna jak nam się wszystkim wydawało. Dało to Peterowi jakiś spokój, choć przecież też było bardzo bolesne.
    Kurde, trzeba było czytać na bieżąco, bo teraz nie potrafię zebrać myśli, a w tych ostatnich rozdziałach rozwiązało się dużo ważnych kwestii. I właściwie czekałam na to, a w efekcie mój komentarz wyszedł zupełnie nieskładny i jakiś taki pobieżny. Meh. Obiecuję poprawę!
    Buziak! :* Czekam, co tu jeszcze wykombinujesz (choć trochę się boję).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, ze dotarłaś :3
      No takie sci-fic ale tak sobie zaplanowalam dawno dawno temu, kiedy nomimacje olimpijskie leżały w sferze dalekosiężnych planow i nikt niw myślał, ze trenerem Polaków bedzie Austraiak. Bywa xd.
      4 rozdziały to dużo, fakt. I mało jednocześnie.
      Z wątku Katjii jestem osobiście dumna, tak ciut-ciut ;).
      Eee tam nie jest chaotycznie.
      ...aż tak bardzo :p
      Buziaczek i nie bój się - nie vędzie tak źle (chyba).

      Usuń
  5. Ciapmacionga!!!! No to zaczynamy zabawę czterolecia :D
    Co robi Kuba na lotnisku? Na lotnisku, z którego ma wystarowac samolot do Korei. Co tu sie zadziało? Przecież miał przegrać z Klimkiem miejsce w składzie na ZIO.
    Czemu ty znowu prorokujesz? Piotrek nie wystąpi w konkursach. Sprawy rodzinne. Wróżką jesteś czy co?!!
    Peter i jego romantyczna dusza <3
    Panie Prevc, proszę nie myśleć o Murańce. Ma pan igrzyska do wygrania, a w tym pomoże myślenie o nagrodzie od Ali a nie o tym że Murańka tu jest, nawet jeśli to zasługa Ali.
    Latający Cene - zdecydowanie tak.
    Latający Klemens - zdecydowanie nie.
    Echhh nie będzie buzi buzi od Tepesa. A szkoda. Ale dobrze ze sama zdążyła bo juz myślałam ze znowu będę musiała ją ochrzanic za zaniedbywanie obowiązków względem Petera.
    Murańka. Czy nie mógłby dalej bulić? Tylko wracasz do rywalizacji z Peterem. Nie podoba mi sie to, ze on jest tak wysoko. Zdecydowanie zbyt wysoko! A ty Peter zamilcz. Nie myśl o Klemensie tylko o Alicji czekającej na CIEBIE na dole, nie na niego.
    NIEEEE!!! Nie podoba mi sie mistrz olimpijski. Walter gdzieś ty jest jak cię potrzebuję. Chyba nigdy nie byłam tak zawiedziona wygraną Polaka jak teraz. Mam nadzieje ze na dużej Peter pokaże kto jest najlepszy!
    No nie! Peter poszedł w tany, a ta sprowadza sobie konkurenta. Ale w sumie czemu mnie to nie dziwi? I jakieś tam przyjaźnie wcale tego nie usprawiedliwiają. Tylko czekać aż wpadnie tam Peter całkiem przez przypadek.
    Oczywiście , to było do przewidzenia, że on tam uśnie, ale liczylam na jakiś bokserski pojedynek z Prevcem jak ich nakryje, a tu tylko Kicia.
    Matuleńko moja kochana. Kicia, ty moje biedactwo. Aż kurcze nie wiem jak to skomentować. Dosyć dziewczyna w śpiączce, to jeszcze odnalazł jej sobowtóra, który nie był przeznaczony dla niego. Trzymaj się Maciuś mocno. Pamiętaj - nadzieja umiera ostatnia.
    Ta rozmowa Ali z Peterem. Mistrzostwo!!! Czekałam od dawna na taką rozmowe i się doczekałam. Wreszcie wszystko wyjaśnione i wypowiedziane co najważniejsze. Teraz ma już być wszystko dobrze! Jasne?!
    Nie!!! Znowu Peter tego nie wygra?! No nie zgadzam się z tym!!! Tyle dobrze ,ze nie Klimek, a Maciek to wygral, ale echhh znowu Prevc 2 :/ (tak wiem że to Cene 2, a Peter 3, ale nazwisko zobowiązuje!)
    W sumie to brąz bardziej podobny bo złota, niż to srebro i lepiej się go nosi, ale niech on ćwiczyć mięśnie szyi bo złoto tez jest dla niego przewidziane. Musi być!
    Ala słuchaj Maciejki, uwierz w siebie wreszcie! Choć chyba powoli to następuje. Ale zbyt powoli.
    "Janus chce opracować doskonały plan przejęcia władzy nas skocznym światem" nawet nie wiesz jak mnie śmieszy w tym momencie ten cytat. Żegnaj betonowy Goranie. Nie będziemy tęsknić.
    Ja się pytam jak oni sobie poradzą gdy ona obejdzie ze sztabu. Rządzi nimi jak chce, oczywiście wmawiając im psychologiczne gadki, a oni jej wierzą bez opamiętania. Alicja, dobra robota. Wspaniale ich sobie wychowałaś.
    Kuźwa! Tepes! Czy ty rodzina do młodych Prevców i zawsze musisz wejść w nieodpowiednim momencie?! I co ty kombinujesz? Jaka wycieczka?!! A ty Peter nie protestujesz?! Dziewczyne chcą ci ukraść a ty zero reakcji? Podejrzane. Mocno podejrzane.
    Ooo, Anja! Świetnie, że udało jej się tam pojechać.
    "Jak to możliwe, że tak wredna istota jak ty, ma tak uroczą siostrę jak Anja?" - Hahahah, tez mnie to zastanawia. Chyba w szpitalu podmienili ;p
    Okej. Pierwszy raz mam łzy szczęścia gdy czytam pov'a Klemensa. Ale to tylko dlatego ze jestem mega dumną z naszych chłopaczków! I przez nich zawsze mogę plakac. Nawet gdy czytam perspektywę Murańki.
    Ale co to za łamańce w naszej kadrze, jak nie jeden to drugi się wywraca.
    No nie, znowu Peterowi przeszło złoto koło nosa. Prevc wiecznie drugi aktualne aż do bólu. Choć chyba jedna walkę wygra. Tą najważniejsza w życiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ufff, czytać o Igrzyskach gdy się sezon kończy. Dusza płacze podwójnie, albo i potrójnie.
      Nie powiem, że rozdział jest cud, miód malina, bo do maliny zabrakło jednej rzeczy. Ale cud, miód musi być za tą rozmowe po normalnej skoczni. Wreszcie nie ma miedzy nimi żadnych tajemnic. Chyba ze my o czymś tu nie wiemy?

      Co do rekordu, zależy jak bardzo mu noty obniżyli, ale skoro aż 4 był w ogólnym rozrachunku to podejrzewam, ze nie obniżyli mu tych not aż tak, pewnie tylko jako jakieś zachwianie i rekord uznany.

      To tyle ode mnie na dziś. Nie wiem, czy życzyć weny bo to oznaczałoby szybkie skończenie opowiadania, a tego chyba jednak nie chce ;)
      #hejterKlimka pozdrawia

      Usuń
    2. A cóż to za epopeja? XD
      Zaskoczył Was ten Kubuś, co nie? XD Oh, god teraz obczaiłam o co chodzi z Piotrem. Kurcze, faktycznie. A wiesz, że nie pisałam konkretów, bo nie miałam pomysłu? No proszę!
      Proszę mi tu Klimka nie hejcić... aż tak bardzo.
      Tylko Kicia, pf! No, biedne z niego kociątko :<.
      No, wszystko co miało między nimi paść, padło, no to sielanka co nie? Do samego epilogu!
      Janus XDDD Prawdziwy nie miał Alki na podorędziu to skończyło się, jak się skończyło XD.
      Nie każdy Tepes wredny, jak widać. Są i miłe sztuki.
      No, dumnam z naszych chłopaków! :D
      Ech, a Ty ciągle niezadowolona. Takiej to dogodzić, pf. Też myślę, że by uznali. Chyba.
      Nadganiaj najnowszy, a ja idę pisać kolejny. Buziaczki!

      Usuń